Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 4 wrzesnia, 2010
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

W naszej GAZECIE:

Current news
about Poland

ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
Katyń 2010
Powódź 2010
LISTY OD CZYTELNIKÓW
IMPREZY
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Jan Paweł II
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 



Kanada

CI ODLATUJĄ, CI ZOSTAJĄ
Agnieszka Krupak
Jan 25, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Coraz więcej Polaków po latach emigracji w Kanadzie wraca do kraju


Piotrek Bartel przyjechał do Kanady cztery lata temu. Miał być rok na praktykach dziennikarskich, ale został dłużej. Zrobił prawo jazdy, otworzył firmę i przez trzy lata jeździł na truckach. Dziwiło go, jak łatwo można otworzyć tu własną działalność gospodarczą.

W Polsce takie formalności to droga przez mękę. Wizyty w kilku różnych instytucjach, kolejki, oczekiwanie. Tymczasem w Kanadzie zajmuje to jeden dzień. Co tam dzień - parę godzin. Zarejestrować firmę można nawet samemu, bez pomocy urzędnika. Komputer zadaje kilkanaście pytań, wypełnia się elektroniczny formularz, i po kilku minutach wszystko gotowe. Potem jeszcze trzeba tylko otworzyć konto firmowe w banku, i można oficjalnie działać. Bez pań w okienkach i trzydziestu czerwonych pieczątek.

Piotrek mówi, że swoje już wyjeździł i mimo polskiej, chorej biurokracji, wraca do kraju. - Gdyby tak zliczyć moje kilometry, pewnie kilka razy objechałem kulę ziemską. Nie narzekam, ale liczyłem, że przywiozę do domu znacznie więcej pieniędzy. I to już nie te czasy, kiedy za dolara można było zjeść w Katowicach dobry obiad. Piotrek nie chce zostać w Kanadzie, nawet nie złożył aplikacji o stały pobyt.

- Na budowę się nie nadaję, za słaby jestem. A do fabryki nie pójdę, bo skończyłem dziennikarstwo. I już mam dość autostrad. Jeszcze sto mil i bym zwariował sam, w tej szoferce - mówi trzydziestolatek ze Śląska.

KELNER A SPRAWA POLSKA

"Pasją Tomka jest historia i to także był argument za powrotem. Lata 90. w Ameryce były nudne, a tu historia działa się na żywo. Zmiany można było obserwować gołym okiem. Widział, jak Polskę przyjmowano do NATO, jak przygotowuje się do wstąpienia do Unii.

- Może to dziwne, ale teraz autentycznie ekscytują mnie wybory samorządowe - deklaruje.

Najpierw planowali, że wracają na rok, dwa, góra pięć lat. Byli pewni, że dłużej nie wytrzymają. Mówiąc "dom" myśleli o tamtej stronie Atlantyku. Sami nie wiedzą, kiedy te strony się odwróciły. Iwona nie chce nawet myśleć o powrocie do Stanów.

- Tu jest więcej normalności, nie czuje się tego obłędnego pędu do kariery. Ludzie mają czas dla siebie, lubią się spotykać - opowiada. - Jeszcze żeby było trochę bezpieczniej i mniej biedy. Kiedy teraz jeżdżę do Ameryki, denerwuje mnie tamto bogactwo, wręcz rozpasanie.

Nigdy nie zerwali z Polską kontaktów na tyle, by po powrocie przeżyć szok kulturowy i - jak deklarują - mają poczucie, że z roku na rok żyją w coraz bardziej cywilizowanym kraju.

- Z wyjątkiem poczty i służby zdrowia - dodaje Iwona, która ostatnio podczas badań w warszawskim szpitalu przy ul. Banacha została nazwana płatną przysadką. Tomek toczy swoje małe batalie: żeby nie być zmuszonym brać wózek w supermarkecie (tę już wygrał), żeby nie słyszeć od kioskarki, że nie ma wydać, bo jak ktoś prowadzi biznes, to musi mieć (tej jeszcze nie wygrał). Stale zdumiewa go postępowanie polskich kelnerów.

- Dostaję na przykład rachunek na 50 zł, daję 100 zł i kelner przynosi mi 50 zł reszty w jednym banknocie. W Ameryce dostałbym wszelkie możliwe nominały, żebym miał szansę dać napiwek.

To niby drobiazg, ale pokazuje, że mentalność się jeszcze nie zmieniła.Pytani o mankamenty życia w Polsce powracający z zagranicy rodacy odpowiadają zgodnie: korupcja, biurokracja i niejasne przepisy. Trudno prowadzić interesy, gdy się nie wie, jaki podatek będzie obowiązywał za rok.

- No i kult pieczątki - dodaje - Mamy Internet i telefony komórkowe trzeciej generacji, a pieczątka ciągle jest święta.

Jednak tym, co od początku drażni go najbardziej po powrocie do kraju, jest wszechobecne chamstwo, z którym styka się już od samego rana jadąc samochodem do pracy.

- Ludzie na ulicach są jacyś wściekli, nie uśmiechają się - mówi.

- Z drugiej strony życie towarzyskie jest tu o wiele ciekawsze, kolorowe i pełne pokus. W Kanadzie od poniedziałku do piątku nie dzieje się nic. Prawdę mówiąc jest tam śmiertelnie nudno." (Polityka)

BO JEST DO CZEGO WRACAĆ

Bronek Woźniak z Mississaugi był z żoną na wakacjach w Polsce. Jak każdego lata odwiedzali swoje dorosłe już dzieci. Syn zrobił rodzinie niespodziankę - wykupił dla wszystkich kilkudnowe wczasy w Krynicy. Bronek nie był tam od wczesnej młodości.

- Aż płakać mi się chciało, tak tam pięknie. I zaczęliśmy z żoną rozmawiać o tym, żeby po przejściu na emeryturę tam się osiedlić. Patrzę, a na obrzeżach miasta budują nowe bloki. Myślę - nic nie szkodzi zapytać.

Po kilku dniach stał się właścicielem niewielkiego mieszkania z widokiem na góry.

- Moja żona aż popłakała się ze szczęścia, i mówi: będziemy sobie wieczorami wychodzić na spacery po lesie, usiądziemy nas potokiem, będziemy u siebie- deklaruje przyszły emeryt.

Bronek obliczył, że ich kanadyjskie emerytury złożą się na kwotę dwóch polskich średnich pensji.

- I co nam więcej trzeba? - pyta z uśmiechem.

- Polacy wracają. Słyszałem, że w Chicago na kontener czeka się kilka miesięcy, ponieważ tak duże jest zainteresowanie przesiedlaniem się do kraju - mówi Andrzej Krężel, konsul do spraw Polonii w Toronto. Zdaniem konsula, aby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Polacy wracają z Ameryki, trzeba najpierw zadać sobie pytanie, dlaczego kiedyś wyjechali.

- Pierwsza sprawa to to, że ludzie w wieku 40-50 lat, czyli najliczniejsza grupa Polonii opuściła kraj, który nie był suwerenny. Życie w komunistycznej Polsce znacznie różniło się od życia w każdym kraju suwerennym, demokratycznym, i z gospodarką rynkową, gdzie ludzie mogli realizować swoje plany, marzenia, i mogli się swobodnie rozwijać. A my, nawet zachowując wolność indywidualną, skazani byliśmy na życie w systemie opresyjnym wobec obywatela. Ludzie decydowali się na wyjazd, żeby polepszyć swój los i znaleźć swoją szansę.

Drugą przesłanką były względy ekonomiczne. Szansa na zapewnienie swoim dzieciom lepszego jutra była istotnym czynnikiem powodującym emigrację z Polski.

Zdaniem konsula, po 1990 roku, czyli po ropoczęciu reform wprowadzających wolny rynek, po rozpoczęciu zmian demokratyzujących Polskę, i wreszcie po przekazaniu Polsce insygniów prezydenckich przez prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, ostatniego prezydenta Rzeczpospolitej na uchodźctwie - od tego momentu można mówić o pełnej suwerenności Polski.

- Kraj rozwija się dynamicznie, Polska jest członkiem NATO i Unii Eurpoejskiej. Jest do czego wracać - dodaje konsul.

Ewa Małecka wyjechała z Polski dziesięć lat temu, po trzech latach pracy w eleganckim salonie kosmetycznym. Kanada nie była przypadkowym krajem na emigrację, jej narzeczony pracował tu kiedyś na kontrakcie z firmy. Przywoził dolary i ładne ubrania, więc kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na stałe, nie wahała się ani minuty. Pobrali się jeszcze w Rzeszowie, ale dziecko urodziło się już w Toronto. Dziś czeka tylko, aż syn skończy szkołę podstawową, by wrócić do Polski. Mówi, że wkrótce zacznie liczyć dni do wyjazdu.

- Nie czuję, żebym zdążyła zapuścić tu korzenie. Może byłoby mi łatwiej, gdybym miała tu swoją rodzinę. Najciężej przetrwać święta, bo dzielimy się opłatkiem przez telefon, i łzy lecą... To dla mnie najważniejszy aspekt przy podjęciu decyzji o powrocie to to, że jesteśmy tu sami i możemy liczyć tylko na siebie.

Ewa cierpi, że jej dziecko widuje swoich dziadków tylko raz w roku.

- I tak się cieszę, że mnie stać, żeby ich tu zaprosić, bo znam ludzi, którzy na taki luksus nie mogą sobie pozwolić. Wiele rodzin, w których są dzieci, nie stać, by nie pracować przez miesiąc, i spędzić wakacje w Polsce. Zwykle któryś z małżonków musi zostać i pracować. To właśnie w taki sposób upada mit Kanady.

Ewie najciężej było, kiedy jej synek był mały. Koszt opiekunki do dziecka to wydatek minimum 5 dolarów na godzinę.

- Nasza siedziała w fotelu i się patrzyła na małego. Nie chciało jej się ani uczyć go piosenek, wierszyków, zabaw edukacyjnych, ani nawet języka. I tak jest często. Przedszkola też nie są tanie. A w Polsce zawsze jest babcia albo ciocia, która pomoże.

Ewa twierdzi, że w Polsce żyło jej się dostatniej, niż w Toronto. Miała własne mieszkanie, czynsz był niski, a zarobki proporcjonalnie znacznie wyższe.

- Teraz wiem, że sprzedaż mieszkania była naszym dużym błędem. Ale kto się spodziewał, że będziemy chcieli wracać?
Ewa z mężem spłacają mortgage, który wzięli na dwadzieścia lat.

- Mam to szczęście, że nadal pracuję w swoim zawodzie, więc przynajmniej nie wpadam w depresję z powodu pracy. Współczuję tym, którzy wykonują pracę poniżej swoich kwalifikacji czy ambicji zawodowych - mówi kosmetyczka z polskim dyplomem.

- Wiem, że nie każdego stać na pokończenie szkół czy studiów. A jak do tego dojdzie brak języka, to rzeczywiście takie życie może stać się niewesołe. Dlatego Polacy chcą wracać. I wracają.

Ewa mieszka w 3-pokojowym kondominium. Urządzone elegancko, nowocześnie, ale bez przepychu. Rata wynosi 700 dolarów miesięcznie.

- To moje dwutygodniowe zarobki. Jak pomyślę, że przede mną jeszcze 15 lat spłacania kredytu, to wracałabym do Polski już dziś. Ale poczekam, aż syn skończy szkołę. Mam fach w ręku, znam dobrze angielski, nie martwię się o pracę. Jeszcze tylko półtora roku i bye bye Kanado - mówi.

- Nie wróciłabym do Polski za żadne skarby świata - stwierdza Beata, 40-letnia księgowa z Burlington. - Jestem w Kanadzie dość krótko, ale mam swój dom, który w dużej części jest już spłacony, mam swoich klientów i nie narzekam. Od rodziny w Polsce wiem, że spadek bezrobocia to fikcja i gra polityczno-medialna. Co z tego, że moja siostra ma pracę, skoro zarabia niecałe tysiąc złotych, a tyle wynoszą same jej opłaty za czynsz, gaz, prąd i telefon?

Beata nie pojechała do rodzinnego Kocka nawet wtedy, gdy dostała list o chorobie ojca. Nie wiadomo, którego dnia dokładnie umarł. Jej siostra przestraszona poszła do jego domu, kiedy nie zjawił się na niedzielnej mszy. Był środek lata, a rozkład zwłok był tak silny, że sanitariusze nie mogli położyć go na noszach.

- Podobno się rozlewał, jak galareta - mówi Beata. - Po co mi oglądać takie widoki?

Rodzina męża Beaty mieszka w Nowym Jorku.

- Wracają, bo mają chrapkę na pieniądze unijne. Teraz w Polsce wystarczy przedstawić sensowny biznesplan, a 75% inwestycji daje Unia, bezzwrotnie. Ale trzeba znaleźć niszę. Oni chcą otworzyć dom starców, bo to teraz najlepszy biznes. Wiadomo, młodzi w Anglii, a rodzicami nie ma się kto zająć.

ZA CHLEBEM I OGÓRKIEM

"Kiedy po dziesięciu latach we Francji i Kanadzie Wojciech Bocheński przyjechał do Polski na pierwsze wakacje, dostał wiadomość, że firmę, w której pracuje, kupili Amerykanie i w ciągu trzech dni zwolnili wszystkich. Nie planował powrotu do ojczyzny, ale skoro już tu był, postanowił się rozejrzeć, czy nie znalazłaby się jakaś praca. Był 1997 r. i okazało się, że tacy jak on mogą przebierać w ofertach. W swojej poprzedniej firmie pełnił funkcję dyrektora do spraw sprzedaży, odpowiedzialnego za zachodnią Kanadę. Tu na pniu kupiło go Mitsubishi. Wkrótce założył własną firmę consultingową z siedzibą przy ul. Foksal w Warszawie i prowadzi ją do dziś. Czy wrócił na stałe?

- Na Zachodzie nauczyłem się, że nic nie jest na stałe. Takie czasy - mówi. - Gdybym jutro dostał ciekawą propozycję pracy w Azji czy Ameryce Południowej, nie wahałbym się ani przez moment.

Wojciech Bocheński należy do grupy, która w badaniach nad migracjami powrotnymi Polaków, ukończonymi właśnie przez Instytut Spraw Publicznych, została określona jako kosmopolici. Są mobilni i mogą robić karierę pod każdą szerokością geograficzną, nie przykładają specjalnej wagi do kwestii tożsamości narodowej.

"Dla mnie to przestało mieć znaczenie. To nie jest najważniejsze pytanie mojego życia: "Kim ja jestem - czy jestem Polakiem, czy Amerykaninem". Jestem tym, kim jestem z uniwersalnym podejściem do świata i ludzi. To nie wynika z wygody, że idę tam, gdzie mi łatwiej. Zachód zmienił mnie kompletnie. Jestem obywatelem świata" - deklaruje powracający z USA emigrant. Szacuje się, że po 1989 r. do Polski wraca od 1,5 do 4,5 tys. osób rocznie. Najliczniej przyjeżdżają ci, którzy opuścili Polskę w latach 80., 30-40-latkowie z wyższym wykształceniem. Wracają dzieci emigrantów wychowane na Zachodzie, z dyplomami świetnych uczelni; tacy, którzy mieliby szansę na karierę tam, ale tu otworzyła się szansa na karierę błyskotliwą i błyskawiczną. Polska lat 90. to było dla nich eldorado. Biegła znajomość angielskiego, reguł wolnego rynku i zasad działania wielkich koncernów, a z drugiej strony - znajomość języka polskiego i polskiej mentalności były dla filii zachodnich firm nieocenionym atutem. W badaniach ISP nazwano ich taktykami. Robiąc karierę na Zachodzie prędzej czy później odbiliby się od "szklanego sufitu". Przeprowadzili więc rachunek zysków i strat i postanowili powrócić.

"Ameryka jest stabilnym krajem, nie jest prosto tam się znaleźć i wejść w środowisko, w którym się mieszka" - opowiada jeden z taktyków.

"To są zamknięte enklawy i rzadko komu udaje się zostać w Ameryce i osiągnąć jakiś ogromny sukces. Gdy w Polsce dokonały się demokratyczne przemiany, zaczęła pojawiać się myśl, że niestety najlepiej będę się czuł we własnym kraju".

Kiedy Tomasz Magda z żoną Iwoną zdecydowali się na powrót do Polski w 1994 r., nowojorscy znajomi patrzyli na nich jak na szaleńców. Mieli bilet w jedną stronę i 200 dol. w kieszeni.

- Ja miałem także dyplom amerykańskiej uczelni i zadałem sobie pytanie: ilu jest w Stanach absolwentów Columbia University, a ilu w Polsce. Odpowiedź przesądzała sprawę - wspomina." (Polityka 41, 2002)


WRÓCIĆ, ŻEBY CZYTAĆ

Staszkowi powodło się w Kanadzie i nie ukrywa swojego zawodowego sukcesu. Jest rzemieślnikiem, ma własną firmę. Fach zdobył w Polsce, a doszlifował, wraz z językiem w Anglii.

- Moja matka tam mieszkała, już jako młody chłopak chciałem na stałe wyjechać z Polski.

Teraz ma 50 lat, dwa duże domy w Oakville i Missisaudze, i czuje, że stary kraj z każdym rokiem staje mu się bliższy.

Staszka Kuliga w latach osiemdziesiątych wygoniła z Polski, jak mówi, "administracja państwowa". Zatrzymywała postęp i zabierała nadzieję na jakąkolwiek poprawę.

- Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia. Nasza umarła, więc podjęliśmy z żoną decyzję o emigracji.

Młode małżeństwo chciało przede wszystkim dobra swojej małej córeczki.

- Staszek pracował w Anglii, więc uchodziliśmy za zamożną rodzinę. Na początku lat osiemdziesiątych ten kraj nie rokował żadnych nadziei. Nie chciałam, żeby moje dziecko w przyszłości spędzało życia w kolejkach, po kilogram cukru czy kiełbasy - mówi Lidka Kuliga.

Teraz jeżdżą do Polski kilka razy w roku, na urlop lub w interesach.

- To, co widzimy, to zmiany, oczywiście na plus. Nie wiemy, jak to wszystko wygląda od wewnątrz, ale wiem, że mimo wszystko do końca nie jest to jeszcze kraj normalny. Ostatnio miałem przygody z tą "administracją państwową", przy okazji załatwiania paszportu. Biurokracja nadal robi z Polski trzeci świat, ale taki, w którym już jakoś można żyć - dodaje.

Ale najważniejszym motywem podjęcia decyzji o powrocie jest dla Staszka tęsknota - za rodziną i miejscami z młodości. Zamierza sprzedać oba domy w Kanadzie, kupić coś w Polsce, a za resztę gotówki żyć bez problemu z pracą czy niespłaconym kredytem.

- Mojego marzenia nie da się spełnić w Kanadzie. A ja chcę mieszkać w małym miasteczku, albo w jakiejść głuszy. Wstać sobie rano, iść po ciepłe bułeczki i gazetę, siedzieć na werandzie i rozkoszować się widokami. Ale na początek chciałbym wrócić do czytania. Bo mam w domu trzy skrzynie wspaniałych książek i brakuje mi czasu, żeby je przeczytać. Bo książki dzielą się na takie, które przeczytasz i zapominasz, i na te, które potrzebują też przemyśleń. Moje potrzebują czasu, spokoju i zaangażowania.

Staszek ma nadzieję, że córka z rodziną też podejmą w przyszłości taką decyzję, i rodzina znów będzie żyć blisko siebie.

- I chcę, żeby sąsiad powiedział do mnie "dzień dobry, panie Stasiu", albo "jak zdrowie, panie Kuliga?", a nie "how are you?". Opowiem ci dykteryjkę: od trzynastu lat jeden z moich sąsiadów co rano wita mnie słowami "how are you?". A ja mu zawsze: "Well, thank you very much!". A kiedyś zmieniłem swoją kwestię, i odpowiedziałem "I am very bad, thank you". A on na to swoje: "Very good, good". Jak jakiś automat.

Staszek mówi, że mimo tego, że kocha Kanadę, nie nauczył się traktować ją jak ojczyznę. Jego rodzina, o silnych korzeniach patriotycznych, z powstańczą przeszłością, zakorzeniła w nim, że ojczyzna jest jedna.

- Kanada to kraj, w którym mieszkam, ale nigdy bym się nie nazwał kosmopolitą. Jestem Polakiem i nim pozostanę do końca życia.

Steve ma 27 lat i jest Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia. Urodzony w Toronto, zna polski, bo rodzice kultywowali w domu szeroko pojętą tradycję polskości. Mówi nieźle, choć słychać obcy akcent. Trzy lata temu wyjechał do Warszawy, i teraz chce pozostać tam na stałe.

- Kusiła mnie Europa, a szczególnie Polska, bo rodzice dużo mi opowiadali o kraju, no i oglądałem zdjęcia. Postanowiłem spróbować dostać się na studia, i już wkrótce będę kończył Biznes i Administrację.

Steve od razu dostał pracę w dużej firmie marketingowej. Robi dokładnie to, o czym marzył i czego się nauczył na studiach.

- W Polsce łatwo zrobić karierę. Wystarczy mieć pojęcie o tym, co się robi i znać dobrze jakiś obcy język, a propozycje spływają same. Ja tu się czuję już u siebie. Choć oczywiście Kanada to moja ojczyzna. Ale kupię mieszkanie i spróbuję życia w Warszawie. Fajna jest.

CI ODLATUJĄ, CI ZOSTAJĄ

W środowisku Polonii torontońskiej powstała niedawno firma, wychodząca naprzeciw tym, którzy chcą na stałe wrócić do Ojczyzny. Ziggy Kurasz oferuje kredyty hipoteczne m.in.dla tej części Polonii, która zamierza wrócić do kraju na stałe.

- Dlaczego moi klienci wracają do Polski? Bo są rozczarowani Kanadą, wciąż nie znają języka na tyle dobrze, by rozwinąć skrzydła poza środowiskiem etnicznym, no i nie czują się spełnieni zawodowo. A poza tym jesteśmy narodem sentymentalnym, z tradycjami, więc ciągnie nas to, co nasze. A zmiany, które dokonały się w Polsce po wejściu do Unii postępują w tempie błyskawicznym. No i możliwości inwestycyjne są teraz ogromne, więc to jedna z głównych motywacji do powrotu - sprzedać tu spłacony już dom i zainwestować pieniądze w Polsce - mówi właściciel Ziggy's Services.

Jego zdaniem w kraju od jakiegoś czasu panuje wręcz "gorączka" na inwestycje w nieruchomości, ludzie zarabiają miliony.

- W ciągu ostatnich paru lat ceny nieruchomości w Polsce wzrosły o ponad 100 procent, i będą rosły nadal. Te statystyki rynkowe mobilizują Polonię to działań i inwestycji we własnym kraju. Mój telefon dzwoni bez przerwy, ludzie pytają, jakie formalności trzeba załatwić, by otrzymać kredyt na zakup nieruchomości w Polsce. A są proste - wniosek do banku, dokument tożsamości i zaświadczenie o dochodzie z ostatniego miesiąca. I w przeciągu kilku dni otrzymujemy potwierdzenie przyznania kredytu, w dodatku na procent dużo niższy, niż w banku w Polsce. Można rzec, że ułatwiam Polonii takie decyzje.

- Patrząc na wskaźniki ekonomiczne, Polska jest jednym z liderów w Europie Środkowej jeśli chodzi o bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Gospodarka się rozwija, a prognozy są optymistyczne. Zatem szansa na to, by zbudować swoją przyszłość w Polsce jest w tej chwili równie wielka, co w Kanadzie, i na pewno większa, niż w Stanach Zjednoczonych, które ostatnio przeżywają problemy gospodarcze - dodaje konsul Andrzej Krężel.

- I biorąc pod uwagę różnice w kursie dolara i złotówki, wiele osób zaczyna się zastanawiać, czy nie będzie dla nich korzystne rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej właśnie w Polsce.

Po kilku latach emigracji zawsze nadchodzi czas oceny stopnia realizacji swoich dążeń. Czy moja działaność za granicą jest dla mnie satysfakcjonująca? Czy cena jaką przyszło mi płacić, czyli rozstanie z rodziną i życie w obcym środowisku kulturowym, nie jest za wysoka? - mówi konsul RP w Toronto.

Polacy wracają do domu, a motywacje tych decyzji są bardzo złożone. Najczęstszymi z nich są względy ekonomiczne, patriotyczne - sentymentalne i rodzinne. Najbardziej osobliwy powód do przeprowadzki z Kanady do Polski podał mi kiedyś mój czarnoskóry "przyjaciel rodziny", kucharz z zawodu i szef dużej restauracji w Newmarket.

- Wiesz co, Agnes? Nigdzie nie ma tak pysznych jajek jak w Polsce. Gdybym miał tam zamieszkać na stałe, to właśnie dla tych jajek, które twoja mama podała mi kiedyś na śniadanie...



© Copyright 2003 - 2010 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 


Kanada
Klniemy więcej niż inni
Pracujemy za dużo
Wpływ makabrycznego procesu na ławnika
Kolejna ofiara Afganistanu
Nadchodzi huragan Earl
Kanada wzmacnia obecność w Arktyce
Sir John A. Macdonald: Pierwszy premier Kanady (cz. 17)
Na czele RCMP ma być policjant
Premier Harper na Północy
Bloc Québécois (cz. 16)