Książę Heski

0
Z cyklu: Ludzie i ludziska Moje pokolenie – tak jak i kilka poprzednich, a może też i niektórzy z młodszych – wychowało się na “Trylogii” Sienkiewicza. Zaczytywałam się w niej jeszcze jako dziecko, potem nastolatka i osoba dorosła, a w Kanadzie czytałam ją na głos moim córkom. Sentencje Pana Zagłoby i innych bohaterów na stałe weszły do naszego rodzinnego języka. W “Trylogii” występuje cała masa postaci, więc nietrudno jest nie zapamiętać jednej czy nawet kilku epizodycznych. Gdy zadawałam pytanie miłośnikom Sienkiewicza – Kto to był książę Heski? – niewiele osób umiało na nie odpowiedzieć. Dla przypomnienia: książę Heski to jeden z dowódców armii szwedzkiej oblegającej Jasną Górę. Jego postać stała się w naszej rodzinie jedną z ulubionych. Jakie jej cechy tak bardzo przypadły nam do gustu? Heski był zawsze opanowany, odważnie wypowiadał swoje opinie, w których potrafił zawrzeć świetnie zakamuflowany sarkazm i ironię, w przeciwieństwie do generała Millera, łatwo wpadającego w gniew i uniesienie. Otóż Miller w duchu podziwiał sposób zachowania księcia, lecz nie potrafił sobie go przyswoić. W szkole średniej przez dwa lata uczył naszą klasę języka polskiego wspaniały nauczyciel, który starał się nam wpoić w dyskusjach sposób zachowania księcia Heskiego. Nie unosić się, zachować zimną krew, nigdy nie używać grubiańskich słów, gdyż wykażą tylko naszą słabość i brak rozsądnej argumentacji, a nic tak nie rozdrażni, a jednocześnie wprawi w podziw przeciwnika, jak nasza umiejętność inteligentnego ironizowania i sarkazmu. Ćwiczyliśmy się w dyskusjach na lekcjach i po nich, i za każde przekleństwo czy wulgarne określenie była ustanowiona kara – czasami pieniężna. Po roku potrafiliśmy w czasie debat trzymać nerwy na wodzy, z uprzejmym uśmiechem wysłuchiwać racji rywala i nie przerywając mu co chwila, ale umiejętnie wchodząc w rozmowę, odparować jego ataki. Nie tylko gry “walki z przeciwnikiem” uczył nas ten wspaniały polonista. Wpajał nam, że podczas dyskusji warto być otwartym na inne niż nasze poglądy, że nie powinniśmy na siłę obstawać przy swoim zdaniu, gdy ewidentnie druga strona wykazuje większą kompetencję i przytacza rozsądne argumenty. Komplement rzucony w stronę przeciwnika jest zawsze mile przez niego widziany, a słowa ” o tu się z panem czy panią zgadzam, albo “w tym wypadku chylę czoła przed pańskimi wywodami”, sprowadzają dyskusję na bardziej przyjacielskie tory i może ona skończyć się konstruktywnie, gdzie obie strony dochodzą do pewnego porozumienia. Przypomina mi się wtedy rozmowa – tu znowu zacytuję “Trylogię” – Pana Zagłoby z Sobiepanem Zamoyskim. Toczyła się dyskusja na temat traktowania przez Czarnieckiego szlachciców z pospolitego ruszenia, których za niewykonanie rozkazu kazał włóczyć końmi po majdanie. Oburzał się na to Zagłoba, a Jan Zamoyski ten zwyczaj dowódcy skwitował – “szla-chcic szlachcicem, a wojna wojną”. – ” Misternie to wasza dostojność wywiodła” – tak odpowiedział Zagłoba, a Sobiepan nie zauważając oczywiście ironii w jego sentencji, wpadł w przedni humor, poczytując wypowiedź za komplement. A jak tego typu wzorce sienkiewiczowskie zaadaptowali współcześni Polacy? Przyznaję, że rzadko czytam komentarze do artykułów w polskiej prasie. Zniechęcił mnie do ich lektury tak często używany wulgarny język oraz prostactwo w formułowaniu myśli, z których zionie niemalże w każdym słowie nienawiść. Piszący te komentarze prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób nikogo inteligentnego nie przekonają do swoich racji, a jedynie znajdą poklask wśród motłochu. Gdyby takie paszkwile wypisywała jakaś “recydywa”, nie dziwiłoby mnie to. Ale za tego typu język chwyta się nasza elita, ludzie wykształceni, na stanowiskach! Nie są wolne od niego żadne polityczne ugrupowania. Z jaką przyjemnością zdarza się wysłuchać, czy przeczytać wypowiedź, która ma wszelkie zalety znamionujące człowieka wielkiej kultury! Wydaje mi się, że takich było kiedyś o wiele więcej. Nawet w mediach za komuny, szczególnie już pod sam jej koniec, panowała większa kultura słowa, ludzie potrafili słuchać nie przerywając obraźliwymi okrzykami czy gwizdami. Oczywiście nie rzucam tutaj hasła “komuno wróć”. Należałoby jednak moim zdaniem już od najmłodszych lat uczyć umiejętności debaty. Powinno się wprowadzić taki przedmiot w szkołach. I nie tylko z myślą o przyszłych politykach, ale też o zwykłych obywatelach, których obowiązkiem jest, gdy występują publicznie (i nie tylko), zachować się jak na cywilizowanego człowieka przystało. W latach 1980-89 cały świat patrzył na Polskę z podziwem. I ja byłam tego okresu czynnym uczestnikiem i świadkiem. Byłam dumna z polskich robotników, rolników, inteligencji i Kościoła. Byliśmy wtedy – w porównaniu z dzisiejszymi czasami – jednością. Prości ludzie wprawiali nas w podziw. W jaki sposób potrafili przemawiać, dyskutować, formułować swoje myśli! Dlaczego teraz to zanikło? Trudno mi skwitować to zjawisko powiedzeniem “takie są teraz czasy”. Czyżby dobre wzorce zostały na zawsze odstawione na bok? A może zapominając o tych sienkiewiczowskich wróciliśmy do mickiewiczowskich i naszym hasłem stało się “Soplicowie nie zwykli się godzić”?
Poleć:

O Autorze:

Beata Gołembiowska

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.