#!/usr/bin/perl #30436 print "Content-type: text/html\n\n"; __END__ 155ˇ1056729948ˇ3ˇ1056729948ˇ3ˇ6ˇ27ˇ2003ˇˇPotrzebna pani do opieki nad 2 dzieci, 5 dni w tygodniu, Scarborough, Markham i Lawrence Ave. Tel. 416 439-6514 po 18.00 lub wiadomo?硡autoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ3ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003062710003ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 157ˇ1056730527ˇ3ˇ1057168766ˇ1ˇ6ˇ20ˇ2003ˇˇLakeshore i Kipling, do wynaj´cia pokój z u˝ywalno?ci? kuchni, ?azienki, kabla TV. Tel. 416 253-9359, po 16.00 cell. 416 884-0394 lub wiadomo?ç na maszynież0aˇˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ14ˇpmˇ3ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003062010014ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 194ˇ1057064232ˇ2ˇ1057064232ˇ2ˇ6ˇ27ˇ2003ˇˇˇW Pałacu Prezydenckim o zasadach wyboru eurodeputowanych ż0aż0a 13 okręgów wyborczych, prawo wyborcze dla obywateli każbfdego kraju UE oraz zakaz łączenia mandatu parlamentarzysty europejskiego z mandatem posła, senatora czy funkcją członka Rady Ministrów - to niektóre z założbfeń projektu ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W czerwcu przyszłego roku Polacy wybiorą 54 polskich przedstawicieli w PE.ż0aż0a Projekt zaprezentował w środę w Pałacu Prezydenckim szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Krzysztof Janik. Niebawem projekt, przyjęty przez rząd 17 czerwca, trafi do Sejmu.ż0aż0a Prezydent Aleksander Kwaśniewski podkreślił podczas spotkania, żbfe jużbf w tej chwili trzeba budować w Polsce zainteresowanie wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się prawdopodobnie 13 czerwca przyszłego roku. Dodał, żbfe pierwsza polska reprezentacja PE musi być jak najlepsza, dysponować wiedzą, kwalifikacjami i znajomością języków obcych.ż0aż0a Byłoby źle - zdaniem prezydenta - gdyby Parlament Europejski stał się sposobem na uwieńczenie czy ozdobę kariery w kraju. Nie możbfna teżbf wysyłać tam ludzi, którzy nie są jużbf potrzebni partiom. Jak podkreślił, Parlament Europejski musi być miejscem dla ludzi aktywnych, którzy chcą się poświęcić tej funkcji.ż0aż0a Premier Leszek Miller wyraził natomiast nadzieję, żbfe dyskusja nad projektem ordynacji w polskim parlamencie będzie merytoryczna i wolna od walki politycznej. Byłoby dobrze - jego zdaniem - gdyby w Parlamencie Europejskim godnie reprezentowane było młode pokolenie Polaków.ż0aż0a Według projektu ustawy o wyborze członków Parlamentu Europejskiego, wybory do tej unijnej instytucji są wolne, powszechne i bezpośrednie oraz przeprowadzane w głosowaniu tajnym. Członkowie PE są przedstawicielami społeczności obywateli UE, nie są związani instrukcjami wyborców. ż0a ż0a Projekt przyznaje czynne prawo wyborcze nie tylko 18-letnim obywatelom polskim, stale zamieszkującym na terytorium RP, ale równieżbf obywatelom Unii Europejskiej nie będącym obywatelami polskimi, którzy najpóźniej w dniu głosowania kończą 18 lat oraz stale zamieszkują na terytorium RP i są wpisani do stałego rejestru wyborców.ż0aż0a Prawo kandydowania (bierne prawo wyborcze) do Parlamentu Europejskiego przysługuje osobie mającej czynne prawo wyborcze, która najpóźniej w dniu głosowania kończy 21 lat i od 5 lat stale zamieszkuje na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej.ż0aż0a Projekt zakłada podział kraju na 13 wielomandatowych okręgów wyborczych: pomorski, kujawsko-pomorski, warmińsko-mazurski i podlaski, okręg m.st. Warszawy i ośmiu powiatów wokół stolicy, okręg mazowiecki, łódzki, wielkopolski, lubelski, podkarpacki, małopolsko-świętokrzyski, śląski, dolnośląsko-opolski oraz okręg województw lubuskiego i zachodniopomorskiego. ż0aż0a Z każbfdego okręgu możbfe zostać wybranych od trzech do dziewięciu eurodeputowanych.ż0aż0a Według projektu, mandatu członka PE nie możbfna łączyć ze sprawowaniem stanowiska w instytucjach wspólnotowych oraz z mandatem posła, senatora, funkcją członka Rady Ministrów, sekretarza stanu oraz z innymi stanowiskami, których według konstytucji nie możbfna łączyć z mandatem posła lub senatora.ż0aż0a Projekt nie wyklucza jednak kandydowania posła czy senatora w wyborach do PE. ż0a ż0a Tak jak w ordynacji do parlamentu, zaproponowano 5-procentowy próg wyborczy. Głosować mielibyśmy na listę popartą 20 tysiącami podpisów, zgłaszaną w okręgu, wskazując preferencje co do kandydata. ż0aż0a Głosy na listę w całym kraju byłyby później sumowane i przeliczane na mandaty za pomocą sprzyjającej większym ugrupowaniom metody d'Hondta, w zależbfności od tego, ile dana lista dostała głosów w skali kraju. Następnie mandaty rozdzielano by między listy okręgowe w zależbfności od proporcji głosów oddanych w danym okręgu.ż0a ż0a Mechanizm podziału mandatów między okręgi premiuje teżbf frekwencję - im wyżbfsza, tym więcej reprezentantów w PE okręg możbfe uzyskać. ż0aż0a Kandydatów - podobnie jak w wyborach do krajowego parlamentu - będą mogły zgłaszać komitety partii, koalicji i obywatelskie.ż0aż0a Parlament Europejski jest największym wielonarodowym parlamentem na świecie - reprezentuje 370 mln obywateli Unii. W jego skład wchodzą przedstawiciele wielu partii, zrzeszonych w siedmiu większych frakcjach politycznych. Każbfdy kraj Unii Europejskiej ma wciążbf jeszcze własne zasady dotyczące wyborów do PE. ż0aż0a Obecnie w PE zasiada 626 deputowanych. Po przystąpieniu do UE 10 nowych państw parlamentarzystów będzie 732. ż0aż0aPolskie stanowisko na konferencję międzyrządowąż0a ż0a Zasady podejmowania decyzji w UE, przyszły kształt unijnej polityki bezpieczeństwa i obrony, system instytucjonalny oraz projekt preambuły - to kwestie, na które - według premiera Leszka Millera - Polska będzie kładła szczególny nacisk w czasie konferencji międzyrządowej.ż0aż0a Premier uczestniczył w czwartek w podsumowaniu działalności Forum "Wspólnie o przyszłości Europy". Obok niego w podsumowaniu forum uczestniczyli teżbf: prezydent Aleksander Kwaśniewski, szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz, minister ds. europejskich Danuta Huebner, przewodniczący sejmowej Komisji Europejskiej Józef Oleksy, ministrowie, parlamentarzyści, przedstawiciele środowisk akademickich.ż0a ż0a Premier przedstawił założbfenia rządowego stanowiska na październikową konferencję międzyrządową, która ostatecznie zdecyduje o kształcie traktatu konstytucyjnego i reformy UE.ż0aż0a "Podstawową kwestią przesądzającą o naszym zachowaniu w dalszych pracach będzie dążbfenie do utrzymania kompromisu zawartego w Nicei, w tym systemu ważbfenia głosów" - powiedział szef rządu. Według niego, system nicejski właściwie odzwierciedla równowagę między małymi, średnimi i dużbfymi państwami UE i wyrażbfa formułę integracyjną, gdzie UE jest związkiem państw i obywateli.ż0a ż0a Premier dodał, żbfe nie widzi żbfadnych argumentów, które mogłyby uzasadniać przekonanie, żbfe "od Nicei do chwili obecnej zaszły jakieś głębokie zmiany, które wywołałyby konieczność rewizji ustaleń nicejskich".ż0aż0a W jego opinii, nie możbfna poważbfnie traktować argumentów, żbfe do zmiany nicejskich ustaleń zmusza stopień złożbfoności uzgodnionego wówczas systemu. "Jest on stosunkowo prosty i jeżbfeli pada taki argument, to jest to, co najwyżbfej, wymówka" - uważbfa Miller.ż0aż0a Premier powiedział teżbf, żbfe Polska opowiada się za tym, aby wszelkie inicjatywy dotyczące polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa i obrony UE nie były kształtowane jako konkurencyjne w stosunku do NATO, ale jako komplementarne. ż0aż0a Szef rządu ocenił teżbf, żbfe proponowane w projekcie traktatu rozwiązanie, przewidujące rotacyjne, przynajmniej roczne przewodnictwo w radach sektorowych, Polska interpretuje jako zachętę do stworzenia proponowanej przez nią prezydencji grupowej (sprawowanej przez kilka państw).ż0aż0a Według niego, kompetencje ewentualnego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej powinny być tożbfsame z kompetencjami dzisiejszego rotacyjnego przewodniczącego.ż0aż0a Polska popiera teżbf utrzymanie do 2009 r. reprezentacji państw w Komisji Europejskiej na zasadzie "jeden kraj jeden komisarz". Jednocześnie premier zgodził się z opinią, żbfe w przyszłości nieuniknione jest zmniejszenie składu Komisji Europejskiej, bo taki krok będzie sprzyjał podniesieniu jej efektywności.ż0aż0a Dodał, żbfe popierając co do zasady tę zmianę, Polska będzie dążbfyć do wprowadzenia rozróżbfnienia pomiędzy komisarzami-członkami kolegium Komisji oraz pozostałymi komisarzami.ż0aż0a Miller zapowiedział teżbf, żbfe Polska będzie promować rozwiązanie, by Rada Europejska przedstawiała co najmniej dwóch kandydatów na przewodniczącego Komisji Europejskiej, a wyboru spośród nich dokonywał Parlament Europejski.ż0aż0a Podkreślił, żbfe Polska chce, aby w preambule do europejskiej konstytucji znalazło się odwołanie do dziedzictwa europejskiego, w tym chrześcijaństwa.ż0aż0a Premier odniósł się równieżbf do dyskusji o tym, w jaki sposób powinien być ratyfikowany traktat konstytucyjny. "Wydaje mi się, żbfe nie uda się powtórzyć tak wielkiego zainteresowania i ruchu społecznego wokół ratyfikacji traktatu konstytucyjnego, jak to było przy okazji referendum europejskiego. Warto to mieć na uwadze w przygotowaniach do ostatecznej decyzji w tej sprawie" - uważbfa.ż0aż0a Według prezydenta, czekają nas trzy, wyjątkowo trudne i wieloletnie zadania: Polska w UE, nasze miejsce w Europie oraz udostępnienie naszych doświadczeń w transformacji m.in. krajom w Azji Środkowej i na Bałkanach.ż0aż0a Kwaśniewski podkreślił, żbfe Polska w Unii Europejskiej to nie tylko stanowisko, jakie zajmiemy wobec traktatu konstytucyjnego UE. Nasza przyszłość w Unii powinna odpowiadać potencjałowi naszego kraju.ż0aż0a "To nasze »domowe zadanie«; rozwijanie gospodarki, tworzenie prawa, rozwijanie samorządów, edukacja młodzieżbfy" - powiedział Kwaśniewski.ż0aż0a Nasze miejsce w Europie określa "odpowiedzialność za to wszystko, co dzieje się na wschód od Unii Europejskiej" - uważbfa prezydent.ż0aż0a Powołując się na rozmowy z liderami z krajów leżbfących na Wschodzie, prezydent powiedział, żbfe oczekiwania wobec Polski są jednoznaczne: nasz kraj będzie "trzymał otwarte drzwi" do Unii dla krajów leżbfących na Wschodzie.ż0aż0a "To nie jest slogan, kiedy mówimy, żbfe nie chcemy na wschodniej granicy żbfadnych kurtyn" - podkreślił Kwaśniewski.ż0aż0a Trzecie zadanie, jakie prezydent widzi przed Polską, to udostępnienie naszych doświadczeń w transformacji gospodarczej, społecznej i politycznej.ż0aż0a Mówiąc o pracach Konwentu Europejskiego, prezydent powiedział, żbfe "ta praca się nie skończyła": teraz należbfy zwiększyć świadomość europejską wśród Polaków i "odcisnąć polski ślad" w nowych rozwiązaniach przyjmowanych w UE.ż0aż0a Według szefa polskiej dyplomacji, Włodzimierza Cimoszewicza, obecnie musimy skupić wysiłki na tym, aby traktat konstytucyjny UE w jak największym stopniu był odzwierciedleniem naszych oczekiwań. "Ze strony rządu deklaruję, żbfe to będzie naszym zasadniczym celem" - powiedział minister.ż0aż0a Szef MSZ podkreślił, żbfe tradycyjną praktyką w Unii Europejskiej są negocjacje i kompromis. Cimoszewicz uważbfa, żbfe musimy porzucić myślenie w kategoriach obrony szańców narodowych, "nie mamy monopolu na mądrość i musimy wysłuchać innych".ż0aż0a Cimoszewicz powtórzył polskie stanowisko, żbfe nie ma powodu do zmiany zapisanych w traktacie nicejskim rozwiązań, dotyczących systemu podejmowania decyzji w UE. Zaznaczył, żbfe ustalenia nicejskie zostały opracowane z myślą o rozszerzeniu Unii i nie zaszły żbfadne wydarzenia, które skłaniałyby do ich zmiany.ż0aż0a Szef MSZ uznał, żbfe bardzo ważbfne jest w traktacie m.in. zwiększenie znaczenia Parlamentu Europejskiego, a takżbfe roli parlamentów narodowych oraz bardzo istotna jest propozycja wzmocnienia wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.ż0a ż0a Forum "Wspólnie o przyszłości Europy" zainaugurowało działalność w lutym 2002 r., jako platforma wymiany opinii, projektów reform UE, dyskusji z przedstawicielami środowisk naukowych, samorządowych i różbfnych opcji politycznych. ż0aż0aTraktat konstytucyjny wynikiem kompromisuż0aż0a Traktat konstytucyjny UE, nad którym skończył prace Konwent Europejski, jest wynikiem kompromisu - uważbfają polscy delegaci do Konwentu. ż0aż0a W czwartek podsumowywany został cykl konferencji Forum "Wspólnie o przyszłości Europy".ż0aż0a "Pomimo żbfe nikt do końca nie jest zadowolony z ostatecznego efektu, to ten dużbfy kompromis, jaki udało się osiągnąć, jest sukcesem Konwentu" - powiedział na czwartkowej konferencji Edmund Wittbrodt, delegowany przez Senat do Konwentu.ż0aż0a Wittbrodt uważbfa, żbfe tryb, w jakim zostanie w Polsce przyjęty traktat konstytucyjny, zależbfy od tego, czy zostanie on potraktowany jak akt konstytucyjny - i wtedy, jak w przypadku polskiej konstytucji, powinno zostać przeprowadzone referendum - lub jeśli zostanie potraktowany jako umowa międzynarodowa - powinien przejść zwykłą procedurę w parlamencie.ż0aż0a Delegat do Konwentu Józef Oleksy uważbfa, żbfe polskie elity boją się przeprowadzania referendów, ale - jego zdaniem - "nie należbfy niczego przesądzać".ż0aż0a Dziennikarze pytali, jak delegaci oceniają ewentualną listę prezydencką kandydatów do Parlamentu Europejskiego. "Słyszeliśmy o tym z mediów" - odpowiedział Oleksy.ż0aż0a W czwartek "Rzeczpospolita" doniosła o pomyśle, jaki miał się zrodzić w otoczeniu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego - aby zaangażbfował się on w tworzenie obywatelskiego komitetu, który wystartowałby w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jako lokomotywy wyborcze prezydenckiej inicjatywy wymieniani są m.in. profesor Bronisław Geremek i Waldemar Dubaniowski, do niedawna prezydencki członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.ż0aż0a Według jednego z zastępców delegatów senator Genowefy Grabowskiej, kandydaci do Parlamentu Europejskiego powinni wywodzić się z partii politycznych, bo tylko wówczas uczestniczyć będą w procesie decyzyjnym. "Wolni strzelcy" to - zdaniem Grabowskiej - stracone miejsca w parlamencie. Dodała, żbfe jużbf teraz w Parlamencie Europejskim decydującą rolę odgrywają dużbfe i silne partie.ż0aż0a Według polskich delegatów do Konwentu, najważbfniejszą w tej chwili sprawą jest upowszechnianie wiedzy o zapisach traktatu konstytucyjnego i o reformie Unii. "Musimy być blisko ludzi w społecznościach lokalnych, z bezpośrednią pomocą w przygotowywaniu się do wykorzystania szans, jakie niesie ze sobą członkostwo w Unii Europejskiej" - powiedziała minister Danuta Huebner, reprezentująca w Konwencie polski rząd.ż0aż0a Podsumowując 16-miesięczną działalność Forum, Huebner przypomniała, żbfe w tym czasie odbyto 10 konferencji regionalnych oraz kilkanaście spotkań z gośćmi z państw instytucji unijnych. Stworzono teżbf stronę internetową poświęconą pracom Konwentu, która - według Huebner - cieszyła się "ogromnym zainteresowaniem". ż0aż0aż0aˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ50ˇamˇ2ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇNa podst. PAPˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003062700850ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 240ˇ1057190276ˇ2ˇ1057190349ˇ2ˇ6ˇ27ˇ2003ˇˇList Oceaniczny numer 6ż0aż0aPoezja mieszkającego i tworzącego w Kanadzie poety Floriana ŚmiejiˇJEZIORO W NOCYż0aż0aNocą jezioro Huron szumi najwymowniej.ż0aPosądzam je o czary: podejrzewamż0ażbfe wlewa się do niego Odraż0aumorusana Czarnawka, siołkowicka Brynicaż0aktórych wody obmywały moje dzieciństwo ż0aa teraz razem kołyszą mnie i zwodząż0ałudząc, żbfe wszystko jest jak trzeba.ż0aż0aż0aZACHÓD SŁOŃCAż0aż0aGęganie wracających pod wieczór ptakówż0akrzyk nienasyconych mewż0ai dźwięki irlandzkiej harfyż0adobywane przez starszą paniąż0aw płomiennej peruceż0atowarzyszą zachodowi słońcaż0anad brzegiem jeziora Huron.ż0aż0aŁatwiej nam celebrować zmierzchż0aufając w zmartwychwstanie.ż0aż0aż0aKSIĄDZ JANż0aż0a dla M.P.ż0aż0aJużbf pochylony co niedzielęż0awygłasza u sióstr wizytekż0apoetyckie homilież0adla niewiniątek w każbfdym wieku.ż0aBezkonkurencyjnież0awpisał się do księgi Guinessaż0aza najkrótsze kazaniaż0aa jeszcze pewniejż0aw serca swoich słuchaczyż0abezradnie wyciągających szyjeż0aby niczego nie uronićż0az jego mądrych szeptówż0alecz rozumiejących bezwiednież0ażbfe dobroć słów nie potrzebuje.ż0aż0aż0aSAGITARIUSż0aż0aDonieśli mi przyjaciele, żbfe w piśmież0aktórego nie widuję, sfrustrowany ż0azłośliwiec żbfwawo pukał w moją stronęż0agdy ja zaszyty w karaibskich dżbfunglachż0akontemplowałem trójpalczastą zjawęż0aleniwca o przyjaznej mordce, oczachż0afiluternych, lecz nie do zapomnienia.ż0aTo one mnie raniły znacznie głębiej ż0aod palby rozkapryszonego zoila:ż0aprzy orchideach nie księciem purchawka.ż0aż0aż0aSTARY POETAż0aż0aZa długo żbfyjesz, mój drogiż0ajesteś, gdy rówieśnicy odeszliż0ażbfegnałeś ich, odprowadzałeśż0aten luksus jużbf nie dla ciebie.ż0aMłodszym stałeś się zawadąż0awidziałeś za dużbfo, pamiętaszż0akiedy obowiązuje amnezjaż0ai chytra manipulacja.ż0aGrzebać cię będą obcyż0alecz przedtem zaszufladkująż0ai uczenie zakłamią.ż0aNo, możbfe kilka wierszyż0awybiorą do antologiiż0awszelkiej materii pomieszaniaż0ai jarmarku próżbfnościż0awłożbfą pod grubą kreskę:ż0aod prawdziwego emigrantaż0anie odróżbfnisz jużbf agentaż0aaparatczyka i karierowicza.ż0aż0aż0a Prezentowane wiersze pochodzą z przygotowywanego do druku tomiku pt. „Nad Jeziorem Huron". ż0a ż0aW kwietniu miała miejsce ogólnopolska sesja naukowa poświęcona twórczości prof. Floriana Smieji pt. W wierszu i przekładzie - poetycka i translatorska twórczość Floriana Śmieji, zorganizowana przez Muzeum Okręgowe w Sandomierzu,Wyżbfszą Szkołę Humanistyczno-Przyrodniczą w Sandomierzu oraz Uniwersytet Rzeszowski. Oprócz tego w Sandomierskim Ratuszu miała miejsce wystawa pt. „Pukaj" – poświęcona sylwetce i twórczości Floriana Śmieji - polskiego poety, tłumacza i iberysty, mieszkającego od ponad 30 lat w Kanadzie" . Była to kolejna ekspozycja w ramach istniejącego od 6 lat w Muzeum Okręgowym w Sandomierzu cyklu pod nazwą „Panorama polskiej literatury emigracyjnej".ż0aż0aTużbf po otwarciu wystawy, w sandomierskim Ratuszu odbyło się spotkanie autorskie z Florianem Śmieją. ż0aż0aRownieżbf w kwietniu ukazała się w Polsce nowa, pięknie wydana książbfka prof. Floriana Smieji, pt. „Zbliżbfenia i kontakty" (dostępna w księgarni „Artus" 191 Roncesvalles Av. Toronto). ż0aż0aO nowej książbfce, sesji i dalszych planach będziemy rozmawiali z profesorem w kolejnym Dodatku Kulturalnym „Gazety".ˇautoˇautoˇˇlawka.jpgˇtrawka-m.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇFot. Jacek GwizdkaˇFot. Jacek Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ50ˇpmˇ2ˇˇ1ˇˇˇlawka.jpgˇtrawka-m.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ220ˇ220ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ144ˇ331ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003062710750ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 265ˇ1057329589ˇ2ˇ1057331732ˇ1ˇ5ˇ9ˇ2003ˇVI Dzień Konstytucji 3 MajaˇPo raz pierwszy organizowaliśmy dzień Konstytucji 3 Maja dokładnie w dniu rocznicy. Nasze święto cieszy się ogromnym powodzeniem, jest stałą imprezą zapowiadaną w kalendarzu imprez okręgu High Park-Parkdale, w czasopismach "NOW" i "The Villager" - dlatego przyciąga nie tylko Polaków, a o propagowanie naszej kultury i tradycji właśnie nam chodzi.ˇPogoda jak zawsze nam dopisała (mimo wiatru - słońce było wspaniałe), podobnie zresztą jak frekwencja, wykonawcy i goście. ż0aż0a***image1***Po raz pierwszy organizowaliśmy dzień Konstytucji 3 Maja dokładnie w dniu rocznicy. Nasze święto cieszy się ogromnym powodzeniem, jest stałą imprezą zapowiadaną w kalendarzu imprez okręgu High Park-Parkdale, w czasopismach "NOW" i "The Villager" - dlatego przyciąga nie tylko Polaków, a o propagowanie naszej kultury i tradycji właśnie nam chodzi. ż0aż0a Dlatego co roku rozdajemy przygotowane starannie po polsku i angielsku materiały informacyjne o Konstytucji 3 maja i prowadzimy imprezę dwujęzycznie.ż0aż0aJak co roku, 3-majowe święto Polonii Przyszłości rozpoczął bieg o Puchar Polonii Przyszłości, który odbywa się nad jeziorem Ontario.ż0a ż0aW tym roku puchar przechodni oraz puchar pierwszego miejsca zdobył (po raz drugi z rzędu, a w ogóle po raz trzeci) Ryszard Bartoszek, a pozostałe dwa miejsca zajęli Staszek Szaflarski i Ryszard Szramel, którzy otrzymali takżbfe pamiątkowe puchary.ż0aż0a***image2*** ***image3***Od godziny 12.30 trwał koncert, w którym wzięło udział wielu znakomitych wykonawców:ż0a• wokalistka Marta Wierzbicka i towarzyszący jej gitarzysta, aranżbfer i kompozytor Adam Rawski, ż0a• Katie Baker - laureatka Grand Prix na festiwalu Szanty 2002 w Toronto i II nagrody na festiwalu Szanty we Wrocławiu, ż0a• Irenka Dudek, uczennica 5. klasy, śpiewająca i grająca na gitarze (samouk!), ż0a• Edward Dragan, mistrz harmonijek i piccolo, ż0a• niespodziewany wykonawca patriotycznej pieśni Antoni Presz, ż0a• wokalistka i absolwentka Wydziału Muzycznego UofT Urszula Fiedorczuk, która grała rolę Matki Boskiej w Drodze Krzyżbfowej w czasie Światowego Dnia Młodzieżbfy latem ubiegłego roku i opowiedziała zebranym o tym niezwykłym przeżbfyciu, ż0a• niezwykle barwny zespół pieśni i tańca Biały Orzeł-Mississauga, który w lipcu wyjeżbfdżbfa na zaproszenie zespołu Racławice ze Stalowej Woli do Polski, gdzie będzie miał okazję pracować z najlepszymi choreografami, ż0a• urocze tańczące i śpiewające dzieciaki z zespołu Radość-Joy prowadzonego przez Annę Piwowarczyk, ż0a• kwartet dziecięcy Rodzina (dwie siostry i dwóch braci), ż0a• śpiewające harcerki z ZHR oraz utalentowani uczniowie Szkoły Muzycznej im. F. Chopina.ż0aż0aNajmłodszy członek zespołu Rodzina wylosował nazwisko zwycięzcy nagrody ufundowanej przez firmę Pekao Trading and Travel dla widzów IX Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Toronto - bilet lotniczy do Polski (szczegóły na str. 21).ż0aż0a Za budynkiem biblioteki, która jak co roku okazała nam gościnność i pomoc, artysta plastyk Danuta Siniarska prowadziła zajęcia plastyczne dla dzieci, malowała buzie, a takżbfe przeprowadzała konkurs plastyczny.ż0a ż0a Prace złożbfone w konkursie zostały ocenione przez jury, które przyznało cztery nagrody. Oto laureaci: Irenka Dudek, Gabriel Jasiński, Alice Ulanowski i Philip Szykowski. Gratulujemy dzieciom talentu plastycznego i wyobraźni! ż0aż0a***image4*** ***image5***Dzieci miały teżbf mnóstwo dmuchanych bez wytchnienia przez Wiktorię i Leszka Górników baloników i pyszne cukierki, a takżbfe wypełniały przygotowaną przez Danutę Radej, która w "Gazecie" prowadzi kącik dziecięcy, ankietę na temat "Moja Mama". ż0aż0a O godzinie 14.00 odbyła się część oficjalna z odśpiewaniem hymnów polskiego i kanadyjskiego. Na scenie pojawili się nasi Goście: konsul generalny RP w Toronto dr Jacek Junosza-Kisielewski, radny Chris Korwin-Kuczyński, prezes KPK Okręg Mississauga Władysław Lizoń i prezes Związku Polaków w Kanadzie Robert Zawierucha. Radny Piotr Milczyn odwiedził naszą imprezę wcześniej, ponieważbf miał jeszcze inne plany.ż0a ż0a Wcześniej takżbfe pojawiła się prezes Funduszu Dziedzictwa Polek w Kanadzie, pani Jadwiga Sztrumf. Otrzymaliśmy list gratulacyjny od posłanki z okręgu Etobicoke Lakeshore Jean Augustine, przysłany z Ottawy.ż0aż0a Dzień Konstytucji 3 Maja to tradycyjnie okazja dla Polonii Przyszłości, aby prowadzić akcje charytatywne, które pomóc mają w jakiejś ważbfnej sprawie. ż0aż0a***image6***Dotychczas 3-majowe obchody służbfyły między innymi wsparciu akcji "Uratować żbfycie", pomocy powodzianom w Polsce, zbiórce książbfek dla biblioteki w Domu Kopernika (Copernicus Lodge) i akcji jego rozbudowy. W tym roku prowadzone były cztery akcje:ż0aż0a• klub ociemniałych rowerzystów Trailblazers. Była okazja, aby spotkać się z niewidomymi rowerzystami i porozmawiać z nimi, a takżbfe spróbować jazdy na dwuosobowych rowerach, które Leszek Kociuba przywiózł na teren festynu. Chętni mogli takżbfe spróbować swoich sił w terenie - w High Parku. Byli takżbfe ociemniali żbfeglarze, którzy aktualnie zbierają pieniądze potrzebne im na oprzyrządowanie łodzi, która kupiona została dla nich dzięki hojności polonijnych donatorów,ż0aż0a• petycja do władz miejskich w sprawie zainstalowania tzw. speed bumps przed szkołami w Toronto, zainspirowana tragiczną śmiercią 13-letniego Filipa, syna naszego przewodniczącgo Tomka Kniata. ż0a Zebraliśmy bardzo dużbfo podpisów, a sprawa zostanie przedstawiona na posiedzeniu Rady Miejskiej na początku czerwca,ż0aż0a• akcja "Uratować żbfycie" - niestety, pani dr J. Wojtczak, która powróciła dopiero z Polski, gdzie doznała złamania miednicy, nie czuła się dobrze i nie mogła być tego dnia z nami,ż0aż0a• zbiórka odzieżbfy dla domów dziecka w Polsce, którą tradycyjnie prowadził Oddział Toronto Polonii Przyszłości.ż0aż0a Wokoło sceny rozstawione były stoiska polskich biznesów i organizacji, a przez czas trwania imprezy miłośnicy szachów rozgrywali turniej szachowy. ż0aż0aA oto jego wyniki - komunikat organizatora rozgrywek Cezarego Posyłka:ż0a***image7***Pierwsze i drugie miejsce w turnieju podzielili panowie Stanisław Chwała i Jan Bledziński, z tą samą liczbą zdobytych punktów. Turniej został rozegrany na dystansie 6 rund.ż0a1. Stanisław Chwała - 4 punkty z 5 partii (wszyscy poniżbfej z tej samej liczby partii)ż0a2. Jan Bledziński - 4 punktyż0a3. Tadeusz Kret - 3 punkty ż0a4. Tadeusz Lichwa - 3 punktyż0a5. Stanisław Kamiński - 2 punktyż0a6. Tadeusz Kupiecki - 1 punktż0a7. Krzysztof Korzeniowski - 1 punktż0a8. Jacek Ladziński - 0 punktów ż0a9. Henryk Potocki - 0 punktów (brak rozegranych partii)ż0a Turniej przebiegł w serdecznej i sportowej atmosferze i liczba kibiców (znacznie większa niżbf liczba uczestników) świadczy o dużbfym zainteresowaniu i popularności szachów.ż0aCezary Posyłekż0aPolonijny Klub Szachowy "Polonia"ż0aż0a Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy pracowali przy przygotowaniu i przeprowadzeniu tej dużbfej imprezy, wykonawcom, którzy w niej wzięli udział, Bibliotece High Park oraz naszym widzom, którzy nie szczędzili nam miłych słów. Za rok - kolejny Dzień Konstytucji 3 Maja!***image8***ż0aż0aPS Obszerny fotoreportażbf z imprezy publikowaliśmy takżbfe w "Gazecie nr 86" z 5 maja.ż0aˇautoˇautoˇ18ˇchopin.jpgˇdziecko.jpgˇgosc_ie.jpgˇmaryja.jpgˇorzel.jpgˇrodzina.jpgˇszachy.jpgˇzhr.jpgˇˇˇDzieci ze szkoły muzycznej im. F. ChopinaˇBalonik nie odleci, jeśli przywiążbfe się go do rączkiˇGoście uroczystości - radny Toronto Chris-Koriwn-Kuczyński i Konsul Generalny w Toronto dr Jacek Junosza-KisielewskiˇUrszula Fiedorczuk, niezapomniana Maryja z Drogi Krzyżbfowej wystawionej w czasie Światowego Dnia Młodzieżbfy 2002ˇNajmłodsi wykonawcy zespołu Biały Orzeł-MississaugaˇCzwórka rodzeństwa z zespołu RodzinaˇSzachiści grają w skupieniuˇŚpiewające i grające harcerki z ZHRˇˇˇ10ˇ26ˇamˇ2ˇˇ1ˇˇˇchopin.jpgˇdziecko.jpgˇgosc_ie.jpgˇmaryja.jpgˇorzel.jpgˇrodzina.jpgˇszachy.jpgˇzhr.jpgˇˇˇ220ˇ220ˇ220ˇ220ˇ220ˇ220ˇ220ˇ220ˇˇˇ176ˇ176ˇ176ˇ275ˇ176ˇ176ˇ176ˇ176ˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003050901026ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 269ˇ1057335152ˇ2ˇ1057335502ˇ2ˇ1ˇ3ˇ2003ˇPowiększona rodzinaˇ Rozpoczęta w ubiegłym roku w lecie przez Polonię Przyszłości akcja "Adoptuj polską rodzinę w Gruzji" trwa. Poszczególne rodziny mają bezpośredni kontakt (listowny lub e-mailowy) ze swymi podopiecznymi. Oto relacja jednego z tutejszych opiekunów, który taki e-mail przysłał mi pod koniec roku 2002. ˇDo P. Małgorzaty P. Bonikowskiejż0aPolonia Przyszłościż0ai Gazetaż0aż0a Okres świąt Bożbfego Narodzenia oraz koniec roku kalendarzowego sprzyjają podsumowaniom i przemyśleniom.ż0aż0a Dla naszej rodziny był to rok szczególny, ponieważbf krąg naszych bliskich powiększył się o kilka osób. Nie mówimy w tym miejscu o noworodkach czy odnalezionych krewnych, lecz o osobach, które jużbf od dawna stąpają po ziemi.ż0aż0a Latem, kiedy nasza córka spędzała jużbf drugi miesiąc letnich wakacji poza domem, przeczytaliśmy w "Gazecie" artykuł o gruzińskich rodzinach znajdujących się w potrzebie. Tak więc, za sprawą Pani, p. Małgorzato, i zrządzenia losu, nasza uwaga została zwrócona na dziewczynkę w wieku naszej córki, chorą na epilepsję i wychowywaną przez samotną matkę.ż0aż0a Szybko nawiązaliśmy kontakt z p. Dorotą Parzymies z Fundacji "Ocalenie" w Polsce, która zajmuje się organizowaniem pomocy humanitarnej dla Polaków mieszkających na terenach byłego ZSRS. Dzięki p. Dorocie zaczęliśmy z wolna poznawać nasze podopieczne. Napływające informacje konsekwentnie budowały obraz szarej i smutnej rzeczywistości, w jakiej przyszło żbfyć Wiktorii i jej mamie, Madlenie. Dziewczynka, od wczesnego dzieciństwa chora na epilepsję, nękana częstymi atakami choroby, przestała chodzić do szkoły. Jej mama, dzięki pomocy lekarzy, dostała pracę w szpitalu. W związku z tym, jej córka towarzyszy Madlenie w szpitalnej pracy, a w razie potrzeby możbfe liczyć na szybką pomoc lekarską. Ze względu na fakt, iżbf świadczenia lekarskie w Gruzji są płatne, a takżbfe ze względu na fakt, żbfe świadczenia te są bardzo limitowane i wątpliwej jakości, choroba dziewczynki nigdy nie była właściwie przebadana ani teżbf należbfycie leczona.ż0aż0a Trudne warunki mieszkaniowe - małe mieszkanie, w "rozsypującym się" bloku, notoryczne braki w dostawach energii elektrycznej i gazu w Tbilisi, minimalne dochody matki - kilkadziesiąt dolarów na miesiąc, pomimo pracy po godzinach, dopełniają tę czarę goryczy.ż0aż0a Dzisiaj, kilka miesięcy od dnia kiedy po raz pierwszy przeczytaliśmy o "Akcji pomocy Polakom w Gruzji", sytuacja naszych podopiecznych w Tbilisi ma szanse zmienić się na lepsze. Nasze panie dostały trochę odzieżbfy w paczkach, które wysłaliśmy przed świętami, oraz trochę dolarów, aby ulżbfyć ich codziennym troskom. Lecz nie to jest najistotniejsze. Dzięki staraniom p. Doroty Parzymies, Wiktoria Milerowska przejdzie serię badań w szpitalu w Dziekanowie Leśnym pod Warszawą. Przybędzie tam jużbf w połowie stycznia, wraz ze swoją mamą. Będzie to ogromna szansa dla naszych Gruzinów, aby otrzymać prawdziwą pomoc lekarską, poddać dziewczynkę badaniom, które są niewykonalne w Gruzji, i wreszcie, co najważbfniejsze, poddać ją skrupulatnemu leczeniu, po raz pierwszy w jej żbfyciu.ż0aż0a Jest nam bardza miło dzielić się z Panią tymi dobrymi wiadomościami. Mamy nadzieję, żbfe inne rodziny gruzińskie otrzymały swoją dawkę żbfyczliwości, co wydaje się być bardzo istotną sprawą w dzisiejszych czasach.ż0aż0a Serdecznie pozdrawiamy, żbfycząc wielu sukcesow w żbfyciu prywatnym i zawodowym, w Nowym Roku 2003.ż0a ż0aJacek Piskiewicz ż0awraz z rodziną ż0ażbfoną Lidią i córką Juliąż0aż0aż0a Chętnych do pomocy proszę o kontakt - 416-433-5066 lub mbonikowska@gazetagazeta.com Wszystkim hojnym opiekunom o otwartych sercach - dziękujemy!ˇautoˇautoˇ46ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ8ˇpmˇ2ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003010310008ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 271ˇ1057336079ˇ2ˇ1057337928ˇ1ˇ12ˇ20ˇ2002ˇBy lutnia mówić umiała...ˇTo ambitne prtzedsięwzięcie - wydać CD z najpiękniejszymi utworami polskich lutnistów. Podjęła się go entuzjastka i lutnistka z Kanady Magdalena Tomsińska.ˇ Stara polska muzyka Renesansu i wczesnego Baroku, muzyka grana na lutni, znana jest w Europie. Polscy kompozytorzy z tamtej epoki mieli znakomitą markę w innych krajach i byli wysoko cenieni. ż0aż0a Magdalena Tomsińska sama gra z wielkim upodobaniem na lutni. Wraz z dwiema Kanadyjkami stworzyła zespół muzyki dawnej Greensleaves (na zdjęciu poniżbfej), który koncertuje w pięknych strojach z epoki. Magdalena otrzymała sporą pomoc ***image1***w zdobyciu nut utworów na lutnię z tamtej epoki od Marcina Zalewskiego, czołowego polskiego gitarzysty (sama teżbf gra na gitarze), lutnisty i gambisty, który nagrał pierwszą w Polsce płytę z muzyką lutniową. Ma na swoim koncie wiele płyt, koncertów w Polsce i za granicą, pracuje jako pedagog. Jego uczniem jest Michal Gondko, który zafascynowany muzyką lutniową z XVI w., postanowił dołączyć się do projektu swego mistrza i nagrał z nim wspólnie dysk pod tytułem "By lutnia mówić umiała...". ż0aż0a Materiał na płytę został jużbf nagrany. Składają się nań utwory polskiej muzyki lutniowej, która jest skarbem polskiej kultury. Problem polega na wydaniu tego dysku. Nie ma na to funduszy, gdyżbf ta wspaniała muzyka nie jest "chodliwa". To muzyka, która nie zrobi wielkich pieniędzy, nie przebije się przez hałas popu.ż0a ż0a Magdalena Tomsińska postanowiła pomóc w zebraniu funduszy na wydanie tej płyty w Polsce. Jużbf zebrała 1500 dolarów. Potrzebne jest jeszcze 1200. Osoby, które zechcą przekazać na ten cel minimum 20 dolarów, otrzymają płytę po jej wydaniu, planowanym na lato 2003 roku. Jest to forma subskrypcji. W Credit Union istnieje konto pod nazwą "Polsak Muzyka Lutniowa", gdzie możbfna przekazać na ten cel dotacje. Możbfna teżbf skontaktować się z Magdaleną Tomsińską - tel. 519-886-3986.ż0aż0a Na Opłatku Polonii Przyszłości Magdalena zagra nam kilka utworów z repertuaru prezentowanego na planowanej do wydania płycie. Będzie okazja, by posłuchać tej wyjątkowej muzyki i porozmawiać o akcji, której Magdalena podjęła się z zamiłowania do muzyki dawnej.ż0aż0aWarto zajrzeć - www.greensleaves.com ˇautoˇautoˇ45ˇoplatek_tomsinska.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇMagdalena Tomsińska gra na oplatku Polonii Przyszłościˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ23ˇpmˇ2ˇˇ1ˇˇˇoplatek_tomsinska.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ220ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ165ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002122010023ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 272ˇ1057336632ˇ2ˇ1057340007ˇ1ˇ11ˇ15ˇ2002ˇPolski dzień w Mississaudzeˇ To był wspaniały dzień, w czasie którego pokazaliśmy się jako grupa etniczna od najlepszej strony. I Święto Niepodległości Polski w Mississaudze, które Polonia Przyszłości zorganizowała wspólnie z Central Parkway Mall, przyciągnęło tłumy i pozwoliło na wsparcie finansowe akcji "Uratować żbfycie", którą popieramy aktywnie od samego jej początku.ˇJużbf od godziny 11.00 rano do samego wieczora mall przy zbiegu ulic Burnhamthorpe i Central Parkway E. wypełniony był widzami - mnóstwo dzieci i dorosłych, Polaków, a takżbfe Kanadyjczyków, przyszło obejrzeć ciekawy program artystyczny, kiermasz firm i organizacji polonijnych, wystawę poświęconą realizacji programu "Uratować żbfycie", gdzie spotkać się możbfna było z panią dr Jadwigą Wojtczak. Dla dzieci były białe i czerwone baloniki, zajęcia plastyczne prowadzone przez artystę plastyka panią Danutę Siniarską, która pięknie teżbf malowała dzieciom buzie, a o 13.30 wystąpił iluzjonista pochodzący z Kuby Monet the Magician, wywołując wielki entuzjazm młodych widzów - i nie tylko. Każbfdy uczestnik imprezy mógł dostać materiały po polsku i angielsku na temat Święta Niepodległości oraz programu "Uratować żbfycie".ż0aż0a W programie artystycznym wzięli udział: Klub Gimnastyki Olympium z Etobicoke, Szkoła Mavo Academy of Arts and Music, Zespół Biały Orzeł - O. Mississauga (z którego parę tygodni temu dziesięcioro młodych tancerzy w pięknych strojach z epoki witało widzów galowej premiery "Zemsty" w kinie Cineplex Odeon Square One), zespół Rodzina, Dennis Najarro, Szkoła im. F. Chopina, harcerki z ZHR, Marta Wierzbicka, grupa Nocna Zmiana, a w godz. 18.30-20.00 dał znakomity specjalny występ Kabaret Pod Bańką ze swoimi gośćmi - Klubem za Pięć Dolarów z Cambridge i Romanem Górnym z Kabaretu Po Ósmej z Ottawy. ż0aż0a Była teżbf miła okazja do zaprezentowania zebranym znakomitej młodziutkiej polskiej tenisistki - 13-letniej Moniki Lalewicz, która odnosi niesłychane sukcesy (m. in. dwukrotne mistrzostwo Ontario w deblu i dwukrotne w singlu!). Życzymy jej wielu sukcesów!ż0aż0a O godz. 15.00 odbyła się część oficjalna z udziałem Gości. Przybyli: konsul generalny RP w Toronto Jacek Junosza-Kisielewski, nowy prezes Zarządu Głównego KPK Grzegorz Sobocki, były prezes KPK Lucjan Conrad, prezes Okręgu Mississauga KPK Władysław Lizoń, dr Jadwiga Wojtczak, która zainicjowała i prowadzi z wielkim oddaniem program "Uratować żbfycie", ***image1***a takżbfe przewodniczący Polonii Przyszłości Tomasz Kniat. Po odśpiewaniu obu hymnów narodowych, goście zabrali głos, a następnie Tomasz Kniat wręczył pani dr Jadwidze Wojtczak czek na 2 tys. dolarów - kwotę, którą zebrała na rzecz akcji "Uratować żbfycie" polonia Przyszłości poprzez rozstawione po mieście puszki. Przekazaliśmy takżbfe pani dr Wojtczak informację o darze PLL LOT - dwóch biletach lotnicznych z dowolnego kraju, z którym LOT ma połączenia lotnicze, na lot do Polski na leczenie dla dzieci objętych programem. Przed scenę wniesiono wielki tort - prezent od Billa Sorokolita, właściciela Central Parkway Mall, z napisem "84th Anniversary of Polish Independence". ż0aż0a Po zakończeniu części oficjalnej krojenia tortu dokonali wspólnie goście honorowi, częstując wszystkich uczestników imprezy. Krojenie trwało długo, a do końca wytrwali prezes KPK Grzegorz Sobocki i przewodniczący PP Tomasz Kniat. Trudno było oprzeć się refleksji, jakie oto nowe czasy nadeszły - jeszcze przed ostatnim Zjazdem KPK, na którym wybrano nowe władze Kongresu, taka scena byłaby niemożbfliwa. Ówczesna pani Prezes nie tylko nie pojawiała się na naszych imprezach mimo zaproszeń, ale wielokrotnie dyskryminowała naszą organizację, nawet w tak ważbfnych dla Polonii akcjach, jak wydanie kartek-cegiełek. Idzie nowe i nadzieja na pojednanie i współpracę!ż0aż0a Przez cały czas trwania imprezy swoje gościnne podwoje otwarte miała Cafe Sobieski, serwując polskie pyszności, a takżbfe trwał kiermasz polskich biznesów i organizacji. Wiele osób mogło kupić prezenty świąteczne oraz zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami Credit Union i programem pomocy w jeździe na rowerze osobom ociemniałym - "Trailblazers Tandem Cycling Club". Był teżbf telewizor, gdzie możbfna było oglądać najnowszy program Polish Studio, w którym ostatnio zaszło wiele ciekawych zmian.ż0aż0a Tużbf przed programem Kabaretu Pod Bańką i jego gości odbyło się losowanie nagród loterii. Było dużbfo zabawy, a temat loterii na wesoło podjęty został przez niezastąpiony w humorze i inwencji Kabaret Pod Bańką.ż0aż0a Naszą imprezę odwiedziły ekipy telewizyjne "Polish Studio", "Z ukosa", a takżbfe reporterzy z Mississauga News i "Wiadomości".ż0aż0a Imprezie towarzyszył "Tydzień Polskich Filmów" w Central Parkway Cinemas, który trwał od piątku, 8 listopada, do czwartku, 14 listopada, i w ramach którego FENIKS Polish Film Promotion i MGE prezentowały 6 filmów.ż0aż0a Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim wykonawcom, którzy wzięli udział w koncercie, naszym drogim Gościom, którzy zechcieli zaszczycić swą obecnością naszą imprezę, naszym sponsorom - Credit Union i PLL LOT, donatorom nagród na loterię (Pekao, "Gazecie", Księgarni Pegaz, a takżbfe innym firmom, które wzięły udział w kiermaszu), ***image2***pani Danucie Siniarskiej, która prowadziła wspaniałe zajęcia plastyczne dla dzieci, a takżbfe wszystkim kolegom i koleżbfankom z Polonii Przyszłości, którzy włożbfyli tyle czasu i energii w przygotowanie i przeprowadzenie tej imprezy. Serdeczne podziękowania składamy teżbf Billowi Sorokolitowi, właścicielowi Central Parkway Mall, a takżbfe wszystkim, którzy odwiedzili naszą imprezę i złożbfyli dotacje na wsparcie programu "Uratować żbfycie". Dokładną kwotę, jaką udało się nam zebrać, podamy za tydzień, gdyżbf w poniedziałek odbędzie się zebranie Zarządu Głównego PP i komisyjne otwarcie puszek.ż0aż0a Wygląda na to, żbfe sukces sobotniej imprezy spowoduje, żbfe stanie się ona wydarzeniem cyklicznym. A więc - do przyszłego roku!ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik Prasowy PPż0aż0a--------ż0aż0a22 listopadaż0aż0a Jużbf możbfemy podać Państwu wyniki kampanii charytatywnej, która była jednym z głównych celów zorganizowania I Święta Niepodległości Polski w Mississaudze 9 listopada.ż0aż0a Z prawdziwą przyjemnością zawiadamiamy, żbfe na popieraną przez naszą organizację akcję "Uratować żbfycie" nazbieraliśmy ogółem 2090,28 dolarów (z tego 790,28 dol. to Państwa datki składane do puszek w czasie festynu). Dodając do tego kwotę, na którą czek został wręczony pani dr Jadwidze Wojtczak na scenie w czasie imprezy - 2 tysiące dolarów zebranych w puszkach Polonii Przyszłości, dzięki Państwa hojności program "Uratować żbfycie" został zasilony kwotą 4090,28 dolara!ż0a ż0a Dziękujemy ofiarodawcom! ż0aˇautoˇautoˇ18ˇfly_pol.jpgˇfly_eng.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ32ˇpmˇ2ˇˇ1ˇˇˇfly_pol.jpgˇfly_eng.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ250ˇ250ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ386ˇ386ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002111510032ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 275ˇ1057337402ˇ2ˇ1057338061ˇ1ˇ11ˇ15ˇ2002ˇAkcja "Uratować żbfycie" - Podziękowaniaˇ Podziękowanie jest zawsze miłą rzeczą, zwłaszcza jednak wtedy, gdy dziękuje się za rzecz wielką komuś, kto podarowuje ją, nie oczekując zapłaty - ani w formie rewanżbfu, ani pochwał, ani eksponowania własnego "ja", ani z myślą, żbfe "jakoś mi się to przecieżbf opłaci". Za taką dobroć właśnie ja, wraz z leczonymi aktualnie w Polsce dziećmi ze Wschodu i tymi, które jużbf do domów wyleczone powróciły, dziękuję każbfdemu z Donatorów. ˇDzisiaj dziękuję dwom Klubom Seniora, z Burlington oraz Seniorom zrzeszonym przy kościele św. Stanisława przy ul. Denison w Toronto. Jest to niezwykle wzruszające i piękne, żbfe Seniorzy naszej polonijnej społeczności pamiętają o dzieciach naszych Braci ze Wschodu. Przykładem tego jest równieżbf Pani Aleksandra Markiewicz, która sama postanowiła pokryć wszystkie koszty związane z leczeniem jednego z dzieci z Ukrainy. Osobne podziękowanie kieruje do Pana Seweryna Reszki (Firma Smart Design), który w sposób całkowicie bezinteresowny zajął się drukiem kolorowych ulotek na temat programu "Uratować żbfycie". ż0aż0a W sposób szczególny chciałabym podziękować Polonii Przyszłości za zorganizowanie kolejnej akcji pomocy, z okazji obchodów Święta Niepodległości. Polonia Przyszłości jest zupełnie niezrównana w akcjach niesienia pomocy tym chorym dzieciom i często zastanawiam się, skąd te zacne osoby biorą tyle energii, skąd bierze się ta siła napędowa dla takich działań. Oczywiście łatwo sama odpowiem: z dobroci i z głęboko chrześcijańskiego zrozumienia historycznej prawdy. Przecieżbf tych dzieci przodkowie znaleźli się na nieludzkiej ziemi, walcząc o naszą wspólną sprawę.ż0a ż0atel. 416-207-0199ż0a j.wojtczak-jarosz@cimtegration.com ˇautoˇautoˇ46ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ47ˇpmˇ2ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇdr Jadwiga Wojtczakˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002111510047ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 478ˇ1058391474ˇ4ˇ1058391507ˇ4ˇ3ˇ14ˇ2003ˇJasna Góra w naszej Credit UnionˇˇCzym dla każbfdego Polaka jest Jasna Góra i obraz Jasnogórskiej Madonny nie trzeba tłumaczyć komukolwiek, kto ma związek z krajem nad Wisłą, z ojczyzną wszystkich Polaków. Tak jest od kilku stuleci. I nie ma znaczenia, dokąd i kiedy los nas rzucił, zawsze i wszędzie towarzyszy nam Królowa Polski. Kopie cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej są na ścianach naszych mieszkań, na noszonych na piersiach medalikach, ryngrafach i oczywiście w naszych sercach. ż0aż0aJasnogórska Pani stała się Matką nas wszystkich, pomagającą w codziennych trudach i cierpieniach, kojącą ból niepowodzeń, dzielącą nasze radości i tragedie żbfyciowe. Jej opiece zawierzali swój los Polacy pochodzący z różbfnych środowisk i grup społecznych. O Jej łaski, o wstawiennictwo u Syna, Jezusa Chrystusa, prosił nasz król Jan III Sobieski, udając się z wyprawą na odsiecz Wiednia, a takżbfe największy Polak naszych czasów, Jan Paweł II, wybierając się w swoją żbfyciową drogę. Swoje zdrowie i żbfycie zawierzyła Jej większość z nas, dzieci polskiej ziemi, żbfyjących w kraju i za granicą. I dlatego jakżbfe bardzo ucieszyła nas wiadomość o błogosławieństwie przywiezionym od Tronu Jasnogórskiej Madonny dla nas wszystkich, Jej polskich dzieci, mieszkających w Kanadzie. ż0aż0aDla nas wszystkich, bez rozgraniczeń na tych lepszych i gorszych, bez podziałów na "starą" i "nową" Polonię, na górali i Pomorzan, kresowiaków i centralniaków, na tych od Wałęsy i od Kwaśniewskiego, na pozostających w duszpasterstwie Oblatów i Zmartwychwstańców, na małych i wielkich, biednych i bogatych - dla nas wszystkich, którzy pod sztandarem Polskiej Królowej służbfą Polonii, Polsce i Światu.ż0aż0aPrzez kilka dni gościliśmy w Toronto delegację z klasztoru Jasnej Góry w osobach: ojciec Marian Lubelski, przeor zakonu Paulinów; ojciec Jan Golonka, kustosz muzeum na Jasnej Górze, kapelan w stopniu pułkownika oraz ojciec Kamil Szustak, sekretarz przeora. Tak znamienitymi gośćmi z Częstochowy mogliśmy radować się na różbfnych spotkaniach, a takżbfe w czasie specjalnej mszy celebrowanej w kościele Św. Kazimierza. Jasnogórską delegację przywitał w Toronto, w imieniu Polonii, prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej (KPK) Grzegorz Sobocki, na specjalnym spotkaniu, które miało miejsce w Credit Union. ż0aż0aOjcowie przylecieli do Kanady na zaproszenie pana Andrzeja Sułowskiego, wdzięcznego Jasnogórskiej Pani za udaną operację, którą niedawno przeszedł. W podzięce za powrót do zdrowia pan Sułowski postanowił założbfyć Polsko-Kanadyjską Fundację Przyjaciół Jasnej Góry. Plan pana Andrzeja zaczął być realizowany; fundacja została oficjalnie zarejestrowana i uznana przez KPK.ż0aż0aTym przyjemniejsza jest informacja, żbfe Credit Union jako pierwsza przekazała donację na jej rozwój w wysokości 1,500 dolarów. Czek opiewający na tę kwotę został wręczony Ojcom Paulinom na spotkaniu z nimi w naszej Credit Union. ż0aż0aPrzy wręczaniu donacji Prezesowi Edwardowi Sarneckiemu towarzyszyli przedstawiciele Rady Dyrektorów w osobach: Elżbfbieta Betowska oraz Jacek Sulimierski. ż0aż0aNota bene jest to pierwsza darowizna uzyskana przez Fundację, znając przywiązanie Polonii do Królowej Polski na pewno nie ostatnia. Wierzymy, żbfe wśród ofiarodawców znajdą się równieżbf członkowie naszej parafialnej Credit Union.ż0aż0aJesteśmy bardzo wdzięczni Ojcom Paulinom z Jasnej Góry za złożbfoną wizytę i modlitwy o jedność Polonii, o naszą Credit Union oraz za błogosławieństwa przywiezione od naszej Matki Częstochowskiej dla nas wszystkich. ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ35ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003031410535ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 549ˇ1058734493ˇ4ˇ1058734768ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇDotacja dla Coperniucus LodgeˇUroczystym momentem konferencji było wręczenie czeku na 100 tysięcy dolarów na rozbudowę Copernicus Lodge. Jest to dotacja obiecana dwa lata temu przez zarząd byłego prezesa Króla, niestety dotąd nie zrealizowana.ˇ Czek został przekazany zarządowi Copernicus Lodge na ręce prezesa Mariana (Murphy) Halla.ż0aż0a***image1***Prezes Hall podziękował dyrektorom i członkom Credit Union za tak hojną dotację oraz za wsparcie i pomoc w różbfnych inicjatywach. Przyjmując czek, prezes Hall żbfartobliwie podkreślił, żbfe traktuje to jako zapowiedź dobrej współpracy w przyszłości.ż0aż0aPrzewodniczący Romanowski zapewnił, żbfe Copernicus Lodge możbfe liczyć na pomoc Credit Union przez dalsze lata i na pewno Credit Union zawsze będzie popierać podejmowane przez tę placówkę inicjatywy.ż0a Copernicus Lodge reprezentowali równieżbf członkowie zarządu, Krystyna Streich oraz Gizela Styka.ż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇ1_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇPrezes Copernicus Logde Marian Hall prezentuje czek na kwote 100 tysiecy dolarów. Z prawej przewodniczacy Rady Dyrektorów, pan Kazimierz Romanowski, i prezes zarzadu, pan Edward Sarnecki ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ53ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇ1_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ280ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610453ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 550ˇ1058734851ˇ4ˇ1058734866ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇKomisja StatutowaˇKomisja Statutowa, której powołanie zostało zalecone Radzie Dyrektorów przez Walny Zjazd Członków, powinna rozpocząć działalność zaraz po Zjeździe. Jej kierowanie powierzono dyrektorowi Andrzejowi Szczerbie. Fakt zaniechania prac Komisji był jedną z przyczyn odwołania Andrzeja Szczerby ze stanowiska dyrektora. Nowym przewodniczącym Komisji został dyrektor Jacek Sulimierski, który zwołał pierwsze posiedzenie Komisji na poniedziałek 4 listopada.ˇRada Dyrektorów Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza zawiadamia Członków o powołaniu Komisji Statutowej. Dnia 29 października 2002 r. Rada Dyrektorów zatwierdziła zakres kompetencji Komisji oraz jej skład. Członkami Komisji z ramienia Rady Dyrektorów zostali:ż0aJacek Sulimierski, Irena Kremblewski, Elizabeth Betowskiż0aDo Komisji zaproszono równieżbf następujących Członków naszej Credit Union:ż0aZofię Lachowicz, Jana Michalika, Henryka Rastona, Janusza Niemczyka, Lucjana Conrada, Tomasza Kniata, Zdzisława Mercika i Janusza Bujnowskiego. ż0aż0aPierwsze zebranie Komisji Statutowej odbędzie się w głównym biurze Credit Union, 4 listopada 2002 r. o godzinie 19:00.ż0aż0aż0aBędziemy informować Członków na bieżbfąco o pracy Komisji.ż0aż0aż0aJacek Sulimierski ż0aPrzewodniczący Komisji Statutowej ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ59ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610459ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 551ˇ1058734973ˇ4ˇ1058735010ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇUsługi inwestycyjneˇNa konferencji prasowej przedstawiony został nowy menedżbfer działu usług inwestycyjnych pan Piotr Figura. Dokonał on prezentacji wydziału, który dopiero powstaje, ale jużbf niebawem powinien mieć dużbfe znaczenia dla naszej Credit Union i wszystkich udziałowców. ż0aˇStworzenie działu usług inwestycyjnych w naszej instytucji było rzeczą nieodzowną, która przyniesie wymierne korzyści dla członków Credit Union, dla samej Credit Union jak równieżbf dla pracowników. Bezpośrednim celem powstania tego działu jest zaoferowanie naszym członkom dostępu do pełnego zakresu usług inwestycyjnych. Warunkiem zrealizowania tego celu są najwyżbfsza kompetencje zawodowe pracowników i wysoki poziom usług świadczonych klientowi. ż0aż0aPotrzeba stworzenia tego działu wynikła z warunków istniejących w chwili obecnej na rynku. Wszystkie instytucje finansowe zabiegają aktywnie o klienta. Banki mają biura brokerskie, udostępniając tego rodzaju usługi jużbf na poziomie oddziałów. Dzisiaj wszystkie banki oferują dostęp do mutual funds, a pośrednio możbfna mieć dostęp do inwestycji giełdowych czy obligacji rządowych.ż0aż0aTendencja obecna jest taka, żbfe od 16 do 20 procent dochodów pochodzących z inwestycji bankowych ulokowanych jest właśnie w sferze usług inwestycyjnych. I współczynnik ten każbfdego roku wzrasta. W związku z tym w 1995 roku credit unions, które były pozbawione tego rodzaju usług, stworzyły wspólną kompanię Credential Securities, która zajęła się prowadzeniem tego rodzaju usług.ż0aż0aCelem Credential Securities jest zapewnienie pełnego zakresu usług inwestycyjnych członkom credit unions. I takie działania prowadzone są obecnie na terenie całej Kanady w większości credit unions. Jest to bardzo atrakcyjna propozycja i wiele credit unions, które zapoczątkowały ten proces, odniosło jużbf dużbfy sukces.ż0aż0aW naszej Credit Union dotąd większość oferowanych usług inwestycyjnych sprowadzała się do depozytów, kont RRSP z inwestycjami w "term deposits" i częściowo w mutual funds. Działy te nie współpracowały ze sobą i w związku z tym wyniki były dużbfo gorsze niżbf możbfna było oczekiwać. ż0aż0aCredit unions, które odnoszą sukcesy w dziedzinie usług inwestycyjnych, mają około 1/3 aktywów w postaci usług finansowych. Credit union taka jak nasza, która ma 300 milionów dolarów aktywów, jest w stanie uzyskać dodatkowe 100 milionów dolarów w postaci usługach finansowych. ż0aż0aI w związku z tym uważbfamy, żbfe konieczne jest stworzenie współpracy tych dziedzin inwestycji, które jesteśmy w stanie oferować naszym członkom. Jednym słowem, wszystko to, co oferowaliśmy do tej pory naszym członkom zostanie powiększone o ofertę Credential Securitiesż0aż0aKorzyści z takiego działania obserwować możbfna na wielu płaszczyznach. Główna korzyść dla naszych członków to pełna oferta usług inwestycyjnych rynku finansowego dostępnych w każbfdym oddziale. Dotychczas członkowie chcący zainwestować w coś innego niżbf mutual funds, byli odsyłani do konkurencji.W tej chwili będziemy w stanie sprostać ich wymaganiom i oferować te usługi we własnym zakresie.ż0aż0aW związku z tym poprzez Credential Securities możbfliwy będzie pełny dostęp do obligacji (bonds), nie tylko rządowych, oraz do wszystkich akcji giełdowych i do wszystkich funduszy powierniczych, które spełniają wymogi określone przez Credential Securities.ż0aż0aDla pracowników działalność ta stwarza bardzo interesujące możbfliwości zawodowe. W tej chwili w naszym dziale zatrudniamy siedem osób, ale na pewno nasze potrzeby będą znacznie większe. Pracownicy będą mieli możbfliwość uzyskiwania kolejnych licencji, odbywania konferencji szkoleniowych, równieżbf dzięki temu, żbfe użbfywamy obecnie najnowocześniejszej technologii. Firma, która współpracuje z Credential Securities, otrzymała w zeszłym roku nagrody, między innymi za zastosowanie najlepszej technologii.ż0aż0aKorzyści dla naszej Credit Union to na pewno lepszy poziom usług, na pewno większa atrakcyjność dla dotychczasowych i nowych członków, których będziemy starali się pozyskiwać i pełniejszy zasięg instrumentów inwestycyjnych w porównaniu z konkurencją. W tej chwili będziemy w stanie konkurować z każbfdym bankiem. Będziemy w stanie oferować znacznie lepszy pakiet usług, ponieważbf nasz dostęp do nich będzie znacznie lepszy aniżbfeli oddziału jakiegokolwiek banku.ż0aż0aNa pewno jednym z problemów jest to, żbfe zaczynamy praktycznie od zera. Jesteśmy na etapie budowania całego działu. Ale mamy zdecydowaną przewagę nad konkurencją, z uwagi na to, żbfe oprócz znajomości języka, znamy dobrze naszą społeczność, jej kulturę, mentalność. I to nam daje kolosalną przewagę nad każbfdym, kto będzie z nami konkurował.ż0aż0aMusimy się uporać ze zmianą wizerunku naszej Credit Union, która do tej pory znana była z ograniczonej działalności finansowej, a mianowicie przede wszystkim z pożbfyczek, hipotek i z depozytów RRSP Mutual Funds. I teraz musimy przekonać naszych członków, żbfe robimy o wiele więcej, żbfe oferujemy równieżbf pełny zakres usług inwestycyjnych. ż0aż0aW związku z tym widzimy znaczną możbfliwość wzrostu aktywów Credit Union. Najlepsze credit unions są w stanie uzyskać w ten sposób zwiększenie swoich aktywów nawet o 30 procent . I należbfy pamiętać, żbfe są to dodatkowe źródła dochodów, gdyżbf poprzez porozumienia z Credential Securities wszystkie transakcje powodują dopływ dochodów do credit unions.ż0aż0aTaka jest ogólna wizja naszego działu usług inwestycyjnych i w taki sposób będzie on funkcjonował.ż0aˇautoˇautoˇ60ˇdscf0008.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ1ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇdscf0008.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ280ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610501ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 552ˇ1058735145ˇ4ˇ1058735145ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇSprawa opublikowania przez "Dziennik" kopii czeków ˇPrzed kilkunastoma dniami w "Dzienniku", czasopiśmie Pol-Can Bank Trust, zostały opublikowane kopie kilku czeków członków Credit Union. Do tego bezprecedensowego incydentu doszło przy współudziale osób zatrudnionych w Credit Union. ż0aˇOŚWIADCZENIEż0aż0aRada Dyrektorów oraz Zarząd Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza pragną poruszyć przykrą sprawę dotyczącą ujawnienia i użbfycia poufnych informacji bankowych Credit Union do celów nie związanych z działalnością naszej instytucji. ż0aż0aChcielibyśmy podkreślić, żbfe jest to odosobniony przypadek związany ze sprawą byłego dyrektora, który posłużbfył się poufnymi informacjami finansowymi w sprawie, jaką wytoczył naszej Credit Union. ż0aPragniemy przeprosić wszystkich Członków, a zwłaszcza tych, których informacje zostały w ten sposób użbfyte. ż0aż0aJednocześnie chcielibyśmy poinformować, żbfe podjęliśmy dodatkowe kroki w celu zachowania poufności wszystkich informacji naszych Członków. Przedsięwzięte kroki obejmują: ż0a- przegląd zabezpieczeń dostępu do członkowskich kont,ż0a- podjęcie wewnętrznego dochodzenia w celu ustalenia współwinnych wyniesienia członkowskich informacji i wyciągnięcia wobec nich surowych konsekwencji,ż0a- usprawnienia mechanizmów mających na celu wykluczenie tego typu sytuacji w przyszłości orazż0a- zorganizowanie dodatkowych przeszkoleń dla pracowników na temat wymogów poufności informacji oraz prawa do prywatności.ż0aż0aż0aJednocześnie zapewniamy naszych Członków o tym, żbfe informacje o ich kontach są u nas bezpieczne. ż0aBędziemy informować Członków na bieżbfąco o dalszym przebiegu tej sprawy.ż0aż0aż0aEdward Sarnecki - Prezes ż0aKen Romanowski - Przewodniczący Radyż0aż0aWyjaśnienia radcy prawnego ż0aż0aPolicja jeszcze nie została zawiadomiona o ujawnieniu poufnych materiałów. W tej chwili, jak podaliśmy w oświadczeniu, prowadzimy wewnętrzne dochodzenie i po zakończeniu dochodzenia i otrzymaniu raportu podejmiemy decyzję o dalszych krokach.ż0aż0aPodjęliśmy wiele działań w celu zapewnienia bezpieczeństwa danych wszystkich członków i w tej chwili mogę mocno zaakcentować, żbfe dane wszystkich członków są bezpieczne. To co się stało jest fragmentem ogólnej kampanii i akcji prowadzonej od dawna przez grupę osób (Pol-Can Bank Trust), i jest to kolejny akt wrogości wymierzony w naszą instytucję. Czy mogą zdarzyć się inne tego typu przypadki? Mam nadzieję, żbfe nie i cały zarząd i wszyscy pracownicy pracują nad tym, aby tego typu sytuacje się nie powtarzały.ż0aż0aTego typu informacje są zawsze zabezpieczone. Był to nadzwyczajny przypadek spowodowany nadużbfyciami niektórych pracowników. A jeżbfeli mamy do czynienia z takimi sytuacjami, wszystko możbfe się zdarzyć. Wyciągamy oczywiście wnioski z tego co się stało i podnosimy jeszcze wyżbfej nasze wymogi bezpieczeństwa, które zawsze spełniały wszystkie wymogi bankowe.ż0aż0aPan Szczerba został usunięty z Rady Dyrektorów 30 września br. Odwołał się w tej sprawie do sądu. 18 października sprawa stanęła na wokandzie sądowej i za zgodą obu stron została przeniesiona na inny termin. Na dzień dzisiejszy pan Szczerba nie jest dyrektorem Credit Union i ta sprawa możbfe być rozwiązana tylko na drodze sądowej albo ugodowej. Oczywiście o jej rozwiązaniu poinformujemy członków. ż0aż0aKilka pytań zostało skierowane do obecnej na konferencji pani Kremblewskiej. ż0aż0aPytanie: Jak pani, jako dyrektor Credit Union, możbfe pogodzić się z działaniem na szkodę instytucji, której jest pani dyrektorem, ze strony "Dziennika", którego wydawcą jest Pol-Can Bank Trust, w którym z kolei pełni pani funkcję jednego z trzech trustees?ż0aOdpowiedź: Niestety, nie czytam gazet i dowiedziałam się o wszystkim po fakcie. Jest to smutna sprawa i powinna być przedyskutowana przez Radę Dyrektorów.ż0aż0aDecyzja, czy oddać sprawę ujawnienia poufnych dokumentów do sądu jeszcze nie zapadła. Dochodzenie, które trwa w obecnej chwili, odpowie na wiele pytań, między innymi na to, jakie później podjąć kroki. ż0aż0aW kwietniu bieżbfącego roku Rada Dyrektorów zwróciła się do Pol-Can Bank Trust z ofertą publiczną, by Pol-Can Bank Trust się rozwiązał, gdyżbf naszym zdaniem stracił podstawę istnienia. Pol-Can Bank w Warszawie został sprzedany i nie widzimy potrzeby, aby ta instytucja nadal istniała, skoro była powołana tylko do obsługi Pol-Can Banku.ż0aż0aTę propozycję przedstawiliśmy publicznie, została ona zatwierdzona przez Radę Dyrektorów. Nie otrzymaliśmy żbfadnej odpowiedzi od Pol-Can Bank Trust. ż0aż0aWszystkie sprawy sądowe, w które zaangażbfowany jest Pol-Can Bank Trust lub osoby z nim związane, są nam narzucone. Jesteśmy atakowani w sposób bezprecedensowy. Trwa wielka nagonka propagandowa na instytucję, na Radę Dyrektorów, na zarząd i pracowników. Musimy na to odpowiadać i chyba nasi członkowie oczekują, żbfe odpowiadać będziemy na to w sposób zdecydowany. I to teraz czynimy.ż0aż0aDo tej pory Credit Union milczała. Ale nie milczeliśmy dlatego, żbfe się czujemy winni, tylko dlatego, żbfe szanujemy powierzone nam pieniądze członków. Niestety, jeżbfeli przeciwna strona zmusza nas do podjęcia dalszych kroków, będziemy na kolejnym posiedzeniu Rady rozmawiać o tym, czy będzie potrzeba wyasygnowana pewnych środków do tego, żbfeby zająć jakieś stanowisko.ż0aż0aW tej chwili Credit Union zaangażbfowana jest w następujące sprawy sądowe dotyczące Pol-Can Bank Trust:ż0a - sprawa wytoczona przez Pol-Can Bank Trust dotycząca zwrotu laptopu zawierającego dane Pol-Can Bank Trust;ż0a - sprawa dotycząca zwolnienia pana Króla, wytoczona przez pana Króla;ż0a- sprawa wytoczona przez pana Szczerbę o przywrócenie mu stanowiska dyrektora;ż0a - sprawa Komitetu Obrony Credit Union przeciwko Pol-Can Bank Trust, do której zgodnie z uchwałą Walnego Zebrania się dołączyliśmy.ż0aż0aNie ma na dzisiaj żbfadnej sprawy wytoczonej przez Credit Union wobec Pol-Can Banku. Ale czy nie będzie za tydzień czy za miesiąc - tego nie wiem.ż0aż0aPol-Can Bank Trust wydaje olbrzymie pieniądze na prawników. Różbfnica pomiędzy Pol-Can Bank Trust a Credit Union jest taka, żbfe my robimy to w sposób przejrzysty, członkowie o tym wiedzą, gdyżbf widnieje to w naszych sprawozdaniach finansowych, natomiast Pol-Can Bank Trust wydaje pieniądze bez jakiegokolwiek nadzoru i w jaki sposób, tego nikt nie wie.ż0aż0aNie będę tego w ogóle komentował. Jest to sprawa pani Kremblewskiej i panów Króla i Kulisa, którzy zdecydowali w ten sposób traktować swoich beneficjantów. ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ3ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610503ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 553ˇ1058735268ˇ4ˇ1058735305ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇPetycja w sprawie zwołania Walnego ZebraniaˇJednym z punktów konferencji prasowej było przedstawienie sprawy petycji, jaka wpłynęła do Credit Union w sprawie zwołania Walnego Zebrania członków celem usunięcia dyrektorów Elżbfbiety Betowskiej, Andrzeja Mahuta, Kazimierza Romanowskiego i Jacka Sulimierskiego.ż0aˇOŚWIADCZENIEż0a ż0aZarząd Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza zawiadamia Członków, żbfe dnia 24 października na ręce pana Michała Miaska została wręczona przez panów B. Gondka, J. Nowakowskiego, W. Dziemiańczuka oraz A.Chronowskiego kopia dokumentu "Petycja w sprawie usunięcia dyrektorów?. ż0aW poniedziałek, dnia 28 października, nasza instytucja zwróciła się z prośbą o oryginał, zgodnie z wymogami ustawy (Credit Unions and Caisses Populaires Act). W dniu 30 października otrzymaliśmy oryginał petycji. ż0aż0aDo weryfikacji petycji przystąpimy w najbliżbfszym czasie. O dalszym przebiegu tej sprawy będziemy informować Członków na bieżbfąco. ż0aEdward Sarnecki - Prezesż0aż0aż0aWyjaśnienia radcy prawnego ż0aWeryfikacja petycji rozpocznie się na początku tygodnia. Musimy mieć plan, w jaki sposób będziemy tę weryfikację przeprowadzać, jak będziemy porównywać nazwiska figurujące na petycji z nazwiskami naszych członków, które znajdują się w naszych komputerach. Taki plan powstaje.ż0aż0aTrudno jest mi w tej chwili powiedzieć, ile jest podpisów ważbfnych. Petycja ma 180 stron, a dopiero przejrzałem tylko pobieżbfnie kilkanaście.ż0aż0aMamy około 40 tysięcy członków, a 5-procentowy próg wymagany do ważbfności petycji wynosi około 2 tysięcy.ż0aż0aSłyszałem komentarze tego typu, żbfe podpisujący petycję byli wprowadzeni w błąd. Jeżbfeli są one faktycznie prawdziwe, to i tak Rada Dyrektorów i zarząd muszą w tej sprawie przeprowadzić konsultacje.ż0aż0a***image1***Aby podpisy były ważbfne pod informacją zawiadamiającą o celu zwołania walnego zebrania musi zawierać czytelne imię, nazwisko, numer konta i podpis członka. Weryfikacja polegać będzie na porównaniu podpisu widniejącego na petycji z podpisem zdeponowanym w banku. Zgodnie z ustawą, w ciągu 21 dni musimy zweryfikować petycję, a jeżbfeli musielibyśmy zwołać walne zebranie, mamy na to 60 dni od dnia złożbfenia petycji.ż0aż0aOczywiście zaangażbfowanie w zorganizowanie petycji Pol-Can Bank Trustu, pozostającego w sporze sądowym z naszą Credit Union, możbfe mieć wpływ na ważbfność petycji, co nie oznacza, żbfe będzie miało. Z pewnością będzie to temat rozpatrywany przez zarząd i Radę Dyrektorów.ż0aż0aStwierdzenie, czy petycja jest ważbfna czy nieważbfna da odpowiedź na to, co dalej będzie się działo. Możbfe być to tematem następnej konferencji prasowej. ż0aˇautoˇautoˇ60ˇdscf0011.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ6ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇdscf0011.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ280ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610506ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 554ˇ1058735398ˇ4ˇ1058735412ˇ4ˇ11ˇ6ˇ2002ˇCredit Union obiektem agresywnej kampaniiˇOd wielu miesięcy Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza jako instytucja, a takżbfe członkowie jej Zarządu i Rady Dyrektorów oraz pracownicy są obiektem agresywnej kampanii kłamliwej propagandy ze strony osób i instytucji zależbfnych od Pol-Can Bank Trust. ˇKreowany jest fałszywy obraz naszej instytucji, z czym nie możbfemy się zgodzić. Nie zgadzamy się z oszczerczymi zarzutami kierowanymi pod naszym adresem, lecz nie chcemy wkraczać na kosztowną drogę sądową. Uważbfamy, żbfe kierując informację o naszych działaniach do naszych członków przekażbfemy im wszystko zgodnie z prawdą, a oni sami ocenią naszą działalność i właściwość obranej przez nas drogi.ż0aż0aNasza Credit Union powraca do swoich korzeni, a nasza działalność przynosi jużbf wymierne korzyści, o czym świadczy chociażbfby uzyskany przez nas ponad półmilionowy dochód za okres pierwszych 6 miesięcy bieżbfącego roku.ż0aż0aW ostatnich miesiącach powstały w naszej Credit Union dwa nowe oddziały po połączeniu się z nami nieza-leżbfnych polskich credit unions z Ottawy i St. Catharines. ż0aż0aPodjęliśmy ważbfne działania, aby nasi członkowie odzyskali pieniądze pozostałe po sprzedażbfy Pol-Can Banku dotąd będące w dyspozycji Pol-Can Bank Trust, które jeszcze nie zostały zwrócone jej prawowitym właścicielom.ż0aż0aPrzekazywaniu tych wszystkich informacji ma służbfyć nasz biuletyn informacyjny, który będzie się ukazywał co dwa tygodnie i docierał do wszystkich naszych członków oraz całej Polonii.ż0aż0aRównieżbf w cyklu dwutygodniowym będą organizowane konferencje prasowe, na których będzie omawiana bieżbfąca sytuacja w naszej Credit Union. Dzisiaj zamieszczamy relację z konferencji prasowej, która odbyła się w ubiegły czwartek, 1 listopada.ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ8ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002110610508ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 555ˇ1058735522ˇ4ˇ1058735522ˇ4ˇ11ˇ20ˇ2002ˇKto i dlaczego nas atakuje?ˇOd kilku miesięcy Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza jako instytucja, oraz część Rady Dyrektorów i Zarządu poddawana jest bezprecedensowym i bezpardonowym atakom ze strony instytucji podległych Pol-Can Bank Trust, czyli "Dziennika" i "Radia 7" oraz osób z nimi związanych.ż0aż0aJak łatwo się domyśleć inicjatorem ataków jest Pol-Can Bank Trust, który nie jest bezosobowym ciałem, lecz jest reprezentowany przez trzy osoby: Irenę Kremblewską (członka Rady Dyrektorów), Marka Kulisa (byłego dyrektora) i Stanisława Króla (byłego prezesa zarządu). I wcale nie jest trudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ta oszczercza kampania rozgrywa się właśnie tutaj i teraz. ż0aż0aPostaramy się to wszystko dokładnie wyjaśnić w kilku kolejnych wydaniach naszego Biuletynu. ż0aˇOd czasu sprzedażbfy Pol-Can Banku, która nastąpiła wbrew woli członków naszej Credit Union, zaczął narastać spór wokół Pol-Can Bank Trust, który został powołany na początku lat dziewięćdziesiątych właśnie do obsługi tego banku w Warszawie. (Zarys historii Pol-Can Bank Trust przedstawiliśmy w numerze 372 Naszej Credit Union) ż0aż0aPowiernikami Pol-Can Bank Trust, czyli trustees, mieli być członkowie Rady Dyrektorów. Każbfdy dyrektor w momencie powierzenia mu funkcji trustee podpisywał in blanco swoją rezygnację ze stanowiska trustee w przypadku, gdyby w wyniku kolejnych wyborów nie znalazł się w składzie Rady Dyrektorów. Rezygnacje takie spoczywały w depozycie prezesa zarządu Credit Union. I wszystko przebiegało bez większych zakłóceń, do momentu, kiedy trustees postanowili sprzedać Pol-Can Bank, wmawiając członkom, żbfe nie było innego wyjścia i żbfe czynią to z korzyścią dla nich właśnie.ż0aż0aNie wdając się w tej chwili w szczegóły legalności i opłacalności całej operacji, pójdźmy dalej i popatrzmy, jak potoczyły się wypadki.ż0aż0aZaalarmowani samowolną sprzedażbfą Pol-Can Banku członkowie oraz niektórzy dyrektorzy, szczególnie Kazimierz Romanowski, zaczynają dostrzegać zagrażbfające Credit Union niebezpieczeństwo. Zaczynają uważbfniej przyglądać się wszystkim działaniom Zarządu i Rady. W 2000 roku członkowie wybierają nowych dyrektorów: po raz pierwszy Elżbfbietę Betowską i Jacka Sulimierskiego oraz po raz kolejny Irenę Kremblewską, która deklaruje chęć ratowania Pol-Can Banku, "... nawet gdybym musiała wyłożbfyć własne pieniądze".ż0aż0aż0aPani Kremblewska szybko jednak zmienia zdanie i jako trzeci z trustees jedzie do Warszawy składać podpis pod umową sprzedażbfy, wbijając tym przysłowiowy gwóźdź do trumny i przypieczętowując transakcję. W lipcu 2000 roku następuje sprzedażbf Pol-Can Banku. Credit Union dostaje zwrot inwestycji i tylko części wydatków poniesionych w związku z funkcjonowaniem Pol-Can Banku (nikt nie wie, na jakiej podstawie wyliczona jest ta kwota). Na tym więź Pol-Can Bank Trust z Credit Union się urywa. ż0aż0aTrustees ogłaszają suwerenność Pol-Can Bank Trust, zatrzymując do swojej dyspozycji prawie sześć i pół miliona dolarów. Dysponują jednym miejscem w Radzie Dyrektorów - Ireny Kremblewskiej, oraz stanowiskiem prezesa - Stanisław Król. Marek Kulis nie został wybrany na następną kadencję. W tym momencie okazuje się, żbfe rezygnacje z funkcji trustees bezpowrotnie zniknęły z depozytu Credit Union. A zatem nie obdarzony zaufaniem społecznym Marek Kulis, po przegranych wyborach do Rady Dyrektorów, nadal utrzymuje bezprawnie funkcję trustee.ż0aż0aNie pomagają protesty i upomnienia. Członkowie Credit Union - beneficjanci Pol-Can Bank Trust składają wnioski o przedstawienie im ksiąg finansowych Trustu. W odpowiedzi Król (prezes i trustee) kieruje zainteresowanych do sądu, twierdząc, żbfe jedynie drogą sądową mogą dochodzić swoich praw.ż0aTrustees rozpoczynają swoje rządy. W sposób nie do końca wyjaśniony wykupują czas antenowy "Radia Puls", zmieniając nazwę programu na "Radio 7". ż0aż0aNastępnie wykupują od Polish Canadian Media Corporation (PCMC), którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej byli większościowymi właścicielami (75 procent Pol-Can Bank Trust, 25 procent Związek Polaków w Kanadzie), budynek Związku Polaków w Kanadzie (była siedziba "Związkowca" przy Bloor St.) i uruchamiają codzienne wydawnictwo pod nazwą "Dziennik" oraz drukarnię "Optima", czyli byłą drukarnię "Związkowca". Ławo im to przychodzi, gdyżbf zarządzający Credit Union prezes Stanisław Król jest jednocześnie trustee i nie ma żbfadnych kłopotów z zawieraniem umów i udzielaniem kredytów.ż0aż0aTymczasem wybory do Rady Dyrektorów w kwietniu 2001 roku wygrywają Kazimierz Romanowski i Andrzej Mahut, powracający dawny dyrektor i jeden z założbfycieli Pol-Can Bank Trust. Wybory przebiegają pod hasłem likwidacji trustu i zwrotu majątku członkom. Od kwietnia tego roku Rada Dyrektorów zostaje teżbf poddana nadzorowi DICO (Deposit Insurance Corporation of Ontario), który personalnie obejmuje John Hutton. ż0aż0aW sierpniu 2001 roku urlopowany zostaje długoletni prezes i trustee w jednej osobie, Stanisław Król, którego po paru tygodniach zastępuje nowy prezes, Edward Sarnecki. W tym czasie toczy się jużbf założbfona przez członków Credit Union sprawa sądowa przeciwko Pol-Can Bank Trust o ujawnienie sprawozdań finansowych. ż0aż0aW kolejnych wyborach w kwietniu 2002 roku członkowie Credit Union mają szansę zdobyć decydującą przewagę w Radzie, tym bardziej, żbfe do porządku obrad wprowadzony zostaje punkt o postawienie wotum nieufności wobec ostatniego z trustees we władzach Credit Union, Ireny Kremblewskiej.ż0aż0aWniosek jest mocno uzasadniony, gdyżbf parę tygodni wcześniej Irena Kremblewska wraz z pozostałymi trustees pozwali naszą Credit Union do sądu, domagając się zwrotu dokumentacji Pol-Can Bank Trust znajdującej się w komputerze-laptopie będącego własnością Credit Union. Jest to bezprecendsowy przypadek podania do sądu instytucji przez jej własnego dyrektora.ż0aż0aCiąg dalszy w następnym wydaniu ...ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ11ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002112010511ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 556ˇ1058735725ˇ4ˇ1058735725ˇ4ˇ11ˇ20ˇ2002ˇOcenzurowane Polish StudioˇJak wszyscy wiemy, nasza Credit Union jest właścicielem programu telewizyjnego Polish Studio, emitowanego przez wielokulturową stację CHIN. ż0aProgram, którego charakter zmienił się ostatnio zasadniczo wraz z powołaniem na stanowisko menedżbfera Wojciecha Gawendy, ma za zadanie przekazywać informacje o tym, co ważbfnego dzieje się w żbfyciu naszej polonijnej społeczności, a przede wszystkim przekazywać na bieżbfąco wiadomości o działalności Credit Union.ż0aNiestety, w ostatnich tygodniach dochodzi do bezprecedensowej ingerencji cenzury ze strony... stacji CHIN (!). ż0aˇRelację z pierwszej z cyklicznie organizowanych przez Credit Union konferencji prasowych, w której informowaliśmy o przyczynach usunięcia z Rady Dyrektorów Andrzeja Szczerby, zakwestionowano i wycięto z programu. ż0aż0aUsunięto nie tylko zresztą ten fragment, lecz cały segment dotyczący konferencji prasowej, w którym znajdowały się ważbfne dla naszych członków informacje o osiągnięciach finansowych naszej instytucji, szczególnie ważbfne do przekazania wobec trwającej bezprecedensowej nagonki i kampanii oszczerstw wobec naszej instytucji. Wówczas to widzowie słuchali zupełnie nie pasującej do programu piosenki Andrea Bocellego.ż0aż0aTego rodzaju ingerencje zdarzają się cały czas. Każbfdy cotygodniowy segment na temat działalności Credit Union musi być tłumaczony na użbfytek stacji CHIN, a następnie wszystko co wiążbfe się z tematyką Pol-Can Bank Trust lub spraw konfliktowych zostaje usunięte. ż0aż0aW ostatnim programie, emitowanym w dniu 16 listopada, zmuszono nas do wycięcia z oficjalnego komunikatu podanego na konferencji prasowej zdania o skierowaniu do sądu sprawy wobec osób, które dopuściły się nieprawidłowości przy zbieraniu podpisów pod petycją.ż0aJednocześnie ocenzurowane przez CHIN informacje są bez przeszkody zamieszczane w drugim polskim programie telewizyjnym, emitowanym w sobotni wieczór.ˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ12ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002112010512ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 557ˇ1058735810ˇ4ˇ1058735810ˇ4ˇ11ˇ20ˇ2002ˇKomisja StatutowaˇO nowej Komisji Statutowej, jej celach i trybie pracy mówił jej przewodniczący, dyrektor Jacek Sulimierski. ˇZebraniem w dniu 4 listopada rozpoczęła działalność komisja statutowa. Celem powołanej przez Radę Dyrektorów Credit Union komisji jest przygotowanie propozycji zmian w obecnym Statucie w taki sposób, żbfeby nie tylko odpowiadał on obowiązującym obecnie przepisom i odzwierciedlał potrzeby społeczności polonijnej, lecz przede wszystkim spełniał oczekiwania Członków naszej instytucji.ż0aż0aZgodnie z obowiązującymi przepisami wszelkie poprawki do Statutu muszą być zatwierdzone przez członków poprzez głosowanie na Walnym Zebraniu. ż0aż0aCelem pracy komisji jest przygotowanie propozycji zmian w taki sposób, żbfeby mogły być one poddane głosowaniu na wiosnę 2003 roku, po uprzednim uzyskaniu pozytywnej opinii prawnej oraz aprobaty Rady Dyrektorów. Dwie ostatnie próby wprowadzenia zmian do Statutu nie spotkały się z aprobatą członków naszej Credit Union. Proponowane zmiany albo nie były dobrze rozumiane przez członków, albo wręcz były sprzeczne z ich intencjami. Celem statutu jest bowiem przede wszystkim odzwierciedlenie potrzeb i oczekiwań członków naszej instytucji w ramach zgodnych z obowiązującymi przepisami. ż0aż0aDlatego teżbf nowa komisja statutowa w jednym z pierwszych kroków zwróciła się do członków naszej Credit Union z prośbą o przedstawianie propozycji zmian. To właśnie między innymi te propozycje będą podstawą prac nad projektem nowego Statutu. Komisja zapozna się równieżbf z wnioskami i głosami wypowiadanymi na temat statutu na Walnych Zebraniach, a przede wszystkim z przyczynami odrzucenia poprzednich projektów. Zależbfy nam bardzo, żbfeby przygotowane przez nas propozycje odzwierciedlały oczekiwania członków. ż0aż0aW pracach komisji bierze równieżbf udział, bez prawa głosowania, równieżbf radca prawny Credit Union. Służbfy on na bieżbfąco radą i pomocą w interpretacji przepisów. Opinie radcy pomogą członkom komisji przygotować projekt zgodny z wymogami obowiązujących przepisów, co powinno znacznie przyspieszyć pracę nad przyjęciem ostatecznej wersji. ż0aż0aEfektem pracy komisji będzie projekt nowej wersji statutu, który zostanie przedstawiony Radzie Dyrektorów oraz poddany szerokim konsultacjom wśród członków naszej Credit Union. Projekt ten powinien, w ramach obowiązujących przepisów, odzwierciedlać zgłaszane obecnie wnioski. ż0aż0aMamy więc nadzieję, żbfe będzie on o wiele bliżbfszy oczekiwaniom naszej społeczności niżbf poprzednie projekty, co z kolei powinno ułatwić jego zaakceptowanie na Walnym Zebraniu. ż0aż0aż0aJednocześnie dyrektor Jacek Sulimierski zwrócił się do przedstawicieli mediów o informowanie za pośrednictwem prasy radia i telewizji Polonii, w tym członków Credit Union, o tej inicjatywie, aby konsultacje miały jak najszerszy zasięg. ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ15ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002112010515ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 558ˇ1058735922ˇ4ˇ1058735922ˇ4ˇ11ˇ20ˇ2002ˇOdrzucona Petycja ˇTylko 1032 podpisy zostały zweryfikowane jako ważbfne pod petycją złożbfoną trzy tygodnie temu w sprawie usunięcia z Rady czterech dyrektorów - poinformował radca prawny Credit Union, pan Michał Miasek.ˇż0aInformacja Prasowa Credit Union św. Stanisława ż0ai św. Kazimierza z 13 listopada 2002 rokuż0aż0aZarząd i Rada Dyrektorów Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza zawiadamia Członków, żbfe rozpatrzono petycję w sprawie usunięcia z Rady czterech dyrektorów, dostarczoną do Credit Union dnia 24 października 2002 r. przez panów B. Gondka, J. Nowakowskiego, W. Dziemiańczuka oraz A. Chronowskiego. ż0aProces weryfikacji podpisów pod petycją trwał prawie dwa tygodnie. Jego wyniki są następujące: ż0aż0aż0a Liczba stron petycji:283 ż0a Liczba wypełnionych pozycji: 2671 ż0a Liczba nieważbfnych pozycji:1562 ż0a w tym: ż0a - brakujący numer konta członkowskiego:1321 ż0a - brakujący lub niewłaściwy podpis: 241 ż0a - powtarzające się podpisy: 77 ż0a Liczba członków Credit Union: 34 288 ż0a Wymagana liczba podpisów (5%): 1714 ż0a Liczba ważbfnych podpisów: 1032 ż0aż0aNiniejszym zawiadamiamy, żbfe petycja została odrzucona z powodu braku wymaganej liczby ważbfnych podpisów oraz nieprawidłowości zaistniałych podczas zbierania podpisów. ż0aJednocześnie pragniemy poinformować, żbfe sprawa dotycząca nieprawidłowości zaistniałych podczas zbierania podpisów została skierowana na wokandę sądową. Credit Union będzie się domagać zwrotu wszelkich kosztów związanych z weryfikacją petycji.ż0aRada Dyrektorów i Zarząd Credit Union ż0aż0aż0aż0aWyjaśnienia radcy prawnego ż0aWeryfikacja petycji miała odpowiedzieć na dwa pytania. Pierwsze, podstawowe, to pytanie, czy jest wystarczająca liczba podpisów? Drugie dotyczy nieprawidłowości, które miały miejsce w czasie zbierania podpisów. Są to dwa różbfne tematy. Oczywiście, respektujemy demokratyczną wolę naszych członków i członkowie zawsze mają prawo do wypowiedzi. Jednakżbfe osoby, które tego typu petycje organizują, powinny być odpowiedzialne za to, w jaki sposób komunikują się z naszymi członkami i co mówią naszym członkom, często osobom starszym, często takim, które słabo władają językiem angielskim. Zbierający podpisy mają obowiązek podawać prawdziwe informacje tym, od których chcą uzyskać podpis.ż0a Ustawa nie przewiduje poprawiania lub uzupełniania petycji. Nie możbfna teżbf donieść podpisów. Byłaby to jużbf nowa petycja.ż0a Liczba członków Credit Union w dniu złożbfenia petycji wynosi 34 288. Powyżbfsza liczba nie obejmuje kont, które zostały zamknięte. Zaczęliśmy od liczby około 40 tysięcy członków, ale konta członkowskie, które zostały zamknięte i od dawna nie funkcjonują zostały odjęte od ogólnej liczby. ż0a A zatem 34 288 to zweryfikowana liczba członków Credit Union na dzień 24 października, czyli na dzień, kiedy petycja została złożbfona. Taka liczba członków jest w tej chwili uprawniona do głosowania na walnym zebraniu.ż0a W tej liczbie są członkowie, którzy mają na koncie depozytowym 100 lub 50 dolarów. Są to pełnoprawni członkowie naszej instytucji. Tego typu wyjaśnienie otrzymaliśmy parę miesięcy temu od ministerstwa.ż0a Skierowanie sprawy na wokandę sądową oznacza pociągnięcie do odpowiedzialności sądowej osób organizujących petycję za świadome wprowadzanie w błąd członków składających pod nią podpisy.ż0a Zgłosili się do nas członkowie, którzy podpisali petycję ponieważbf nie byli poinformowani o prawdziwym jej przeznaczeniu. Zachęcano ich do złożbfenia podpisu, sugerując, żbfe w petycji chodzi o zwołanie walnego zebrania, np. aby wyjaśnić kwestie dywidend. Dopiero z artykułów prasowych dowiedzieli się, żbfe celem petycji jest usunięcie dyrektorów. Jest to sytuacja niedopuszczalna. Działając w imieniu i dla dobra członków, musimy ich jednocześnie ochraniać. Ponieważbf zaszły tego typu nadużbfycia i działania niezgodne z prawem, będziemy domagali się przynajmniej zwrotu kosztów weryfikacji petycji od osób, które ją zorganizowały i złożbfyły, mając świadomość wprowadzania wielu członków w błąd.ż0a Gdyby ci panowie dopełnili wszelkich wymogów związanych z organizowaniem petycji, czyli właściwie informowali członków o celu zebrania i zbierali podpisy we właściwy sposób, dzisiaj być możbfe rozmawialibyśmy o terminie zwołania takiego zebrania, o ile organizatorom petycji udałoby się wówczas zebrać wystarczającą liczbę podpisów.ż0a???ż0a Dalsze losy petycji zależbfą od osób ją składających. Mogą one złożbfyć odwołanie do Ministerstwa Finansów sprawującego nadzór nad credit unions o sprawdzenie sposobu weryfikacji. Jeżbfeli ministerstwo stwierdzi nieprawidłowości w weryfikacji, możbfe nakazać ponowne jej przeprowadzenie.ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ17ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 listopada 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002112010517ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 559ˇ1058736138ˇ4ˇ1059497836ˇ4ˇ12ˇ19ˇ2002ˇKREMBLEWSKA, KRÓL I KULIS IGNORUJĄ WYSUNIĘTE PRZEZ CREDIT UNION ŻĄDANIE ZWROTU PIENIĘDZY NALEŻĄCYCH DO CZŁONKÓW ˇW dniu 11 grudnia 2002 r., Credit Union wystosowała oficjalny list do Trustees Pol-Can Bank Trust - p. Kremblewskiej, p. Króla i p. Kulisa - z żbfądaniem natychmiastowego zwrotu kwoty 1,193 miliona dolarów, która została bezprawnie przywłaszczona przez Trust. ż0aˇPrzypomnijmy, żbfe według raportu księgowych śledczych Kroll Lindquist Avey, Co., firmy o światowej renomie, Pol-Can Bank Trust jest winien Credit Union co najmniej 1,193 miliona dolarów! Ponadto Kroll Lindquist stwierdził, żbfe Credit Union mogłaby zażbfądać od Trustu zwrotu dodatkowych 1,51 miliona dolarów, co do których dokumentacja nie została jeszcze w pełni skompletowana. ż0aCałość roszczeń Credit Union w stosunku do Pol-Can Bank Trust zamyka się sumą 2,7 miliona dolarów. W liście wystosowanym do Pol-Can Bank Trust, Credit Union zażbfądała zwrotu 1,193 miliona dolarów do dnia 16 grudnia br. ż0aż0aTRUSTEES NIE ZWRÓCILI PIENIĘDZY NALEŻĄCYCH DO CREDIT UNION ż0aI JEJ CZŁONKÓW ż0aW dniu 17 grudnia 2002 r. prawnicy Trustu oznajmili, żbfe Credit Union nie otrzyma zwrotu pieniędzy, gdyżbf sprawa jest na wokandzie sądowej. Co więcej, w odpowiedzi na opublikowanie raportu księgowych śledczych i żbfądanie natychmiastowego zwrotu pieniędzy prawnie należbfących do Credit Union i jej Członków, Trust nasilił agresywną kampanię dezinformacji, skierowaną przeciwko Credit Union oraz tym wszystkim, którzy żbfądają, aby Trust w końcu rozliczył się ze swoich działań finansowych oraz z nie zwróconych pieniędzy. ż0aKampania dezinformacji jest prowadzona przez "Dziennik", tubę propagandową Trustu, oraz "Radio 7", równieżbf znajdujące się pod kontrolą Trustu. Celem jej jest odwrócenie uwagi Członków Credit Union od wysoce nieetycznych poczynań Trustees - p. Kremblewskiej, p. Króla i p. Kulisa. ż0aJużbf w przyszłym tygodniu Członkowie Credit Union będą mogli zapoznać się z oryginałem raportu, jak równieżbf z jego tłumaczeniem na język polski. Zainteresowanych prosimy o kontakt telefoniczny z kierownikami lokalnych oddziałów Credit Union, którzy udostępnią im raport do przejrzenia. ż0aż0aANI DELOITTE & TOUCHE ANI MINISTERSTWO NIE ZATWIERDZIŁO ż0aZASADNOŚCI ROZLICZENIA TRUSTUż0aZakrawa na bezczelność oświadczenie Trustu, które ukazało się w "Dzienniku", prywatnej propagandówce Trustu, na którą Trustees wciążbf marnują pieniądze Członków Credit Union. Nie jest prawdą twierdzenie jakoby Ministerstwo Finansów sprawdziło rozliczenie Trustu wobec Credit Union. Trust utrzymuje równieżbf, jakoby rozliczenia między Credit Union i Trustem dokonała firma Deloitte & Touche. ż0aW archiwach pozostawionych przez p. Króla, byłego prezesa Credit Union, zwolnionego w kwietniu 2001 r., nie ma żbfadnych dokumentów, które świadczyłyby o tym, żbfe po sprzedażbfy Pol-Can Banku firma Deloitte & Touche dokonała podliczenia wydatków poniesionych przez Credit Union na rzecz Pol-Can Banku oraz Trustu w latach 1991-2000. ż0aJakiekolwiek komentarze przypisywane Ministerstwu lub firmie Deloitte & Touche opierały się w pełni na dokumentach przedłożbfonych przez b. prezesa, p. Króla. Przygotowując te dokumenty, p. Król był nie tylko prezesem Credit Union, lecz równieżbf Trustee Pol-Can Bank Trustu, co stanowiło poważbfny konflikt interesów. ż0aDlatego właśnie Credit Union zatrudniła firmę Kroll Lindquist, która na podstawie około 40 tysięcy (!) dokumentów sporządziła niezależbfny, dokładny i przejrzysty raport. Raport ten wykazał, żbfe Trust nie rozliczył się z większości wydatków poniesionych przez Credit Union na rzecz Trustu i Pol-Can Bank w Warszawie.ż0aż0aCO KREMBLEWSKA, KRÓL I KULIS ZROBILI Z ZYSKAMI ZE SPRZEDAŻY POL-CAN BANK?ż0aOkoło 4,1 miliona dolarów pozostało pod kontrolą Trustu po sprzedażbfy Pol-Can Bank w 2000 roku. Z tego około 2,7 miliona dolarów jest należbfne Credit Union. Pozostałą część pieniędzy Trustees powinni byli oddać beneficjantom Trustu, tzn. Członkom Credit Union. ż0aTak się jednak nie stało. P. Kremblewska, p. Król i p. Kulis mieli czelność użbfyć pieniędzy należbfących do Członków Credit Union na opłacanie swej własnej politycznej kampanii, której jedynym celem jest przejęcie władzy w Credit Union. Właśnie w tym celu Trust zatrudnił grupę najemnych "dziennikarzy", którzy za pieniądze należbfące do Członków Credit Union pisali i nadal piszą wszystko, co Trust im zleca. Tak właśnie rozpoczęła się trwająca od dwóch lat nagonka przeciwko tym, którzy żbfądali pełnego rozliczenia Pol-Can Bank Trust. ż0aż0aW toku swej kampanii politycznej Trust zmarnował na finansowanie "Dziennika" i "Radia 7" setki tysięcy dolarów należbfących do Członków Credit Union. ż0aż0aAle pieniądze były potrzebne p. Kremblewskiej, p. Królowi i p. Kulisowi równieżbf na inne cele. Setki tysięcy dolarów zostało zmarnowanych na sprawy sądowe, które Trust prowadzi przeciwko Credit Union i jej Członkom. Głównym zadaniem prawników Trustu jest utrzymanie w tajemnicy na co i w jaki sposób wydano i nadal wydaje się pieniądze należbfące do Credit Union i jej Członków. ż0aDlatego właśnie Trustees, tj. p. Kremblewska, p. Król i p. Kulis, jużbf od dwóch lat odmawiają udostępnienia beneficjantom Trustu (czyli Członkom Credit Union) sprawozdań finansowych. Trójce Trustees nie przeszkadza nawet to, żbfe beneficjanci Trustu niejako z urzędu MAJĄ PRAWO do wglądu do tychżbfe sprawozdań finansowych. ż0aż0aTRUST ŻĄDA ROZLICZENIA CREDIT UNION: CREDIT UNION ROZLICZA SIĘ CO ROKU. DLACZEGO NIE ROZLICZA SIĘ TRUST? ż0aNa łamach "Dziennika" pisze się bardzo dużbfo i często o rzekomych problemach i nadużbfyciach w Credit Union. Służbfebni "dziennikarze" Trustowi domagają się rozliczenia Credit Union. Wymyślają "skandale" w Credit Union, pisząc o wydatkach naszej instytucji rzekomo poniesionych na reklamę, sprawy prawne, wynagrodzenia i inne cele związane z prowadzeniem Credit Union. ż0aPrzypomnijmy, żbfe Credit Union rozlicza się corocznie przed swymi Członkami. Tak więc wszystkie wydatki poniesione przez naszą instytucję są jawne. Natomiast Trust nie tylko nie udostępnia swych sprawozdań finansowych, ale takżbfe walczy - na drodze sądowej oraz poprzez kampanię oszczerstw - z Członkami Credit Union, którzy domagają się publikacji wyników finansowych Trustu. ż0aż0aFINANSOWE WYNIKI CREDIT UNION ż0a- PONAD MILION DOCHODUż0aOd lat Credit Union nie notowała zysku sięgającego ponad milion dolarów. Nasze bieżbfące szacunki wskazują na to, żbfe za rok 2002 osiągniemy około 1,2 miliona dolarów dochodu przed podatkami. Zysk ten zostanie osiągnięty pomimo tego, żbfe Credit Union zmuszona była ponosić wysokie wydatki na usługi prawne związane z atakami Trustu na naszą instytucję. ż0aż0aCO KREMBLEWSKA, KRÓL I KULIS MAJĄ DO UKRYCIA?ż0aTrustees boją się ujawnienia efektów dwóch lat marnotrawienia pieniędzy Członków Credit Union, które znajdowały się pod ich kontrolą. Setki tysięcy dolarów zysku ze sprzedażbfy Pol-Can Banku w Warszawie zostały zmarnowane na prywatne kampanie polityczne p. Kremblewskiej, p. Króla i p. Kulisa. ż0aWiedząc, żbfe nie mogą jużbf więcej przedłużbfać spraw sądowych i żbfe zostaną one rozwiązane na początku przyszłego roku, p. Kremblewska, p. Król i p. Kulis chwycili się ostatniej deski ratunku. Trustees zorganizowali więc petycję mającą na celu usunięcie z Rady Dyrektorów p. Betowskiej, p. Mahuta, p. Sulimierskiego i p. Romanowskiego - tych dyrektorów Credit Union, którzy od dawna żbfądali, aby Trust rozliczył się ze swoich wydatków. ż0aż0aPIENIĄDZE CZŁONKÓW SĄ W CREDIT UNION BEZPIECZNE!ż0aNa koniec pragniemy zapewnić wszystkich Członków, żbfe pomimo bulwersujących wiadomości o zatrzymaniu przez Trust należbfącej do Credit Union sumy rzędu kilku milionów dolarów, Credit Union jest obecnie w bardzo dobrej i stabilnej kondycji finansowej. Tak więc pieniądze Członków są u nas bezpieczne! Jednocześnie zapewniamy, żbfe Credit Union dołożbfy wszelkich starań, aby odzyskać pieniądze zatrzymane przez Trust. ż0aż0aż0aCZAS NA ROZLICZENIE TRUSTU: ż0aKREMBLEWSKIEJ, KRÓLA I KULISA!ż0aż0aPRZESTAŃCIE MARNOTRAWIĆ ż0aPIENIĄDZE CZŁONKÓW!ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ19ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 grudnia 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002121910519ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 560ˇ1058742508ˇ4ˇ1058742508ˇ4ˇ12ˇ20ˇ2002ˇSzerszy wachlarz usługˇA tymczasem w Credit Union: nowe inicjatywy ż0abiznesowe oraz szerszy wachlarz usług dla członkówˇ Pomimo tego, żbfe Credit Union jest zmuszona przeznaczać znaczne środki na przywrócenie ładu w chaosie stworzonym przez trustees Króla, Kremblewską i Kulisa, w Credit Union dzieje się wiele dobrych rzeczy! ż0aż0a Dążbfąc do zwiększenia dochodów i korzyści płynących dla członków, podejmujemy nowe inicjatywy oraz oferujemy nowe usługi. W tym celu, PCU Services Inc., jednostka podległa Credit Union, wprowadza terminale kasowe ("point-of-sale", lub "POS") oraz bankomaty na ogólnokanadyjski rynek. Nasze POS oraz bankomaty pojawiają się w coraz większej liczbie punktów sprzedażbfy detalicznej i innych miejsc. Credit Union i jej członkowie skorzystają dzięki temu z dochodów osiąganych z tytułu opłat manipulacyjnych i innych prowizji związanych z tym rozwijającym się działem usług. ż0aż0a Nasz dział inwestycji, pod kierownictwem Piotra Figury, równieżbf podejmuje nowe inicjatywy. Jak nigdy dotąd, Credit Union jużbf w najbliżbfszych dniach będzie oferować pełen wachlarz usług inwestycyjnych, tj. akcje, obligacje oraz fundusze powiernicze (mutual funds). ż0aż0a Nasza oferta obejmuje równieżbf bardzo korzystnie oprocentowane lokaty terminowe RRSP, oraz pożbfyczki RRSP, takie jak pożbfyczka roczna o stopie procentowej równej prime rate (obecnie 4,5%). ż0aż0a Dla tych z Państwa, którzy szukają dodatkowej ulgi podatkowej, zaoferujemy tzw. fundusze labour-sponsored, które łączą się z ulgą podatkową (tax credit) rzędu 30 %, do kwoty 5,000 dolarów wkładu na osobę. ż0aż0a Jeżbfeli chcieliby Państwo otrzymać więcej informacji na ten temat, prosimy o kontakt z Działem Usług Inwestycyjnych, pod numerem 416-236-4460. ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ7ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 grudnia 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002122010707ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 561ˇ1058742630ˇ4ˇ1058742683ˇ4ˇ12ˇ20ˇ2002ˇJak trustees Król, Kremblewska i Kulis wydają miliony dolarów członków? ˇDlaczego trustees Pol-Can Bank Trustu - pp. Król, Kremblewska i Kulis - przetrzymują 4,1 miliona dolarów? Gdy Pol-Can Bank został sprzedany, jedyną rzeczą, która pozostała do zrobienia dla trustees był zwrot pieniędzy należbfnych Credit Union z tytułu poniesionych przez nią kosztów, następnie podział reszty pieniędzy pomiędzy beneficjantów (czyli, członków Credit Union), oraz przeprowadzenie ostatecznego rozliczenia finansowego. ż0aMimo dwóch lat jakie minęły od sprzedażbfy Pol-Can Banku, trustees nie wykonali ŻADNEJ z tych trzech czynności! Zamiast tego, pieniądze, którymi zawładnął Trust, zostały nielegalnie użbfyte przez trustees Króla, Kulisa i Kremblewską na wsparcie ich prywatnej kampanii, mającej na celu ponowne przejęcie kontroli nad Credit Union. ˇDlaczego trustees Pol-Can Bank Trustu - pp. Król, Kremblewska i Kulis - przetrzymują 4,1 miliona dolarów? Gdy Pol-Can Bank został sprzedany, jedyną rzeczą, która pozostała do zrobienia dla trustees był zwrot pieniędzy należbfnych Credit Union z tytułu poniesionych przez nią kosztów, następnie podział reszty pieniędzy pomiędzy beneficjantów (czyli, członków Credit Union), oraz przeprowadzenie ostatecznego rozliczenia finansowego. ż0aMimo dwóch lat jakie minęły od sprzedażbfy Pol-Can Banku, trustees nie wykonali ŻADNEJ z tych trzech czynności! Zamiast tego, pieniądze, którymi zawładnął Trust, zostały nielegalnie użbfyte przez trustees Króla, Kulisa i Kremblewską na wsparcie ich prywatnej kampanii, mającej na celu ponowne przejęcie kontroli nad Credit Union. ż0aż0aTrustees Pol-Can Bank Trustu "zarządzają" pieniędzmi należbfącymi do członków Credit Union z wielkim powodzeniem, o czym świadczą liczne procesy sądowe przeciwko Credit Union, oraz? jej członkom (czyli tym, dla których "dobra" ponoć Trust przetrzymuje pieniądze). ż0aTrustees Król, Kremblewska i Kulis równieżbf "zarządzają" pieniędzmi zatrzymanymi przez Pol-Can Bank Trust, poprzez marnotrawstwo setek tysięcy dolarów na "Dziennik" oraz "Radio 7". ż0aPewnie to ma być ten "mądry użbfytek" pieniędzy, o którym trustee Stan Król pisał w swojej historii Trustu: "Mądrze użbfyte środki finansowe (zatrzymane przez Trust), w połączeniu ze strategiami Credit Union, mogą dać nam przewagę konkurencyjną wobec banków, które konkurują z nami dysponując ogromnymi środkami finansowymi". (podkreślenie autorów artykułu).ż0aż0aCo miał na myśli pan Król, pisząc o "mądrym użbfyciu"? Marnotrawstwo setek tysięcy dolarów rocznie na przynoszący ogromne straty finansowe "Dziennik", czy prowadzenie procesu przeciwko tej samej instytucji, która stworzyła Trust oraz przeciwko tym samym członkom tej instytucji, których pieniędzmi "opiekują się" trustees? ż0aJedynym celem trustees jest przejęcie kontroli nad Credit Union, przy pomocy pieniędzy członków, zagarniętych przez Pol-Can Bank Trust!ż0aż0aZwracamy się zatem do pana Króla. Proponujemy panu następującą strategię "mądrego użbfytku środków finansowych": oddać Credit Union i jej członkom należbfne im pieniądze, a następnie rozwiązać Trust, skoro nie sprawdził on się ani w konkurencji z bankami, ani w zarządzaniu pieniędzmi swych beneficjantów! ˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ9ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 grudnia 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002122010709ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 562ˇ1058742794ˇ4ˇ1058742794ˇ4ˇ12ˇ20ˇ2002ˇPetycja w sprawie zwołania walnego zebrania członków - SĄD MÓWI "NIE" ˇOprócz wniosku o przywrócenie na stanowisko dyrektora, pan Szczerba poprosił równieżbf sąd o wydanie nakazu zwołania nadzwyczajnego zebrania członków, którego zażbfądali członkowie podpisujący petycję przedłożbfoną w październiku ubiegłego roku. Podzielając zdanie Credit Union, sąd odmówił zwołania walnego zebrania członków. ˇPlan trustees: zatrzymać pieniądze członków, poprzez usunięcie czterech dyrektorówż0aż0aTonący brzytwy się chwyta. Były dyrektor Szczerba poprosił sąd o nakaz zwołania nadzwyczajnego zebrania, ponieważbf jego poplecznikom z Pol-Can Bank Trust grunt się pali pod nogami. Za wszelką cenę chcą wyrzucić dyrektorów: E. Betowską, A. Mahuta, K. Romanowskiego oraz J. Sulimierskiego. Tych samych dyrektorów, którzy zażbfądali, aby Pol-Can Bank Trust zwrócił 2,7 milionów dolarów, należbfnych Credit Union i jej członkom. ż0aż0aJeszcze w 2001 r., trustees Pol-Can Bank Trust, Stan Król, Irena Kremblewska i Marek Kulis robili wszystko co było w ich mocy aby nie doszło do dochodzenia odnośnie losów pieniędzy pochodzących ze sprzedażbfy Pol-Can Banku. ż0aż0aPóźniej, gdy czwórka dyrektorów Credit Union przegłosowała w 2001 r. zatrudnienie firmy księgowych śledczych aby przeprowadzić dokładne dochodzenie, Trust rozpętał przeciwko tymżbfe dyrektorom agresywną kampanię obrzucania błotem i dezinformacji. ż0aż0aWyraźnym celem Trustu jest odciągnięcie uwagi członków od bezprawnego zagarnięcia kilku milionów dolarów należbfących do Credit Union oraz jej członków. Do tego celu użbfywają swoich przekaźników medialnych, "Dziennika" oraz "Radia 7", finansowanych za pieniądze należbfące do członków Credit Union.ż0aż0aKrólowi, Kremblewskiej i Kulisowi ucieka czas?ż0aż0aGdy trustees Pol-Can Bank Trust, tj. pp. Król, Kremblewska i Kulis, dowiedzieli się żbfe dochodzenie księgowych śledczych Kroll Lindquist Avey, Co dobiega końca, wiedzieli żbfe ich ostatnią szansą by ukryć wobec członków prawdę, było usunięcie czterech dyrektorów, którzy polecili wszczęcie dochodzenia. Z pomocą grupy ludzi, którym obiecano stanowiska w Radzie Dyrektorów i zarządzie Credit Union, zorganizowali petycję w celu usunięcia czwórki dyrektorów. ż0aż0aKremblewska, Kulis i Król wciążbf ignorują członków Credit Union - ż0aodmawiają rozliczenia i ujawnienia sprawozdań finansowychż0aż0aW środę 11 grudnia 2002 r., w "Radio 7" jeden z trustee Marek Kulis oznajmił, żbfe sprawozdania finansowe Trustu wkrótce zostaną udostępnione beneficjantom. ż0a Minęło kilka tygodni i do dzisiaj, czyli 8 stycznia 2003 r., wciążbf czekamy aby to się zdarzyło. Najprawdopodobniej, oczekiwanie się przedłużbfy, dopóki sąd nie zmusi Trustu do ujawnienia swych sprawozdań finansowych. ż0aż0aMarek Kulis i pozostali trustees na pewno liczyli na to, żbfe poprzez usunięcie czwórki dyrektorów uda im się uniknąć odpowiedzialności za zagarnięcie oraz marnotrawstwo członkowskich pieniędzy. ż0aż0aJednakżbfe, spotkał ich zawód, gdy 23 grudnia 2002 r. Superintendent of Financial Services, Bryan Davies, zapowiedział wyznaczenie na początku stycznia niezależbfnej osoby mającej za zadanie zbadanie wszystkich okoliczności sprawy. Osoba ta ma "przeprowadzić rozmowy z istotnymi osobami związanymi z credit union, oraz przeglądnąć dokumentację w posiadaniu credit union lub innych stron".ż0aż0aOwe "inne strony" z pewnością obejmują Pol-Can Bank Trust. Każbfdy zaś wie, żbfe Trust boi się jak ognia udostępnić "niepowołanym" wglądu do jego operacji. Ci "niepowołani" zaś, to dla Trustu?ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ11ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ20 grudnia 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002122010711ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 563ˇ1058742916ˇ4ˇ1058742916ˇ4ˇ1ˇ3ˇ2003ˇCredit Union miała prawo usunąć nieodpowiedzialnego dyrektoraˇOrzeczenie Ontaryjskiego Sądu Wyżbfszej Instancji: ż0aCredit Union miała prawo usunąć nieodpowiedzialnego dyrektora...ˇDobrze rozpoczął się Nowy Rok dla Credit Union, prowadzącej kampanię zmierzającą do rozliczenia Pol-Can Bank Trustu z zagarniętych przez niego członkowskich pieniędzy! Dnia 3 stycznia 2003 r., Ontaryjski Superior Court of Justice potwierdził, żbfe Rada Dyrektorów Credit Union miała prawo usunąć ze swego grona dyrektora Andrzeja Szczerbę. ż0aż0aRada przegłosowała usunięcie Szczerby z urzędu po tym, jak wielokrotnie złamał on przepisy ustawy o credit unions (Credit Unions and Caisses Populaires Act), statutu Credit Union, oraz jej Kodeksu Postępowania. ż0aż0aByły dyrektor Szczerba dopuścił się między innymi wyniesienia poufnych informacji należbfących do Credit Union oraz ujawnienia ich Pol-Can Bank Trust. Pomimo tego, żbfe był wybrany i opłacany za pracę dla dobra Credit Union i jej członków, były dyrektor Szczerba nadużbfył swego stanowiska dyrektora dla osiągnięcia celów trustowskiej grupy: aby niszczyć dobre imię Credit Union, jej zarządu i dyrektorów. ż0aż0aPrawnicy byłego dyrektora Szczerby argumentowali w sądzie, żbfe ustawa o credit unions nie pozwalała Radzie Dyrektorów usunąć go z piastowanego przez niego urzędu. Sąd nie podzielił jednak ich zdania.ż0aż0aSędzia Nordheimer stwierdził, żbfe Rada możbfe usunąć dyrektora, który nie wywiązuje się z obowiązku przestrzegania poufności informacji, obowiązku działania w dobrej wierze lub obowiązku działania w najlepszym interesie korporacji. ż0aż0aSąd odrzucił wąską interpretację prawa, zalecaną przez prawników Szczerby: Jest to interpretacja, która z punktu widzenia biznesu doprowadziłaby do absurdalnego rezultatu oraz byłaby niezgodna z całą strukturą Ustawy.ż0aż0aSąd nakazał równieżbf byłemu dyrektorowi Szczerbie zapłacić koszty prawne poniesione przez Credit Union, w wysokości 12,500 dolarów. ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ13ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ9 stycznia 2003ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003010310713ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 564ˇ1058743120ˇ4ˇ1058743120ˇ4ˇ3ˇ7ˇ2003ˇPolonia o Credit UnionˇKażbfdego dnia otrzymujemy sygnały wyrażbfające głęboką troskę o dalsze losy naszej Credit Union, przez tyle dziesiątek lat służbfącej wszystkim Polakom osiedlającym się w Ontario. Dla wielu z nich, szczególnie tych starszych, jest to jedyny "bank", przez który dokonują różbfnych operacji finansowych, biorąc kredyty, wspomagając krewnych, różbfne polskie instytucje w Kanadzie oraz w kraju, organizacje, zakony i kościoły. ˇRodacy deponują w CU nie tylko swoje pieniądze, ale równieżbf, a możbfe przede wszystkim, nadzieje na szerokie korzyści płynące zarówno dla nich samych, a takżbfe dla całej polonijnej społeczności. Deponują wiarę, żbfe w tejżbfe instytucji jest część ich ojczyzny. Chociażbf Polska Credit Union była założbfona przed laty przez Ojców Oblatów i jest związana z kościołem katolickim, de facto, poprzez wspieranie różbfnych akcji, służbfyła i służbfy, bezpośrednio lub pośrednio, wszystkim polskim imigrantom. ż0aż0a Przez to zaczęła być postrzegana jako NASZA Credit Union; NASZA, POLSKA, należbfąca do całej POLONII. Przy takich relacjach wszyscy powinniśmy cieszyć się z posiadania tejżbfe instytucji i stanąć w jej obronie, przy zagrożbfeniu prywatnym interesem grupy członków, starających się dla swoich prywatnych celów wykorzystać kilka milionów dolarów, będących własnością wszystkich członków CU. ż0aż0a Do akcji obrony naszej Credit Union codziennie włączają się kolejni członkowie, różbfne organizacje polonijne, polskie biznesy, ludzie wszystkich środowisk, którym na sercu leżbfy troska o wspólne dobro oraz szacunek dla Polaków w Kanadzie.ż0aż0a Poniżbfej przedstawiamy artykuł autorstwa Macieja Hamala, drukowany w "GŁOSIE POLSKIM" Nr 6 z dnia 11-17 02.2003. Na jego przedruk uzyskaliśmy zgodę autora.ż0aż0aCredit Union nie składa broniż0aż0a Od dawna wiadomo, żbfe najlepszą obroną jest atak. Nie dziwi więc, żbfe trust chce odwrócić uwagę od tego, żbfe zatrzymał samowolnie pieniądze po sprzedażbfy Pol-Can Banku i robi z nimi co chce. Za cel ataku wybrał sobie Radę Dyrektorów Credit Union znajdując poparcie grupki osób, gotowych walczyć o "dobre imię" CU. ż0aż0a To dziwne, ze ci ludzie tak łatwo dali się omamić. To Trust przecieżbf ewidentnie łamie prawo i lekceważbfy członków CU. Jeżbfeli postępuje uczciwie, dlaczego nie odkryje kart, lecz ima się działań, które pozostawiają niesmak? Autorzy petycji, a zarazem organizatorzy protestu przed CU wiedzą jednak lepiej, kto praw i żbfądają usunięcia czterech członków Rady Dyrektorów Credit Union za tak zwane... "nie demokratyczne zachowanie". Szkoda, żbfe nie precyzują, co mają na myśli. Widocznie histeria, którą roztoczyli wokół usunięcia dyrektorów nie po raz pierwszy wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Oczywiście, Kanada jest wolnym krajem; każbfdy ma prawo protestować i wyrażbfać swoje opinie tak długo, jak to odbywa się zgodnie z prawem. Autorzy petycji - przy ich nadgorliwości - popełnili jednak kilka błędów, o czym poinformowano dziennikarzy na konferencji prasowej w CU. ż0aż0a Na liście znalazły się podpisy sfałszowane lub należbfące do osób zmarłych, ponadto Credit Union otrzymało [ponad 100] oświadczeń od osób, które znalazły się na petycji bez ich własnej woli. (...) Ponadto istnieją uzasadnione podstawy, żbfe petycja jest nieważbfna, ponieważbf początkowo zbierano podpisy w sprawie zwołania Walnego Zebrania w związku z usunięciem dyrektora Szczerby i próbą obsadzenia jego miejsca przez Radę Dyrektorów CU. Tymczasem autorzy petycji i protestu żbfądają zwołania Walnego Zebrania w celu usunięcia czterech dyrektorów. Łatwo zgadnąć, żbfe nie wszyscy podpisani na petycji zgadzają się z nową propozycja autorów petycji (a wielu jest takich), którzy gotowi są nazwać to manipulacją.ż0aż0a Zgodnie z przepisami kolejne Walne zebranie CU odbędzie się w kwietniu, a więc za niespełna dwa miesiące. Czy więc potrzebna jest ta cała wrzawa z przyśpieszeniem zebrania? (...). Organizatorzy protestu dowiedli więc raz jeszcze, żbfe wbrew szermowanym przez nich hasłom, na sercu nie leżbfy im dobro Credit Union. Czas, żbfeby polonijne autorytety moralne i intelektualne wystąpiły w obronie Credit Union i zajęły stanowisko w sprawie Trustu!ż0a Maciej Hamalż0aż0a Nic dodać nic ująć, chyba, żbfeby uzupełnić jeszcze kilkoma innymi pytaniami. Obok "Czy więc potrzebna jest ta cała wrzawa...", warto zapytać: komu ona jest najbardziej potrzebna i dlaczego? Komu i dlaczego potrzebne jest to "przyśpieszenie zebrania", przy organizacji którego my wszyscy, członkowie Credit Union, stracilibyśmy niepotrzebnie dziesiątki, a możbfe kilka setek tysięcy dolarów, czas i energię? ż0aż0a Czy nie lepiej byłoby przeznaczyć to wszystko na jakiś sensowny cel, jak chociażbfby budowę ośrodka duszpasterskiego w Brampton, możbfe na konieczny remont kościoła i plebani w polskim kościele w Hamilton, możbfe na oczekiwaną od dłużbfszego jużbf czasu specjalną przybudówkę do polskiego kościoła w Kitchener, możbfe na rzecz Jasnej Góry, o co zabiegali ostatnio Ojcowie Paulini, składający nam wizytę w Toronto. Potrzeb jest bardzo dużbfo. Gdzieżbf więc sens takich koncepcji, gdzie logika tych wszystkich, którzy rzekomo dla naszego, wspólnego dobra czynią tę "całą wrzawę"?ż0aż0a Cieszy fakt, żbfe z każbfdym dniem więcej rodaków, dzisiejszych budowniczych i jednocześnie właścicieli Polskiej Credit Union, dostrzega hipokryzję oraz manipulacje czynione przez grupę związaną z Pol-Can Bank Trust i staje do obrony tego, co tak bardzo jest związane z polskością w Kanadzie. Brońmy naszej Credit Union, dbajmy o nasze wspólne dobro, tworzone przez kilka pokoleń Polaków mieszkających na tej ziemi, pomnażbfajmy je, zamiast bezsensownie trwonić. ż0aż0a Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie ochronić naszą Credit Union przed czyhającym niebezpieczeństwem całkowitej zagłady. Miejmy nadzieję, żbfe nie tylko autorytety świeckie naszego regionu, ale takżbfe i kościelne, połączą wysiłki dla dobra naszej Credit Union i calej Polonii. Dziękujemy panu Maciejowi Hamalowi za jego wyważbfony i jakżbfe rozsądny artykuł.ˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ17ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ7 marca 2003ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003030710717ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 565ˇ1058743196ˇ4ˇ1058743227ˇ4ˇ3ˇ7ˇ2003ˇRRSP - możbfemy być zadowoleniˇTak możbfemy śmiało podsumować całą tegoroczną kampanię RRSP. Nie jest to wcale wpadanie w samozachwyt, ani teżbf chęć upowszechniania propagandy sukcesu, lecz stwierdzenie oparte o analizę faktów i porównanie ich z innymi placówkami, które oferowały swoim klientom takie programy. Nie ulega wątpliwości, żbfe był to jeden z gorszych sezonów, pod względem wpłat na tenżbfe fundusz. ˇCo do takiej oceny nie ma podzielonych zdań wśród kanadyjskich analityków finansowych. Większość kanadyjskich banków oceniła swoje wyniki za najgorsze od wielu lat. Dlatego, przy ogólnym sporym spadku wpłat na RRSP, jesteśmy zadowoleni z całej akcji w naszej Credit Union, która zakończyła się lepszymi rezultatami niżbf w tamtym roku. ż0aż0a Wyniki te były osiągnięte dzięki pracownikom Credit Union, którzy ciężbfka pracą osiągnęli wysokie depozyty na RRSP i inne inwestycje. Sukces jest tym większy, gdyżbf w poprzednim roku nasza Credit Union powiększyła się o dwa oddziały. Poprzez dalszy rozwój jesteśmy w stanie oferować nasze usługi większej liczbie członków i osiągać nowe sukcesy. Na szczególne wyróżbfnienie za dobre rezultaty uzyskane w całej kampanii zasłużbfyły oddziały: Summerville - 119,82 %, Kitchener - 112,45 % i Scarborough - 110,12 %. Tego dobrego wyniku, uzyskanego w tak trudnym sezonie, pogratulował pracownikom Credit Union w specjalnym liście Prezes Edward Sarnecki. Czytamy w nim:ż0aż0aDrodzy Pracownicy:ż0aż0aGratulacje! Podczas tegorocznego sezonu RRSP, który stanowił szczególne wyzwanie dla wszystkich jednostek oferujących ten serwis (nota bene najsłabszego wśród nam znanych), wyniki naszej Credit Union są bardzo dobre. Podsumowując:ż0aż0aDepozyty na RRSP: $4,735,319.00 ż0aInwestycje: $1,317,500.00 ż0aRazem: $6,052,819.00 ż0aż0aDziękujemy wszystkim pracownikom CU za ich ciężbfką pracę i zaangażbfowanie w oferowanie i propagowanie tej inicjatywy.Gratuluję Wam wszystkim! Z poważbfaniem,ż0aż0aEdward Sarnecki ż0aPrezes Zarządu i C.E.Oż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ19ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ7 marca 2003ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003030710719ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 566ˇ1058743340ˇ4ˇ1058743340ˇ4ˇ3ˇ7ˇ2003ˇZmiany w Radzie Dyrektorówˇ24 i 25 lutego na posiedzeniu Rady Dyrektorów po podtrzymaniu przez superintendenta Daviesa decyzji nakazującej zwołanie nadzwyczajnego zebrania członków Credit Union w celu usunięcia z Rady Dyrektorów pp. Kazimierza Romanowskiego, Elżbfbiety Betowskiej, Andrzeja Mahuta i Jacka Sulimierskiego, dyrektorzy ci podali się do dymisji.ˇNa ich miejsce do Rady Dyrektorów powołano pp. Roberta Zawieruchę,Waltera Bielaskę, Henryka Ostaszewicza i Tomasza Kniata. Przewodniczącym Rady został wybrany pan Lucjan Conrad. ż0aż0aNiżbfej drukujemy oświadczenie czwórki dyrektorów w którym podają powody podania się do dymisji. Resztę dopowiedzą na swoich przedwyborczych spotkaniach.ż0aż0aż0aDO WSZYSTKICH CZŁONKÓW CREDIT UNIONż0aDlaczego złożbfyliśmy rezygnację?ż0aż0aDecyzja o podaniu się do dymisji została podyktowana troską o wspólne dobro. Wynika z konieczności ratowania naszej Credit Union przed totalną dewastacją jej całego dorobku, do czego możbfe doprowadzić dalsza, bezkompromisowa działalność Pol-Can Bank Trust.ż0aż0aSkładamy rezygnację, ponieważbf:ż0aż0aż0aNie chcemy, aby użbfywano nas jako powód i usprawiedliwienie konfliktu, kamuflując jego prawdziwe podłożbfe i przyczyny oraz oblicze. ż0aNie chcemy, aby kojarzono nas z narażbfaniem naszego Kościoła Katolickiego na różbfne niezręczne sytuacje i wykorzystywanie go dla prywatnych celów przez trustees oraz powiązanych z nimi agentur. Nie chcemy, aby polscy księżbfa, wplątywani i angażbfujący się w ten konflikt, narażbfani byli na oskarżbfenie o stronniczość. ż0a Nie chcemy, aby bezwzględni manipulatorzy i ich rzecznicy doprowadzili do podziałów w społeczności polonijnej, a takżbfe do różbfnych poważbfnych animozji i konfliktów osób i instytucji świeckich z duchownymi. ż0aNie chcemy być kojarzeni z konfliktami, które mogą pojawić się pomiędzy poszczególnymi polskimi parafiami i zakonami w Ontario na tle różbfnego traktowania ich przez Credit Union, dla której pracowaliśmy jako Dyrektorzy Rady. ż0aNie chcemy, aby szkalowano nas publicznie, bez skrupułów użbfywając do tego pieniędzy członków Credit Union, obarczając nas jednocześnie odpowiedzialnością za niskie dywidendy, wpływające na członkowskie konta. ż0aNie chcemy, aby nasze żbfycie prywatne i zawodowe cierpiało na skutek kłamliwej propagandy i oszczerstw preparowanych na nasz temat, prowadzonej przez agentów Trustu. ż0aNie chcemy, aby przez stosowanie takich machinacji cierpiały nasze rodziny i przyjaciele. ż0a Jako ludzie prowadzący prywatne biznesy i angażbfujący się w działalność społeczną, znani w różbfnych środowiskach polonijnych, a takżbfe innych grup etnicznych, nie chcemy, aby szargano nam opinię, stosując epitety rodem z targowisk. Nie zasłużbfyliśmy na takie traktowanie ani jako Dyrektorzy, ani jako członkowie polonijnej społeczności, ani jako obywatele Kanady, ani jako ludzie. ż0aż0aNie chcemy być ofiarami nagonki organizowanej przez ludzi starających się w ten sposób zataić przed członkami utratę wspólnego majątku. ż0aż0aż0a* * *ż0aż0aDecyzję o podaniu się do dymisji rozważbfaliśmy jużbf wcześniej, widząc straszliwą nagonkę i manipulacje uskuteczniane przez członków Pol-Can Bank Trust oraz przez ludzi powiązanych z nimi. Nie uczyniliśmy dotychczas tego kroku, licząc, żbfe górę w tych działaniach weźmie zdrowy rozsądek i świadomość konieczności ochrony wspólnego dobra, jakim dla nas wszystkich jest Credit Union. ż0aż0aMieliśmy równieżbf nadzieję, żbfe znakomita większość członków doskonale zrozumie grę prowadzoną przez trustees. Nie sądziliśmy przy tym, żbfe oni posuną się ażbf tak daleko ze swoją demagogią, oczernianiem oraz kłamstwem i oszustwem, bez skrupułów wciągając do tego przedstawicieli Kościoła. ż0aż0aDo ostatniej chwili wierzyliśmy w prawo, sprawiedliwość, a przede wszystkim uczciwość - wszak trustees często powoływali się na Kościół, religię, wiarę, której jednym z fundamentów jest dekalog. A oto nieco faktów dotyczących ostatniej z akcji, jaką przeprowadzili w Polonii - zbieranie podpisów pod petycją o zwołanie nadzwyczajnego Walnego Zebrania .ż0aż0aZebrano 2683 podpisy, co propaganda "Dziennika" i "Radia 7" zaokrągliła do 3000, dodając dla "przyzwoitości" określenie - "około". ż0aż0aZ tej liczby za ważbfne uznano 1856 tysiąca podpisów, co wystarczyło, aby Ministerstwo wydało nakaz zwołania specjalnego Zebrania członków, przy wymaganym progu 5 % podpisów ludzi uprawnionych do głosowania. ż0aż0aZa 100% Ministerstwo przyjęło 34.288 zamiast faktycznej liczby członków 37.679, a więc wszystko możbfna by uznać za prawidłowe, gdyby nie kilka zastrzeżbfeń typu:ż0aWedług badań, które przeprowadzone zostały z grupą przynajmniej 1300 osób, których podpisy widniały na petycji, przynajmniej 70 procent nie miała wystarczająco dobrej orientacji czemu tak naprawdę służbfy petycja. ż0aOsoby składające podpisy nie były rzetelnie informowane przez organizatorów petycji lub wręcz celowo wprowadzane w błąd. Szereg osób skarżbfyło się na zastraszanie, jakiego wobec nich użbfywali. ż0aSzereg osób złożbfyło swój podpis, ponieważbf zbierano je po mszy, pod kościołem. ż0aGdyby cała akcja została przeprowadzona faktycznie rzetelnie, pewnie na petycji widniałoby zaledwie jakieś 600, możbfe 700 podpisów. Ministerstwo jednak nie miało czasu i ochoty zagłębiać się w szczegóły tej kampanii, w dokładniejsze śledztwo i proces dochodzeniowy, i uznało petycję za "ważbfną". ż0aNie chcemy podejrzewać ministerstwo jeszcze o inne powody takiego załatwienia sprawy, ale nie możbfemy wykluczyć, żbfe miały one miejsce. ż0aMocno jednak zdziwił nas fakt, żbfe przy tak ewidentnym oszustwie - około 900 podpisów uznano przecieżbf za niewłaściwe, czyli 1/3 widniejących na liście - jednak petycja została uznana. ż0aNie miało znaczenia, jak czują się oszukani i oszukujący, nie obawiano się możbfliwości wykorzystywania tej sprawy jako niebezpiecznego precedensu - liczył się tylko wynik.ż0aW tych okolicznościach nie mamy pewności, żbfe każbfdy następny krok teżbf nie będzie podobną farsą, aktem dosłownie jawnego manipulanctwa, przy którym wręcz szczytem oszustwa było podpisywanie się za osoby nieżbfywe. Ale i to nie miało znaczenia dla ministerstwa. Dla nas ma. My nie chcemy być utożbfsamiani z taką manipulacją. To właśnie stało się kolejnym niezmiernie ważbfnym impulsem do złożbfenia przez nas rezygnacji.ż0aż0aPodejmując decyzję o podaniu się do dymisji mamy świadomość i możbfliwość utrzymywania innych kontaktów z członkami Credit Union, większą swobodę działania, nie ograniczoną regułami obowiązującymi dyrektorów, a takżbfe więcej czasu, który chcemy poświęcić między innymi na przygotowanie się do Walnego Zebrania. ż0aż0aW tym okresie będziemy chcieli równieżbf spotkać się z wyborcami, aby dokładnie wyjaśnić im szereg działań prowadzonych przez Pol-Can Bank Trust i jego agentury. ż0aż0aJako Dyrektorzy mieliśmy związane ręce i zamknięte usta, specjalnymi przepisami obowiązującymi Radę. Jako kandydaci będziemy mogli bardziej swobodnie wyjawić całą prawdę o powiązaniach oraz działalności kilku czołowych postaci biorących udział w całej kampanii na rzecz Trustu, a wiec faktycznie przeciwko Credit Union. ż0aż0aBędziemy mogli wyjawić dlaczego trustees tak bardzo walczyli o usunięcie nas z Rady Dyrektorów, w jaki sposób powołali i z czego finansują "Dziennik" oraz "Radio 7", jakie mają pensje i premie, wypłacane z zatrzymanych pieniędzy po sprzedaniu Pol-Can Banku, jakimi metodami się posługują, aby pozyskiwać przedstawicieli Kościoła. ż0aż0aUstępując z Rady Dyrektorów świadomie stajemy przed członkami Credit Union jako kandydaci na dyrektorów. Nie mamy przed członkami nic do ukrycia a jednocześnie prosimy o rzetelną ocenę naszej pracy. ż0aż0aI jesteśmy przekonani, żbfe głosując po raz kolejny na nas i obdarzając nas mandatem zaufania na kolejną kadencją członkowie opowiedzą się za rozwojem naszej Credit Union i działaniami ochronnymi, które prowadziliśmy cały czas dla naszego wspólnego dobra, dla naszej Credit Union.ż0aElżbfbieta Betowska, Andrzej Mahut, Kazimierz Romanowski, Jacek Sulimierski ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ20ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003030710720ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 567ˇ1058743436ˇ4ˇ1058743436ˇ4ˇ3ˇ7ˇ2003ˇPoszliśmy na kompromisˇChcąc uniknąć dalszego kreowania złych nastrojów w Polonii oraz niekorzystnych opinii na temat naszej Credit Union, do czego posuwają się niektóre osoby związane z Pol Can Bank Trust i jego agendami, jak "STOP", "Dziennik" i "Radio 7", a takżbfe mając na uwadze konieczność wstrzymania dalszego, nieuzasadnionego trwonienia naszego majątku przez te agendy i osoby z nimi związane, Rada Dyrektorów zdecydowała się pójść na kompromis w sprawie terminu zwołania Walnego Zebrania Członków CU.ˇRada nie chciała zgodzić się, aby zwołać specjalne Walne Zebranie, którego domagali się zwolennicy polityki Trustu, ponieważbf w półtora miesiąca później musiałaby zwoływać kolejne posiedzenie członków, zaplanowane i przygotowywane jak co roku. Byłaby to poważbfna strata pieniędzy i czasu naszych członków, do czego Rada nie chciała dopuścić. ż0aż0aPrzypomnijmy, żbfe decyzję o zwołaniu specjalnego Walnego Zebrania wymogli na Ministerstwie Finansów zwolennicy trustees petycją, kwestionowaną przez większość członków Rady Dyrektorów, z powodu sfałszowania istniejących pod nią podpisów. ż0aż0aPrzypomnijmy, żbfe na około 2650 podpisów, około 900 nie zostało uznanych przez Ministerstwo. Wśród nich były miedzy innymi podpisy nawet osób nieżbfyjących. Niestety, pomimo licznych protestów członków CU czujących się manipulowanymi i oszukanymi, nie udało się zmienić postanowienia Ministerstwa. Ostatecznie, biorąc pod uwagę wiele aspektów całej tej sprawy, a przede wszystkim dobro członków Credit Union, Rada Dyrektorów zgodziła się na zwołanie Walnego Zebrania 6 kwietnia. Początek zebrania planowany jest na godzinę 15.30. Będzie ono miało miejsce w Centrum Jana Pawła II w Mississaudze. ż0aż0aTermin zgłaszania kandydatów na członków Rady Dyrektorów upływa 7 marca o godzinie 17.00. Komisja nominacyjna oraz Komisja Wyborcza powinny do godziny 17:00, dnia 11 marca 2003, sprawdzić, czy kandydaci do Rady spełniają stawiane im Statutem i Ustawą warunki. Tak więc ostateczną informację o zaakceptowanych kandydatach znajdziecie Państwo w kolejnym biuletynie NCU. Zebranie będzie prowadzone przez osobę niezależbfną od CU, wyznaczoną przez Ministerstwo. ż0aż0aMamy nadzieję, żbfe tym kompromisem zostanie powstrzymana manipulacja członkami Credit Union, szerzona i stosowana przez zwolenników Trustu, do czego oni nie wahają się użbfywać nawet naszego Kościoła, skłócając nas ze sobą i powodując odchodzenie parafian do innych, niepolskich parafii.ż0aˇautoˇautoˇ60ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ23ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003030710723ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 752ˇ1059700288ˇ4ˇ1059701159ˇ4ˇ12ˇ4ˇ2002ˇRAPORT KSIĘGOWYCH ŚLEDCZYCHˇTrwające rok dochodzenie prowadzone przez Kroll Lindquist Avey Co., firmę księgowości śledczej o światowej renomie, zakończyło się sporządzeniem szczegółowego raportu dotyczącego przepływu pieniędzy z Credit Union do Pol-Can Bank Trust oraz do Pol-Can Banku w Warszawie w latach 1991-2001.ˇKSIĘGOWI ŚLEDCZY UJAWNIAJĄ FAKTYż0aRaport firmy księgowości śledczej z dnia 21 listopada 2002 r. odpowiada na wiele pytań odnośnie powiązań finansowych między Credit Union a Pol-Can Bank Trustem, który był założbfony w 1992 r. jedynie w celu realizacji inwestycji bankowej w Warszawie. Po sprzedażbfy Pol-Can Banku dalsze istnienie Trustu stało się nieuzasadnione.ż0aż0aDLACZEGO TRUST ZATRZYMAŁ PIENIĄDZE NALEŻĄCE DO CREDIT UNION ORAZ JEJ CZŁONKÓW?ż0aGłówne pytanie postawione przez księgowych śledczych jest następujące: ż0aDlaczego Trust nie zwrócił Credit Union pieniędzy za WSZYSTKIE wydatki poniesione przez Credit Union na rzecz Pol-Can Banku oraz/lub Trustu? Jak wskazuje Tabela 1, w latach 1991-2001 Credit Union poniosła wydatki w wysokości co najmniej $1,89 miliona dolarów na rzecz Pol-Can Banku oraz Trustu. Credit Union otrzymała od Trustu zwrot tylko $700.000 z tej kwoty, tak więc pozostało do zwrotu co najmniej $1,19 miliona! (Patrz Tabela 1 na dole strony).ż0aż0aż0aINNE MOŻLIWE KWOTY DO ZWROTU - W WYSOKOŚCI $1,5 MILIONAż0aDochodzenie księgowych śledczych wykazało, żbfe Credit Union możbfe ponadto zgłosić roszczenia zwrotu dodatkowego $1,51 miliona z tytułu nie otrzymanych odsetek, zaniżbfonych procentów obligacji oraz innych kwot (patrz Tabela 2 na dole strony).ż0aż0aż0aDRASTYCZNIE ZANIŻONE WYDATKIż0aKsięgowi śledczy ujawnili, żbfe kwota przekazana Credit Union w 2000 r. tytułem zwrotu wydatków, obliczona przez Stanisława Króla, nie obejmowała wszystkich wydatków poniesionych przez Credit Union na rzecz Pol-Can Bank oraz/lub Trustu. Księgowi ustalili, żbfe nie zwrócono co najmniej $1,19 miliona dolarów.ż0aRaport śledczy mówi, żbfe nie jest jasne, w jaki sposób Stan Król ustaliłkwotę zwrotu wydatków.ż0aż0aCO ZROBILI TRUSTEES Z PIENIĘDZMI NALEŻĄCYMI DO CREDIT UNION i JEJ CZŁONKÓW?ż0aCo Trustees, tj. pan Król, pan Kulis i pani Kremblewska, zrobili z tymi pieniędzmi?ż0aNikt nie wie, bowiem od czasu sprzedażbfy Pol-Can Banku w roku 2000, Pol-Can Bank Trust nigdy nie przedstawił swoim beneficjantom do wglądu sprawozdań finansowych.ż0aKról, Kulis i Kremblewska postanowili zatrzymać te informacje dla siebie.ż0aChoć wiele osób przypuszczało, jaki jest tego powódż0aż0aTERAZ JUŻ WIEMY NA PEWNOż0aTrust nie publikował sprawozdań finansowych, ponieważbf nie chciał, aby członkowie Credit Union dowiedzieli się, gdzie się podziały oraz w jaki sposób zostały przywłaszczone ich pieniądze.ż0aż0aSKĄD SIĘ WZIĘŁA KAMPANIA NIENAWIŚCI I DEZINFORMACJI, SKIEROWANA PRZECIWKO CREDIT UNION?ż0aTrustees posługują się "Dziennikiem", swoją tubą propagandową, i sporadycznie "Radiem - 7" aby prowadzić kampanię kłamstw i dezinformacji, której celem jest zdyskredytowanie tych członków Rady Dyrektorów, którzy opowiedzieli się za wszczęciem kontroli śledczej.ż0aW toku tej zjadliwej kampanii, próbowano równieżbf podważbfyć uczciwość zarządu, który zgodnie z prawem stosował się do poleceń Rady. ż0aż0aDLACZEGO TRUSTEES ZORGANIZOWALI PETYCJĘ W CELU USUNIĘCIA DYREKTORÓW?ż0aTrustees zorganizowali petycje, która ma na celu usunięcie tych dyrektorów, którzy przeciwstawiając się Trustowi, zażbfądali, aby Trust rozliczył się ze swoich wydatków.ż0aWprowadzani w błąd i poddani manipulacji oraz dezinformacji, niektórzy członkowie Credit Union podpisali tę petycję.ż0aż0aTERAZ OFICJALNY RAPORT ŚLEDCZY UJAWNIŁ PRAWDĘ!ż0aŻĄDAMYABY POL-CAN BANK TRUST ODDAŁ PIENIĄDZE, KTÓRE NALEŻĄ DO CREDIT UNION ORAZ JEJ CZŁONKÓW I KTÓRE BEZPRAWNIE SOBIE PRZYWŁASZCZYŁ ! ! !ż0aż0a***image1***ż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0a***image2***ż0aż0aˇautoˇautoˇ60ˇnaszacu1.gifˇnaszacu2.gifˇˇˇˇˇˇˇˇˇTabela 1: WYDATKI PONIESIONE PRZEZ CREDIT UNION NA RZECZ POL-CAN BANKU ORAZ/LUB TRUSTUˇTabela 2: INNE MOŻLIWE ROSZCZENIAˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ8ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇnaszacu1.gifˇnaszacu2.gifˇˇˇˇˇˇˇˇˇ521ˇ509ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ543ˇ185ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ4 grudnia 2002ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2002120410908ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 1573ˇ1063539692ˇ7ˇ1102258702ˇ4ˇ9ˇ12ˇ2003ˇPierwsza dekada za nimi (1). 10-lecie Kabaretu "Pod Bańką"ˇ Są niezwykli. Tak uważbfa nie tylko publiczność, która zapełnia zawsze sale na ich występach, nie tylko ci, którym przyszło z nimi współpracować, ale takżbfe ci najsurowsi krytycy - "koledzy po fachu", których nazwiska są legendami: Opania, Fedorowicz, Tym, Friedmann, Kłosowski, Zborowski, Zamachowski, Stalińska, Sienkiewicz, Gruza. Ci nie rzucają słów na wiatr i nie nadużbfywają komplementów. ż0a Nie ma chyba nigdzie na świecie takiego kabaretu, który w ciągu dziesięciu lat doszedł do takiego poziomu - własne, rewelacyjne teksty, muzyka, scenografia, kostiumy, choreografia. Tworzą widowiska-spektakle, które bawią i pobudzają do myślenia, potrafią wzruszyć i rozśmieszyć do łez. Są jak dynamit - nie ma końca ich twórczej inwencji, szalonym pomysłom i dowcipowi. ż0a Kabaret "Pod Bańką", który właśnie kończy dziesięć lat. Jest to dziesięć lat, w czasie których wydarzyło się tyle, żbfe właściwie możbfna by napisać o tym sporą książbfkę.ˇPoczątkiż0aż0aNajpierw były radiowe "Piosenki Magdalenki" - audycja dla dzieci, którą przez dwa lata prowadziła Magda Papierz ze swoim mężbfem Andrzejem Pugacewiczem. Aby zdobyć fundusze na prowadzenie radiowego programu pełnego własnych piosenek, tekstów, ale i ciekawych zagadek, wiadomości przydatnych dzieciom, zorganizowali bal "Artyści - dzieciom". Na balu miały być występy zaprzyjaźnionych artystów kabaretowych, np. Szuflady, Krystyny Adamiec, Krzysztofa Jaworskiego i innych. Kiedy wspólnie planowali program występów w domu u Magdy i Andrzeja, powstał pomysł nazwania tej formacji, utworzonej specjalnie na tę jedną wspólną imprezę, Kabaretem "Pod Bańką". ż0aż0a Krzysztof Jaworski postanowił po pewnym czasie kontynuować działalność tej grupy. Zebrał ich wszystkich razem - Magdę Papierz, Elżbfbietę Strzałkowską, Krystynę Adamiec, pianistę Józefa Sobolewskiego - i pod tą właśnie nazwą wystąpili w koncercie, z którego dochód przeznaczony był na stworzenie Centrum Kultury im. Jana Pawła II. Magda była wtedy w szóstym miesiącu ciążbfy (jeszcze wtedy nie wiedziała, żbfe Michał, jej synek, będzie takżbfe utalentowanym tancerzem-wokalistą).ż0aż0a Od września 1994, w powstałym jużbf Centrum, odbywały się comiesięczne występy Kabaretu "Pod Bańką" prowadzonego przez Krzysztofa Jaworskiego. Pojawiły się anonsy w mediach, zachęcające osoby zainteresowane działalnością w kabarecie do przyłączenia się do zespołu. Niektóre osoby pojawiały się tylko w jednym programie. Czasem przychodzący pozostawali. Przewinęło się wtedy przez kabaret mnóstwo osób - wśród nich znalazł się Wojtek Gawenda. On został i bez niego kabaret nie mógłby istnieć.ż0aż0a W lutym 1995 roku zareagował na ogłoszenie o programie. Zadzwonił i zaproponował, żbfe chciałby się przyłączyć. Mimo różbfnicy wieku, zarówno Krzysztof Jaworski jak i Wojtek Gawenda mieli wspólne krakowskie korzenie w Teatrze STU. Krzysztof Jaworski grał w teatrze za czasów takich wielkich sław, jak Radziwiłowicz, Pszoniak, Stuhr. Gawenda trafił tam 15 lat później.ż0aż0a Pierwsze spotkanie okazało się początkiem trwałej współpracy. Piosenki Wojtka Gawendy trafiły od razu do programu, a jego wkład stawał się coraz ważbfniejszy.ż0aż0a Podobnie przypadkiem zjawił się muzyczny filar kabaretu - pianista Janek Kornel. Ówczesny pianista zawiadomił kolegów tużbf przed programem, żbfe nie będzie jużbf mógł występować z kabaretem, ponieważbf wyjeżbfdżbfa. Zapewnił jednak, żbfe ma świetne zastępstwo. Kiedy skromniutki, nieśmiały Janek Kornel przyszedł na próbę, wszyscy byli przestraszeni. Czy da radę? Dużbfą część programu stanowiły piosenki Starszych Panów. Okazało się po chwili, żbfe Janek Kornel zna każbfdą z nich na pamięć, umie je grać w dowolnej tonacji, i w dodatku poprawia wykonawców bańkowych w tekstach, które takżbfe ma opanowane do perfekcji. To jest nasz największy skarb, mówi Magda Papierz. Janek jest stworzony do akompaniowania. Jest perfekcyjny.ż0aż0a W 1995 roku co miesiąc odbywały się po dwa koncerty "Bańki" - jeden w Centrum, a drugi w Old Mill. Potem szef "Bańki" Krzysztof Jaworski postanowił odejść z "Bańką" z Centrum, gdyżbf ówczesny zarząd chciał wprowadzić cenzurę. A przecieżbf nie po to wyjeżbfdżbfało się z Polski, żbfeby teraz znosić obcinanie tekstów kabaretowych. I tak nawiązała się współpraca z restauracją "Fregata".ż0aż0a Od jesieni 1995 roku w każbfdą drugą niedzielę miesiąca o godz. 17.00 odbywał się we "Fregacie" koncert Kabaretu "Pod Bańką". Zapraszane były takżbfe różbfne grupy muzyczne, np. Cyganie "Gipsy Barons", czyli Misza Bołdys, wtedy jeszcze nie ze swoim synem, lecz z Saszą Karpienko i Józefem Sobolewskim. Tak trwało do stycznia 1996 roku. Sześcioosobowa grupa zaczęła tworzyć bardziej zwarte programy, które nie były jużbf tylko składankami indywidualnych numerów. Pojawiać się zaczęło coraz więcej własnych tekstów i pomysł na nieco inny charakter programów. ż0aż0a W styczniu po programie "Zimowy show" Krzysztof Jaworski wziął mnie na bok i powiedział, żbfe nie możbfe jużbf poświęcać więcej czasu na prowadzenie kabaretu i chce mi go przekazać. Cena była bardzo przystępna - butelka piwa, którą razem wypiliśmy, opowiada Magda. Oczywiście, poprosiłam o pomoc Wojtka i tak "Bańka" zmieniła nieco charakter.ż0aż0aż0aNowa twarz "Bańki"ż0aż0a Nowi szefowie pokierowali "Bańką" w kierunku, który od pewnego czasu wydawał im się właściwy - zaczęli tworzyć spektakle tematyczne, oparte na wspólnie opracowanym scenariuszu. Najpierw było "Serce w rozterce", potem w marcu "W marcu jak w garncu, czyli migracyjny misz-masz". I pierwszy pełny spektakl, z którego wiele numerów pozostało w zbiorze bańkowych perełek - "Polskie festiwale w kabaretowym szale". Pojawił się mały brodaty człowieczek w czerwonej marynarce, który zaoferował swoje teksty. To właśnie on - Leszek Repczak - napisał słynny przebój Magdy - "Grande Valse Brillante", czyli Demarczyk. Przelecieliśmy się przez wszystkie polskie festiwale - Opole, festiwale żbfołnierskie, emerytów i rencistów, folklorystyczne i masę innych. Zrobiliśmy pastisze tych festiwali. Ten program był niezwykle popularny, wspomina Wojtek.ż0aż0a Temu wszystkiemu towarzyszyła ogromna praca - nie tylko tworzenie nowych programów, ale kampania marketingowa - dziesiątki występów za darmo na różbfnych imprezach, żbfeby Polonia poznała dynamicznie działający kabaret. Rozpoczęła się bliska współpraca z "Szufladą". Potem nadeszło pierwsze zaproszenie poza Toronto, do Calgary. Przyszło ponad 250 osób, co było bardzo miłe, bo na Pietrzaku nieco wcześniej było 40 osób.ż0aż0a Na wiosnę 1998 roku doszliśmy do wniosku, żbfe trzeba się pokazać na dużbfej scenie, a bodźcem do tego był nowy program oparty na tekstach z latch 20. i 30, ale z pełną scenografią, z baletem, schodami i superkostiumami - "Rewia odwołana". Magda, Andrzej i ja napisaliśmy cały scenariusz, na scenie wystąpiło 16 osób i po raz pierwszy zagrali dla nas nas dwaj muzycy - Jurek Węglewski na perkusji i Tadeusz Drużbfdżbfel na kontrabasie, opowiada Wojtek. Ten spektakl był w pewnym sensie przełomem. Specjalnie dobrana biżbfuteria, piękne kostiumy, dopracowane szczegóły - Magda spędziła mnóstwo czasu, oglądając filmy, studiując tamtą epokę, żbfeby uchwycić jej klimat. ż0aż0a Po "Rewii" kupili fraki, które stały się ich "strojem organizacyjnym". ż0aż0a Ten dwugodzinny program przyniósł "Bańce" prawdziwą sławę. Miał takżbfe rekordową liczbę powtórek - grali go 6 razy, zawsze przy pełnych salach. ż0aż0a Był 1997 rok, kiedy do kabaretu przyszedł Piotr Hoffmann, na stałe dołączył mążbf Magdy, nieoceniony Andrzej Pugacewicz, a takżbfe Jacek Janowski. Szef "Szuflady" zawsze występował, zgodnie z własną prośbą, jako specjalny gość Kabaretu "Pod Bańką". ż0aż0a Jesienią tego roku przyszło zaproszenie do Nowego Jorku. Na ten wyjazd pojechała po raz pierwszy córka Krzysztofa Jaworskiego - Iwona. ż0aż0a Po powrocie zaczęliśmy przygotowywać wymyśloną przez nas imprezę - Polonijny Kabareton, wspomina Magda. To był sposób na to, aby przedstawić publiczności zespoły działające poza Toronto. Nie wiedzieliśmy, jak to pójdzie, więc zostawiliśmy bilety w tej samej cenie co na normalny występ. Bilety rozeszły się w ciągu tygodnia. Tłumy były nieziemskie. Upchnęliśmy prawie 800 osób - wtedy przepisy przeciwpożbfarowe były jeszcze dosyć łagodne. A koniki przed Centrum sprzedawały bilety po 50 dol.! Były propozycje, żbfeby na Kabaretonie zrobić konkurs, ale uważbfaliśmy, żbfe lepiej będzie bez elementu konkurencji. Koncert trwał w nieskończoność - prawie 8 godzin.ż0aż0a Potem posypały się programy - perełki, każbfdy coraz ciekawszy, na wyżbfszym poziomie od poprzednich: "Papierz Show" (1998), a potem spektakl na podstawie "Pana Tadeusza" (w roku Mickiewiczowskim!) "Rozmowy przyziemne, czyli robaczywe urojenia polonisty" (1998) - kiedy po raz pierwszy pojawiła się aktorka z Warszawy Monika Goździk-Kowalczuk. Monika, przyzwyczajona do pracy w teatrze, płakała przez całą noc przed premierą, przerażbfona chaosem, niedopracowaniem programu itp. Wkrótce jednak zrozumiała, żbfe to wszystko pozory - spektakl tak się rodzi, a w wykonaniu świetnie się rozumiejących członków zespołu wychodzi bez pudła. ż0aż0a II Polonijny Kabareton w styczniu 1999 roku rozpoczął tradycję zapraszania gości z Polski. Pierwszym była Dorota Stalińska, dobry duch Kabaretu "Pod Bańką". 13 lutego, w piątek, pokazali "Jaki piękny walczyk, czyli idziemy w tango". Był to program, z którego wiele numerów weszło do tradycji i stało się przebojami "Bańki". W kwietniu przyjechał z wizytą mim z Polski, Ireneusz Krosny. Wspólnie odbyli tournee z programem "Z przymrużbfeniem ucha". To z tego programu pochodzą takie ulubione numery, jak "Mój pierwszy bar" Krzysztofa Jaworskiego, "Okularnicy" całej grupy, przebój "Nóżbfki" Andrzeja Pugacewicza i wiele innych.ż0a ż0a Premiera filmu Jerzego Hoffmana "Ogniem i mieczem" zainspirowała ich do stworzenia niezwykłego spektaklu z pełną scenografią i kostiumami - "Biesiada z ogniem i Mieciem". Umiejscowili ją w Polsce XVII-wiecznej. Premiera odbyła się we wrześniu 1999 roku. Były oryginalne kontusze, prawdziwe szable, dostarczone przez Tomka Kaczora z London. Biesiada miała 16-osobowy skład, byli tancerze. Magda powiązała znane piosenki w wiązanki. Efekt tej ciężbfkiej pracy możbfna zobaczyć na kasecie, bo ten spektakl został wydany na kasecie wideo nagranej w sposób profesjonalny. Śpiewam tam Dumkę - wersję biesiadną autorstwa Wojtka Gawendy. Zwróciliśmy się o pozwolenie do autorów oryginalnej Dumki, czyli do Jacka Cygana i Krzesimira Dębskiego. Odpisali, żbfe oczywiście i żbfe strasznie podoba im się ta nasza wersja, wspomina Magda.ż0aż0a W 1999 roku zorganizowali pierwszy bal halloweenowy, ustanawiając w ten sposób nową tradycję.ż0aż0a W 2000 roku odbył się III Polonijny Kabareton ze znakomitym gościem - Marianem Opanią, który był tak pełen uznania dla poziomu imprezy, żbfe zadeklarował chęć ponownego przyjazdu (tak się teżbf stało - przyjechał wraz z Wiktorem Zborowskim w 2001 roku). Po raz pierwszy udało się nam zapanować nad długością występów poszczególnych grup kabaretowych. Poprzednie programy trwały w nieskończoność.ż0aż0a Wtedy, w 1999 roku, namówieni przez Krosnego, postanowili spróbować zrealizować plan, który wszyscy uważbfali na początku za czystą fikcję.ż0aż0aciąg dalszy za tydzieńż0aż0a----------ż0a ż0a3-4 X 10-lecie Kabaretu "Pod Bańką" (cz. I) Wielka feta na wesoło. Superprogram pełen niespodzianek i gości, takżbfe z Polski. Na jubileusz "Bańki" przylatuje specjalnie z Polski Krystyna Sienkiewicz! Ulubione numery z całej dekady działalności Kabaretu "Pod Bańką" i nie tylko. Część druga - 7-8 listopada! Centrum Kultury im. Jana Pawła II. Info: 416-414-7882. Bilety: Księgarnie "Gazety", Husarz, Complete Optical i Centrum Kultury im. Jana Pawła II. ˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ30ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003091211130ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 1753ˇ1065002009ˇ7ˇ1102258814ˇ4ˇ9ˇ20ˇ2003ˇPierwsza dekada za nimi (2). 10-lecie Kabaretu "Pod Bańką"ˇ Są niezwykli. Tak uważbfa nie tylko publiczność, która zapełnia zawsze sale na ich występach, nie tylko ci, którym przyszło z nimi współpracować, ale takżbfe ci najsurowsi krytycy - "koledzy po fachu", których nazwiska są legendami: Opania, Fedorowicz, Tym, Friedmann, Kłosowski, Zborowski, Zamachowski, Stalińska, Sienkiewicz, Gruza. Ci nie rzucają słów na wiatr i nie nadużbfywają komplementów. ż0a Nie ma chyba nigdzie na świecie takiego kabaretu, który w ciągu dziesięciu lat doszedł do takiego poziomu - własne, rewelacyjne teksty, muzyka, scenografia, kostiumy, choreografia. Tworzą widowiska-spektakle, które bawią i pobudzają do myślenia, potrafią wzruszyć i rozśmieszyć do łez. Są jak dynamit - nie ma końca ich twórczej inwencji, szalonym pomysłom i dowcipowi. ż0a Kabaret "Pod Bańką", który właśnie kończy dziesięć lat. Jest to dziesięć lat, w czasie których wydarzyło się tyle, żbfe właściwie możbfna by napisać o tym sporą książbfkę.ˇWielki sprawdzian - Polskaż0aż0a Po długich przygotowaniach, obawach, czy się uda, czy starczy pieniędzy, czy wszyscy znajdą czas, z 600 kilogramami bagażbfu (kostiumy, instrumenty, scenografia, rekwizyty itp.), 9-osobowa ekipa Kabaretu "Pod Bańką" ruszyła na podbój najtrudniejszego rynku, czyli Polski.ż0a ż0a 1 kwietnia w Szczawnie wzięła udział w Przewałce 2000 - przeglądzie aktorskich spektakli kabaretowych. Do konkursu dopuszczani są tylko aktorzy profesjonaliści, ale w tym przypadku dokonano wyjątku. Zadziałały gorące rekomendacje artystyczne Doroty Stalińskiej i Ireneusza Krosnego. W jury zasiadali m.in. Jerzy Gruza i Zenon Laskowik. Laskowik udzielił im wywiadu, którego fragment pokazano w programie telewizyjnym "Kawa czy Herbata". To właśnie Zenon Laskowik powiedział nam, żbfe kiedy zaczął się nasz program w czasie Przewałki, cała komisja dwa razy sprawdzała, czy to na pewno ten kabaret z Toronto, bo nie brzmieliśmy jak kabarecik polonijny, opowiada Wojtek. Laskowik powiedział im: "Wy byliście najbardziej aktualnym kabaretem ze wszystkich".ż0a ż0a "Bańka" zdobyła w Szczawnie prestiżbfową nagrodę dziennikarzy. Byli teżbf na drugim miejscu, po kabarecie Rafała Kmity, do nagrody publiczności. Przegrali niewielką liczbą głosów. W konkursie brało udział 10 kabaretów, a "Bańka" była jedynym zespołem spoza Polski. Jerzy Gruza powiedział, żbfe bardzo zaimponowało mu to, iżbf byli jedynym zespołem, który od początku do końca miał własne teksty i własną muzykę, i to, jak powiedział, na doskonałym poziomie. ż0aż0a Po Szczawnie była Warszawa. Dwa wystąpienia w telewizji - w bardzo pupularnym programie "Kawa czy Herbata" i w TV Polonia. Oba były pokazywane poza Polską. No i występ w ukochanym przez warszawiaków klubie Harenda oraz spektakl przy wypełnionej po brzegi sali w warszawskim Teatrze Kwadrat. Bilety zostały wyprzedane jużbf na dwa tygodnie przed spektaklem. To było niesamowite dla nas przeżbfycie, owacja publiczności. Jak mówiono, nigdy w Kwadracie nie było tylu widzów - o 50 osób więcej niżbf było miejsc, śmieje się Magda.ż0aż0a Po warszawskich sukcesach pojechali teżbf do Krakowa na Pakę. Nie byli dopuszczeni do głównego konkursu, co im cały czas gwarantowano, lecz do tzw. koncertu Ostatniej Szansy. Członkowie jury, w skład którego wchodzili m.in. Jacek Fedorowicz, Nina Terentiew, Jerzy Derfel, Andrzej Sawka, którzy w ogóle ich nie widzieli w eliminacjach, byli zdziwieni i pytali: "A gdzie wy byliście przez cały czas?".ż0a ż0a Potem był trzygodzinny koncert telewizyjny pt. "Kabaret a sprawa polska". Pokazywali Okularników, Demarczyk i scenkę imigracyjną na lotnisku. Mieli teżbf wspólny numer z Kabaretem Moralnego Niepokoju. I finał, w którym trzy damy z "Bańki" były na pierwszym planie. Tym koncertem zaistnieli naprawdę, bo były tam bardzo znane zespoły i nestorzy kabaretu. Zaczynał Rudi Szubert, a kończył Wojciech Młynarski. Po koncercie Stanisław Tym chwalił wszystkie ich numery, które doskonale zapamiętał. Był bardzo zdziwiony, żbfe nie dopuszczono ich do konkursu na Pace. Przyszedł teżbf Sawka i Derfel, którym bardzo podobał się numer z Demarczyk i z Okularnikami. Usłyszeli wiele komplementów od członków jury. Magda zrobiła furorę numerem z Demarczyk. A w Krakowie zrobić furorę tym akurat numerem to nie byle co. Wielkie komplementy zebrali wszyscy członkowie zespołu, a szczególnie nasza sekcja muzyczna, wspomina Wojtek. ż0a ż0aż0aPo Polsceż0aż0a Zaraz po Polsce był program "Wody sodowej smak", będący zabawną opowieścią o wojażbfach w Polsce (i niezapomnianą piosenką przewodnią) i druga część biesiady - współczesna "Biesiada u sąsiada", z udziałem ich ulubionych Cyganów. Kolejny program, halloweenowy, a potem IV Kabareton z udziałem Stefana Friedmanna. Od II Kabaretonu "Bańka" przygotowywała z okazji tej dorocznej imprezy miniprogramik-spektakl. Tego roku, na kolejnej powtórce spektaklu "Rewia", po raz pierwszy pojawił się mążbf Moniki, aktor i muzyk (Wanman), przezabawny Jacek Kowalczuk. ż0a ż0a W 2001 roku kabaretowa Panna, czyli Wojtek Gawenda, obchodził swoje 40. urodziny. Z tej okazji wystawiono oparty w dużbfej mierze na niespodziankach i improwizacji program "Koniec dzieciństwa czyli 40-latek na żbfywo". W październiku przyjechali Marian Opania i Wiktor Zborowski, czyli Super Duo, wywołując zachwyt publiczności. Rok występów zakończył bal halloweenowy, jak zwykle.ż0aż0a 2002 rok przywitali V Kabaretonem z udziałem legendy polskiej satyry, Jacka Fedorowicza. Wkrótce potem było pożbfegnanie zmarłego nagle w grudniu przyjaciela, szefa "Szuflady", znakomitego kompozytora i tekściarza Jacka Janowskiego. Program "Ostatnie zamknięcie Szuflady", niezwykle poruszający spektakl, który wycisnął wiele łez i zgromadził wielu artystów, przyjaciół Jacka, miał na celu zebranie pieniędzy dla dzieci Jacka w Polsce. "Bańka" po raz kolejny wykazała się wielką klasą - zrobienie tego programu w tak taktowny, ale i wzruszający sposób było nie byle jakim dokonaniem.ż0aż0a Potem nastąpiła przerwa, spowodowana uruchamianiem szkoły MAVO Academy of Arts and Music, a takżbfe, co tu kryć, trudnościami finansowymi. Mimo sukcesów artystycznych finansowo nie jest i nie było nigdy wesoło. Ci, którzy pracują najwięcej, zarabiają najmniej. W idealnym świecie kabaret takiego formatu powinien dostawać dotacje na swoją działalność, aby mógł w spokoju tworzyć. Wyjazdy, które mogłyby możbfe przynosić dochody, są praktycznie niemożbfliwe, bo nie sposób się skrzyknąć dużbfą grupą. Każbfdy pracuje zawodowo i nie stać go na urlopy.ż0aż0a Cisza została przerwana w styczniu 2003 roku VI Polonijnym Kabaretonem, na który z Polski przyjechali Maciej Damięcki i Roman Kłosowski. Dwa miesiące później Kabaret "Pod Bańką" zaprezentował spektakl "Co nam wszystkim ciążbfy" z udziałem ulubienicy publiczności, fenomenalnej Krystyny Sienkiewicz. Zakochała się w "Bańce", zadeklarowała chęć wspólnego tournee, a teraz przyjeżbfdżbfa, aby uczestniczyć w ich 10-leciu. ż0aż0a Przytulna salka w szkole MAVO, nazwana przez Jerzego Kołacza "After Hours Club", okazała się znakomitym pomysłem na kameralne koncerty. Urodziny Magdy Papierz "Papierz Show Bis" pokazały, jak znakomity jest to lokal - akustycznie, nastrojowo. Ten brawurowy program udowodnił teżbf po raz kolejny niesamowity warsztat i artyzm Magdy - dwugodzinny recital był triumfem jej wszechstronności i kunsztu scenicznego. Śpiewała z nią świetna wokalistka jazzowa Ola Turkiewicz, z którą parę miesięcy wcześniej wspólnie przygotowały piękny zimowo-świąteczny program z udziałem dziecięcej grupy z MAVO Academy "Święta kolędą przyprószone". ż0aż0a Teraz, we wrześniu, odbył się w "After Hours Club" koncert Krystyny Prońko, a na przyszłość są plany spotkań jazzowych, kabaretowych, benefisy różbfnych artystów w formie kameralnych wieczorów przy lampce wina i świecach.ż0aż0a Ale najpierw, jużbf na początku października, ich wielki koncert z okazji okrągłej dziesiątki. Program otoczony jest wielką tajemnicą - wiadomo, żbfe będzie dużbfo gości (przyjeżbfdżbfa specjalnie Krystyna Sienkiewicz!) i niespodzianek. Na pewno będą ukochane bańkowe numery, a co jeszcze - nie chcieli mi powiedzieć. Sami zobaczymy i usłyszymy. A znając "Bańkę", będzie i śmiesznie, i pewnie troszeczkę nostalgicznie. A na pewno - super!ż0aż0a(Za tydzień - kulisy "Bańki") ż0aż0a---------- ż0aż0a3-4 X 10-lecie Kabaretu "Pod Bańką" (cz. I) Wielka feta na wesoło. Superprogram pełen niespodzianek i gości, takżbfe z Polski. Na jubileusz "Bańki" przylatuje specjalnie z Polski Krystyna Sienkiewicz! Ulubione numery z całej dekady działalności Kabaretu "Pod Bańką" i nie tylko. ż0aż0a Część druga - 7-8 listopada! Centrum Kultury im. Jana Pawła II. ż0aż0a Info: 416-414-7882. Bilety: Księgarnie "Gazety", Husarz, Complete Optical i Centrum Kultury im. Jana Pawła II. ż0aˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ48ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003092011048ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 1819ˇ1065358060ˇ7ˇ1102258743ˇ4ˇ9ˇ26ˇ2003ˇKulisy (i nie tylko) Bańki. 10-lecie Kabaretu "Pod Bańką"ˇ Za każbfdym przedstawieniem Bańki, na które przychodzą setki ich wielbicieli, którzy wychodzą w szampańskich humorach, myśląc pewnie, żbfe to fajnie tak występować na scenie i zbierać oklaski, kryją się długie godziny przygotowań zarówno artystycznych, jak i organizacyjno-technicznych, nieprzespane noce, po których trzeba rano iść do pracy, bo przecieżbf z czegoś trzeba żbfyć, a z tego, co kochają najbardziej, nie za bardzo się da. ż0a A jednak - kolejny spektakl, kolejny pomysł i plany na przyszłość, mimo żbfe czasami słychać pełne frustracji: Dajmy sobie spokój... ż0a Oby nie dali sobie spokoju, bo ich żbfywiołem jest scena, światła rampy i ta adrenalina, która wydziela się kiedy wypełniona po brzegi sala reaguje owacjami.ż0aˇBańka w liczbachż0aż0a• 50 - Koncert na 10-lecie jest 50. premierowym programem Kabaretu pod Bańkąż0a• 1000 - Przez 10 lat stworzyli ok. 1000 tekstów i piosenekż0a• 5 - rekordowa liczba spektakli - programów "Biesiada z ogniem i Mieciem" i "Rewia odwołana"ż0a• 43 - osoby, które "przewinięły się" przez Bańkęż0a• 10 - liczba gości z Polski, którzy przyjechali na zaproszenie Kabaretu pod Bańką i wystąpili wraz z nimż0a• 4,5 godz. - najdłużbfszy program - "Papierz Show" (ten pierwszy)ż0a• 800 (+) - rekordowa liczba widzów na jednym koncercież0aż0aż0aNaj, naj, naj...ż0aż0a• pierwsza owacja na stojąco - w Calgaryż0a• najbardziej pamiętna owacja na stojąco - w Teatrze Kwadrat w Warszawież0a• najpełniejsza sala w historii danego obiektu - Teatr Kwadrat w Warszawież0a• największy komplement:ż0a1. Zenon Laskowik po występie na Przeglądzie Kabaretów Przewałka, gdzie byli jedynym kabaretem spoza Polski - "to jest najbardziej aktualny kabaret"ż0a2. Stefan Friedmann do swego syna za kulisami w czasie Polonijnego Kabaretonu: "O, k..., patrz, oni lecą live!"ż0a3. Jerzy Gruza w superlatywach o muzyce Andrzeja Pugacewiczaż0a• najbardziej nietrafna przepowiednia na temat przyszłości Bańki (nie będziemy podawać, kto jest jej autorem...) - "Kolejnym etapem Kabaretu pod Bańką będzie PAPUGA, czyli Papierz, Pugacewicz i Gawenda, potem GAPA - Gawenda i Papierz, a potem PA! "- (czyli goodbye, koniec z Bańką)ż0a• najtrudniejszy aspekt pracy - utrzymać w ryzach dziesięciu indywidualistówż0a• najbardziej logicznie dobrany duet - Magda Papierz i Wojtek Gawenda. Na podstawie jakiego kryterium? Nazwiska obojga piszą się niezgodnie z zasadami ortografiiż0a• największe wpadki - pęknięta na scenie kamizelka, zgubiony but, brak białej bluzki (pożbfycza się od znajomych z widowni), a kiedyś taniec jednej z pań bez tzw. "niewymownych"ż0a• największy mistrz w "szyciu", kiedy nadchodzi "zaćma", czyli kiedy zapomni się na scenie tekstu - Krzysztof Jaworskiż0a• najczęściej słyszany mit - żbfe Magda Papierz i Wojtek Gawenda to małżbfeństwoż0a• najwierniejsi (i najbardziej nieocenieni) współpracownicy:ż0a- Grafika, plakaty, ulotki - ż0aKuba Bryzgalskiż0aLeszek Szczurekż0aSeweryn Reszkaż0aBożbfena Barż0aIwona Dufajż0a- dźwięk, światła itp.ż0aKrzysztof Sajdakż0a- nagrywanie, fotografowanież0aBogdan Szmelterż0aHenryk Bartulż0a- sprzedażbf biletów, pomoc przed i po koncertachż0aMagdalena i Jadwiga Zarzyckież0a• najwięcej funkcji przy każbfdym spektaklu - PAPUGA, czyli Magda, Wojtek i Andrzej: pomysł, scenariusz, teksty, muzyka (często przy współudziale Janka Kornela), choreografia, kostiumy, załatwianie przyjazdów gości, tzw. PR (public relations), organizacja widowni, rozprowadzanie biletów, reklama, rozstawianie stołów, sprzątanie, transport itp., itd. (czyli wszystko właściwie od wypisywania numerów stolików na biletach i kopertach do grania głównych ról w spektaklach).ż0aż0aż0aCo sądzą inni?ż0aż0aKonsul RP w Toronto Jacek Junosza-Kisielewski: Polonia na całym świeci regularnie przyjmuje krajowych twórców, których profesjonalizm stymuluje ich własne żbfycie artystyczne. Rzadkie są jednak przypadki, kiedy twórcy polonijni mogą zrewanżbfować się tym samym rodakom w kraju. Tak jest w przypadku Kabaretu pod Bańką. Świeżbfość pomysłów i kunszt wykonawczy, zwłaszcza znakomitej Magdy Papierz, plasuje ten kabaret w pierwszej lidze kabaretów krajowych.Gratuluję 10 lat sukcesów i żbfyczę dalszych, czekając na kolejne premiery! ż0aż0aJerzy Kołacz (grafik, malarz): Są bardzo skromni, a jednocześnie prowokujący. Pobudzają do myślenia i przekazują ciekawe spojrzenie na świat, co jest możbfliwe tylko kiedy osiągnie się pewien dystans do samego siebie, kiedy ma się uczciwe spojrzenie na siebie i świat. Ich forma wyrazu nie jest pusta i poparta jest ogromnym talentem całego zespołu. To kwiat na betonowej nawierzchni imigracyjnej, gdzie ludzie skupiają się zbyt często na trywialnej codzienności przetrwania.ż0aż0aRoman Górny (Ottawa, szef Kabaretu Po Osmej): To szaleńcy, pełni zapału, kochający to, co robią - mój typ. Nie obchodzi ich chęć zysku, kiedy wpadają w wir, chcą tylko, żbfeby było perfekcyjnie, nawet jeżbfeli trzeba dołożbfyć. Cenię tę uczciwość, bo tak samo staram się tworzyć - publiczności nie możbfna sprzedawać chałtury, bo to nieuczciwe.Są tytanami pracy. Widziałem ich wielokrotnie w akcji, nie liczą czasu. Magda wymaga perfekcji od siebie i innych, Wojtek nie sypia nocami - pisze, tworzy, jest kopalnią pomysłów. Andrzej jest niesamowity, tryska inwencją, jest znakomitym kolegą, a przecieżbf nie jest mu łatwo, musi utrzymać rodzinę. Janek Kornel to geniusz muzyczny. Kiedyś w Ottawie zapytałem go, jak tam pianino, na którym miał grać. Powiedział, żbfe szukał tego dźwięku od 15 lat! Co do finansów, nie jest łatwo, bo płaci się zawsze najpierw innym, a samemu jest się na końcu. Trzeba, to się dokłada. Kabaret to ich pasja. Jestem trochę starszy, ale jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.ż0aż0aAdam Burak (Cambridge, twórca i wieloletni szef Klubu za Pięć Dolarów): Razem występowaliśmy wielokrotnie, kiedyś u Jacka Janowskiego w Szufladzie. Czasem Bańka gościła u nas w Cambridge. To wspaniałe lata. Historia rozwoju Bańki to ewenement na emigracji. Każbfdy ich kolejny program jest coraz lepszy. Tworzą znakomite - własne - teksty, muzykę. Ja nie mam takiego talentu, muszę się posługiwać gotowymi materiałami, wychodząc z założbfenia: Nie rób nigdy tego, co ktoś inny zrobi za ciebie lepiej. Co innego Bańka. Dobrze, żbfe są tak długo razem. Mam nadzieję, żbfe jeszcze nie raz zagramy razem, możbfe w ich nowej siedzibie, gdzie odbywał się benefis Magdy, czyli w MAVO Academy.ż0aż0aOla Turkiewicz (wokalistka jazzowa, twórczyni cyklu "A little bit of jazz"): Byłam kilkakrotnie gościem na Kabaretonie, robiłam z Magdą koncert świąteczny, śpiewałam na "Papierz Show Bis". Cenię profesjonalizm Bańki. Najbliżbfej pracowałam z Magdą. Jest znakomita - wie, czego chce, jest bardzo pracowita i wymagająca, kto nie jest w stanie dotrzymać jej kroku - odpada. Ja działam podobnie, dlatego tak dobrze nam było pracować razem. Doskonale, żbfe są tak długo razem, a pełne sale są najlepszą recenzją.ż0aż0aMarian Kamiński (wokalista i muzyk, blisko związany z Szufladą): Los złączył ze sobą ludzi o wysokim profesjonalizmie. Zasługują na to, aby być otoczeni taką samą estymą i legendą, jak najlepsze grupy kabaretowe kiedyś w Polsce. Poza talentem stoi za tym, co robią, ciężbfka praca. Kochają to, co robią, nic z tego nie mając. Staram się pomóc, ile mogę, w sprawach technicznych. Na szczęście, jest wokół nich sztab niewidocznych przyjaciół, którzy pomagają, są sponsorzy. Ja i moim znajomi uważbfamy, żbfe my tu na miejscu mamy najlepszy, własny kabaret - żbfadne z Polski nie mają szans. To jest zgodna, obiektywna ocena. Od dawna nie muszę nikomu wciskać biletów, tylko pomagam je załatwić, póki są. Bardzo żbfałuję, żbfe nie mogę występować z nimi częściej, ale moja praca nie pozwala na próby do 2 rano w dzień powszedni...ż0aż0aSławomir Dereń (kompozytor, artysta min. Szuflady): Poznaliśmy się w Szufladzie - z Magdą, a potem Wojtkiem. Magda była zawsze bardzo dobra, utrzymywała wysoki poziom artystyczny. Jest wszechstronna - śpiewa, tańczy, recytuje, komponuje. Potrafi wszystko. Wojtek pojawił się i stawał się coraz lepszy. Szuflada nie była profesjonalnym kabaretem. Magda i Wojtek potem odłączyli się, żbfeby robić kabaret zawodowy. Ale granice między Szufladą i Bańką często się zacierały. Jacek Janowski występował jako stały gość w Bańce. Bańka cały czas rosła i docierała się między sobą. Zaczęli się ze sobą rozumieć bez słów, co widać na ich spektaklach. Są bardzo twórczy, piszą szybko, szczególnie Wojtek, podobnie jak kiedyś Jacek Janowski. Bardzo lubię luz i trzpiotowatość Magdy. Lubię być w otoczeniu ludzi z Bańki, bo to grupa znakomitych kumpli. Prawdziwy kabaret jest za kulisami, niewidoczny dla widzów. Zawsze im mówię, żbfe jak mają za długi program, to niech wycinają moje numery, bo ja i tak mam największą frajdę za kulisami - słuchając jak to ktoś zarżbfnął tekst, jakie się wydarzyły numery. To osobna część spektaklu kabaretowego.ż0aż0aMałgorzata Maye (śpiewaczka): Występowałam z nimi w "Rewii odwołanej" i na benefisie Krzysztofa Jaworskiego. Zawsze zachwycała mnie atmosfera prób i styl ich pracy. Przychodziło się tam z przyjemnością. Stanowią zdumiewającą bogactwem skarbnicę pomysłów. To fenomen - zebrała się grupa bardzo utalentowanych ludzi, którzy tak długo tworzą razem i osiągnęli wielki sukces. W tych warunkach to wyjątkowe. Życzę im wielu, wielu lat razem.ż0aż0a•••ż0aż0a Kto wie, możbfe na super programy rocznicowe znowu koniki sprzedawać będą bilety. Nie zdziwiłabym się wcale, bo na pewno wszyscy ciekawi jesteśmy tych wyjątkowych spektakli, a poza tym wszak to nasza własna Bańka obchodzi urodziny. ż0aż0a Sto lat, Bańko!ż0aˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ15ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003092610915ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 2170ˇ1066429614ˇ7ˇ1102398560ˇ7ˇ10ˇ10ˇ2003ˇWeekend śmiechu i wzruszeńˇ10-lecie Kabaretu "Pod Bańką"ż0aż0a Ci, którzy byli, chyba długo nie przestaną wspominać pierwszej części obchodów 10-lecia Kabaretu "Pod Bańką", jak równieżbf związanego z nim specjalnego, kameralnego występu Krystyny Sienkiewicz. ˇPierwszej części, bowiem wspaniały program wystawiony w Centrum Kultury im. Jana Pawła II w Mississaudze w ostatni piątek i sobotę (3 i 4 października) zaostrzył nam apetyty na więcej, o czym artyści doskonale wiedzieli i przygotowali część drugą na 7 i 8 listopada. Mimo iżbf jużbf brzuchy, policzki i oczy bolały, brawa nie ustawały. Dla artystów naszej rodzimej "Bańki" i dla Krystyny Sienkiewicz, która nie przestaje śmieszyć z wielką klasą i olbrzymią kulturą. Jak okazało się, potrafiła teżbf wzruszyć. Ale o tym później. Czuję się trochę zażbfenowany, pisząc te wrażbfenia z 10-lecia Kabaretu, bowiem jako fan mam dopiero 2 lata, czyli jestem nim od czasu, kiedy przeniosłem się wraz z rodziną z Montrealu w okolice Tego Ronta (w pierwszym przypadku: To Ronto, a ja staram się wyrażbfać poprawnie, szczególnie tam, gdzie jest odmiana przypadków).ż0a ż0a Na marginesie - Pani Krystyna kilkakrotnie użbfyła w swoich monologach zwrotu "w Toroncie". Zastanawiam się i wzywam na pomoc polonistów, czy nie byłoby bardziej prawidłowo: "W Tym Roncie"? ż0aż0a Tak czy owak, jako fan stawiam pierwsze kroki, a przy okazji zataczam się, ale to ze śmiechu. Nie znam dawnych występów Kabaretu, nie miałem okazji słyszeć wielu wspaniałych tekstów sprzed lat. Niektóre z nich zaprezentowała "Bańka" w swoim ostatnim programie, który oprócz tekstów najnowszych i nawiązujących do aktualnych wydarzeń, zawierał teżbf przegląd tych przebojów z lat wcześniejszych. Nie sposób zapamiętać i przytoczyć wszystkie pozycje blisko czterogodzinnego programu. ż0aż0a Do dziś widzę przed oczami feerię barw i strojów. Strojów troglodytów z jaskini, którzy wydawali wyłącznie nieartykułowane dźwięki, ale ich mimika i gra całym ciałem powodowała, żbfe gdyby było miejsce pomiędzy ciasno upakowanymi stolikami, widownia tarzałaby się po podłodze ze śmiechu. ż0aż0a Strojów tropikalnych, mundurów naszych wojsk w Iraku, stroju pewnego znanego nam brodatego Fidela z cygarem, strojów kurtyzan i strojów baletowych z "Jeziora Łabędziego" (ale noszonych przez przedstawicieli płci, do której ja się sam zaliczam). Nie zapomnę stroju nauczyciela tańca (Andrzej Pugacewicz), który uwypuklał wydatnie męskie walory baletmistrza. Wydaje się jednak, żbfe walory te baletmistrz chętniej skierowałby do jakichś... powiedzmy, innych tancerzy. ż0aż0a Po raz pierwszy dane mi było zobaczyć przebój, którym "Bańka" podbiła Polskę - adaptację "Okularników" Agnieszki Osieckiej. Tylko żbfe w roli okularników, i to z komórkami - wystąpili Backstreet Boys, czyli "chłopcy z tylnej alejki", i Spice Girls, czyli "popieprzone dziewczyny". ż0aż0a Nie muszę dodawać, żbfe głównym okularnikiem była spiritus movens Kabaretu, czyli Magda Papierz. Magda jest artystką niezwykle wszechstronną. Potrafi śpiewać śmieszne kupleciki i utwory dramatyczne. Nie pierwszy jużbf raz piszę o jej wielkich talentach. "Milorda" z repertuaru Edith Piaf słyszałem jużbf na Papierz Show, ale i tym razem tak samo przeżbfywałem. Natomiast po raz pierwszy usłyszałem Magdę w roli Ewy Demarczyk, w trawestacji Grand Valse Brillante. Tak jak podczas wszystkich innych numerów programu widzowie zanosili się od śmiechu, podczas wykonywania tego utworu na sali panowała totalna cisza i skupienie. Czterysta osób przeżbfywało głęboko. Występ ten był zjawiskiem. Artystka osiągnęła w nim rzadko spotykane wyżbfyny zarówno wokalne, jak i aktorskie. Nie sposób nie napisać o zawsze śmiesznym Wojtku Gawendzie. Występował on w prawie wszystkich skeczach, w wielu monologach i piosenkach. Mnie jakoś najbardziej w pamięci utkwiła jego rola tłumacza przemówienia we wspólnym skeczu z Romanem Górnym i Jackiem Kowalczukiem. Występujący gościnnie Roman Górny podbił publiczność opowiadaniem o ludzkim zoo. Jacek Kowalczuk i Monika Goździk-Kowalczuk ‚to wspaniały i utalentowany tandem żbfyciowy i sceniczny. Panią Monikę długo oklaskiwaliśmy po wielu wspaniale wykonanych piosenkach. Jeszcze jeden utalentowany tandem żbfyciowy, tym razem w konfiguracji: ojciec i córka, to Krzysztof Jaworski i Iwona Jaworska, którym obydwojgu zawdzięczamy mnóstwo śmiechu do łez i uczty dla wybrednego ucha. Skoro mowa o tandemach, wystąpił tam gościnnie jeszcze jeden. Tym razem ojciec i syn, czyli Misza i Piotrek Bołdysowie - cygański duet skrzypcowy. Nie przesadzę ani na jotę, jeśli napiszę, żbfe był to autentyczny popis wirtuozerii. Ogniste czardasze, płaczące cygańskie lamenty i ptasie trele, jakie wydobywali ze strun, postawiły publiczność w stan ekstazy. Coś takiego słyszy się niesłychanie rzadko. Oklaski długo nie milkły... Jak zwykle, Kabaretowi towarzyszył muzycznie stały zespół w składzie: Jan Kornel - na fortepianie, Tadeusz Drużbfdżbfel - na kontrabasie, oraz Jerzy Węglewski - na perkusji. W programie udział wzięła specjalnie na ten cel przybyła stara przyjaciółka "Bańki", choć niezwykle młoda sercem, duchem i... ruchem Krystyna Sienkiewicz. Nie omieszkałem pochwalić się Jej, żbfe niegdyś graliśmy w tym samym filmie w Polsce. Ona, jako gwiazda, ja, jako... no cóżbf, statysta. Zarobiłem nawet wówczas 75 zł, co dla studenta jużbf było czymś... Od tamtego czasu ja się nieco posunąłem z wiekiem. Natomiast dla Pani Krystyny wiek się zatrzymał. Ona jest wiecznie młoda, jak mówią, nie do zdarcia. Potrafi godzinami stać przed publicznością, tańczyć, śpiewać, usta jej się nie zamykają, a publiczność dosłownie rżbfy, bo jużbf chyba inaczej tego opisać nie da się. Wystarczy, żbfe na nas spojrzy i podciągnie górną wargę, odsłaniając rząd zębów, a jużbf nie sposób się nie śmiać. Ma doskonały kontakt z widownią. Jest, po prostu, strasznie śmieszna, ma doskonałe teksty i ciepły, matowy głos. Ale potrafi teżbf śpiewać głosem płaskim, głosem prostaczki, dziewczyny z rynsztoka czy wiejskiej dziouchy. Po dwudniowej przerwie spotkaliśmy się ponownie w Klubie After Hours, jak jużbf oficjalnie ochrzczona została salka w Mavo Academy, na kameralnym występie Krystyny Sienkiewicz. Na widowni było jużbf tylko kilkadziesiąt osób - wielbicieli jej talentu. Krystyna Sienkiewicz bawiła publiczność przez bite dwie godziny bez chwili przerwy. ż0aż0a Nie było jednej zmęczonej ani znudzonej osoby na sali. Wcielała się artystka w postacie ostatniej warszawskiej dziewicy (w wianku, a jakżbfe!), babci-emerytki z domu spokojnej starości, paniusi wybierającej różbfne rzeczy ze śmietnika i żbfydowskiej damy obsługującej klientki czytelni (skecz Juliana Tuwima). Tańczyła rumbę Mexicana, przechadzając się wśród śpiewającej wraz z nią publiczności. Rozmawiała przez komórkę z przygłuchym przyjacielem, któremu mówiła czule "Kocham cię". Widocznie on źle słyszał, ponieważbf zmuszona była powtórzyć o-świadczenie. Okazało się to jeszcze niewystarczające, więc zaczęła te same słowa krzyczeć do słuchawki. Kiedy ostatecznie wydarła się "KOCHAM CIĘ!!!!!!!!" tak głośno, żbfe innemu bębenek by pękł, a przyjaciel jeszcze z drugiego końca pytał, co, machnęła ręką i krzyknęła do słuchawki "Pocałuj mnie w d...". ż0aż0a Chyba nikt nie zapomni monologu o książbfce dr Wisłockiej "Sztuka kochania". Był to skecz o różbfnych uciechach seksualnych, przekazany z wielkim smakiem, kulturą i cudownym humorem. Kiedy artystka czytała rozdział pt. "Pozycja polinezyjska", zaczęła sugestywnie kręcić książbfką trzymaną w ręku, jakby nie wiedziała, z której strony ma na ilustrację patrzeć. Jużbf wtedy bardzo mnie bolały policzki od niekończących się skurczów mięśni, powodowanych parkosyzmami śmiechu. ż0aż0a Niezwykle celne pointy miały wszystkie zwrotki nieśmiertelnego hitu pani Krystyny - "Chacharów", których refren cała sala śpiewała wspólnie. Ale, jak napisałem na wstępie tego nieuczesanego wrażbfenia - broń Bożbfe nie nazywajmy tego recenzją - a tylko impresji, Krystyna Sienkiewicz potrafiła takżbfe wzruszyć. ż0aż0a Na zakończenie zaśpiewała piękny, nostalgiczny utwór Jana Jakuba Należbfytego pt. "Bociani ląd". Jest to utwór o naszych emigranckich emocjach - odczuciach Polaków, którzy mieszkają tu, a nie tam, którzy możbfe mają tu lepiej, ale tęsknią do tych bocianów, pól i łąk i za tamtym żbfyciem... Podczas wykonywania tego utworu atmosfera na sali dramatycznie zmieniła się. Możbfna byłoby usłyszeć trzepot skrzydeł muchy, gdyby tam była. Wiele osób miało łezkę w oku. ż0aż0a Był to niezapomniany weekend śmiechu i wzruszeń. Kabaretowi "Pod Bańką" żbfyczymy wielu długich lat dalszych wspaniałych sukcesów. Dziękujemy i z niecierpliwością czekamy przez długi miesiąc na drugą część.ż0aż0aGALERIA:ż0aż0a***image4***ż0aż0a***image2***ż0aż0a***image1***ż0aż0a***image3***ż0aż0a***image6***ż0aż0a***image5***ż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ66ˇandrzej.jpgˇbankajaskiniowcy.jpgˇbankawojsko.jpgˇmagda.jpgˇjaworscy.jpgˇmonikaijacek.jpgˇˇˇˇˇAndrzej PugacewiczˇScena z "Jaskiniowców"ˇSkecz "Festiwal z Kołobrzegu"ˇMagda PapierzˇDuet ojciec i córka - Krzysztof Jaworski i Iwona JaworskaˇPara (małżbfeńska i na scenie) Monika Goździk-Kowalczuk i Jacek Kowalczukˇˇˇˇˇ11ˇ59ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇandrzej.jpgˇbankajaskiniowcy.jpgˇbankawojsko.jpgˇmagda.jpgˇjaworscy.jpgˇmonikaijacek.jpgˇˇˇˇˇ350ˇ350ˇ350ˇ350ˇ350ˇ350ˇˇˇˇˇ519ˇ228ˇ232ˇ528ˇ233ˇ546ˇˇˇˇˇ2ˇWitold Lilientalˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003101011159ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 2542ˇ1067894439ˇ3ˇ1067894439ˇ3ˇ11ˇ3ˇ2003ˇˇż0aKupię użbfywany wózek do hot-dogów, możbfe być do remontu lub na części. Tel. 1 905 547-6028 ż0aKupię kołyskę dla rocznego dziecka. Tel. 905 840-6791 proszę zostawić wiadomość na maszynieˇˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ19ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003110310719ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 2648ˇ1068488063ˇ7ˇ1102398472ˇ7ˇ11ˇ3ˇ2003ˇJubileuszowe refleksjeˇX rocznica kabaretu "Pod Bańką" ż0aż0aPo pierwszej części jubileuszowego programu Kabaretu pod Bańką, zachwyceni widzowie mówili: "To niesamowite, żbfe oni tyle zrobili, żbfe doszli do takiego poziomu." ˇBo program ten dał okazję do przeglądu najlepszych (połowy, bo druga połowa 7-8 listopada w Części II) numerów z całej dekady działalności Bańki. Nawet ci, którzy są ich wiernymi fanami, nie widzieli przez te lata wszystkiego, a zresztą Bańka jak to Bańka, zawsze dążbfąca do perfekcji, i tak ulepszyła i pozmieniała różbfne dawne scenki czy dialogi. A więc była to wyjątkowa okazja do przypomnienia sobie ukochanych numerów Bańki, obejrzenia tych, których się nie znało i, oczywiście, zasmakowania nowości, bo Kabaret pod Bańką nawet w programie wspomnieniowym musi dodać coś nowego - tacy są, nic skrótami, żbfeby było łatwiej i mniej wysiłku. Zawsze wybierają drogę dłużbfszą i trudniejszą, bo nie możbfna niczego robić "na odwal się".ż0aż0a A mnie po tych wspomnieniach części pierwszej nasunęło się kilka refleksji. Po pierwsze, w normalnym świecie, gdyby "swoi" święcili taki jubileusz, mając za sobą tak ogromne sukcesy, uznanie w najlepszych kręgach aktorsko-kabaretowych w Polsce, media powinny ustawiać się w kolejce prosząc o wywiady, robiąc programy o nich, pokazując i promując jubileusz. Nasze polonijne media nie zechciały nawet zauważbfyć - nie ma dolarów za reklamę (a skąd mają brać?), nie będzie ani wzmianki. Smutne to...ż0aż0a Drugie spostrzeżbfenie dotyczy poziomu tego, co prezentuje nasza rodzima Bańka. Większość tzw. kabaretów polega na tym, żbfe pięć czy sześć osób wychodzi na kolejne numery na skąpo udekorowaną scenę i jest dobrze. Nie znam drugiego kabaretu, który tworzy misternie przygotowane pod względem scenografii, kostiumów, własnej muzyki widowiska-spektakle oparte na ciekawych scenariuszach, mające precyzyjną konstrukcję dramaturgiczną. To kosztuje niesłychany wysiłek, żbfe nie wspomnę o pieniądzach. Do tego dodać trzeba gości, baleciki itp., itd. Nie oszczędzają na niczym, rozpieszczając widzów tak, jak mało kto.ż0aż0a Kabaret pod Bańką jest fenomenem na skalę światową. Potwierdzają to chwalący ich nie z żbfadnej kurtuazji wielcy tej branżbfy, którzy bywali, widzieli i znają świat kabaretu w wielu miejscach tego globu od podszewki. Oni potrafią docenić wyjątkowość tego, co stworzyła ta grupa ludzi. ż0aż0a A stworzyła setki tekstów, piosenek, skeczów. Czy zapisze się to w jakiejś historii kabaretu? Kto wie, możbfe "Wody sodowej smak" śpiewać będą kabarety następnego pokolenia. Jeżbfeli będą tutaj istniały takie polskojęzyczne grupy zapaleńców-profesjonalistów. Bo właśnie wysoki profesjonalizm Bańki podkreślają zawsze w rozmowach najlepsi ich recenzenci - Zbigniew Zamachowski, Marian Opania, Stefan Friedmann, Krystyna Sienkiewicz, Wiktor Zborowski i wielu innych.ż0aż0a Mam nadzieję, żbfe Kabaret pod Bańką z przyjemnością i satysfakcją będzie wspominał obchody swego 10-lecia. Że publiczność dopisze jak na pierwszej części, żbfe koncerty udadzą się tak samo doskonale, żbfe gość - tym razem Dorota Stalińska - wyjedzie tak samo zauroczona jak Krystyna Sienkiewicz, która wraca wiosną na wspólne tournee z Bańką.ż0a Ja nie mogę się jużbf doczekać wieczoru, który jak sądzę rozbawi mnie do łez, ale i wzruszy, w najlepszym stylu. Sto lat, Bańko!ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aż0aWywiad z Dorotą Stalińską - gościem II części jubileuszu Kabaretu - za tydzień.ˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ12ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003110310812ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 2693ˇ1068677051ˇ7ˇ1068677051ˇ7ˇ11ˇ5ˇ2003ˇOstatnie dwa lata Polonii Przyszłościˇ 25 października odbył się Zjazd Polonii Przyszłości. Mieliśmy okazję podsumować naszą intensywną działalność z ostatnich dwóch lat, a takżbfe porozmawiać o planach na przyszłość. Oto tekst wystąpienia naszego przewodniczącego, Tomka Kniata.ˇ Jak zwykle na końcu kadencji, należbfałoby podsumować dokonania naszej organizacji na przestrzeni ostatnich dwóch lat. ż0aż0a Zacznijmy od akcji charytatywnych, które stanowią chyba najważbfniejszą część naszej działalności. Największe efekty osiągnęliśmy, wspomagając Komisję Charytatywną Kongresu Polonii Kanadyjskiej w prowadzeniu akcji "Uratować żbfycie". Nasza skromna organizacja przekazała na ten cel dotację na łączną sumę prawie ośmiu tysięcy dolarów, co najprawdopodobniej w przeliczeniu na jednego członka stanowi swoisty rekord wśród organizacji polonijnych. ż0a Naturalną konsekwencją akcji "Uratować żbfycie" jest prowadzony od ponad roku program adoptowania rodzin polonijnych na Ukrainie i w Gruzji. Ta inicjatywa Oddziału Mississauga cieszy się dużbfym powodzeniem. Należbfy równieżbf wspomnieć o wysyłaniu ubrań do domu dziecka w Polsce systematycznie prowadzonym przez Oddział Toronto. ż0aż0a Chciałem teżbf podziękować wszystkim, którzy przyjęli do swoich domów i przyczynili się do zorganizowania pobytu pielgrzymów na Światowy Dzień Młodzieżbfy Katolickiej z księdzem prałatem Bogusławem Bijakiem i wikarym Krzysztofem Mindewiczem z warszawskiej parafii w Wilanowie.ż0a ż0a Za największe dokonanie minionej kadencji możbfna uznać zorganizowanie wystawy z okazji dwudziestej rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Szczególne podziękowania należbfą się tutaj Małgosi Bonikowskiej za ogromny wkład pracy i doskonałe umiejętności organizacyjne. Wystawa ta w głównej bibliotece w Mississaudze nie tylko przypomniała nam ten ważbfny fragment ojczystej historii, ale przede wszystkim przedstawiła ją w środowisku kanadyjskim. Na otwarcie wystawy przyjechał z Polski niezwykły gość - założbfyciel i lider Solidarności Walczącej, Kornel Morawiecki. Ze względu na ogromne zainteresowanie wystawą "Attack on Freedom", była ona otwarta o miesiąc dłużbfej, niżbf planowano, na wniosek samej biblioteki.ż0aż0a Wśród imprez organizowanych corocznie przez naszą organizację należbfy wymienić obchody Dnia Konstytucji 3 Maja na Roncesvalles, Dnia Dziecka i Święta Niepodległości, a takżbfe zawsze popularny tradycyjny opłatek Polonii Przyszłości organizowany przez Oddział Mississauga. Z roku na rok udaje nam się je robić coraz lepiej i cieszą się one coraz większym powodzeniem. ż0aż0a Nie zapominamy równieżbf o nas samych. Do tradycji jużbf przeszedł jesienny piknik na Święto Dziękczynienia i organizowana od lat, nasza własna i wyjątkowa zabawa sylwestrowa. ż0aż0a W działalności politycznej na największą uwagę należbfy zwrócić na rozwijającą się współpracę z Kongresem Polonii Kanadyjskiej oraz bliskie kontakty, jakie przez lata udało się wypracować z radnym Korwin-Kuczyńskim, którego kampanie wyborcze zawsze aktywnie wspieraliśmy. Warto równieżbf wspomnieć o spotkaniu z Paulem Martinem, na którym w gronie kilku przedstawicieli środowiska polonijnego miałem przyjemność reprezentować naszą organizację. ż0aż0a Przez owe dwa lata działał Klub Filmu o Historii Polski z comiesięcznymi projekcjami w Restauracji "Fregata".ż0aż0a Nie możbfna zapomnieć takżbfe o klubie szachowym prowadzonym przez Cezarego Posyłka. On sam napisze więcej o działalności zdobywających wysokie lokaty szachistów.ż0aż0a Na koniec chciałbym serdecznie podziękować za pomoc, jakiej moja rodzina doświadczyła ze strony wszystkich przyjaciół w Polonii Przyszłości - nie tylko w formie finansowej, ale przede wszystkim poprzez ogromną ilość przyjaznych gestów, jakie do nas kierujecie od wypadku naszego syna.ż0aż0a---------ż0aż0a Ja ze swej strony pragnę dodać jeszcze kilka słów. Nasz znakomity skarbnik Witold Zwierko przygotował bardzo szczegółowe sprawozdanie finansowe za okres ostatnich dwóch lat. Wynika z niego, żbfe zorganizowaliśmy ażbf 19 różbfnego rodzaju imprez. Z tych bardzo ważbfne są imprezy dla dzieci z okazji ich święta - bardzo popularne i doceniane. Uczestniczą w nich nie tylko polskie dzieci, co bardzo cieszy. Apelujemy do polonijnych firm, aby nadal wspierały tę akcję, gdyżbf bezpłatny rejs dla dzieci na 1 czerwca to wspaniały prezent dla naszych milusińskich. ż0aż0a Nasza stała kampania zbierania pieniędzy na akcję pani dr J. Wojtczak "Uratować żbfycie" przynosi niezwykle imponujące efekty. Serdecznie zachęcamy Państwa do jej wspierania.ż0aż0a W najbliżbfszych planach - sylwester 2003/2004, który odbędzie się tam, gdzie w zeszłym roku, ponieważbf miejsce okazało się znakomite - Cawthra Community Centre. Formuła balu pozostanie takżbfe ta sama - tzw. potluck, czyli wspólny bufet, który pozwala na utrzymanie cen biletów na bardzo niskim poziomie. Zgłoszenia zaczniemy przyjmować jużbf niedługo.ż0aż0a 10 stycznia przyjedzie na nasze zaproszenie do Kanady 40-osobowy chór młodzieżbfowy z Torunia Redemptoris Mater. Zapraszamy go wspólnie z Kongresem Polonii Kanadyjskiej, a zakwaterowanie dla członków grupy zaoferowali harcerze z ZHR. My organizować będziemy tym utalentowanym młodym ludziom koncerty i występy. Więcej szczegółów o samym chórze i programie jego pobytu w Toronto przekażbfę Państwu w najbliżbfszym czasie.ż0aż0a Bardzo ważbfną i godną wielkiej pochwały działalnością możbfe pochwalić się nasz kolega organizacyjny Leszek Kociuba, który przedstawił i uświadomił Polonii problem niewidomych rowerzystów i żbfeglarzy. Jego heroiczne akcje zbierania dla nich pomocy uwieńczone zostały wielkim sukcesem. Rowerzyści jeżbfdżbfą na rowerach, a żbfeglarze mają na czym żbfeglować - zdobywają nawet laury na regatach. Więcej o tym pisze sam Leszek Kociuba, któremu serdecznie gratulujemy serca i zapału.ż0aż0a Polonia Przyszłości okrzepła - zrzesza ludzi, którzy lubią razem pracować, nie ma między nimi konfliktów i tarć. Jest szacunek i przyjaźń. I to jest najważbfniejsze.ż0aż0a Na naszego przewodniczącego na następną kadencję został wybrany jednogłośnie Tomek Kniat - gratulujemy i bardzo się cieszymy, bo Tomek jest znakomitym liderem i potrafi słuchać głosów innych.ż0aż0aW tym dziale będziemy na bieżbfąco informować Państwa o naszej działalności.ż0a ż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik prasowy PPż0atel. 416-433-5066ż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ40ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowska, Rzecznik prasowy PPˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003110510840ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 2765ˇ1068911984ˇ7ˇ1102398344ˇ7ˇ11ˇ8ˇ2003ˇCenię tych, którzy realizują swoje marzeniaˇDorota Stalińska w Torontoˇ Kiedyś bywała w Toronto częściej, ale ostatnio nie widzieliśmy jej tutaj od dawna. Przyleciała jednak specjalnie jako gość II części jubileuszowego koncertu z okazji 10-lecia Kabaretu "Pod Bańką". ż0aż0a***image1***ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowska: Jak to się stało, żbfe znalazła pani czas na przyjazd do Toronto, szczególnie teraz, kiedy trwa promocja pani nowej płyty? Co jest takiego w naszej "Bańce", żbfe od kilku lat ma pani z nimi bliski kontakt?ż0aż0aDorota Stalińska: "Bańka" jest niezwykła i wysoko cenię ich pracę. Po pierwsze, mam głęboki szacunek do ludzi, którzy z uporem realizują swoje marzenia, bez względu na okoliczności i nie zważbfając na trudności. Poznaliśmy się 5 lat temu, kiedy przyjechałam do Toronto z moim spektaklem "Zgaga". Magda i Wojtek pomogli mi przy realizacji tego przedsięwzięcia. A przede wszystkim zaprzyjaźniliśmy się. ż0aż0a To fajni, szczerzy i prawdziwi ludzie. I ta przyjaźń trwa. Tego rodzaju połączenie jest idealne - szacunku dla ludzi i szacunku dla ich twórczości. Dlatego z radością przyjechałam później na ich II Kabareton. Cenię ich wysoko, a ponieważbf znam warunki pracy w Polonii, wiem, jak wiele zacięcia, wytrwałości potrzeba, aby realizować swoje marzenia w tych warunkach, i to przez tyle lat - dlatego z przyjemnością pomagałam im, jak tylko mogłam, kiedy przyjechali do Polski. ż0aż0a I odnieśli tam ogromny sukces w warszawskim Teatrze Kwadrat. Zwykle jest tak, żbfe artyści z Polski jadą w świat, prezentując swoją sztukę, a tym razem, po raz pierwszy, było odwrotnie. Ich występ był bardzo udany, mieli pełną salę (zabrakło biletów), znakomite recenzje w prasie, zaproszono ich do popularnych programów telewizyjnych i radiowych. ż0aż0a Miałam okazję zobaczyć, jak wysoko są cenieni, kiedy ostatnio rozmawiając z szefem TV Polonia Leszkiem Nowickim na temat mojej płyty, wspomniałam, żbfe jadę do Toronto na jubileusz Kabaretu "Pod Bańką". Pamiętał ich znakomicie i zapewnił, żbfe zawsze chętnie ich będzie gościł w telewizji. To najlepsza wizytówka. Teraz z wielką przyjemnością jestem tutaj, aby wspólnie z nimi świętować ich dziesięciolecie. W Polsce rzadko się zdarza, żbfeby jakiś kabaret przetrwał tyle lat i działał tak aktywnie dla swojej tak wiernej publiczności. ż0aż0a Dorota Stalińska jest artystką wszechstronną - film, teatr, piosenka, publikacje.ż0aż0a W filmie debiutowała w 1971 roku w "Seksolatkach". Zagrała w 32 filmach i serialach, z których najbardziej znane były filmy Barbary Sass "Bez miłości" (1980) i "Krzyk" (1982). Ten pierwszy film zdobył w Gdyni nagrodę za debiut reżbfyserski, a Dorota Stalińska, odtwórczyni przejmującej roli Ewy, otrzymała laury za pierwszoplanową rolę kobiecą. "Bez miłości" nagrodzono teżbf na festiwalu w Mannheim prestiżbfową nagrodą FIPRESCI. "Krzyk" wywołał takżbfe ogromne zainteresowanie - zdobył laury na festiwalu w Koszalinie, a takżbfe w San Sebastian, gdzie Dorota Stalińska została uhonorowana dwiema nagrodami. ż0aż0a W tych filmach stworzyła zupełnie nowy typ postaci kobiecej - agresywnej, chwilami wulgarnej, twardej, ale wewnętrznie pomotanej, samotnej, broniącej się przed światem i przed sobą. ***image2***Możbfe dlatego tak bardzo zdziwiło wszystkich obsadzenie jej w roli Hanki Ordonówny w filmie "Miłość ci wszystko wybaczy" (1981). A jednak - i z tą rolą znakomicie dała sobie radę. Potem była nagroda Złota Kaczka w kategorii najlepsza polska aktorka za rok 1983. I kolejna Złota Kaczka w 1990. A co robi teraz? ż0aż0aMPB: Na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni nie było filmów z pani udziałem. Wiem, żbfe grała pani w filmie pt. "To tu, to tam", ale nie widziałam tego filmu w Gdyni w ubiegłym roku.ż0aż0aDS: Był pokazywany, ale w konkursie kina niezależbfnego. To ciekawe, żbfe ten właśnie nurt w polskiej kinematografii - filmów niezależbfnych, robionych za małe pieniądze, ale z wielkim zapałem i z ideałami, tak mało jest zauważbfany przez krytyków. Myślę, żbfe to dlatego, żbfe nie stoją za tym pieniądze. ż0aż0a Z filmem "To tu, to tam" było podobnie. W Gdyni na żbfyczenie publiczności zorganizowano dodatkowy pokaz. Film podobał się takżbfe na festiwalach w Koszalinie i w Kazimierzu. ż0aż0a A jednak powstały tylko 3 kopie, nie było dystrybutora, więc nie zaistniał w kinach. ż0aż0a A szkoda, bo jest to świetna komedia. Zrealizował ją bardzo utalentowany młody reżbfyser Lech Mackiewicz, który zwrócił się do mnie, a ja chętnie przyjęłam tę propozycję. Robiliśmy ten film bez pieniędzy, graliśmy za darmo, według klucza przyjacielskiego. ż0aż0a Ogólnie, w kinematografii jest teraz tak, żbfe są pieniądze na kolejne wielkie produkcje, a brakuje wsparcia dobrego ciekawego kina. Jest wyraźny konflikt między komercją a artyzmem. Nie ma teżbf zbyt wielu ról dla kobiet, szczególnie kobiet w wieku dojrzałym. Ja sama noszę w sobie pomysły na trzy filmy. Tylko czasu brakuje.ż0aż0a A czasu brakuje, bo Dorota Stalińska nie tylko wygląda na osobę niezwykle energiczną, lecz taka jest w rzeczywistości, zważbfywszy na wielotorowość i zasięg jej działalności.ż0aż0aDS: Kino kocham, ale to inna praca niżbf w teatrze. ż0aż0a Co do mojej działalności scenicznej - spektakl "Zgaga" gram jużbf ósmy sezon i cały czas jest popularny. Jeżbfdżbfę z nim takżbfe po świecie - ostatnio byłam w Izraealu, w Wiedniu. ż0aż0a A teraz jesteśmy w przededniu premiery nowej sztuki napisanej przez Jacka Koprowicza "Love me tender" - jest to historia niezwykłej kobiety, Christine Onassis. Zagra ze mną młoda, bardzo zdolna i popularna aktorka Joanna Koroniewska, znana z serialu "M jak miłość", który w Polsce ogląda 12 mln widzów.ż0aż0a To teatr. Jest jeszcze piosenka. Właśnie ukazała się płyta ze Złotej Kolekcji Polskiego Radia "Portrety" - zbiór piosenek Doroty Stalińskiej z 25 lat jej kariery estradowej. ż0aż0a Dorota Stalińska wydała teżbf dwa tomiki poezji, a trzeci jest jużbf przygotowany do druku. Gdyby tylko było więcej czasu...ż0aż0a A czas zajmuje jej poza pracą działalność charytatywna. Po poważbfnym wypadku samochodowym, z którego cudem wyszła cało, postanowiła, żbfe trzeba zrobić wszystko, żbfeby poprawić bezpieczeństwo na drogach i pomóc ofiarom wypadków.ż0aż0aDS: Kiedy byłam tu ze "Zgagą" 5 lat temu, właśnie tworzyłam swoją fundację "Nadzieja". ż0aż0a Zebrałam tutaj trochę pieniędzy i zaczęłam działać, a obecnie jest to bardzo ważbfna część mojego żbfycia. Udało mi się zrobić sporo ważbfnych rzeczy. Na tym skrzyżbfowaniu, na którym mało nie pożbfegnałam się z żbfyciem, przy wyjeździe z Warszawy na Kraków, zaistalowano, dzięki moim staraniom, światła. Udało mi się kupić najnowszej generacji stół ortopedyczny dla dziecięcego oddziału ratunkowego w szpitalu na Niekłańskiej w Warszawie. Wiem, jak bardzo boli przenoszenie połamanego człowieka z łóżbfka na stół - ten wspaniały stół operacyjny redukuje ból i pomaga bardzo dzieciom po poważbfnych wypadkach. Inną ważbfną sprawą jest akcja wyposażbfania dzieci i młodzieżbfy w elementy odblaskowe. ż0aż0a Objęliśmy nią około 250 tys. dzieci. Ta akcja wymaga zmiany sposobu myślenia najpierw wśród dorosłych. ż0aż0a Kiedyś, kiedy wraz z dziećmi wycinaliśmy Pokemony odblaskowe, które dzieci potem wprasowywały sobie w ubranie, pewna pani nauczycielka dała im burę, żbfe po co im te udziwnienia! ż0aż0a Z tą akcją chcemy dotrzeć do jak największej liczby ludzi - cieszę się, żbfe wpisano Fundację z tą akcją w scenariusz niezwykle popularnego w Polsce serialu "M jak miłość". ż0aż0a W Szwecji elementy odblaskowe rozdaje się dzieciom za darmo. W Polsce - mimo żbfe teoretycznie są obowiązkowe do lat 15 - nie ma na nie pieniędzy.ż0aż0a Są jeszcze przejmujące listy od ofiar wypadków, które są osamotnione, często pozostawione same sobie. ż0aż0a Dorota Stalińska i jej fundacja utrzymują z nimi kontakt, organizują pomoc. ż0aż0a Teraz jej marzeniem jest, aby na święta udało się "pod choinkę" kupić 19-letniemu chłopcu, który stracił w wyniku wypadku rękę ażbf do łokcia, prawdziwą nowoczesną protezę. Ta z kasy chorych to proteza z czasów króla Świeczka.ż0aż0aDS: To wszystko kosztuje, ciągle szukamy sponsorów. Na każbfdym moim występie jest stoisko fundacji. To dla mnie bardzo ważbfne. ż0aż0a O tym na pewno takżbfe usłyszymy i na występie Doroty Stalińskiej w czasie jubileuszowego koncertu Kabaretu "Pod Bańką" i na jej recitalu w niedzielę, gdzie w kameralnym nastroju "After Hours Club" w MAVO Academy usłyszymy piosenki i wiersze Doroty Stalińskiej i będziemy mieli okazję poznać jej różbfne oblicza.ż0aż0a------------ż0aż0a7-8 XI 10-lecie Kabaretu ż0aPod Bańką (cz. II) Najlepsze numery z dekady działalności kabaretu, a takżbfe wiele nowości. Gość z Polski - Dorota Stalińska. Centrum Kultury ż0aim. Jana Pawła II, Mississauga. Info: 416-414-7882. ż0aBilety: Księgarnie "Gazety", Husarz, ż0aComplete Optical i Centrum Kultury im. Jana Pawła II. ż0a9 XI Dorota Stalińska ż0aw After Hours Club ż0aRecital Doroty Stalińskiej - piosenki, wiersze jej autorstwa - i spotkanie z nią, godz. 18.00, ż0aAfter Hours Club. ż0aMAVO Academy of Arts and Music, 3105 Unity Drive, ż0aUnit 12 (Winston Churchill&403) ż0ainfo: 416-414-7882.ż0a ˇautoˇautoˇ66ˇstalinska_1.jpgˇstalinska_historianiemoraln.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇDorota Stalińska w filmie "Historia niemoralna"ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ53ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇstalinska_1.jpgˇstalinska_historianiemoraln.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ300ˇ366ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ330ˇ472ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003110811053ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3127ˇ1070212519ˇ7ˇ1102398237ˇ7ˇ11ˇ23ˇ2003ˇThe best znaczy najlepsiˇ Kiedy wychodziłam po pierwszej części koncertu z okazji 10-lecia Kabaretu "Pod Bańką" w październiku, myślałam, żbfe chyba nasza "Bańka" dała jużbf z siebie najwięcej, jak tylko było możbfna. Że lepiej jużbf być nie możbfe. A jednak...ˇ Na pewno niełatwo jest układać program jubileuszowy. Chciałoby się włączyć weń wszystko, co uważbfa się za dobre, godne uwagi, zapamiętania, wszystkie numery, które wywoływały przez lata szczególnie gorące reakcje publiczności, a przecieżbf nie da się, nawet w dwóch koncertach.ż0aż0a Bo "Bańka" takich numerów stworzyła tak wiele, żbfe chyba przy tej jubileuszowej selekcji musiała sobie chwilami pluć w brodę. A jednak...ż0aż0a Gościa Kabaretu "Pod Bańką" na II części jubileuszowego programu Dorotę Stalińską znałam w zasadzie tylko z filmów, z których najbardziej ceniłam te dawniejsze - "Krzyk", "Bez miłości" - i z teatru. Nie widziałam jej przedtem na estradzie, nie słyszałam jej piosenek, nie znałam jej pasji filantropijnych. Spodziewałam się, żbfe jej udział w programie możbfe być mniej atrakcyjny niżbf poprzednich bańkowych gości. A jednak...ż0aż0a No właśnie, okazało się, żbfe mimo tylu lat znajomości, Kabaret "Pod Bańką" możbfe jeszcze zaskoczyć. Jasne, żbfe z samej natury jubileuszu wynika struktura programu - musi to być składanka, numer po numerze, samych perełek z dorobku jubilata. W tym sensie program jubileuszowy miał inny charakter niżbf tematycznie zorganizowane widowiska-spektakle, z których słynie Kabaret "Pod Bańką". Ale mimo to, był niesłychanie wielowarstwowy, różbfnorodny i bogaty, niewiele mając wspólnego z klasycznymi kabaretami, których programy polegają na przeplatankach - skecz-piosenka-skecz itd. Właściwie miłośnicy Kabaretu "Pod Bańką" mieli dzięki tym jubileuszowym programom pra-wdziwą ucztę - to tak jak płyty typu "The best of...", gdzie możbfna upajać sią samymi przebojami. A wybór dokonany przez 10-letnią "Bańkę" był doprawdy udany. Przede wszystkim pozwolił rozbłysnąć ich ogromnie wszechstronnym talentom - cały zespół bez wyjątku pokazał swoją maestrię zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim. ż0aż0a Ten ostatni aspekt był zresztą widoczny w tym drugim programie chyba jeszcze bardziej niżbf w pierwszym ze względu na doskonały materiał, pozwalający na istne popisy sztuki interpretacji. Absolutny szał publiczności (i bisy) wywołał Andrzej Pugacewicz, szalejący po scenie rockman w piosence "I am Canadian". Wojtek Gawenda, nieoceniony gospodarz wieczoru-konferansjer, znakomicie kreujący nieśmiałego i zahukanego mężbfa-pantoflarza w skeczu u lekarza psychoanalityka, przezabawny celnik z lotniska czy zakuta w dyby ofiara pijanego wieczoru. ż0aż0a Jacek Kowalczuk, niezapomniany Eskimos, którego żbfona wyrzuciła z igloo, bo nie wrócił na noc (polarną, trawającą pół roku), robiący striptiz w takt piosenki o miłości Eskimosów, potrafiący dodać wspaniałego kolorytu wielu numerom swoimi epizodycznymi kreacjami. Fenomenalny Krzysztof Jaworski, bywalec barów w mistrzowsko zagranej i zaśpiewanej piosence "Mój pierwszy bar", czy zahukany, przestraszony i spragniony miłości niby-mężbfczyzna w piosence z kabaretu "Starszych Panów" "Bez ciebie...". Rozkosznie naiwna Iwona Jaworska, mandolinistka, przeistaczająca się w twardą bizneswoman w scenie na lotnisku. Nawiedzona Monika Goździk-Kowalczuk, nieznośna żbfona-despotka, a zaraz potem spragniona ciepła i miłości, gotowa na wszystko słaba kobietka. No i Magda Papierz, która w tym programie miała chyba największe możbfliwości pokazania swego warsztatu aktorsko-wokalnego - od głupkowatej Eugenii w piosence "Bo taka głupia to jużbf ja nie jestem", przez uroczą sienkiewiczowską Helenę w zupełnie zmienionej wersji "Dumki", bizneswoman szmuglującą narkotyki czy blondynkę, która chce obalić stereotypowe opinie o blondynkach. Wszystkie trzy kabaretowe panie pokazały, co potrafią, i głosowo, i aktorsko w brawurowym skeczu "Tri Divas", który wymaga umiejętności najwyżbfszej klasy.ż0aż0a Miłe było, żbfe poza głównym gościem programu, na jubileuszu Kabaretu "Pod Bańką" pojawili się takżbfe goście lokalni - Marian Kamiński z bardzo interesującą, acz pesymistyczną piosenką o przyjaciołach, którzy zawodzą, a takżbfe Adam Burak z uroczym dowcipnym tekstem, w stylu przedwojennych kabaretów. Marian Kamiński w dodatku przydał się bardzo do pomocy w zmianie dekoracji, usuwaniu i przynoszeniu krzeseł, stolików i innych elementów scenografii, bo program był tak skonstruowany, żbfe gdyby nie on, sami członkowie zespołu, którzy musieli w mgnieniu oka zmieniać zupełnie wygląd i kostium, nie daliby rady, szczególnie żbfe gospodarz wieczoru, Wojtek Gawenda, dostał tużbf przed programem w głowę ciężbfką ścianą stojącą niefrasobliwie bez zabezpieczenia na zapleczu sceny.ż0aż0a Znakomitym uzupełnieniem wieczoru był występ Doroty Stalińskiej, która potrafi zarówno rozśmieszać (jej wiersz na cześć "Bańki" był znakomity), jak i wstrząsać do głębi. Przejmujące piosenki z jej najnowszej płyty - "Pilnujmy marzeń" i "Podanie o..." do słów Andrzeja Poniedzielskiego i "Pożbfyczone miesiące" (tekst Bogusław Nowicki) to utwory zmuszające do refleksji i zadumy. Dorota Stalińska potrafi poruszyć słuchaczy nie tylko swoją personą sceniczną. Kiedy opowiedziała o działalności jej własnej fundacji - o pomocy dla dzieci-ofiar wypadków, i zaapelowała o datki na rzecz 19-letniego Przemka, któremu chce pod choinkę kupić protezę utraconej w wypadku prawej ręki, nasza wspaniała i hojna publiczność torontońska otworzyła serca i portfele. Dorota Stalińska nazbierała 3371,76 dol., co ucieszyło ją ogromnie.ż0aż0a Stalińska ceni Kabaret "Pod Bańką" wysoko i z wielkim oddaniem wspiera go i pomaga mu na każbfdym kroku. Jak mówiła mi w wielu rozmowach, rzadko zdarzają się ludzie, którzy z taką pasją i profesjonalizmem walczą z trudnościami zewnętrznymi, aby realizować swoje marzenia i wizje. Dlatego zaapelowała do nas ze sceny, abyśmy kochali i doceniali naszą "Bańkę", dostrzegając jej wyjątkowość. I większość docenia, co widać po wypełnionych salach na ich koncertach, po opiniach, jakie o nich krążbfą. Są teżbf sponsorzy, chociażbf żbfal, żbfe tak niewielu pomyślało, żbfe to "Bańki" święto i żbfe to jej, a nie im, należbfą się kwiaty i prezenty.ż0aż0a Żal teżbf, żbfe to niezwykłe dziesięciolecie nie stało się tematem reportażbfy w naszych polskich programach telewizyjnych, żbfe program radiowy, w którym działa ich dawny kabaretowy kolega (który notabene nie skorzystał z zaproszenia do występu), nie potrafił okazać klasy, zakopać topora wojennego i zaprosić Kabaretu "Pod Bańką" na wywiad. ż0aż0a Małe zainteresowanie, jak zwykle, wykazała prasa polonijna - nie z powodu konfliktów (no poza jednym oczywistym), ale z powodu braku profesjonalnej dziennikarskiej ciekawości. To możbfliwe tylko w tej naszej dziwnej społeczności, która powinna być dumna z takich niesamowitych zjawisk w naszym polonijnym żbfyciu kulturalnym. Ale o tym możbfe innym razem. ż0aż0a "Bańka" pokazała jasno, żbfe jest znakomita, żbfe nie zmarnowała tych 10 lat mimo wielu trudności i żbfe stale się rozwija.ż0aż0a Planowane są wyjazdy, występy gościnne i inne ambitne zamierzenia, o których na razie sza! Ale najpierw coś, na co wielu z nas czeka - kaseta wideo i CD z jubileuszu, czyli "The Best of Bańka". Oby szybko, bo ja na pewno chciałabym raz jeszcze zobaczyć te wszystkie popisowe numery naszej 10-letniej "Bańki". ż0aż0a Happy Birthday - you're the best!ż0aż0aˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ12ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003112310312ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3143ˇ1070216805ˇ7ˇ1070216805ˇ7ˇ11ˇ28ˇ2003ˇSylwester z Polonią Przyszłościˇ Jużbf po raz kolejny Polonia Przyszłości organizuje Bal Sylwestrowy, a imprezy sylwestrowe Polonii Przyszłości zawsze cieszą się dużbfym powodzeniem. ˇ Ażbf trudno uwierzyć, żbfe jużbf za miesiąłc i kawałek Sylwester. Warto pomyśleć o planach na szampańską noc nieco wcześniej.ż0aż0a Jużbf po raz kolejny Polonia Przyszłości organizuje Bal Sylwestrowy, a imprezy sylwestrowe Polonii Przyszłości zawsze cieszą się dużbfym powodzeniem. Poza miłą i rodzinną atmosferą i szampańską zabawą, decyduje o tym takżbfe to, żbfe nasze bale sylwestrowe są nietypowe - pierwsze dwa były połączone z ogniskiem i kuligiem w Bruce's Mill (wszyscy wspominają je z łezką w oku). ż0aż0a Niestety, przepisy się zmieniły i żbfadnego parku w Ontario na noc nie możbfna wynajmować, ale przez ostatnie dwa lata korzystamy ze znakomitej lokalizacji w Mississaudze, organizując bal na tych samych zasadach co poprzednie, czyli na zasadzie tzw. potluck. ż0aż0a Ponieważbf zawsze mamy po Świętach moc zapasów nie do przejedzenia, nasz Sylwester polega na wspólnym bufecie - dzięki temu jest tak niedrogi, a wybór pyszności jest nieskończony i przebogaty! Przynosimy zapasy domowe i stawiamy na wspólny stół. Zamiast kupować drogie drinki w barze, przynosimy ze sobą alkohol, co kosztuje nieporównywalnie taniej. Każbfdy na swoim stole stawia to, co zamierza pić w sylwestrową noc. ż0aż0aMy - organizatorzy zapewniamy szampana o północy, zimne napoje orzeźwiające, chleb, herbatę i kawę. ż0aż0a W tym roku, jak rok temu, nasz bal odbędzie się w Cawthra Community Centre (Cawthra Rd., na południe od South Service Rd.). W przestronnej sali z tarasem dla palaczy jest ogromny parkiet (nie ma zatemn ścislu w tańcu), wygoda i prywatność, bo jesteśmy tam jedynymi gośćmi w tę noc. Bal trwa od godz. 20.00 do 2.00.ż0aż0a Bawimy się przy najlepszych orkiestrach i przebojach wszechczasów, czyli muzykę dobiera znakomity, sprawdzony DJ. Koncerty żbfyczeń, konkursy i zabawa dla wszystkich - samotni mile widziani, bo zawsze atmosfera jest bardzo przyjacielska i ciepła.ż0aż0a Koszt - tylko 50 dol. Dla członków Polonii Przyszłości obowiązuje jak zawsze zniżbfka i koszt wynosi 40 dol. Zgłoszenia przyjmujemy pod numerem telefonu - 905-278-9901 lub 905-276-6090.ż0aż0a Zapraszamy serdecznie! Nie radzimy długo czekać, bo liczba miejsc jest ograniczona, a zainteresowanie dużbfe.ż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ23ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇmpbˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003112810423ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3173ˇ1070317574ˇ7ˇ1070317574ˇ7ˇ11ˇ24ˇ2003ˇˇˇˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ26ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003112410826ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3502ˇ1071160106ˇ7ˇ1071160106ˇ7ˇ12ˇ4ˇ2003ˇTropem poprzednich tradycji.ˇˇ Nasz przyjazd do Chin był doskonale przygotowany przez organizatorów pleneru rzeźbiarskiego, szeroko zakrojonej, międzynarodowej imprezy artystycznej. Nie tylko mieliśmy wszyscy przydzielonych tłumaczy, którzy nie odstępując nas na krok, gotowi byli spełnić niemal każbfde nasze żbfyczenie, nie tylko obwożbfeni byliśmy po mieście autokarami oraz przynależbfnymi do hotelu czarnymi limuzynami, ale zorganizowane były wycieczki do, zdaniem organizatorów, ważbfnych miejsc. Zostaliśmy zabrani do muzeum historii związanej z "marionetkowym imperatorem", postawionym na czele Mandżbfurii przez Japończyków, i do jego prywatnej rezydencji, gdzie wykonany z wosku, siedział on oficjalnie za biurkiem, dyktując sekretarzowi treść spisywanego dokumentu, a zaraz obok, w salonie oglądaliśmy go w towarzystwie jednej żbfony, natomiast w następnym pokoju pogrążbfony był w rozmowie z drugą żbfoną. Jego figury były wszędzie, a otwarte szafy z ubraniem, szczotka do włosów na toalecie i pantofle przy łóżbfku miały świadczyć o starannie przechowywanych obiektach historycznych. Pokazywano nam równieżbf historię miasta, jego koleje od chwili przejęcia władzy przez rząd chiński oraz rozległe, imponujące plany przyszłej rozbudowy. ż0aż0a Jednak, gdy chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o starszej niżbf wiek XX historii tego regionu, niemal nikt o tym, co było dawniej, nie potrafił nam powiedzieć, tak jakby historia rozpoczęła się wraz z panowaniem marionetkowego cesarza, obalonego później przez komunistyczne władze. Postanowiliśmy więc szukać dawnych śladów na własną rękę. Spotkało się to z biernym oporem ze strony organizatorów, którzy poprzez naszych "opiekunów" starali się wytłumaczyć nam, żbfe wszystko to, co godne jest zobaczenia, pokazywane jest nam na zorganizowanych wycieczkach. W trakcie tych rozmów o zezwolenie na samodzielne zwiedzanie miasta nastąpiła nawet zmiana naszego tłumacza, co jak później przeanalizowałam, wiązać się mogło z wycofaniem się z naszego, zbyt samowolnego postępowania jednego z nich, który nie chciał ryzykować swojej "kariery", zadając się z jakimiś tam "indywidualistami". Nowy "opiekun" był bardziej otwarty na nasze "karkołomne" plany, możbfe dlatego, żbfe był jużbf "sprawdzony", gdyżbf jak nas poinformował, jego ojciec zajmuje wysokie stanowisko w miejscowym rządzie, lub możbfe po prostu dlatego, żbfe był znacznie młodszy, i sam ciekawy tej nieplanowanej przygody. Jak później stwierdził, w prywatnej rozmowie w jakiejś lokalnej, typowo chińskiej restauracji, do której nas zaprowadził, odwiedził z nami miejsca, w których nigdy jeszcze nie był i o których istnieniu w ogóle nie wiedział.ż0aż0a Wbrew pozorom, samodzielne wyjście w miasto w celu szukania śladów dawnej historii tego regionu, którego Czangczun przecieżbf było i jest stolicą, nie było takie proste. Jeden dzień wcześniej, kiedy bez informowania nikogo postanowiliśmy spędzić samotnie, poznając najbliżbfszą okolicę naszego hotelu, spotkało się to z ostrą krytyką i zastrzeżbfeniami związanymi podobno z naszym osobistym bezpieczeństwem, w tym nieznanym nam przecieżbf mieście. Okolica była bardziej niżbf spokojna, centrum handlowe i wysokiej klasy hotele, ludzie zadbani i bardzo żbfyczliwi. Wystarczyło jednak zboczyć nieco z głównego bulwaru, aby zobaczyć sceny z "normalnego" żbfycia, które możbfe nie były wliczone w program zagranicznych, reprezentacyjnych wycieczek. Na zapleczu wspaniale wyglądających pasażbfy handlowych, w których ceny różbfnorakich produktów wcale nie były niżbfsze niżbf w Kanadzie, znajdowały się gruzy i rudery, wśród których toczyło się codzienne żbfycie innej grupy mieszkańców tego miasta. Bezdomni, okutani w szmaty, "pralnia" uliczna, czyli wążbf od wody wyciągnięty poprzez dziurę w kolorowym plakacie, i pranie w rynsztoku, na brzegu ulicy. Ale McDonald's, Wal-Mart i malownicze stragany związane z obchodzonym właśnie festiwalem księżbfyca i zakupami tradycyjnego "moon cake" przesłaniały niemal wszystkie szczegóły umykające uwagi przeciętnego turysty.ż0aż0a Zgodę na niekonwencjonalne wybranie się w miasto uzyskaliśmy ostatecznie po moich osobistych rozmowach telefonicznych z "liderem" grupy tłumaczy, i jak się okazało, wyprawa ta była warta zachodu. Natomiast tego, jak później nasz "opiekun" tłumaczył się z tego objazdu po świątyniach i kościołach różbfnych wyznań, oczywiście nie wiemy.ż0aż0a Najpierw taksówka zawiozła nas pod znajdującą się nieopodal świątynię buddyjską. Stare, zmurszałe dachy wyglądały bardzo niepokaźnie, otoczone dominującymi, wielopiętrowymi budynkami, i cały kompleks był niemal niewidoczny, nawet z bliskiej odległości. Wierni razem z nami wchodzili poprzez niewielką bramę, przed którą wyciągali ręce mniej lub bardziej nachalni żbfebracy. Wśród nich, naszą uwagę zwrócił mężbfczyzna z wyraźnymi deformacjami spowodowanymi trądem, obok którego siedziała kobieta i dziecko, prawdopodobnie stanowiąc rodzinę, obok ktoś bezręki, dalej odsłonięte nogi starszego człowieka po polio. Wstęp był płatny, symbolicznie, a więc po uiszczeniu zapłaty, drobne zarówno nasze, jak i wielu innych wrzucane były do podsuwanych miseczek, czapek i pudełek.ż0aż0a Teren świątyni, czyściutki, ze starymi, wspaniałymi drzewami, wśród których znajdował się rodzaj ołtarza, na którym wierni stawiali rytualne świece, modląc się o spełnienie swoich żbfyczeń. Jako żbfe Budda przybierał różbfne postaci, w kompleksie znajdowało się kilka odrębnych budynków, z których każbfdy posiadał coś w rodzaju kaplicy, z centralną figurą, i w każbfdej znajdowała się pomocna wiernym osoba. Do każbfdego z tych niewielkich budynków prowadziły schody, i zawsze znalazła się jakaś pomocna dłoń osoby, która nie tyko dopomogła mi w pokonaniu tych schodów, ale starała się równieżbf poinformować nas o sposobie zachowania się w tej świątyni. Składając ręce, powtarzałam przekazany mi zestaw dźwięków oraz rodzaj ukłonu, ponieważbf zawsze uważbfam, żbfe każbfdej wierze należbfy się szacunek i odpowiedni obrządek, co spotkało się z dużbfym zrozumieniem wśród osób znajdujących się w świątyni. Nawet jeden z uczestników, oczywiście nie znający angielskiego, usłużbfnym gestem zaprosił mnie jako przewodnik do odwiedzenia dalszych kaplic, w nowym miejscu ucząc mnie, jak należbfy się zachować. Wizyta w tym kompleksie świątyń była dla mnie naprawdę wielkim przeżbfyciem.ż0aż0a Bogusław, mój mążbf, krążbfył wszędzie z kamerą. W pierwszym i w drugim budynku nikt nie oponował. Natomiast w trzecim, obsługująca osoba zwróciła się do naszego tłumacza z wielkim żbfalem i pretensją, żbfe on, przedstawiciel młodego, obojętnego pokolenia, pozwala na to, aby kamera zabrała ducha świątyni, i po nieprzyjemnej scenie zostaliśmy wyproszeni na zewnątrz. Oczywiście niczego więcej kamera nasza nie utrwaliła. A możbfe szkoda, ponieważbf od pewnego czasu zauważbfyliśmy, żbfe niemal krok w krok za nami podążbfał stary zakonnik buddyjski, nie odzywając się ani słowem. Po wspomnianym incydencie zatrzymał nas, i natychmiast znalazła się dookoła grupa ludzi i młodszych zakonników. Stary, dobrodusznie wyglądający człowiek przemówił. Jego język nie był zrozumiały dla naszego tłumacza, a więc rozmowa toczyła się poprzez podwójne tłumaczenia, ponieważbf natychmiast znalazł się brat buddyjski, który usłużbfnie zajął stanowisko interpretatora. Dowiedzieliśmy się, żbfe starzec jest najbardziej szanowaną osobą w całym zgromadzeniu, i samo odezwanie się jego do nas było traktowane przez wszystkich jako wielki zaszczyt, czego i my sami nie omieszkaliśmy podkreślić. Zakonnik osobiście wyjaśnił nam podstawowe zasady buddyjskiego obrządku, jak wstawanie wcześnie rano, aby uczcić Buddę, jedzenie niewielkiego posiłku przed wschodem słońca i powstrzymywanie się od jedzenia ażbf do zachodu, oraz, co jest najważbfniejsze, po oderwaniu się od ziemskich przyzwyczajeń, poświęcenie całego dnia na medytacje i koncentrację, w celu znalezienia rozwiązania zagadnienia celu i zadania istnienia każbfdego człowieka na świecie. Myślę, żbfe ta część informacji skierowana była bardziej do naszego młodego tłumacza niżbf do nas samych, i jeżbfeli powiedział on coś więcej na ten temat, nie zostało to nam przetłumaczone. Natomiast zdecydowanie do nas skierowana została inna informacja, żbfe jeżbfeli naprawdę interesujemy się buddyzmem lub jego architektonicznymi pozostałościami, to powinnyśmy odwiedzić starą świątynię, którą obecnie zajmują wyznawcy islamu. ż0aż0a Rozmowa z tym szacownym człowiekiem była krótka, żbfyczliwa i otoczyła nas specjalnym szacunkiem wszystkich znajdujących się dookoła. Starzec, najstarszy w zgromadzeniu, miał, jak nam powiedziano, 76 lat, z wyglądu i zachowania dawałam mu znacznie więcej, ale podobno sama świątynia miała dopiero 50 lat. I tutaj moja znajomość architektury i sposobu starzenia się budowli zdecydowanie zaoponowała. ż0aż0a Cały kompleks, i wszystkie budynki, proszące o rękę konserwatora, podobnie jak stare drzewa, zdecydowanie pochodziły co najmniej z ubiegłego wieku. Powoli okazało się, żbfe dopiero niespełna 50 lat temu kompleks ten został ponownie oddany w posiadanie i opiekę zakonu buddyjskiego, a o poprzedniej historii całego założbfenia nikt z obecnych nic nie wie.ż0aż0aˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ25ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇJadwiga M. Byszewskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003120410225ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3593ˇ1071432062ˇ7ˇ1074780318ˇ7ˇ12ˇ7ˇ2003ˇNasi Goście z Polski - Redemptoris Materˇ Z prawdziwą radością informujemy, żbfe 10 stycznia przylatuje z Polski niezwykle ciekawa grupa artystów - chór Redemptoris Mater z Torunia. ˇ Chór przyjeżbfdżbfa na zaproszenie Polonii Przyszłości przy wsparciu tej inicjatywy przez Zarząd Główny Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Pomaga nam takżbfe ZHR, oferując część noclegów, bowiem chórzyści zakwaterowani będą, jak nie tak dawno pielgrzymi z Polski, w gościnnych domach polonijnych. Będzie to dla ich gospodarzy wyjątkowa okazja, aby poznać tych utalentowanych i ciekawych młodych ludzi.***image3***ż0aż0a W 1997 roku Polonia Przyszłości gościła w Toronto wspaniałą grupę pieśni i tańca - muzyki dawnej - z Poniatowej "Scholares Minores Pro Musica Antiqua." Organizowaliśmy im tutaj występy, zarówno dla Polonii jak i dla Kanadyjczyków.ż0aż0a Podobnie będzie z chórem Redemptoris Mater - chórem młodzieżbfowym z Sanktuarium Matki Bożbfej Nieustającej Pomocy z Torunia prowadzonego przez redemptorystów. Od początku swej działalności chór brał udział w różbfnych działaniach charytatywnych na rzecz osób niepełnosprawnychczy chorych, np.: poprzez Fundację "Daj Szansę" dla dzieci niepełnosprawnych, koncertował w kraju i zagranicą, nagrywał płyty i kasety, występował w telewizji.***image2***ż0aż0a Chór często współpracował z solistami opery warszawskiej i Teatru Narodowego, m.in. Bogusławem Morką, Wiesławem Raczkowskim. Nowa nazwa chóru pochodzi od Kościoła OO. Redemptorystów, który od kilku lat opiekuje się chórem. ż0aż0a Chór nagrywa płyty, koncertuje w Polsce i poza jej granicami; współpracuje teraz z solistami i aktorami Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, przygotowuje Oratoria na Wielki Post i Bożbfe Narodzenie. ***image1***ż0aż0a Z chórem współpracuje grupa muzyczna, związana takżbfe z teatrem dramatycznym pod nazwą Sant Joseph Band. Od początku istnienia chórem dyryguje i prowadzi go założbfyciel Krzysztof Zaremba.ż0aż0a Wśród wielu koncertów najważbfniejszymi były koncerty w czasie wizyty w Rzymie roku w 2002 w dwóch kościołach Rzymskich: św. Alfonsa (którym opiekują się redemptoryści), gdzie znajduje się oryginał ikony Matki Bożbfej Nieustającej Pomocy i w Kościele św. Andrzeja na Kwirynale, gdzie znajduje się grób św. Stanisława Kostki. Młodzi ludzie uczestniczyli modlitwie Anioł Pański z Ojcem Świętym i otrzymali od niego błogosławieństwo. Ostatnio chór dał koncert z okazji 25 lat Pontyfikatu Jana Pawła II - "Tu es Petrus". ż0aż0a Ponadto stało się tradycją, iżbf w przeddzień Wigilii Świąt Bożbfego Narodzenia Chór odwiedza szpital miejski w Toruniu, dając koncert dla chorych, by choć w tym szczególnym okresie nie czuli się samotni. Chór został zaproszony do corocznego otwierania Międzynarodowego Festiwalu Pieśni Religijnej "Song of Songs" w Toruniu. ż0aż0aKONCERTY:ż0aż0a• 16 stycznia, godz. 20.00ż0aCentrum Kultury im. Jana Pawła IIż0a4300 Cawthra Rd.ż0aMississaugaż0aBilety przy wejściu.ż0aż0a• 20 stycznia, godz. 19.30ż0aBishop Marocco Secondary Schoolż0aBloor i Dundas (stacja metra Dundas West).ż0aBilety przy wejściu.ż0aż0aInfo: 416-433-5066.ż0aż0aCały dochod z biletów przeznaczony jest dla Chóru Redemptoris Mater, który sam opłaca sobie podróżbf z Polski do Kanady. Chcemy choć w części pomóc im odzyskać wydane na podróżbf pieniądze.ż0aż0a***image4*** ż0aˇautoˇautoˇ18ˇch_r1.jpgˇch_r4.jpgˇredemptories.jpgˇredemtories_1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ58ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇch_r1.jpgˇch_r4.jpgˇredemptories.jpgˇredemtories_1.jpgˇˇˇˇˇˇˇ128ˇ128ˇ350ˇ350ˇˇˇˇˇˇˇ96ˇ96ˇ235ˇ481ˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003120711158ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 3602ˇ1071436311ˇ7ˇ1072020239ˇ7ˇ12ˇ14ˇ2003ˇOpłatek Polonii Przyszłościˇ To nasza kolejna tradycja - tużbf przed Świętami, w piątek 19 grudnia o godz. 20.00, Oddział Mississauga organizuje tradycyjny Opłatek Polonii Przyszłości w miłej, rodzinnej atmosferze. ˇZapraszamy zawsze na ten wieczór nie tylko członków Polonii Przyszłości, ale takżbfe wszystkie osoby, które nas lubią i chcą spędzić z nami miły wieczór, pośpiewać wspólnie kolędy i poczuć ciepłą, rodzinną atmosferę świąteczną. Jak zawsze, na naszym Opłatku pojawią się Goście. Będą takżbfe artyści:ż0aMagdalena Tomsińska - lutnia, gitara, śpiew (muzyka dawna, najstarsze kolędy), ż0aJustyna Szajna - piano, ż0aIrenka Dudek - gitara, śpiew oraz ż0aZespół "Rodzina" - taniec i śpiew. ***image1***ż0aż0a Będzie teżbf poczęstunek (dziękujemy naszym sponsorom!) i przede wszystkim klimat przyjaźni i harmonii. ż0aż0a Zapraszamy bardzo serdecznie do Centrum Kultury im. Jana Pawła II w Mississaudze do sali Cafe Kultura o godzinie 20.00. ż0aˇautoˇautoˇ18ˇtomsinska.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇMagdalena Tomsińska Fot. Gazetaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ6ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇtomsinska.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ263ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2003121400206ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4578ˇ1077233854ˇ3ˇ1301063388ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇˇˇautoˇautoˇ61ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ37ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510637ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4579ˇ1077233897ˇ3ˇ1301063497ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Accurate Hardwood Flooring Ltd. poszukuje pracowników z doświadczeniem do instalacji i cyklinowania podłóg drewnianych. Tel. 416 580-5704, 416 518-5337, Fax 416 255-7086, e-mail accurate@rogers.blackberry.net

Kierowcę kat. AZ zatrudnię, min. rok doświadczenia, trasy do Georgii i Teksasu, wypłaty co 2 tygodnie. Tel. 905 560-9924 lub 905 512-5128

Potrzebny pracownik z doświadczeniem do układania marmuru, płytek ceramicznych, mozaiki na custom homes. Tel. 416 993-2191

Zatrudnię pracownika z kilkuletnim doświadczeniem do budowy nowych domów i renowacji. Wymagana znajomość angielskiego i czytania rysunku technicznego. Stała praca. Tel. 905 273-7992 dzwonić od 20.00 do 22.00, 416 209-2686

Stolarze do samodzielnych prac potrzebni, wymagany SIN i samochód. Tel. 905 625-9111, proszę zostawić wiadomość na maszynie

Potrzebna osoba do plastrowania i malarz. Tel. 416 881-2828

Kierowców kat AZ do teamu zatrudnię, min. 2 lata doświadczenia, dużbfo mil, 52 centy/mila. Dzwoń 416 606-7530

Firma transportowa poszukuje kierowców AZ na trasy do USA, doświadczenie wymagane ( 2 - 3 lata). Tel. 905 507-8005



Mississauga Lansdcape Company poszukuje doświadczonych ludzi do pracy w landscape construction, szczególnie przy kamieniu naturalnym, własny transport pomocny, wysokie stawki. Tel. 905 271-7895

Potrzebne kobiety do sprzątania domów w Mississaudze. Tel. 905 593-9244

Looking for a cashier and customer service rep., must speak English, have a good attitude, Mississauga. Tel. 905 567-5822 call after 7 pm

Młodą, energiczną dziewczynę do sprzątania domów przyjmę. Tel. 647 887-2154

Firma Ikon Cabinets dystrybutor polskich mebli kuchennych poszukuje osoby z doświadczeniem w celu otwarcia punktu sprzedażbfy i instalacji w Toronto. Proszę o kontakt: ben@ikoncabinets.com

Potrzebny kierowca do teamu na trasę na Florydę, praca w weekendy, dobre wynagrodzenie. Tel. 905 277-5778 lub 647 857-6046

Zatrudnię ludzi do instalacji i serwisu systemów zmiękczających wodę. SIN, samochód minivan wymagany. Dobre wynagrodzenie. Tel. 647 285-0930, Rafał

Kierowca na pełny etat potrzebny do firmy budowlanej, licencja D preferowana. Krzysztof, tel. 647 400-4745

Zatrudnię dziewczynę do pracy przy sprzątaniu domków na około 30 godzin w tygodniu. Proszę zostawić wiadomość, 416 831-3009

Poszukuję pani do pomocy przy sprzątaniu domków na part time w Hamiltonie. Dzwonić po 18, tel. 905 383-9925

Potrzebny pomocnik do instalacji blatów granitowych, odbiór do pracy z okolic Mississaugi, SIN wymagany. Tel. 416 889-0168, Tomek

Unemployed?  - Vpi Employment Services can help. Polish speaking counsellor 905 764-7538

Potrzebna osoba do sprzątania w motelu, Kipling/Queensway. Tel. 416 252-5205, Ula

Zatrudnię kobiety do sprzątania domów, dojazd zapewniony. Tel. 416 995-4208

Kierowca do rozwożbfenia pieczywa potrzebny w polskiej piekarni w Toronto. Praca na pełny etat od wczesnych godzin porannych. Tel. 905 469-9757



Potrzebny mechanik do naprawy trucków i samochodów osobowych. Tel. 416 303-6658

Poszukuję kierowców do teamu 5 dni w drodze, 2 dni w domu. Tel. 905 820-9268, 905 502-7530

Potrzebny od zaraz kierowca kat. AZ. owner owner operator na trasy do USA i po Kanadzie Tel. 905 994-0421

Potrzebna pani do opieki nad starszą osobą, z zamieszkaniem, dobre warunki, okolice Bathurst/Steeles. Tel. 416 416 223-2927, Sara

Potrzebna recepcjonistka do gabinetu dentystycznego f/t lub p/t, okolice Bloor/Jane. Tel. 416 766-2853

Pomocnik malarza z zachodniej Mississaugi potrzebny, SIN wymagany. Tel. 647 502-2102 po godz. 18

Wolontariusz do pomocy w klasie w szkole angielskiej potrzebny. Tel. 416 604-3065

Potrzebny od zaraz mechanik do Pol-Truck Centre w Toronto na full time. Tel. 416 252-4241 lub 905 507-8005

Poszukuję młodego pomocnika do cyklinowania podłóg drewnianych. Doświadczenie mile widziane. SIN wymagany. Tel. 416 910-1524

Potrzebna kobieta do pracowni cukierniczej na pełen etat, dzienna zmiana, praca od zaraz, Mississauga. Tel. 905 629-7868

Do pracy na dachy z doświadczeniem przyjmę. Tel. 416 740-2226 lub 416 716-4606

Potrzebny pracownik do izolacji ciepłej i zimnej wody. Tel. 905 461-1806

Kierowcy kat. AZ na stałe trasy do północnej Karoliny, stawka 42 centy za milę + $30 za rozładunek. Tel. 905 208-1944

Zatrudnię malarza na full time, dobre warunki i dobra lokalizacja. Tel. 416 909-1678 po polsku Ryszard lub po ang. 647 993-2430 Patryk

Potrzebny pracownik do drywall. Tel. 647 267-4498

Zatrudnię murarzy na budowę. Tel. 416 725-960Zatrudnimy na cały etat (dni, wieczory, weekendy) przy odnawianiu podłóg z płytek ceramicznych, prawo jazdy potrzebne, znajomość angielskiego. Dzwoń do Teda 416 213-0422

Młodego pomocnika kucharza zatrudnię. Tel. 647 704-4996

Zatrudnię panią do sprzątania domków, tylko z samochodem. Tel. 905 507-2887



Potrzebny pomocnik płytkarza, praca w Toronto Tel. 647 289-8425

Zatrudnię doświadczonego pracownika do układania i cyklinowania podłóg drewnianych. Stała praca. SIN i samochód wymagany. Tel. 416 722-1092

Praca na part time dla sprawnego mężbfczyzny, najlepiej ze wsch. Mississaugi. Tel. 416 802-0151

Kobietę z samochodem zatrudnimy do grupowego sprzątania domów. Samochód + paliwo płacimy ekstra. Zostaw imię i nr telefonu pod numerem 289 597-0507

Potrzebna osoba do prowadzenia domu i opieki nad osobą niepełnosprawną. Tel. 416 516-8894 po 20

Potrzebny kierowca kat. AZ na trasę Ontario - Kalifornia. Tel. 519 696-3828 lub cell 773 558-7852

Potrzebny masarz do wytwórni wędlin. Tel. 416 743-1492

Przyjmę do sprzątania w Mississaudze energiczną panią z doświadczeniem ($11-$13/godz.) Tel. 905 625-9036

Kierowca kat. AZ potrzebny od zaraz. Min. 3 lata doświadczenia, lokalna praca na "dump truck", zamieszkały Hamilton i okolice. Tel. 905 730-5700 lub 905 389-5700

Zatrudnię instalatora podłóg drewnianych i schodów, doświadczenie konieczne, stała praca, dużbfo godzin. Tel. 416 616-8443

Zatrudnię kobietę do sprzątania domów, trening i transport zapewnione. Tel. 647 501-2746

Dobrze płatna lekka praca dla pani lub pana z samochodem. Na początek part time, możbfliwy full time, okolice pracy Mississauga, Etobicoke. Tel. 647 884-8040

Potrzebni pracownicy z doświadczeniem lub bez do pracy na dachach, prawo jazdy i SIN mile widziane. Tel. 905 629-2627ˇˇautoˇautoˇ51ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ37ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510637ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4581ˇ1077234230ˇ3ˇ1301063340ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇˇˇautoˇautoˇ54ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ43ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510643ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4582ˇ1077234279ˇ3ˇ1301063287ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Kafelkarz, doświadczenie, SIN, samochód, narzędzia poszukuje pracy. Tel. 416 473-9335, proszę zostawić wiadomość

Uczciwa, kulturalna pani ugotuje, zaopiekuje się Tobą, posprząta cały tydzień lub 1-2-3 razy w tygodniu. Tel. 647 894-6583

Odpowiedzialna uczciwa kobieta posprząta twój dom, apartament, biuro oraz poprasuje. Posiada samochód. Tel. 416 255-3278

Trzech pomocników szuka pracy za gotówkę. Tel. 416 358-3485

Kobieta 26 lat z Polski szuka pracy w Kanadzie jako opiekunka nad dziećmi lub osobą starszą. Jestem osobą odpowiedzialną i pracowitą. Kontakt: iwonka0081@wp.pl

Dwóch panów w wieku 30 lat, z Polski, szuka pracy na okres wakacji od 1.07-30.08. Zrobimy dosłownie wszystko. Proszę o poważbfne oferty na email: rafalzylinski@wp.pl

Solidna, uczciwa, kulturalna pani ugotuje, zaopiekuje się Tobą, dotrzyma towarzystwa, zawiezie na spotkanie, zrobi zakupy. Tel. 905 567-9229

Mieszkam w Irlandii szukam pracy w Kanadzie. Mam 30 lat, pracowałem na budowach, magazynach, jestem tokarzem. Tel. +35 386-235-7275

Cukiernik szuka pracy. Tel. w Polsce 48 48 385-8615 lub 693-612-675

Pracowita, odpowiedzialna, uczciwa, młoda kobieta z okolic Tomken/Dundas szuka pracy, posiada SIN. Tel. 416 823-1754, Agnieszka

Kobieta z 10-letnim doświadczeniem solidnie posprząta dom, apartament. Tel. 416 832-4383

Mężbfczyzna poszukuje pracy przy remontach: plastrowanie, malowanie, drywall, posiada doświadczenie. Tel. 905 896-4182

Mężbfczyzna w średnim wieku szuka pracy: myjnia samochodowa lub rozbiórki budowlane. Tel. 416 536-7606 lub zostawić wiadomość

Młoda kobieta z rocznym dzieckiem zaopiekuje się Twoim dzieckiem u siebie w domu. Okolica Bloor i Cawthra. Tel. 647 878-5532, Basia

Rzeźnik z 20-letnim stażbfem szuka pracy. Pracowałem: Niemcy, Holandia, a obecnie Irlandia. Praca na produkcji,uboju i przy rozbiorze żbfywca. Mój email: ciepluch73@gmail.com

Starszy mężbfczyzna poszukuje pracy. Tel. 905 274-8177

Kobieta w średnim wieku poszukuje pracy. Tel. 416 385-2807

Mężbfczyzna 37 lat szuka pracy. Tel. 416 546-8079

Dorywczej pracy poszukuję (kobieta) - opieka, pomoc w sklepie, w magazynie, przy przeprowadzce i inne. Tel. 416 534-7012

Mężbfczyzna lat 54 poszukuje pracy. SIN, samochód. Tel. 416 261-7433 lub 647 448-8230

Szukam pracy przy układaniu laminatów, wykonam 5000 sqft tygodniowo. Tel. 647 832-0885ˇˇautoˇautoˇ50ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ44ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510644ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4599ˇ1077572385ˇ3ˇ1301063659ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Beautiful country home, outskirts of Warsaw. Near Konstancin. Spacious, elegant, next to pristine forest. 5 bedrooms, 5 bathrooms, fitness room, theater, jacuzzi/sauna. 858 456-7315 or dksunland@aol.com

Posiadłość na sprzedażbf w Warszawie. Doskonała lokalizacja w Wiśniewie (Białołęka) w sąsiedztwie domów jednorodzinnych. Blisko projektowanej trasy Mostu Północnego, 13 km do centrum Warszawy. Na posesji znajduje się dom z lat trzydziestych do adaptacji lub rozbiórki. Powierzchnia działki 1430 m kw. (15,392 sq ft). Wymiary: prostokąt 62 x 23 m (204 x 75 ft). Płaski teren. Prąd, gaz, woda, kanalizacja miejska są na działce. Dojazd ulicą asfaltową. Cena $354,900 CAD. Dalsze pytania proszę kierować pod email: monsawi@telus.net

Sprzedajemy świerki 3 - 5 ft -$14, brzozy 5 - 8 ft -$17 - $30, sadzonki brzóz 10 szt $15. Info: Tadeusz lub Celestyna 519 925-6544

Uwaga Kanadyjczycy studiujący w Krakowie lub osoby powracające do kraju. Mieszkanie 5-pokojowe (100 m kw.) wraz z garażbfem, blisko centrum, do sprzedania za $299,000. Tel. 416 767-9395

2008 Peterbilt Expediter do "wyleasowania" dla kierowcy DZ z kontraktem. 10 - 15% downpayment, możbfliwe finansowanie. Miesięczne brutto $14 - $15 K, statementy do wglądu. Tel. 716 698-5092 lub 289 232-7648, Walterˇˇautoˇautoˇ55ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ39ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510439ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4601ˇ1077572449ˇ3ˇ1301063569ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Hurontario i Dundas, w budynku apartamentowym kawalerka, 2-syp. i 3-syp. mieszkanie do wynajęcia. Tel. 905 804-1546

Pokój do wynajęcia w nowym townhousie w London, 5 minut od Western University. Tel. 905 512-5127

Pokój w basemencie dla pracującej osoby, od zaraz, osobna łazienka, wspólna kuchnia, pralnia, kabel TV, wszystko wliczone, okolice Burnhamthorpe/Winston Churchill. Tel. 905 608-9170, 647 230-3560

Pokoje do wynajęcia w domu jednorodzinnym, Mississauga, okolice Dundas/Cawthra. Tel. 416 829-7786

Do wynajęcia umeblowany, czysty pokój dla pracującego pana, okolice Rathburn/Cawthra, 300 m od polskiego kościoła, TV Polonia, ITVN, Internet. Tel. 905 848-1688

Do wynajęcia od zaraz w nowym domu pokój dla niepalącego mężbfczyzny, bez samochodu, okolice Dixie/Burnhamthorpe, blisko plazy "Wisła" i komunikacji. Tel. 416 318-5630, 905 602-9197

Pokój do wynajęcia dla niepalącego pana, okolica Queen i Roncesvalles. Tel. 416 536-3188

High Park & Parklawn, 1 bdrm $849, 2 bdrm $925, clean, well maintained, low rise, renovated building and suits, hardwood floors, large units, laundry, parking available, condo quality. Close to Bloor Village and HWY. Tel. 416 252-3857, Bill

Pokój do wynajęcia, telewizja kablowa, parking, blisko stacji metra Kipling. Tel. 416 253-7376 po 18 lub cell 647 669-7930

Od 1 kwietnia dużbfy apartament do wynajęcia w Mississaudze dla pracującej, niepalącej osoby lub dwóch osób, $1000 miesięcznie. Jeden miesiąc za darmo. Janek, 416 427-7207

Derry Rd./Airport Rd. Do wynajęcia od zaraz 2-syp. apt., cena $750, kabel TV, wszystko wliczone, osobne wejście, blisko komunikacji (Brampton/Toronto/Mississauga) i sklepów. Tel. 647 885-4902

Mieszkanie do wynajęcia, kawalerka. Internet, pralnia, TV, parking, itd. - wszystko wliczone. Tanio, okolica Kipling/Lakeshore. Tel. 416 259-6976 lub 647 268-2452

Mimico, 1 bdrm newly and fully renovated, close to GO, TTC and schools. Tel. 647 348-1238

Do wynajęcia 1-syp. mieszkanie z balkonem, odnowione, od zaraz, okolica Lakeshore & 8. Ulica. Tel. 905 629-7790, 416 725-7355

Do wynajęcia apartament w basemencie, z kominkiem +pralnia, okolica Rathburn/Central Prkwy. Tel. 905 281-3342

Erindale Station/Forestwood, pokój do wynajęcia w budynku apartamentowym. Tel. 905 848-5170, cell 416 576-9722

Pokój do wynajęcia w basemencie w okolicy Kipling/Lakeshore, z użbfywalnością kuchni i łazienki. Tel. 416 521-7296

Umeblowany pokój w basemencie, wspólna kuchnia, łazienka. Parking, pralnia, TV, Internet, przystanek autobusowy za rogiem, okolica Burnhamthorpe/Credit Woodlands, $450. Tel. 905 270-8915, 416 625-7373

Dwie minuty od pętli tramwajowej i autobusowej, słoneczny pokój do wynajęcia (kabel, Internet, itd.), Keele/St. Clair. Tel. 416 769-1670 lub 647 772-5211ˇˇautoˇautoˇ53ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ40ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510440ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4604ˇ1077572532ˇ3ˇ1301064415ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Układanie kafli, marmuru, granitu, 2 lata gwarancji. Wszystkie wyceny do negocjacji. Tel. 647 922-6515

Wykonujemy usługi stucco oraz instalacje sztucznego kamienia. Tel. 416 302-5645

Waterproof specialist - bezpłatna wycena. Proszę dzwonić Tomek, 416 841-0591ˇˇautoˇautoˇ56ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ41ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510441ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4605ˇ1077572559ˇ3ˇ1301064364ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇ

Do wynajęcia "storage container", parking, Hurontario/Lakeshore. Tel. 416 209-2686

Poszukuję samotnego, niezamożbfnego starszego pana do towarzystwa. Oczekiwane wyżbfsze wykształcenie, brak nałogów, wzrost powyżbfej 180 cm, dobre maniery. Odręczny list proszę kierować na adres gazety, skrytka 1759

Pomogę w rozliczeniu podatkowym. Tel. 647 709-6059

Pomogę w rozliczeniu podatkowym. Tel. 416 931-0472ˇˇautoˇautoˇ57ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ42ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510442ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 4632ˇ1077658731ˇ3ˇ1301064282ˇ3ˇ3ˇ25ˇ2011ˇˇˇˇautoˇautoˇ52ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ38ˇpmˇ3ˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2011032510438ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 5903ˇ1088429025ˇ7ˇ1088429042ˇ7ˇ6ˇ28ˇ2004ˇˇPonad 200 najlepszych fotografii prasowych zgłoszonych w 47. edycji międzynarodowego konkursu World Press Photo możbfna oglądać od 15 czerwca do 11 lipca w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.ˇWcześniej ekspozycja prezentowana była w Centrum Kultury "Zamek" w Poznaniu. Poznań jest tradycyjnym miejscem polskiej premiery ekspozycji zdjęć zakwalifikowanych do World Press Photo. ż0aż0a World Press Photo to najbardziej znany i prestiżbfowy konkurs profesjonalnej fotografii prasowej. Każbfdego roku niezależbfne międzynarodowe jury, złożbfone z osób w różbfny sposób związanych z fotografią (są to m.in. fotografowie, fotoedytorzy, konsultanci ds. fotografii), ocenia fotografie nadesłane przez reporterów, agencje, gazety i magazyny z całego świata.ż0aż0a Zdjęciem roku 2003, według jury 47. konkursu World Press Photo, zostało kolorowe zdjęcie francuskiego fotografa - Jeana Marca Boujou, reprezentującego The Associated Press. Fotografię wykonano 31 marca 2003 roku w obozie dla więźniów wojennych w Iraku niedaleko Nadżbfafu. Przedstawia Irakijczyka schwytanego przez wojska amerykańskie, pocieszającego swojego 4-letniego syna.ż0aż0a W konkursie uczestniczyło 4176 zawodowych fotografów ze 124 krajów. Zgłoszono 63.093 zdjęcia, co stanowi ilościowy rekord w historii World Press Photo. Ocena prac odbyła się w Amsterdamie, w dniach 1-12 lutego. Nagrody w 10 kategoriach - wydarzenia bieżbfące, wydarzenia, ludzie i wydarzenia, problemy współczesności, żbfycie codzienne, portrety, sport-akcja, sport-temat, sztuka i rozrywka oraz przyroda - otrzymało 62 fotografów z 23 krajów, m.in. Australii, Czech, Francji, Iranu, Rosji, Palestyny, Kanady. ż0aż0a W 47. edycji konkursu nie zostało nagrodzone żbfadne zdjęcie autorstwa polskiego fotografa.ż0aż0aˇautoˇautoˇˇword_photo_1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ16ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ265ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2004062800916ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 5977ˇ1089129362ˇ7ˇ1089129377ˇ7ˇ7ˇ6ˇ2004ˇˇˇˇautoˇautoˇˇnagusy_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ55ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ265ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2004070601155ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 7641ˇ1105307963ˇ4ˇ1275930702ˇ4ˇ1ˇ9ˇ2015ˇTriki kodowania HTMLˇSciaga do kodowania HTML na stronach GAZETY:ˇTekst pochylony: tekst ż0aTekst pogrubiony: tekst ż0aTekst z odsylaczem: tekst, z ktorego odsylamy ż0aż0aPrzyklad: ż0aNasza ulubiona GAZETA ż0aUWAGA: adres za href= musi byc umieszczony w cudzyslowiu.ż0aż0aż0aWarto teżbf zajrzeć:ż0ahttp://www.google.com/tsunami_relief.htmlż0aż0aż0a...ˇautoˇautoˇ64ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ56ˇpmˇ4ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇTomek Kniatˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2015010910456ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 8460ˇ1114430559ˇ7ˇ1114430644ˇ7ˇ4ˇ25ˇ2005ˇˇˇˇautoˇautoˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ2ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005042500802ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 9310ˇ1121274979ˇ7ˇ1121274989ˇ7ˇ7ˇ13ˇ2005ˇˇˇˇautoˇautoˇˇwetlinska_002.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇ16ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ251ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005071310116ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 10227ˇ1128353473ˇ7ˇ1128353473ˇ7ˇ10ˇ3ˇ2005ˇWspólny indyk i co nowego w Polonii PrzyszłościˇThanksgiving w Bronte Creek i Nowy Zarząd Polonii Przyszłościˇ Jedną z wieloletnich jużbf tradycji Polonii Przyszłości jest wspólne obchodzenie Święta Dziękczynienia w malowniczym Bronte Creek Provincial Park. W tym roku takżbfe spotykamy się na wspólnej uczcie z okazji tego święta.ż0aż0a Zapraszamy na to miłe spotkanie wszystkich, nie tylko członków PP.ż0aż0a Pogoda do tej pory zawsze była dla nas więcej niżbf łaskawa - zawsze świeciło słońce, a jesień pokazywała się w pełnej krasie.ż0aż0a Zasada jest bardzo prosta - każbfdy przywozi ze sobą wałówkę, którą następnie stawiamy na wspólnym stole i razem jemy.ż0aż0a Po zaspokojeniu głodu możbfna pójść na wspaniały spacer, a takżbfe nazbierać jabłek i gruszek na przetwory, porozmawiać czy zagrać w siatkówkę (dobrze jest przywieźć własny sprzęt).ż0a ż0a Spotykamy się w niedzielę, 9 października, o 12.00 pod jedną z wiat w pobliżbfu parkingu A.ż0aż0a Zapraszamy Państwa z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi i czworonogami (tylko przyjacielskimi!)ż0aż0aDo zobaczenia -ż0aż0aUWAGA: Park mieści się w okolicach Burlington. Zjazd z QEW numer 109, na północ. Wjazd do parku (opłata przy bramie) na parking A.ż0aż0a Proszę nie zjeżbfdżbfać wcześniejszym zjazdem na ulicę Bronte!ż0aż0a Oczywiście, jeżbfeli będzie lało, nasze spotkanie nie odbędzie się.ż0aż0a W razie kłopotu z trafieniem, proszę dzwonić pod numer - 416-433-5066.ż0aż0a•••ż0aż0a 27 sierpnia br. odbył się Zjazd Polonii Przyszłości, na którym wybrano nowy Zarząd Główny:ż0aż0aPrzewodniczący - Jan Brodzińskiż0aż0aHonorowy Przewodniczący - Zbigniew Bełzż0aż0aPierwszy Zastępca Przewodniczącego - Daria Koralewska-Kubiakż0aż0aDrugi Zastępca Przewodniczącego - Leszek Górnik ż0a ż0aSekretariat - Barbara Goss & Marek Hylaż0aż0aSkarbnik - Tomasz Kniat ż0aż0aRzecznik - Małgorzata P. Bonikowskaż0aż0aKomisja Rewizyjno-Statutowa:ż0aWitold (Edward) Zwierko, ż0aEwa Goss ż0aż0aKomisja Etyczna:ż0aKrystyna Pawełkiewicz.ż0aż0a Dotychczasowemu Przewodniczącemu PP Tomkowi Kniatowi wszyscy członkowie złożbfyli serdeczne podziękowania za ofiarną pracę.ż0aż0a Tematy poruszane na Zjeździe omówimy za tydzień.ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik prasowyż0aPolonii Przyszłościˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ28ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005100300428ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 10454ˇ1130164189ˇ7ˇ1130164189ˇ7ˇ10ˇ24ˇ2005ˇCzas pomyśleć o sylwestrzeˇ To wcale nie za wcześnie, żbfeby myśleć o najważbfniejszej nocy roku - o sylwestrze. Polonia Przyszłości jużbf planuje dla Państwa, jak co roku, wielki bal-prywatkę.ˇMamy dobrą wiadomość - po roku przerwy wraca do nas znany z wielu poprzednich lat i ukochany przez miłośników szampańskiej zabawy nasz sprawdzony DJ Przemek. A więc muzyka będzie świetna, jak przez wiele lat bywało. A do tego - mogą Państwo żbfyczyć sobie co tylko możbfna wymarzyć, bo Przemek ma najlepsze nagrania - bawimy się więc przy najlepszych zespołach i orkiestrach świata.ż0aż0a Wracam takżbfe ja, jako Gospodarz Balu. W ubiegłym roku nie mogłam się z Państwem bawić z powodu żbfałoby po Ojcu, ale w tym roku wracam z radością. Zapraszamy więc na nasz doroczny Bal Sylwestrowy, który co roku cieszy się dużbfym powodzeniem. Organizujemy go w sprawdzonym, znakomitym miejscu w Mississaudze, na tych samych zasadach co zawsze, czyli na zasadzie tzw. potluck. ż0aż0a Ponieważbf zawsze mamy po świętach moc zapasów nie do przejedzenia, nasz sylwester polega na wspólnym bufecie - dzięki temu jest tak niedrogi, a wybór pyszności jest nieskończony i przebogaty! Przynosimy zapasy domowe i stawiamy na wspólny stół. Zamiast kupować drogie drinki w barze, przynosimy ze sobą alkohol, co kosztuje nieporównywalnie taniej. Każbfdy na swoim stole stawia to, co zamierza pić w sylwestrową noc. ż0aż0a My - organizatorzy zapewniamy szampana o północy, zimne napoje orzeźwiające, chleb, herbatę i kawę. ż0aż0a W tym roku, jak rok temu, nasz bal odbędzie się w Cawthra Community Centre (Cawthra Rd., na południe od South Service Rd.). W przestronnej sali z tarasem dla palaczy, jest ogromny parkiet, wygoda i prywatność, bo jesteśmy tam jedynymi gośćmi w tę noc. Poza tańcami - koncerty żbfyczeń, konkursy i nagody. A zabawa, jak u nas zawsze, dla wszystkich - samotni mile widziani, bo atmosfera jest bardzo przyjacielska i ciepła.ż0aż0a Koszt - tylko 50 dol. Do końca listopada oferujemy cenę zniżbfkową - 45 dol. Dla członków Polonii Przyszłości obowiązuje jak zawsze zniżbfka i koszt biletu wynosi 40 dol. Zysk ze sprzedażbfy biletów przeznaczamy na działalność charytatywną, którą prowadzi nasza organizacja.ż0a ż0a Rezerwacje przyjmujemy od przyszłego weekendu.ż0aż0a Zapraszamy serdecznie!ż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ28ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005102401028ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 10455ˇ1130164246ˇ7ˇ1130164246ˇ7ˇ10ˇ24ˇ2005ˇCzas pomyśleć o sylwestrzeˇ To wcale nie za wcześnie, żbfeby myśleć o najważbfniejszej nocy roku - o sylwestrze. Polonia Przyszłości jużbf planuje dla Państwa, jak co roku, wielki bal-prywatkę.ˇMamy dobrą wiadomość - po roku przerwy wraca do nas znany z wielu poprzednich lat i ukochany przez miłośników szampańskiej zabawy nasz sprawdzony DJ Przemek. A więc muzyka będzie świetna, jak przez wiele lat bywało. A do tego - mogą Państwo żbfyczyć sobie co tylko możbfna wymarzyć, bo Przemek ma najlepsze nagrania - bawimy się więc przy najlepszych zespołach i orkiestrach świata.ż0aż0a Wracam takżbfe ja, jako Gospodarz Balu. W ubiegłym roku nie mogłam się z Państwem bawić z powodu żbfałoby po Ojcu, ale w tym roku wracam z radością. Zapraszamy więc na nasz doroczny Bal Sylwestrowy, który co roku cieszy się dużbfym powodzeniem. Organizujemy go w sprawdzonym, znakomitym miejscu w Mississaudze, na tych samych zasadach co zawsze, czyli na zasadzie tzw. potluck. ż0aż0a Ponieważbf zawsze mamy po świętach moc zapasów nie do przejedzenia, nasz sylwester polega na wspólnym bufecie - dzięki temu jest tak niedrogi, a wybór pyszności jest nieskończony i przebogaty! Przynosimy zapasy domowe i stawiamy na wspólny stół. Zamiast kupować drogie drinki w barze, przynosimy ze sobą alkohol, co kosztuje nieporównywalnie taniej. Każbfdy na swoim stole stawia to, co zamierza pić w sylwestrową noc. ż0aż0a My - organizatorzy zapewniamy szampana o północy, zimne napoje orzeźwiające, chleb, herbatę i kawę. ż0aż0a W tym roku, jak rok temu, nasz bal odbędzie się w Cawthra Community Centre (Cawthra Rd., na południe od South Service Rd.). W przestronnej sali z tarasem dla palaczy, jest ogromny parkiet, wygoda i prywatność, bo jesteśmy tam jedynymi gośćmi w tę noc. Poza tańcami - koncerty żbfyczeń, konkursy i nagody. A zabawa, jak u nas zawsze, dla wszystkich - samotni mile widziani, bo atmosfera jest bardzo przyjacielska i ciepła.ż0aż0a Koszt - tylko 50 dol. Do końca listopada oferujemy cenę zniżbfkową - 45 dol. Dla członków Polonii Przyszłości obowiązuje jak zawsze zniżbfka i koszt biletu wynosi 40 dol. Zysk ze sprzedażbfy biletów przeznaczamy na działalność charytatywną, którą prowadzi nasza organizacja.ż0a ż0a Rezerwacje przyjmujemy od przyszłego weekendu.ż0aż0a Zapraszamy serdecznie!ż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ28ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005102401128ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 10944ˇ1134068494ˇ8ˇ1136814684ˇ7ˇ1ˇ9ˇ2006ˇDanuta Irena Bieńkowska (1927-1974)ˇWspomnienie o tragicznie zmarłej poetce i profesor literatury polskiej na UofT ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, listopad 2005, nr 35ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇ Powtarzamy zazwyczaj, żbfe pamięć ludzka jest krótka, ułomna, a zdarza się, żbfe wcale nie zainteresowana, by zachować zapis niektórych wydarzeń i ich aktorów. Dawniej prasa poświęcała im swoje kolumny pieczołowicie odnotowując z kronikarskiego obowiązku zgony i dokonania zmarłych. Dziś ambitnej prasy jest co raz mniej, gazety proponują sensację i rozrywkę, nietrwałe felietony i efemerydalną sieczkę. Utrwalanie ważbfniejszych zaszłości, przegląd wybitniejszych postaci, które przewinęły się przez scenę, nie obowiązują. Jeżbfeli jeszcze dodać brak dobrej woli, zapomnienie grozi wielu dawniej respektowanym zwyczajom.ż0aż0a Była wśród nas w Toronto poetka i nauczyciel akademicki Danuta Irena Bieńkowska (1927-74). Choć umarła młodo tragiczną śmiercią, zapisała się znacząco jako literatka i pedagog.ż0aż0a Urodziła się w Toruniu 7 grudnia 1927 roku w rodzinie zawodowego podoficera, lecz znalazłszy się w czasie wojny na terenach zajętych przez wojska sowieckie, została wraz z rodziną wywieziona do Uzbekistanu, a potem przez obozy uchodźców polskich przez Iran i Indie dostała się do Anglii.ż0aż0a Krótkie dzieciństwo w Polsce miało się dramatycznie przemienić w tułaczkę na nieludzkiej ziemi, a potem, w orientalne niespodzianki Bliskiego Wschodu. Szczególnie zafascynowały ją Indie, których urok miał przetrwać do końca.ż0aż0a W Anglii podjęła studia literatury i języka, rosyjskiego i angielskiego. Wyszła teżbf za mążbf, jak się miało okazać, nieszczęśliwie. Po przeniesieniu się do Kanady kontynuowała studia, a doktorat obroniła w Londynie, obierając za temat wczesną twórczość pisarską Stefana Żeromskiego.ż0aż0a W Toronto na uniwersytecie objęła lektorat języka polskiego, a później awansowała na profesora nadzwyczajnego. To ona opracowała i wprowadziła kursy literatury polskiej obejmujące teatr, prozę i poezję. Zajmowała się równieżbf folklorem słowiańskim. Dzięki jej wkładowi społeczność polska w Kanadzie doczekała się wprowadzenia języka polskiego do ontaryjskich szkół średnich.ż0aż0a Współpracowała z prasą emigracyjną. Drukowała w londyńskich “Wiadomościach”, “Kontynentach”, paryskiej “Kulturze” i tonontońskim “Związkowcu”. Dwa tomiki wierszy napisanych po polsku (pisała równieżbf po angielsku) pozwalają na wgląd w jej żbfycie samotnicze, pełne rezygnacji i ataków choroby, a przecieżbf pragnęła je rozegrać jak bajkę. Tak pisała w momentach optymizmu. Kiedy indziej odzywała się nuta niepewności:ż0aż0aż0aMiędzy nocą a dniem,ż0aMiędzy trwogą a nadzieją.ż0aSnuję, plotę swoje żbfycie.ż0aI wyszywam biało-czarną nitkąż0aLinie kręte, splątane,ż0aNigdy swego niepewne.ż0aż0aż0aA potem była nawet prośba o tabletkę na śmierć. “Wiersze mi smutnieją pod piórem”, wyznała:ż0aż0aż0a I pochylają głowyż0aNiedokończonych słówż0aJakby im zaciążbfył ten ból.ż0aż0aż0aZaczęła jej doskwierać samotność, bała się nocy.ż0aż0aż0a Jestem samaż0aBardzo samaż0aBez uniesień.ż0aBoję się umierać na raty,ż0aDuchów w nocy,ż0aSnu.ż0aż0aż0aAle jeszcze się broniła, ogłaszała uczucia na sprzedażbf, jak jabłka w koszu:ż0aż0aż0a Mam w sobie cały zapasż0aNiezużbfytych uczuć.ż0aI uśmiecham się do kwiatówż0aI do ptaków.ż0aPotem siadam przy oknież0aI czekam.ż0aMożbfe nawet nie czekamż0aTylko trwam.ż0aTrwa we mnie czekanież0aNa jedno dobre słowoż0aKtóre możbfna zatrzymaćż0aBez lęku.ż0aż0aż0aCzekanie nie miało końca, bolała pustka. Zrodził się lęk.ż0aż0aż0a Boję się samego siebie,ż0aTej ręki, co mnie pchaż0aW wielką niewiadomąż0aW noc.ż0aOdsłonię wszystkie oknaż0aOtworzę wszystkie drzwi,ż0aMożbfe uda mi się uciec.ż0aJużbf się ogień zapalił.ż0aLos zagląda przez szyby,ż0aI zimnymi palcami puka.ż0aBoję się.ż0aż0aż0aRaz po raz pojawiały się nuty rozpaczy. Czuła, żbfe stała się zwiędłym, nikomu niepotrzebnym liściem.ż0aż0aż0a A potem się oderwęż0aI wolno będę spadaćż0aBez żbfalu i bez lękuż0aW niebyt.ż0aż0aż0aTo prorocze spadanie miało się ziścić 9 lipca 1974 roku, kiedy zginęła w katastrofie kolejki linowej w norweskim Bergen. ż0a ż0aNa szczęście, literacka puścizna Bieńkowskiej została opracowana z pietyzmem przez lojalnego kolegę profesora Bohdana Budurowycza i wydana w tomie “Między brzegami” przez Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy w 1978 roku. Profesor Louis Irribarne napisał solidny wstęp w języku angielskim. Edycja obejmuje poezję, wybór prozy oraz troskliwie zebraną bibliografię pism Bieńkowskiej. Ta książbfka, piękny hołd dla nieprzeciętnej postaci na arenie polskiego żbfycia kulturalnego w Kanadzie, potwierdza gorzkie słowa epitafium ”Pozostały po mnie wiersze…”, ale takżbfe, wbrew pesymizmowi, pamięć prawdziwych przyjaciół i wiernych czytelników.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇbienkowska_foto.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇDanuta Irena Bieńkowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇ50ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇbienkowska_foto.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ544ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006010910150ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 10945ˇ1134069124ˇ8ˇ1136814905ˇ7ˇ1ˇ9ˇ2006ˇAdam Tomaszewski jako poszukiwacz symetrii kulturˇ Szkice kanadyjskie. Szkic 3.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, listopad 2005, nr 35ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇW „Wiośnie u Wielkich Jezior” Tomaszewski łajał „polonijną wysepkę” w Kanadzie za brak inicjatywy w budowaniu mostów, które pozwoliłyby zbliżbfyć się naszym rodakom do innych nacji, kultur i wyznań. W następnej swojej książbfce o Kraju Klonowego Liścia pokazał, jak możbfna stworzyć taki pomost pomiędzy Kanadą a Wielkopolską poszukując tego, co w nich podobne. Takich wspólnych punktów, jak się okazało, jest zaskakująco wiele. „Poszukiwaczem symetrii, nie kontrapunktu” nazwał twórcę „Krzyku dzikiej gęsi” Sergiusz Sterna-Wachowiak, badacz esencji „kanadyjskości” w literaturze i sztuce autora, chyba jedynej tego typu inicjatywy w polskiej krytyce. (Sergiusz Sterna-Wachowiak, Szukanie Kanady. Esej torontoński [w:] „Akcent” 2002, nr 3, s.66). ż0aż0a Tomaszewski, potomek wielkopolskich Robinsonów, co to „zagospodarują nawet wyspę bezludną”, odnajduje w nowej ojczyźnie znany sobie światopogląd i wynikający z niego typ zachowań.ż0aż0a Skoncentrowanie się na poszukiwaniu podobieństw między pierwszą i drugą ojczyzną jest czymś oryginalnym, mocno wyróżbfniającym obraz Kanady zawarty w twórczości „torontończyka kościańskiego pochodzenia” na tle wielu innych.ż0aż0a Wielokulturowość jest tu jedną z najlepiej widocznych cech po obu stronach tej osi symetrii. Jest ona najistotniejszą wartością kanadyjskiej społeczności, budzącą wdzięczność i miłość do tolerancyjnego państwa:ż0aż0a „Toronto, Taraunto, Tronto, nawet Trana... słyszy się codziennie. Na ulicy, w tramwaju, w biurze, w sklepie, przy warsztacie pracy. Takie to i miasto. Wymawia się jego nazwę samodzielnie, indywidualnie – każbfdy inaczej. ż0aż0a Inaczej Brytyjczyk. Inaczej imigrant z kontynentu. Inaczej profesor uniwersytetu. Inaczej kierowca taksówki. Jeszcze inaczej chłopiec na posyłki. Ale wsłuchując się w wymowę nie zawsze kulturalnie brzmiącą, wymowę szarego człowieka torontońskiej ulicy, nietrudno wyczuć podziw, wiarę, szacunek, miłość. Do swego miasta”. (Adam Tomaszewski, Jadwiga Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.181).ż0aż0a Autor jest jedną z tych osób. Nic zatem dziwnego, żbfe jego portret Kanady przypomina trochę fotografię ukochanej. W tonie bliskim miłosnemu zwierzeniu utrzymany jest choćby ten na wskroś poetycki opis:ż0aż0a „»O Canada...« (...) jesteś w szumie sosen pochylających się nad wartką Madawaską. Jesteś w postaci starego drwala z Killaloe. W opowieściach zgrzybiałego Jacka, który jużbf nie zadba o swą linię sideł przerzynającą się przez haliburtoński busz. W szkarłacie jesieni ubierającej północny las. W zgrzycie pił odległego tartaku. W gwiździe pociągów budzących tęsknotę w samotnych godzinach nocy. I u Cape Bonavista, i u Zatoki Ha ha ha, na Eagle Peak, na Blue Hills, na Avalonian Ranges...ż0aż0a Jesteś w pieśni regionalnej. W iglicy katedralnej wieżbfy”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus- Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.44).ż0aż0a Nawet dociekania na temat genezy nazwy państwa przybierają formę monologu zakochanego, który cieszy się brzmieniem drogiego mu imienia. „Kanada. Co za dziwne, urocze słowo. Odzywa się w nim jakby tęsknota, jakby dalekie wołanie. Możbfe tak brzmi krzyk dzikich gęsi ciągnących nocą w samotnej dyscyplinie klucza, pod północną zorzą? Możbfe tak zawodzą mewy nad wydmami Nowej Szkocji? Możbfe wymyślili to słowo pierwsi władacze tej ziemi, Irokezi, nazywając swe domki »kanata«, możbfe zasługę przypisać należbfy plemionom Algonquin, wracającym z wypraw do swych osiedli – »odanah« ?ż0a A możbfe to hiszpańscy żbfeglarze? Porwani gorączką złota i rozgorzałą właśnie odkrywczą »competition«, jeszcze przed Champlainem dotarli do Jeziora Couchiching. I kiedy w nadbrzeżbfnych skałach i na ławicach żbfółtego piachu nie pokazał się drogocenny kruszec, zawodzili płaczliwie »Aca nada«, »Aca nada« (nie ma złota). Gdy w pogodny, letni dzień samotny wędrowiec tnie dziobem swego »canoe« toń jezior Haliburton czy Kawarthy, z gąszczów przybrzeżbfnych dojdzie go swojskie, dobrze znane wołanie. To wróbel kanadyjski z biało upierzonym gardziołkiem, śpiewa na cześć słońca, lata, żbfycia: »Sweet, sweet, sweet Canada, Canada, Canada«”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus- Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.42-43).ż0aż0a Jak każbfdy miłosny związek, tak i uczucie do „słodkiej Kanady” (tak określają ją słowa hymnu państwowego) ma swoją dynamikę. Na początku było więc niejasne pojęcie o tym, żbfe ona w ogóle istnieje. Wtedy jeszcze w cieniu dominującej „koleżbfanki”:ż0aż0a „W geografii szkolnej musiała być mowa o Kanadzie. Ale widocznie nie za dużbfo i nie za dobrze nauczono, skoro pojęcie zostało raczej mgliste. Właściwie zawsze podświadomie miało się przekonanie, żbfe to mniej więcej to samo co Stany Zjednoczone. Ot, po prostu Ameryka”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.19).ż0aż0a Fizyczny kontakt z Krajem Klonowego Liścia to wynik „małżbfeństwa z rozsądku”- Kanada była jednym z kilku państw, które zdecydowały się przyjąć polskich żbfołnierzy po drugiej wojnie światowej. Pierwsze doświadczenie to praca ponad siły i nieżbfyczliwość właścicieli farmy:ż0aż0a „Dzień zamknięty między 4.30 A.M. a 10 P.M. Piętnaście godzin męki, wysiłku, agonii, niezadowolenia, szyderstwa, drwiny (...) Na dłoniach nabrzmiałe, bolesne pęcherze”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s. 13).ż0aż0a Gospodarz, Szkot Mac Call, szybko rezygnuje ze „słabowitego” robotnika i odwozi Adam do biura pośrednictwa pracy. Tam bohater autobiograficznego reportażbfu decyduje się szczerze opowiedzieć o swej niedoli urzędnikowi:ż0aż0a „I nie zawiodłem się. Z największym zdziwieniem, zaskoczeniem, ulgą zobaczyłem na twarzy przedstawiciela kanadyjskiej władzy państwowej żbfyczliwy uśmiech. I to był dla mnie szok, najradośniejsze uczucie, najradośniejsze przeżbfycie. Kanada jest inna. Kanada nie składa się tylko z Mac Callów (...) Były potem i przeciwności i trudności i gorzkie nieraz doświadczenia. ale i piękniała nam ta Kanada, rozsłoneczniała się, coraz bardziej...”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s. 17-18).ż0aż0a Zwłaszcza Toronto obdarzy autor po latach takim uczuciem jak kogoś bliskiego. Sugeruje tę postawę m.in. często występujący w opisach miasta zabieg personifikacji jego architektury, np. „Stary ratusz grzeje swe mury w słońcu”, „I śmieje się do wiosny ulica i zatacza się trochę z radości, trochę od...piwa”. (o Queen Street).ż0aż0a „Toronto, Tronto, Trana” maluje portret pięknej metropolii, największego i najprężbfniej rozwijającego się miasta spośród położbfonych powyżbfej północnej granicy Stanów Zjednoczonych. „Tomaszewscy byli świadkami szybkiego przeobrażbfenia się Toronto z prowincjonalnej, nudnej mieściny w elegancką i kulturalną metropolię, należbfącą do czołówki atrakcyjnych miast na amerykańskim kontynencie”. (Florian Śmieja, Pisarze polscy w Kanadzie, s.118). Obserwowali te zmiany codziennie, jak śledzi się rozwój dziecka i coś z macierzyńskiej troski a zarazem dumy rodzica, który przeczuwa przyszłą wielkość najmłodszej pociechy, pobrzmiewa w ich stosunku do Kanady:ż0aż0a „W cieniu Stanów Zjednoczonych i Anglii, dwóch starszych braci, kanadyjski chłopiec dopiero się uczy, dopiero odnajduje w sobie nieznane dotąd bodźce, dopiero odkrywa własne wartości w zapiskach historii tego kraju, dopiero zaczyna kształtować opinię o własnej mocy, możbfliwościach, charakterze. Ale ten naród ma wszystko potrzebne do wielkości. naród dopiero w marszu, dopiero »in the making«. Żaden naród kilkunastomilionowy nie zamieszkiwał dotąd takich przestrzeni, żbfaden nie był tak bogaty, żbfaden nie miał tak potężbfnych aliantów. Słowo alianci nie jest tu zresztą najszczęśliwsze, wymienione potęgi i narody to raczej rodzina. W rodzinie mogą być kłótnie i nieporozumienia, ale w razie potrzeby - staje się murem. Więzy te bardzo są mocne. Wspólna historia, wspólnie na polach bitew rozlana krew, wspólna tradycja, język, pieśń...”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.42).ż0aż0a Kto ma nową rodzinę, nie tęskni tak mocno za tą utraconą, w której urodził się i wychował. Dlatego możbfe w prozie mieszkańca tego wielokulturowego Domu „na próżbfno szukać (...) rozpaczy wygnańca, tułacza, włóczęgi. (Piotr Śliwiński, Lustro i echo. O pisarstwie podróżbfniczym Adama Tomaszewskiego [w:] Jesteś wszędzie, Itako...,s.41).ż0a ż0a Na początku wygnańczej wędrówki Tomaszewskich myśl ucieka przy byle okazji do polskiego Domu, który zmuszeni byli opuścić. „Mijają lata. Gorsze i lepsze. Lata oporów wewnętrznych, niechęci i krytyki”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana, s.27).ż0aż0a Z czasem jednak okazuje się, żbfe to nie bezładna tułaczka, ale pielgrzymka, której celem jest Dom. I ten cel został osiągnięty. Jest to bowiem nowy Dom – kanadyjski. Bo centrum świata stało się dla nich Toronto. Tak jak poeta Czaykowski „narodzili się raz jeszcze” w tym kraju. Ale ten moment ustalenia się nowego centrum świata to wynik długiego procesu asymilacji:ż0aż0a „Stopniowo krytyka – nieunikniona, bo leżbfąca w naszym charakterze narodowym – słabła w nasileniu. Jużbf zaczynaliśmy Kanady bronić. Z początku przed nowszymi imigrantami z innych krajów. Jużbf denerwowało nas, żbfe wszystko im się nie podoba, gdy nie znają jeszcze cząstki prawdy o tym kraju. ż0aż0aPotem przyszły chwile innej, bardziej drastycznej obrony. Gdy coraz częściej zaczęli przybywać goście z własnego kraju, gdy raz po raz słyszeliśmy, żbfe wszystko co polskie, to lepsze. Czy ucichła tęsknota? Czy stępiało uczucie? Nie wiemy. I choć trudno nam powiedzieć jeszcze »Chosen Country«, jak Dos Pasos o Stanach, bośmy tego kraju nie wybrali, wytworzyło się jużbf w nas przywiązanie, poczucie łączności. Poczucie ważbfniejsze niżbf formalność uzyskania obywatelstwa, niżbf prawo głosowania. Ludzie z pokolenia średniego rzadko bardzo stają się stuprocentowymi Kanadyjczykami, ale i dla nich po latach jest jasne, żbfe Kanada to nie tylko schronienie czasowe dla tułaczy, to nie jeden z wielu namiotów długiej wędrówki po świecie, ale dom, do którego się wraca”. (A. Tomaszewski, J. Jurkszus-Tomaszewska, Toronto, Tronto, Trana). ż0a ż0aOprac. J. Sokolowska-Gwizdkaż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇtoronto_stare_miasto_3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, Toronto, stare miasto, olej na płótnieˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇ7ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇtoronto_stare_miasto_3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ315ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇEwa Bagłajˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006010910107ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11172ˇ1135869430ˇ7ˇ1135966467ˇ7ˇ12ˇ30ˇ2005ˇTo jużbf dziewiąty razˇ Po raz dziewiąty, w piątek 16 grudnia, swój przedświąteczny Opłatek świętowała Polonia Przyszłości w Café Kultura w Centrum Jana Pawła II w Mississaudze. Dla mnie, to dopiero czwarty, ale jużbf zdążbfyłem przesiąknąć tą ciepłą i serdeczną atmosferą, jaka panuje niezmiennie na tej dorocznej imprezie członków i sympatyków Polonii Przyszłości. ˇOrganizacją bufetu, jak co roku, zajęli się bardzo sprawnie państwo Wiktoria i Leszek Górnikowie i jedyne, o co mógłbym mieć pretensję to to, żbfe niestety po tymżbfe piątku, kiedy nazajutrz rano stanąłem na łazienkowej wadze… no cóżbf, nie będę się kompromitował pisząc o ile strzałka podskoczyła. Ewidentnie, jednak, to ich "wina", bo tak wszystko było smaczne i jeszcze do tego tyle i taka różbfnorodność. Opłatek jednak nie był tylko po to, by smacznie zjeść. ż0aż0a Ten wieczór, jak zawsze, bogaty był w treści duchowe, w tym tradycyjne i nawet awangardowo, a pięknie śpiewane kolędy. Mistrzynią ceremonii była nasza koleżbfanka redakcyjna Małgorzata Bonikowska, która witała przybyłych gości i zapraszała na scenę kolejnych mówców i artystów. Wśród gości gorącymi oklaskami powitano konsula generalnego dr. Piotra Konowrockiego z małżbfonką oraz konsula Andrzeja Krężbfela z małżbfonką. Serdecznie przywitany oklaskami przez wszystkich został prezes Zarządu Głównego Kongresu Polonii Kanadyjskiej inżbf. Grzegorz Sobocki. ż0aż0a Do zgromadzonych przemówił przewodniczący Polonii Przyszłości pan Jan Brodziński, nawiązując do swoich wspomnień z wigilii roku 1944, którą, jako mały chłopiec spędzał w obozie koncentracyjnym. Zaapelował on do wszystkich, aby nie dali się wciągnąć w ostatnią modę poprawności politycznej doprowadzonej do absurdu, polegającej na skrzętnym omijaniu nazwy Bożbfego Narodzenia i zastępowaniu jej "neutralnymi" określeniami, jak "ferie świąteczne". ż0aż0a Małgorzata Bonikowska zwróciła uwagę na fakt, żbfe w Polonii Przyszłości zmieniają się ludzie stojący na czele Zarządu, lecz zmiany te odbywają się w atmosferze spokoju i przyjaźni. Zgromadzonych na sali pozdrowił serdecznie inżbf. Grzegorz Sobocki, żbfycząc radosnych Świąt i powodzenia w nadchodzącym roku. Zabierając głos konsul generalny zwrócił uwagę na miły nastrój. Powiedział, żbfe rok ostatni był przełomowy zarówno dla Polski, jak i dla Polonii. Stwierdził, żbfe w Polonii jest miejsce dla ludzi o różbfnych światopoglądach i wyraził nadzieję, żbfe różbfnice te nie będą w przyszłości powodem konfliktów. ż0a ż0a Dodam tu od siebie, żbfe Polonia Przyszłości skupia ludzi o różbfnych orientacjach politycznych. Nie przeszkadza im to w najmniejszym stopniu lubić się wzajemnie i szanować. Do urny wrzucają kartki z krzyżbfykami przy różbfnych kandydatach. Przy stole dzielą się opłatkiem z taką samą serdecznością i dobrą wolą, jak z najbliżbfszą rodziną. To dzielenie się opłatkiem w Polonii Przyszłości jest każbfdego roku momentem bardzo podniosłym i przejawem niekłamanej serdeczności między wszystkimi obecnymi. To nie tylko formalne podawanie sobie dłoni. Tu obejmują się i ściskają przyjaciele. ż0aż0a I tu refleksja. Sam nie jestem członkiem Polonii Przyszłości. Na opłatkach bywam jako sympatyk, nie znając nawet statutu. Ale widzę jedno. Gdyby Polska przyszłości i Polonia przyszłości potrafiły tak żbfyć, aby różbfnice światopoglądowe i polityczne nie przeszkadzały we wzajemnym szanowaniu się, gdyby nie tworzono sztucznych podziałów na "prawdziwych" i "nieprawdziwych" Polaków, o ile żbfycie nasze w kraju i na emigracji byłoby lepsze, ciekawsze i bogatsze. O ile mniej stresujące. ż0aż0a I chyba tu leżbfy sedno i głęboki sens tej organizacji, w której wszyscy bezkonfliktowo pracują dla realizacji wspólnego celu - promowania dobrego imienia naszej pierwszej Ojczyzny Polski, wraz z jej kulturą. Bo to od nas wszystkich zależbfy przyszłość Polski. ż0aż0a Pierwszym i doniosłym punktem programu artystycznego był występ ośmiorga utalentowanych dzieci z Mavo Academy of Arts and Music, wraz z ich nauczycielkami, Magdą Papierz i Olą Turkiewicz. ż0aż0a Kolędy wykonane w niekonwencjonalnych aranżbfacjach były bardzo gorąco przyjęte przez widownię. Trudno mi nie wymienić tu trzech, które mi szczególnie utkwiły w pamięci. Kolęda Ernesta Brylla z pastorałki "Kolęda, nocka" w przejmujący sposób oddała nastrój stanu wojennego, którego 24. rocznica ogłoszenia właśnie minęła. ż0aż0a Zupełnym majstersztykiem aranżbfacji były dwie kolędy w jednym wspólnym utworze, mianowicie, "Gdy się Chrystus rodzi" i "Mędrcy świata", śpiewane w duecie przez Magdę Papierz i Olę Turkiewicz. Wreszcie, coś zupełnie egzotycznego, niemniej absolutnie pięknego: "Mizerna cicha", śpiewana w stylu i z podkładem klezmerskim, przechodząca w znaną i łatwo wpadającą w ucho melodię: "Hevenu Szolem Alejchem". ż0aż0a Sala reagowała rytmicznymi oklaskami. Ola Turkiewicz i Magda Papierz zaśpiewały teżbf kilka kolęd solo. ż0aż0a Popularny polonijny bard Marian Kamiński zaśpiewał ciekawy song Wertyńskiego o smutnych świętach spędzanych gdzieś na obczyźnie, w jakimś barze. Marian bardzo wzbraniał się, ale w końcu, na żbfyczenie publiczności, zagrał i zaśpiewał teżbf słynne "Mury" z repertuaru Jacka Kaczmarskiego. ż0aż0a Magda Tomsińska ma jużbf swoje stałe miejsce w opłatkach Polonii Przyszłości. Co roku przyjeżbfdżbfa ażbf z Waterloo, by zaprezentować na lutni i na gitarze piękne kolędy dawne: średniowieczne, renesansowe i barokowe. ż0aż0a Swój występ przeplatała ciekawymi opisami historii każbfdego utworu. Ta utalentowana kobieta-entuzjastka jużbf zdążbfyła zarazić "bakcylem" rodowitych Kanadyjczyków i wydać z nimi wspólnie płytę CD, na której oni wraz z nią śpiewają po polsku! Jeśli mówimy o potrzebie bycia ambasadorami kultury polskiej, to tutaj jest piękny i prawdziwy przykład! ż0aż0a Takie samo stałe miejsce w programach artystycznych na opłatku Polonii Przyszłości ma zespół "Rodzina" - czwórka rodzeństwa Rutów - dwie siostry i dwóch braci. Pamiętam, jakie to były jeszcze dzieciaki cztery lata temu, kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem w tej miłej imprezie. Z roku na rok dzieci rosły. Najstarsza siostra z dziewczynki przeszła kolejno w stadium podlotka, a dziś jużbf chyba "panny na wydaniu", jej młodsza siostra jużbf ją powoli dogania, a chłopcy urośli i bardzo spoważbfnieli. Ale śpiew ich jest tak samo spontaniczny i z roku na rok dojrzalszy. Oprócz kilku kolęd po polsku, zaśpiewali teżbf popularny i rytmiczny przebój: "Feliz Navidad". ż0aż0a W tym roku, po raz drugi, atrakcją był zespół "Zygzak" w składzie: Roman Cholewa i Ryszard Podyma, śpiewający oraz grający na keyboardzie i saksofonie. Wraz z nimi chętnie podchwycili popularne i znane kolędy wszyscy na sali. Z zespołem tym wystąpiła solistka - Vanessa Meli, piękna dziewczyna o pięknym głosie, która zaprezentowała szereg kolęd artystycznych w języku angielskim. Z nich, najbardziej utkwiła mi w pamięci: "O Holy Night!".ż0a ż0a Opłatek w tej grupie jest, co roku, przeżbfyciem miłym. Czuje się, żbfe się jest otoczonym szczerą żbfyczliwością, dobrą wolą, przyjaźnią. Atmosfera jest tak sympatyczna, żbfe cieszę się, iżbf do następnego opłatka pozostał jużbf niecały rok.ż0aż0aTekst i zdjęcia Witold Lilientalż0aż0a***image1:center*** ż0a  ż0a***image2:center*** ż0a  ż0a***image3:center***  ż0a ż0a***image4:center*** ż0a  ż0a***image5:center***  ż0a ż0a***image6:center***ż0aż0a•••ż0aż0aDziękujemy sponsoromż0aż0a Polonia Przyszłości serdecznie dziękuje naszym drogim Sponsorom za pyszności: ż0a1. Starsky Foods Inc.(i za dodatkowe prezenty dla dzieci)ż0a2. Fregata Restaurantż0a3. Warmia Deli Delicatessenż0a4. Eden Garden Fruits & Vegetablesż0a5. Jo & John Meat Product & Delicatessen Ltd.ż0a6. Eddie's Meat Products Factory Outlet Inc.ż0a7. Zagłoba Deli & Restaurantż0a8. Wisła Delicatessenż0a9. Arkady Cafe & Restaurantż0a10. Burnhamthorpe Fruit Marketż0a11. Jaśwoj Bakeryż0a12. Arkadyż0a13. Polsmakż0a14. Ontario Best Rye Breadż0a15. Sesameż0a16. Fine bakery and Deli.ż0aż0a Dziękujemy Wykonawcom, wszystkim Gościom i Koleżbfankom i Kolegom, którzy napracowali się przy organizacji tej uroczej imprezy.ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aż0a ˇautoˇautoˇ18ˇjanek.jpgˇkonsul_005.jpgˇmagdaolamavo.jpgˇrodzina_001.jpgˇtomsinska_001.jpgˇvanessa.jpgˇˇˇˇˇPrzewodniczący PP - Jan BrodzińskiˇKonsul generalny RP dr Piotr KonowrockiˇMagda Papierz, Ola Turkiewicz i dzieci z MAVO Academy of Arts and MusicˇRodzinaˇMagdalena TomsińskaˇVanessa i Zygzakˇˇˇˇˇ3ˇ14ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇjanek.jpgˇkonsul_005.jpgˇmagdaolamavo.jpgˇrodzina_001.jpgˇtomsinska_001.jpgˇvanessa.jpgˇˇˇˇˇ400ˇ300ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇ533ˇ400ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇˇˇˇˇ2ˇWitold Lilientalˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2005123010314ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11348ˇ1137139087ˇ7ˇ1137139136ˇ7ˇ1ˇ13ˇ2006ˇJan Pietrzak gościem IX Polonijnego KabaretonuˇNa IX Kabaretonie wystąpi super Gość z Polski - legenda polskiego kabaretu - Jan Pietrzakż0aż0a***image1:center***ˇKabaret Hybrydyż0aż0a Studencki kabaret Hybrydy, założbfony i prowadzony latach 61-67 przez Jana Pietrzaka był w tym okresie jednym z ważbfniejszych przejawów niezależbfnej kultury studenckiej.ż0a ż0a Nowatorski w sensie formalnym, odważbfny satyrycznie - wyróżbfniał się zdecydowanie na tle innych studenckich zespołów tamtego okresu.ż0a ż0a Jan Pietrzak, który zawsze miał nosa do promowania "talentów" - umożbfliwił tam start artystyczny wielu znanym potem osobom. Pierwsze kroki stawiali na scenie Hybryd m. in. Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Stefan Friedman, Maciej Damięcki, Maciej Pietrzyk, Wojciech Młynarski.ż0aż0a Kabaret oskarżbfony w atakach prasowych o podważbfanie kierowniczej roli partii i demoralizację socjalistycznej młodzieżbfy został w 67 roku wykluczony z ruchu studenckiego.ż0aż0aż0aKabaret pod Egidąż0aż0a Powstał jesienią 1967 roku jako artystyczna kontynuacja studenckiego kabaretu Hybrydy. Patronowały zespołowi Stołeczna Estrada i program 3 Polskiego Radia. Siedzibą kabaretu w latach 67-75 był pałacyk Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych przy ulicy Chmielnej 5. Rozpoczęcie działalności kabaretu datuje się na 10 lutego 68 roku, ponieważbf przez kilka miesięcy trwało uzgadnianie tekstów z cenzurą. ż0aż0a Filarami pierwszej edycji, poza liderem Janem Pietrzakiem, byli Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jan Raczkowski, Krzysztof Paszek, Hanna Okuniewicz, Barbara Kraftówna, An-na Prucnal, Kazimierz Rudzki, Wojciech Siemion, Wojciech Brzozowicz oraz Jan Stanisławski.ż0aż0a Niezwykłą popularność zyskał Kabaret pod Egidą w czasie odwilżbfy politycznej po upadku Gomułki i objęciu władzy przez Gierka. Tak będzie się działo przez wszystkie kolejne lata, żbfe zmiany polityczne mają wyraźny wpływ na wymowę programów kabaretowych. ż0aż0a Wynika to z faktu, żbfe głównym przedmiotem zainteresowania tego zespołu są najważbfniejsze sprawy polityczne i społeczne kraju. Z tego powodu ciśnienie władz wielokrotnie uniemożbfliwia popularyzację kabaretowych utworów.ż0aż0a Pod koniec lat siedemdziesiątych zespół coraz częściej był ż0aprzeganiany z kolejnych lokali i zakazany w komunistycznych mediach. Wybuch Solidarności w sierpniu 80 roku sprawił żbfe Kabaret pod Egidą stał się niezwykle popularny w całej Polsce. Pieśń "Żeby Polska była Polską" Włodzimierza Korcza i Jana Pietrzaka określana była mianem hymnu "Solidarności".ż0aż0a Stan wojenny ponownie zdelegalizował działalność kabaretową. Dopiero od połowy lat osiemdziesiątych Kabaret pod Egidą ponownie zaistniał publicznie, ciesząc się jak zwykle olbrzymim powodzeniem u publiczności. Występujący wtedy artyści to: Ewa Dałkowska, Ewa Błaszczyk, Edyta Geppert, Piotr Fronczewski, Wojciech Pszoniak, Jerzy Dobrowolski, Janusz Gajos, Kazimierz Kaczor, Paweł Dłużbfewski, Marek Majewski, oraz Krzysztof Daukszewicz.ż0aż0a Cechą charakterystyczną Kabaretu pod Egidą odróżbfniającą go od innych tego typu zespołów jest odważbfne poszukiwanie pra-wdy w żbfyciu publicznym, piętnowanie zakłamania, i ostre satyryczne widzenie rzeczywistości...ż0aż0a W latach 90. kabaret dysponował dwoma stałymi lokalami w Krakowie i Bytomiu. W Warszawie uzyskanie stałej siedziby dla Kabaretu pod Egidą w dalszym ciągu jest niemożbfliwe. ż0aż0a W polskim radiu i telewizji programy Kabaretu pod Egidą i personalnie Jan Pietrzak są absolutnie zakazane. Poza osobami wymienionymi powyżbfej, znaczący wpływ na artystyczny wyraz Kabaretu pod Egidą mieli następujący artyści: Andrzej Sczepkowski, Krystyna Sienkiewicz, Danuta Rinn, Renata Zarębska, Agnieszka Fatyga, Emilian Kamiński, Jacek Kaczmarski, Marcin Wolski, Stanisław Klawe, Marcin Daniec, Maciej Damięcki, Krzysztof Heering, oraz Krzysztof Piasecki. ż0aż0a Kabaret pod Egidą aktualnie występuje w różbfnych składach, od trzech do siedmiu osób w całej Polsce i w środowiskach polonijnych.ż0aż0a•••ż0aż0aAnkieta Personalnaż0aż0aHobby ż0a Produkcja wina domowego: landrynki + spirytus ż0aż0aZawód ż0a Wystawiam się na pośmiewisko i za to mi płacą. 65 lat. Co robić dalej z tak pięknie rozpoczętym żbfyciem...? ż0aż0aMotto ż0a Po pierwsze - przetrwać, po drugie - nie Śmierdzieć! ż0aż0aKabaret ż0a Sposób na żbfycie. ż0aż0aSztuka ż0a O sztuce niech mówi publiczność. Artyści mają mówić o żbfyciu.ż0aż0aZła publicznośćż0a Ta, która nie chce kupić na mnie biletu. ż0aż0aAutentyczny komplement ż0a Panie Pietrzak, te pana kawałki są poprzedzone umysłem. ż0aż0aŻelazna zasada ż0a Show must go on! ż0aż0aRodzina ż0a Niezbędne minimum społeczne w domu. ż0aż0aTrudności ż0a Nikt mi łatwego żbfycia nie obiecywał i danej obietnicy dotrzymał.ż0aż0aż0aPOWIEDONKA PANA JANKA ż0aż0aJest śmiesznie, będzie jeszcze śmieszniej!ż0a•••ż0aNie ma wolności bez wesołości!ż0a•••ż0aZwiązki Zawodowe - kuźnią kapitalizmu!ż0a•••ż0aBądź słoneczny - zachodź wieczorem do domu!ż0a•••ż0aŻycie jest za krótkie by żbfyć byle jak!ż0a•••ż0aPietrzak na prezydenta! Nie będzie lepiej, ale weselej!ż0a•••ż0aŻeby Polska była Polską!ż0a•••ż0aMarksjanie zagrażbfają Ziemi!ż0a•••ż0aPrzewróćmy normalność! Wypierzmy przeszłość!ż0a•••ż0aKasa nasza - wiosna wasza!ż0aż0a•••ż0aż0aBiografia:ż0aż0a Jan Stefan Pietrzak, urodzony w Warszawie na Targówku 26 kwietnia 1937 roku, syn Wacława i Władysławy z Majewskich.ż0aż0a Twórca i lider dwóch satyrycznych kabaretów: studenckiego w Hybrydach (lata 60-67) i Kabaretu pod Egidą (od 67 do... ?). Autor tysięcy piosenek, monologów, felietonów oddających polskie nastroje i realia ostatniego półwiecza. Niezrównany komentator społecznych i politycznych przygód społeczeństwa przełamującego zniewolenie komunistycznego ustroju.ż0aż0a Jego patriotyczna pieśń "Żeby Polska była Polską" stała się w 80 roku spontanicznym hymnem Solidarności. Powiedzonka, refreny, myślowe skróty pana Janka zapadły w pamięć milionom słuchaczy.ż0aż0a Wprowadził nowy, niestosowany wcześniej styl prowadzenia kabaretowej narracji, styl, który znalazł licznych naśladowców. Określono go mianem "ojca chrzestnego" kabaretowej branżbfy. Patronował wielu utalentowanym osobom, doprowadzając do sukcesów i popularności znane obecnie gwiazdy estrady.ż0aż0aż0a Dorobił się teżbf potężbfnych oponentów, nieułatwiających mu żbfycia. ż0aż0a Tak jużbf bywa, żbfe prawdziwy satyryk płaci wysoką cenę za odwagę żbfartowania z nadętych wielkości.ż0aˇautoˇautoˇ66ˇpietrzak_20jan.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ58ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇpietrzak_20jan.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ261ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006011310958ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11349ˇ1137139528ˇ7ˇ1137139796ˇ7ˇ1ˇ13ˇ2006ˇZa tydzień IX, a za rok jubileusz...ˇ Jeszcze mieścimy się w pierwszej dziesiątce - tegoroczny Polonijny Kabareton ma numer dziewięć. Za rok wielki jubileusz.ˇ A jest co świętować, ponieważbf ta specyficznie "Bańkowa" tradycja przyjęła się znakomicie i stała się stałym elementem naszego torontońskiego żbfycia kulturalnego. ż0aż0a Te maratony śmiechu powstały w nawiązaniu do idei z Polski z lat 60., której autorem był Jacek Fedorowicz (gość V Polonijnego Kabaretonu). Kabareton to po prostu "kabaret" i "maraton", czyli wielkie widowisko kabaretowe. Wszyscy pamiętamy kabaretony w Opolu. Tu, w Toronto, polonijne kabaretony wymyślili artyści Kabaretu pod Bańką w 1997 roku, dostrzegając działalność wielu grup kabaretowych takich jak "Szuflada" nieżbfyjącego jużbf Jacka Janowskiego, prawie 10-letni wówczas kabaret z Ottawy "Po ósmej" Romana Górnego, "Klub za 5 dolarów" w Cambrigde, "Razem z nami" w St. Catharines (później nazwa została zmieniona na "Teatr bez aktora"), kabaret "To i owo" w Hamilton. I tak narodził się pomysł, aby w jednym czasie i miejscu pokazać te grupy, aby się poznały, miały okazję do wymiany doświadczeń i pomysłów, a publiczności dać gigantyczną maratonową dawkę rozrywki. Kabareton numer I odbył się w styczniu 1998 roku i te styczniowe terminy pozostały. ż0aż0a Od tego czasu impreza rozrosła się niesamowicie. Poza grupami kabaretowymi występują artyści niezależbfni - widzieliśmy i słyszeliśmy na Kabaretonach Olę Turkiewicz, Vasyla Popadiuka, Mariana Kamińskiego, Adama Buraka, kanadyjskich muzyków, jak słynny Don Thompson i wielu innych. Zaczęły pojawiać się grupy taneczne, a ostatnio - wybitnie utalentowana dziecięca grupa wokalno-taneczna MAVO Academy of Arts and Music, prowadzona przez Magdę Papierz.ż0aż0a O torontońskich Kabaretonach słychać nie tylko w Kanadzie i USA, ale i w Polsce, a to takżbfe z powodu wspaniałego pomysłu zapraszania na programy kabaretonowe gości z Polski - i to gości z "najwyżbfszej półki", takich jak Dorota Stalińska, Marian Opania, Stefan Friedmann, Jacek Fedorowicz, Maciej Damięcki, Roman Kłosowski, Barbara Wrzesińska, Emilia Krakowska, Tadeusz Drozda. Wszyscy oceniali te torontońskie spotkania z kabaretową bracią i publicznością, bardzo wysoko. ż0aż0a***image1:center***ż0aż0a***image2:center***ż0aż0a W tym roku, za tydzień spotkamy się na IX Kabaretonie. Nieco więcej szczegółów o tegorocznym programie zdradzi nam Wojtek Gawenda.ż0aż0aMPB: Jak idą przygotowania?ż0aż0aWG: Praca wre, bo przygotowanie takiego spektaklu jest wielkim przedsięwzięciem. Tworzymy nowy program naszego kabaretu - piosenki, skecze, konferansjerkę, powstają kostiumy, scenografia, odbywają się próby muzyczne i aktorskie, a poza tym jest przecieżbf cała strona organizacyjna - sala, nagłośnienie, przygotowanie wizyty gości, programu ich pobytu, sprawa biletów.ż0aż0aMPB: A skoro o tym mowa, jak się sprzedają bilety?ż0aż0aWG: Na sobotę nie ma jużbf biletów, a piątkowe się jużbf kończą. W razie problemów proszę dzwonić pod telefon informacyjny - możbfe będą jakieś zwroty. I proszę się nie martwić, jeżbfeli dostaną Państwo bilety z tyłu sali. Od trzech lat na Kabaretonach jest ogromny ekran, na którym widać znakomicie co dzieje się na scenie - zbliżbfenia, każbfdy szczegół. Tak więc pracujemy i my i cały wielki sztab ludzi, ponieważbf przygotowanie Kabaretonu, to przecieżbf dzieło nie tylko Kabaretu pod Bańką. Dziesiątki osób muszą zająć się sceną, scenografią, nagłośnieniem, kwiatami, biletami i tysiącem innych szczegółów, których nie widać, ale gdyby choć jednego zabrakło - widoczne i odczuwalne byłoby to na pewno. ż0aż0aMPB: Czego możbfemy się spodziewać w tym roku?ż0aż0aWG: Będziemy my i Kabaret po Ósmej z Ottawy. Inne grupy albo zawiesiły działalność albo się rozwiązały. Właśnie poszukujemy nowych, jeżbfeli takowe są. Nikt się nie zgłosił na ten rok, więc możbfe jakieś nowe grupy zobaczymy za rok... Po raz drugi nie będzie Kabaretu To i Owo z Hamilton, mimo zaproszenia. Dlaczego? Nie wiemy, odsyłam do nich samych. Będzie pięciu wykonawców indywidualnych - kto, to tajemnica. I po raz trzeci zobaczą Państwo nasze dzieci z MAVO, które po raz drugi wystąpią nie same, ale w naszym programie Kabaretu pod Bańką, z nami. Będzie jeszcze jedna niespodzianka, jeżbfeli chodzi o te przyszłe gwiazdy scen polonijnych - ale to zobaczą Państwo sami.ż0aż0aMPB: I ten najważbfniejszy gość - gwiazda z Polski...ż0aż0aWG: Tak, nareszcie, po kilku latach niemożbfności zgrania terminów, udało się nam zaprosić legendę kabaretu lat 60., 70., 80... i tak dalej - Jana Pietrzaka. Bardzo chcieliśmy, aby "zmieścił się" w pierwszej dziesiątce, przed jubileuszem. I udało się. To dodatkowa okazja, żbfe teraz, bo właśnie obchodziliśmy 25-lecie "Solidarności", a on jest przecieżbf ikoną tamtych czasów - "Żeby Polska była Polską" to wszak nieoficjalny hymn ruchu wolnościowego w Polsce. Jan Pietrzak przyjeżbfdżbfa z własnym pianistą, Krzysztofem Paszkiem.ż0aż0aMPB: Czy przedstawi nowy program?ż0aż0aWG: Jan Pietrzak był zawsze niezbyt dobrze widziany w telewizji w latach 70. i 80., z małą przerwą na czasy solidarnościowe, a teraz, w czasach wolnej Polski, co ciekawe, jest znowu podobnie. Poza jego benefisem, nie są pokazywane jego programy, więc mało kto, poza tymi, którzy widywali go na jego programach na żbfywo, zna obecnego Pietrzaka. Do tego jest on wyjątkowym obserwatorem i komentatorem, więc jego programy powstają na bieżbfąco, jako komentarze do aktualnej sytuacji w Polsce. Jak wiemy, po wyborach niezwykle barwna scena polityczna w Polsce jest świetnym materiałem kabaretowym. Będzie więc na pewno wspaniale i śmiesznie. Możbfna zresztą zajrzeć na jego stronę internetową, gdzie jest wiele ciekawych informacji - www.pietrzakjan.com.pl, albo przeczytać zeszłotygodniowy artykuł w "Gazecie".ż0aż0aMPB: Z tego co wiemy, występ na Kabaretonie nie jest jego jedynym występem w Kanadzie?ż0aż0aWG: Jan Pietrzak odbędzie tu niewielkie tournée - 22 stycznia o godz. 18.00 wystąpi w hali Polskiej w London, 27 stycznia o godz. 20.00 w Thunder Bay, 28 - o godz. 18.00 w Domu Polskim w Ottawie, a 29 stycznia o godz. 17.00 w Towarzystwie Białego Orła w Montrealu. Przedstawi ten sam program co na naszym Kabaretonie. Warto się wybrać, bo to okazja wyjątkowa.ż0aż0aMPB: Czekamy z niecierpliwością, ciesząc się, żbfe mamy bilety, bo wygląda na to, żbfe wiele osób będzie musiało czekać na jubileuszowy, dziesiąty Kabareton...ż0aż0a Małgorzata P. Bonikowska ż0aż0aż0aI jeszcze jedna informacja. Ci z Państwa, którzy byli na zeszłorocznym programie Kabaretu pod Bańką z udziałem Agnieszki Fatygi, pamiętają zapewne zbiórkę pieniędzy na sprzęt dla Domu Dziecka w Jedlinie Zdroju, zorganizowaną z inicjatywy państwa Burzów. Widzowie okazali się wówczas bardzo hojni i przesłane do domu dziecka pieniądze pozwoliły na zakupienie bardzo potrzebnych tej placówce sprzętów. Obok listy w tej sprawie, które skierowane są i do Kabaretu pod Bańką i do wszystkich Państwa, którzy pomogli tamtego wieczoru.ż0aż0aPodziękowaniaż0aż0a Państwowy Dom Dziecka w Jedlinie Zdroju z całego serca (a mamy ich ażbf 69) DZIĘKUJE Kabaretowi pod Bańką za zorganizowanie dla nas zbiórki pieniędzy. Rzecz odbyła się na występach Kabaretu w Centrum Jana Pawła II w Mississaudze 10 i 11 czerwca br., a rezultaty przeszły wszelkie nasze oczekiwania. Dzięki niezwykłej hojności obecnych tam ludzi udało się zebrać odpowiednio $807,91 i $661,73 oraz 18 US$. Pieniądze z wielką radością przeznaczymy na zakup pralek dla naszej placówki.ż0a ż0a Jeszcze raz pragniemy gorąco podziękować Kabaretowi i jego wspaniałej publiczności za ogro-mne serce, jakie nam okazali.ż0aż0aZ poważbfaniem ż0aIzabela Rowska-Burzaż0aż0a Wszystkich zainteresowanych pomocą prosimy o kontakt:ż0aKanada - Izabela Rowska-Burza, tel. 905-306-0983 Mississauga, Polska - Państwowy Dom Dziecka tel: 011 48 74 845-5330 Jedlina Zdrój, email: ddjedlina@wp.plż0aż0a•••ż0aż0aNasi Kochani Przyjaciele z Kanady ż0aż0a Przesyłamy gorące pozdrowienia z ośnieżbfonej i mroźnej Jedliny. ż0aż0a Dziękujemy bardzo za sprzęt, za pieniążbfki zakupiliśmy pralki automatyczne, odkurzacze, czajniki bezprzewodowe i roboty kuchenne. Wymieniony sprzęt jest bardzo przydatny.ż0a ż0a Dzieci wykonują pranie własnej odzieżbfy w pralkach, ponieważbf do pralni odwozimy tylko pościel, ręczniki i obrusy. Pozostałe rzeczy prane są w pralkach w domu dziecka. ż0aż0a W każbfdej grupie są kuchenki grupowe, w których dzieci przygotowują kolację, podwieczorki, pieką ciasta na urodziny, imieniny i inne uroczystości. ż0aż0a Dlatego w codziennej pracy wykorzystują zakupiony sprzęt za Wasze pieniążbfki. Jesteśmy wdzięczni za wszystko i bardzo dziękujemy. ż0aż0a Cieszymy się, żbfe są osoby, które niosą pomoc innym oraz naszemu domowi. Przesyłamy zdjęcia sprzętu, który kupiliśmy za pieniążbfki od Was otrzymane.ż0aż0a Przesyłamy gorące pozdrowienia oraz podziękowania dla wszystkich.ż0aż0aDyrektor, personel ż0aoraz wychowankowie ż0aDomu Dziecka w Jedlinie Zdrojuż0a   ż0a***image4:center***   ż0aż0a***image3:center***ż0aż0a***image5:center***ż0aż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ66ˇbanka1_001.jpgˇbanka2_001.jpgˇczajniki.jpgˇpralka-odkurzaczjpg.jpgˇodkurzacz.jpgˇˇˇˇˇˇTak było rok temu - wykonawcy VIII Polonijnego Kabaretonu z Gościem z Polski - Tadeuszem DrozdąˇKabaret pod Bańką z Tadeuszem Drozdąˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ59ˇpmˇ7ˇˇ1ˇˇˇbanka1_001.jpgˇbanka2_001.jpgˇczajniki.jpgˇpralka-odkurzaczjpg.jpgˇodkurzacz.jpgˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇ267ˇ267ˇ302ˇ302ˇ302ˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006011310959ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11374ˇ1137424528ˇ8ˇ1137437442ˇ7ˇ1ˇ16ˇ2006ˇMALARSTWO ILONY BIERNOTˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, grudzień 2005, nr 36ż0aż0a***image2:center***ż0aˇ***image1:center***ż0aż0a***image3:center***ż0aż0a***image4:center***ż0aż0aż0aIlona Biernotż0aż0a 1976-1982 studia w Katowickim Wydziale Grafiki ASP w Krakowie.ż0a1982- dyplom z projektowania książbfki w katedrze doc. Stanisława Kluskiż0aOpracowanie graficzne wierszy Czesława Miłoszaż0aDyplom dodatkowy z grafiki warsztatowej w katedrze prof. Andrzeja Pitcha.ż0aTechnika graficzna: mezzotinta.ż0a1982- udział w zbiorowej wystawie malarstwa studentów ASP, BWA Katowice.ż0a Dyplom 82, Ogólnopolska wystawa najlepszych dyplomów ASP, Zachęta.ż0a1983- Zbiorowa wystawa grafiki, Gliwice.ż0a udział w zbiorowej wystawie grafiki w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu.ż0a1989- Wystawa indywidualna malarstwa, Palazzo Frontini, Ancona, Włochy.ż0a1991- Wystawa portretów, galeria PKO, Toronto.ż0a1992- Polscy artyści w sztuce kanadyjskiej, City Hall, Toronto.ż0a1993- Wystawa indywidualna malarstwa, Galeria 306, Toronto.ż0a1994- 'Poezja na płótnie' wystawa Bistro 990, Toronto.ż0a1995- Wystawa portretów, Galeria 7, Toronto.ż0a1996- 13 doroczna wystawa portretów, F. Anderson Boston.ż0a1998- Wystawa portretów galeria Galileo, Toronto.ż0a2003- Wystawa indywidualna malarstwa, Galeria Brush, Toronto.ż0a2004- 14 doroczna wystawa zbiorowa, Galeria McMichael, Kleinburg.ż0aż0aż0abiernot@sympatico.caż0a(416) 924-1945ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇa-dream_241.jpgˇcatharsis_24.jpgˇesther_24.jpgˇscape-goat_241.jpgˇˇˇˇˇˇˇIlona Biernot, A-dreamˇIlona Biernot, CatharsisˇIlona Biernot, EstherˇIlona Biernot, Scape-goatˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ12ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇa-dream_241.jpgˇcatharsis_24.jpgˇesther_24.jpgˇscape-goat_241.jpgˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇ528ˇ534ˇ537ˇ540ˇˇˇˇˇˇˇ2ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006011601012ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11375ˇ1137429867ˇ8ˇ1139368554ˇ8ˇ1ˇ16ˇ2006ˇ Z rodzinnego albumu. Zamość. Hrubieszów.ˇTradycje polskiego domuż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, grudzień 2005, nr 36ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aˇWspomnienia te dedykuję moim wnukomż0aż0aż0aż0aZAMOŚĆż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0a W 1932 roku, w Zamościu, pewnego jesiennego dnia, 30. września, gdy słońce było w znaku wagi, wydarzyło się coś chyba ważbfnego w rodzinie Józefa Wita Fabijańskiego i Eleonory z De Schmieden-Kowalskich, w ich własnym domu przy ulicy wówczas Lwowskiej, obecnie Partyzantów. Później komputer mi powiedział, żbfe był to piątek - oznacza to pracowite i postne żbfycie, do tego kryzysowe. Ci, którzy rodzą się pod znakiem "wagi" mają trudne żbfycie, dźwigają swój ciężbfar, rozważbfając wszelkie za i przeciw. Ela, moja starsza siostra mówiła mi, żbfe urodziłam się w czasie, gdy cała trójka rodzeństwa poszła na spacer, a gdy wrócili, byłam jużbf ja - czwarte dziecko, najmłodsze i ostatnie. Dom rodziców drewniany z gankiem oszklonym zdobnym w wycinane w drewnie fintikluszki (wejście paradne, frontowe) i z ogromną, otwartą do południa werandą z wyjściem do ogrodu. Tam rosły floksy, przeróżbfne kolorowe kwiaty na grządce pod oknami, krzewy jaśminu, bzy i wielki orzech włoski, po wojnie takżbfe czereśnia. Dom stał z dala od ulicy, otoczony własnym ogrodem przed i za, a po obu stronach otulały go sady sąsiadów. Było to urocze zacisze. Chyba za to tak bardzo kochaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, które ojciec kupił w latach dwudziestych od p. Pohoreckiego, jako część dóbr "Podtopole". ż0aż0a Rodzice pobrali się w 1923 r. w Łucku, gdzie znajomy dziadków, ksiądz biskup Dybowski udzielił ślubu w tamtejszej katedrze, obecnie znów oddanej katolikom. Zamieszkali w Zamościu początkowo w wynajętym domu, podobnym do naszego, który jużbf nie istnieje. Tam urodziło się dwoje z mojego rodzeństwa: Ela (1924) i Witek (1926). Później przenieśli się do swojego domu i tu przyszedł na świat Julek (1928) i ja (1932). Potem jeszcze Baśka, córka Witka (1954), a na koniec Wrzesław, mój syn (1957). ż0aż0a Pamiętam rozkład pokoi wtedy, gdy jako trzyletnie dziecko biegałam po domu ślizgając się na zawsze wyfroterowanych podłogach o długich deskach z sękami i dużbfymi gwoździami. Podłogi te były piękne, lśniące i wymagały ogromnej pracy.ż0aż0a Czas moich narodzin był fatalny. Światowy kryzys spowodował bezrobocie. Dotknęło ono i mojego ojca, który ze stanowiska dyrektora prywatnej fabryki p. Kowerskiego, po jego śmierci i likwidacji zakładu, stracił pracę na kilkanaście miesięcy. Próby założbfenia własnej fabryki owoców i warzyw suszonych we Włodzimierzu Wołyńskim,ż0askończyły się na plajcie, a wszystkie urządzenia, maszyny, suszarki, krajalnice itp. przyjechały do Zamościa i na strychu domu były przez wiele lat, nawet coś jeszcze zostało po wojnie. A więc nie zostałam córką fabrykanta. Natomiast brak pracy spowodował zwolnienie domowej służbfby i mój ojciec z konieczności więcej zajmował się mną, niżbf starszym rodzeństwem. Z ojcem zasypiałam, z ojcem wstawałam w nocy.To dobrze pamiętam. Możbfe dlatego tak bardzo kochałam tego mojego tatusia.ż0aż0a Sypialnia rodziców znajdowała się wtedy w pokoju od północy, oddzielonym od reszty domu przedpokojem. W pokoju jadalnym, centralnie położbfonym , było mnóstwo białych, filunkowych drzwi. Wchodziło się przez ganek i przedpokój na lewo do dużbfego pokoju, który długo był naszym dziecinnym, na prawo do małego pokoju-saloniku i do kuchni. Naturalnie, szerokie przeszklone drzwi z bocznymi, wąskimi oknami wychodziły na werandę i oświetlały ten przyciemnawy zwykle pokój malowany olejno w modne wówczas boazerie, niby deski na zmianę ciemne i jasne ażbf do sufitu. Pokój ten był najmilszy wieczorem, gdy gromadziliśmy się wokół dębowego stołu. Życie rodzinne miało wtedy swój niezrównany charakter ciepła i bliskości. W świetle secesyjnej lampy, której jeszcze szczątki istnieją, siadaliśmy do kolacji, a później każbfdy coś czytał, szył, czy rysował. Nie było przecieżbf telewizji, więc wieczory były organizowane inaczej. ż0aż0aPo wojnie ojciec głośno nam czytał historyczne książbfki. Latem, szeroko otwarte drzwi stwarzały szczególny urok tego wnętrza, zwłaszcza w porze obiadowej w słoneczne dni. Nigdy tu nie było upału, a zimą długie promienie kładły się w głąb sięgając stołu. Urocze było to nasze miejsce, takie przytulne i tak łatwe w kontakcie z ogrodem, gdzie jaśmin możbfna było rwać z okna, a dużbfe donice z drzewkami pachnących oleandrów, różbfowych i fioletowawych, zdobiły dookoła werandę, późnym latem pachniały floksy w różbfnych odcieniach barw. ż0aż0a Niestety, po wojnie brak pieniędzy, zniszczenia i niedbałość lokatorów podczas lat naszej emigracji oraz totalna niemożbfność systemu administracyjnego, spowodowały, żbfe dom starzejąc się robił się coraz zimniejszy i mimo gorących pieców temperatura w wietrzne zwłaszcza dni była za niska. Biedni rodzice z ciocią Izią, siostrą mamy, która wróciła właśnie z Kazachstanu jako gomułkowska repatriantka, marzli przez wiele lat i męczyli się w prymitywnych warunkach, jakie wtedy były przecieżbf w Polsce wschodniej powszechne. Ale przywiązanie do tego domu i nasze przyjazdy trzymały ich psychicznie i fizycznie, praktycznie do końca żbfycia.ż0aż0a We wczesnym dzieciństwie zamojskim miałam trzy groźne przygody. Każbfda z nich mogła zakończyć się tragicznie. Najpierw, jako niemowlę zostałam nakarmiona przez nianię zielonymi porzeczkami. Ledwie mama odchuchała. Później, gdy jużbf chodziłam, weszłam za służbfącą po bardzo stromych schodach na strych. W połowie drogi straciłam równowagę i spadałam. Szczęściem Jaś Piątkowski, brat cioteczny, właśnie wchodził i złapał mnie w powietrzu za sukienkę. Trzecia przygoda, którą takżbfe znam tylko z opowiadania, zdarzyła się na wiosnę. Mogłam mieć wtedy niespełna trzy latka. Starsze dzieci bawiły się w ogrodzie zajęte sobą, a ja dreptałam po grządkach i nagle wpadłam do płynnego śmietnika. Brat zauważbfył, żbfe mnie nagle nie ma, narobił wrzasku i zostałam wyciągnięta za futerkowy płaszczyk tyczką do zrywania gruszek. Widocznie nie taki koniec mi w niebie przeznaczono.ż0aż0a Z uroczystości rodzinnych pamiętam większy rodzinny zjazd i zaprzyjaźnionych gości kiedy to nas, dzieci było dużbfo więcej i z tej okazji skorzystała moja siostra urządzając chrzciny lalki - Magdy, ślicznej, porcelanowej, zamykającej oczy z długimi rzęsami. Deska od stołu posłużbfyła za ołtarz. Lila, siostra cioteczna była księdzem w nocnej koszuli, bracia Witek i Julek służbfyli do mszy, a po tym wszystkim zaproszono nas do stołu na smakołyki. Pamiętam nasze zabawy w ogrodzie na wiosnę. Gry w "kiczkę" i w palanta, a przede wszystkim w chowanki, gdyżbf ogród przed domem był nie tyle dużbfy, co gęsto zarośnięty. Pod płotem maliny, przez środek alejka z krzakami porzeczek i agrestów. Drzewa jabłoni, grusze ozdobne krzewy bzów po bokach ganku, sercowaty klomb na osi z bajecznie kolorową mieszaniną o każbfdej porze innych gatunkowo kwiatów. Na obrzeżbfach, pod płotami sąsiadów rosły złocienie i floksy stwarzając możbfliwości kryjówek nie do odkrycia. Podwórze, przez które trzeba było przechodzić do nas, to były ogródki przed i dookoła każbfdego domu, a było ich pięć z naszym. W tym podwórzu rosła kochia - roślina-samosiejka, której nikt nie pielęgnował, ale rosła bujna, wysoka i rozłożbfysta, czasem smukła na kształt włoskich cyprysów. W niej najlepsze były chowanki, ale to było możbfliwe dopiero późnym latem. Lubiłam bardzo bawić się lalkami na schodach ganku, zwłaszcza w upalne dni. Ulubione zabawy w dom z gotowaniem na niby, z szyciem ubranek dla lalek i pożbfytecznym robieniem na drutach. ż0aż0aByłam w tym wszystkim zwyczajną, przeciętną dziewczynką, ale jedno różbfniło mnie od moich towarzyszek zabaw dziecinnych. Uwielbiałam wszystko, co piękne: ładne mieszkania, przedmioty artystyczne, stare antyki, musiał być ład i porządek, mieszkanka lalek posprzątane i ozdobione kwiatami, serwetkami, tkaninami, dywanikami. Przytulność, ciepło tkanin były mi zawsze potrzebne. Kiedy mieszkanie lalek, które znajdowało się pod biurkiem mamy, było wysprzątane oddawałam się cała doznaniom estetycznym i każbfdą zauważbfoną niedoskonałość, czy szpetotę starałam się zasłonić: obrazem, meblem, tkaniną, lub kwiatem, aby nie raziła oczu, aby nie budziła poczucia wstydu, czy zażbfenowania.ż0aż0aż0a***image5:center***ż0aż0aż0a Zamość z dzieciństwa i lat trzydziestych, pozostał w mej pamięci uroczysty, świąteczny, wyjątkowy.ż0aż0a Pamiętam dobrze nastrój przedświąteczny w naszym domu i ogromną choinkę do sufitu, stojącą na dywanie francuskim w naszym, dziecinnym pokoju. Paliły się na niej lampki Philipsa kolorowe, podobne w kształcie do dużbfych śliwek. Bombki, łańcuchy z kolorowego, glansowanego papieru, paciorkowe kapliczki, koszyczki z wydmuszek i dzbanuszki czy ptaki, a wreszcie soplowate cukierki w błyszczących papierkach, pierniczki, szyszki, orzechy i czekoladowe cudeńka w cynfoliach - sprawiały, żbfe choinka była bogata i przyciągająca największe łakomczuchy. Możbfe w tym roku, ostatnim przed wyjazdem do Hrubieszowa, dostałam na gwiazdkę ukochanego Bila - psa-zabawkę z niebiesko-żbfółtej flaneli z noskiem czarnym i pyszczkiem w pepitę. Został zapomniany na piecu, ku mojej rozpaczy. ż0a ż0a Inspiracją i pobudzeniem wyobraźni dziecięcej byli kolędnicy, chłopcy z sąsiedztwa zarówno ci, co śpiewali: "po kolędzie, głośno wszędzie, niech pan Fabijański zdrów i wesół będzie ...”, jak i teżbf ci, którzy przychodzili do kuchni z jasełkami posługując się kukiełkami własnej roboty i tekstami anonimowych autorów ludowych. Najbardziej podobała mi się kolorowa, dużbfa gwiazda, którą obracał chłopak ubrany w kożbfuch do góry włosem, gwiazda wtedy rzucała coraz to inny migotliwy blask od zapalonej w środku świeczki. Była dla mnie czymś niezwykłym, przepięknym, magicznym. Wśród jasełkowych postaci obowiązkowo musiał być diabeł, król Herod i Żyd w świetnych, karykaturalnych przebraniach. Kolędnicy po występie dostawali ciasto, łakocie i pieniądze. Pamiętali to do następnego roku. ż0aż0a Na Wielkanoc punktem kulminacyjnym przygotowań było pieczenie drożbfdżbfowego ciasta w prawdziwym, babowym piecu, który przetrwał do końca bytu moich rodziców, mimo, żbfe zajmował 1/4 kuchni. (Baby Wielkanocne piekło się w ogromnych, kamiennych formach karbowanych, okropnie ciężbfkich). Do pomocy w tym okresie przychodziła sympatyczna kobieta zwana Antoniową. Przynosiła z sobą lampę naftową, którą zapalała wieczorem w sieni dla "pokutujących duszyczek", jak mawiała. Wyobraźnia dziecięca intensywnie wtedy pracowała, chcąc koniecznie ujrzeć taką duszyczkę. ż0aż0a Zamość przedwojenny pozostał w pamięci, jak kilka barwnych plam na obrazie impresjonistycznym. Nałożbfyły się na nie ciemniejsze kolory okresu stalinowskiego, biedy i przygnębienia, represji i podłości. Ale nie chcę Zamościa wspominać z tego smutnego okresu, przynajmniej nie teraz.ż0aż0aż0aż0aHRUBIESZÓWż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0a Kryzys ekonomiczny lat trzydziestych XX w. zmusił mojego ojca do przyjęcia propozycji zorganizowania Banku Spółdzielczego dla rolników i ziemian, w małym miasteczku powiatowym, w Hrubieszowie (ojciec był z zawodu finansistą).ż0aż0a Niestety, wiązało się to z opuszczeniem własnego domu w Zamościu. Widać, jednak była to konieczność, a posada dyrektora banku na tyle intratna, żbfe dawała możbfliwość utrzymania rodziny na średnim poziomie. Zamieszkaliśmy wtedy w reprezentacyjnym miejscu, najpiękniejszym w mieście domu-dworze pp. Du Chateau, zajmując całą oficynę (wówczas była tylko jedna po prawej stronie patrząc na front pałacu). Dom był samodzielny, parterowy, czteropokojowy z kuchnią i przedpokojem oraz z gankiem drewnianym od frontu. W mansardzie znajdował się uroczy pokoik z oknem wychodzącym na stronę południową na płaski dach nad dworską kuchnią. Do tego pokoiku wchodziło się po kręconych schodach prosto z jadalni. Schody były podparte drewnianym słupem malowanym olejną farbą, co dawało pewną śliskość. Użbfywaliśmy go do skracania drogi i małpich wyczynów. Zawsze bracia byli szybsi ode mnie. Dużbfy pokój - jadalnia posiadał okna na dwie strony zajmując całą szerokość budynku oficyny. Od strony zachodniej dwa okna na zieleń i podwórze i jedno wychodzące na front z klombem i okrągłym podjazdem, jak to zazwyczaj było w dworach polskich. ż0aż0aDwór - pałacyk datowany w naczółku "1791" był możbfe nawet wcześniejszy i zapewne budowany przez ostatniego starostę Hrubieszowa, miasta królewskiego, Franciszka Salezego Potockiego częściowo na terenie dawnego, drewnianego zamku królewskiego, zniszczonego przez Chmielnickiego w 1648 r. Przed dworem i wzdłużbf ogrodzenia od ulicy 3. Maja (wcześniej zwanej Pańską) rosły dużbfe drzewa - jesiony i było dużbfo krzewów i zieleni otaczającego dwór spacerowego parku. We dworze mieszkali właściciele i mieściła się apteka z wejściem spod portyku. Po naszej stronie, w symetrycznym układzie dwa okna po bokach ganku.ż0aż0a Sypialnia rodziców po prawej stronie od przedpokoju i na lewo pokój jadalny. Moje ukochane okno na gazon było świetnym miejscem, z którego przyglądałam się żbfyciu. Zasypiałam w małżbfeńskich łożbfach rodziców w obecności ukochanego ojca, który zawsze klęcząc obok odmawiał wieczorny pacierz. Nie pamiętam, by mi kiedykolwiek coś opowiadał, dlatego pewnie tak mało wiem o jego rodzinie.ż0aż0a Pokój moich braci sąsiadował przez ścianę z sypialnią rodziców, stąd świetnie wiedzieli co tam się dzieje. Niejeden raz bijatyki uprawiane nader często przez chłopców zmuszały ojca do interwencji. Słychać wtedy było w całym domu klap, klap... w jedną stronę, potem zalegała cisza i znów klap, klap - powrót, bez słów. Siostrę miałam okrutną. Nie pozwalała mi spać w pokoju przeznaczonym dla nas obu, straszyła mnie duchami, a jak beczałam, zawijała w kołdrę i znosiła na dół na kanapę. Wtedy był prawdziwy ryk i ojciec zabierał mnie z powrotem.ż0aż0a W przedziwny sposób z domem tym związało się kilka wątków mojego żbfycia. Ale możbfe po kolei.ż0aż0aLata przedwojenne były syte i pełne radości, rytmiczne bo odmierzane czasem pracy ojca, na którego czekałam jużbf w przedpokoju, zaraz po 15-tej. Takie było codzienne powitanie: ojciec unosił mnie wysoko, wysoko (miałam wtedy 4-6 lat), a ja pytałam o "losy" i "kaliptusy", które zawsze dostawałam. Losy to były jakieś niewykorzystane druki reklamowe banku, a "kaliptusy" - cukierki eukaliptusowe, moje ulubione do dzisiaj. W parę minut po przyjściu ojca zasiadaliśmy sześcioosobową rodziną do stołu, do obiadu.ż0aż0a Zwyczaj wspólnych posiłków utrzymał się przez wszystkie wspólne lata. Przy dużbfym, dębowym stole stanowiącym komplet z innymi meblami rodziców, które ojciec sam projektował i dawał wykonać ze specjalną myślą o domu w Zamościu, każbfdy miał swoje stałe miejsce i swoją serwetkę obok talerza. Z rozczuleniem, po latach, odnalazłam ten zwyczaj w dalekiej Szwecji, w domu przyjaciół, u baronostwa Hermelinów, do których kilka razy jeździłam w latach 1967-1975.ż0aż0a Przed rozpoczęciem obiadu cała nasza czwórka według starszeństwa, ze mną na końcu, poddawała się torturom picia tranu, którego wprost nie znosiliśmy. Szykowano więc kosteczki chleba, solono czubeczek łyżbfki, zatykano nos i obiecywano np. pójście na ślizgawkę lub na kajak latem, byleby tran był wypity. Po takiej ceremonii rzucaliśmy się szybko do talerzy z gorącą zupą, by zabić oleistość i ten zapach... Po obiedzie, w zależbfności od pory roku i pogody wybieraliśmy się do ogrodu, w którym była altana z trejażbfu (treillage) obrośnięta pnączami i spacerowe alejki. Rosło dużbfo rzadkich gatunków krzewów, jak magnolie wielkokwiatowe, liany, octowce, wówczas rzadkość i srebrne świerki. ż0aż0aOgród był zaplanowany i prowadzony jako spacerowo-dekoracyjny, z wysokimi szpalerami przycinanych grabów, alejami i wystawą kwiatową na południe ku śluzie na Huczwie. Warzywnik był obok, odgrodzony. Właśnie na granicy parku i przy domu schodzącego warzywnika pamiętam tajemnicze wejście do lochów, o których moi bracia opowiadali dreszczem przejmujące historie. Śmiałkowie, którzy usiłowali zgłębić długość korytarza i kierunek, zawsze doznawali przykrych przygód: a to świece im zgasły, a to ktoś ich pobił lub nastraszył. Czy była to zwykła, dawna lodownia dworska, czy pozostałość piwnic starego zamku - trudno dzisiaj powiedzieć. Ślad po tym zaginął. Stefan Du Chateau - profesor, konstruktor, architekt z Paryżbfa wspominał podczas spotkania w Hrubieszowie, jesienią 1992 roku o swojej przygodzie, gdy młodzieńcem będąc wszedł w jakiś otwór lochów w rynkowych zakamarkach, a wyszedł gdzieś nad rzeką.ż0aż0a Były więc z pewnością lochy pod częścią miasta, o czym wielu wspominało, jak chociażbfby Golejewski w "Pamiętnikach". Były, bo być musiały ze względu na konieczność ciągłej obrony przed Tatarami. Napadali i palili miasto 9 razy i dopiero Jan III Sobieski skutecznie położbfył temu kres w 1672 r.ż0aż0aż0a***image6:center***ż0aż0aż0a Przypominam sobie zdarzenie z pierwszych miesięcy po opuszczeniu miasta przez wojska niemieckie w 1944 r., rozpowiadane między ludźmi, którzy w środku słonecznego dnia zobaczyli starego człowieka wychodzącego z piwnicy wprost na ulicę. Był pergaminowo blady, przestraszony, słaby i zdeterminowany. Przechowywał się w lochach przez lata pogromu żbfywiąc się pewnie jabłkami i towarami, które tam magazynowano. Biedak, nawet nie wiedział, żbfe wojna się dla tej części Polski skończyła.ż0aż0a Te słynne podziemia mogą sięgać jeszcze XVI w. gdy Hrubieszów był warownią ze wspomnianym jużbf zamkiem królewskim, założbfonym przez Władysława Jagiełłę w 1400 r. W imieniu monarchy rządy tą królewszczyzną, niezbyt cenioną, sprawowali starostowie. Toteżbf królowie zastawiali ją za grube pieniądze pożbfyczane od owych możbfnych starostów. O tym wszystkim dowiedziałam się jużbf teraz, mając propozycję napisania referatu o dziejach Hrubieszowa w XIX w., gdy podlegał administracji carskiej Rosji. Sięgnęłam więc z zainteresowaniem do samych początków i szeroko otwierałam oczy dowiadując się, żbfe był założbfony na wyspie otoczonej ramionami Huczwy, jej rozlewisk i bagien. Ostatnim prywatnym posiadaczem dominium hrubieszowskiego był sam ksiądz Stanisław Staszic, który właśnie tutaj założbfył pierwszą w Polsce spółdzielnię "Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie” (1816) uwalniając chłopów od pańszczyzny pół wieku wcześniej niżbf stało się to pod zaborami. Ziemia przeszła na własność chłopów, ale żbfeby to prawnie uczynić musiał najpierw nabyć ziemię na własność, a jako syn mieszczanina nie miał do tego tytułu. Starano się więc o to długimi zabiegami prawnymi, za pośrednictwem Ignacego Cetnera oraz jego córki Anny i wreszcie po latach doczekał się realizacji swojej idei. ż0aż0aChyba jednak we dworze nie zamieszkał, co najwyżbfej, mógł się w nim zatrzymywać lub na plebanii, gdzie później urodził się Bolesław Prus (Aleksander Głowacki).ż0a ż0a Z dzieciństwa ostatnich lat przed II wojną światową pamiętam same dobre i szczęśliwe dni. Nasze spacery nad Huczwą, pływanie kajakiem hen daleko ażbf pod most kolejki wąskotorowej, kąpiel w bagnistej wodzie pełnej szuwarów, strzałki wodnej, nenufarów i innych zielsk, którymi oplatały się wiosła, a podczas kąpieli nogi grzęzły. Było tam malowniczo i jedynie w swoim rodzaju. Huczwa wiła się wśród łąk i pod zwisającymi nad nią starymi drzewami, którymi obsadzano kiedyś obrzeżbfa ogrodów przydomowych na spadającym lekko stoku ulicy, początkowo zwanej Młyńską.ż0aż0a Na spacery chodziło się po pachnących łąkach tak elastycznych, żbfe odnosiło się wrażbfenie, żbfe stąpa się po gumie - miękko i przylepnie. Tylko w okresach długiej suszy ziemia pękała tworząc szczeliny lub siatkę drobnych spękań. Były to wspaniałe torfowiska. Ojciec zabierał nas takżbfe na spacery do niezbyt odległego lasu, Bohorodycy. ż0aż0aPodczas jednego ze spacerów, zauważbfyłam dziwne podenerwowanie ojca. Pierwszy raz wydał mi się zupełnie inny. Był zdenerwowany, wręcz wzburzony patrząc na rozbieraną w dali drewnianą cerkiewkę. Tumany pyłu co chwilę przysłaniały wyrazistość tego widoku. Słychać było trzask łamanego drewna i huk rzucanych belek. Tatusiu, dlaczego burzą kościółek? - zapytałam. Ci, to tylko wykonują polecenie, ale tamci nie mają racji – powiedział ,jakby do siebie ojciec. Nie rozumiałam wtedy kto są "tamci". Ale więcej nie pytałam. Dzisiaj wiem, żbfe był to wielki błąd polityczny, który wkrótce odwrócił się zemstą i nienawiścią Ukraińców do Polaków – codziennie podpalane miasta i palenie okolicznych wsi. W latach okupacji dotkliwie to odczuwaliśmy. ż0aż0aZastrzelono np. doktora Kuczewskiego, który był opiekunem placówki PCK w Hrubieszowie, pomagał ludziom materialnie, leczył i chronił przed wywózką młodzieżbfy do Niemiec na ciężbfkie roboty.ż0aż0a Z hrubieszowskich, przedwojennych lat pamiętam żbfycie towarzyskie moich rodziców, oczywiście na miarę prowincji, ale bardzo ożbfywione. Mama należbfała do Sodalicji Mariańskiej - organizacji katolickiej skupiającej miejscową inteligencję i okoliczne ziemiaństwo. Organizowano tzw. "herbatki" z występami artystycznymi młodzieżbfy, "opłatki" z choinką i śpiewaniem kolęd. Kiedyś i ja wygłosiłam wierszyk, ale z miernym efektem, bo zapomniałam dygnąć. Ile się potem w domu nasłuchałam od siostry! Kiedy indziej zapomniałam na początku powiedzieć autora czy tytułu - i znów była bura. Strasznie mnie to stresowało, a nikt nie pomyślał, żbfe mam wrodzoną nieśmiałość, która mnie do dzisiaj paraliżbfuje w bardzo ważbfnych momentach żbfycia. ż0aż0aPokonywałam samą siebie, ale ile to mnie kosztowało?... Przecieżbf na całej mojej drodze zawodowej musiałam mówić stając przed ludźmi czasem niezwykłymi, słynnymi, jużbf sama świadomość unieruchamiała mózg, a tu trzeba było trzymać się na nogach, nie wymachiwać rękoma, bez żbfadnego zbędnego gestu, dobierać odpowiednie słowa i przecieżbf nie tylko polskie. Pokonanie tego wszystkiego i uruchomienie szarych komórek z wiedzą natychmiast potrzebną - zawsze mnie drogo kosztowało i nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Pochwał teżbf nie było, czasem grzecznościowe podziękowania, z których naturalnie cieszyłam się, ale nigdy nie oczekiwałam. ż0aż0aMoim spełnianiem się jest praca naukowa w bibliotekach, archiwach, poszukiwanie dokumentów, dochodzenie do prawdy historycznej, odkrywanie faktów dotąd nieznanych, pisanie o tym i opracowywanie w zaciszu domu czy pracowni muzealnej. Z wyborem zawodu trafiłam w dziesiątkę, chociażbf nie była to pierwsza z dziedzin ulubionych. Jestem szczęśliwa i uważbfam, żbfe swój czas wykorzystałam maksymalnie, nie marnując ani jednego dnia. ż0aż0aMożbfe to wszystko, co dał mi Hrubieszów ukierunkowało dalszą drogę, którą poszłam i dalej jeszcze idę. Taką prostą i przejrzystą, jak krajobraz znad Huczwy.ż0aż0a Najbardziej lubiłam okres przed Bożbfym Narodzeniem. Pierwszy śnieg, rześkie powietrze, wygwieżbfdżbfone niebo. Wieczorne zakupy w sklepach Hapońskiego i Baty, powrót do ciepłego domu z mnóstwem pakuneczków zawieszonych na ozdobnych sznureczkach, ładnie opakowanych. Jakiżbf Hrubieszów wydawał mi się wielkomiejski ze swoimi dziś nieistniejącymi, prywatnymi sklepami. Był ich cały szereg w zachodnim rogu dawnego rynku bardziej i mniej eleganckich, drewnianych witryn z perfumerią, sklepem bławatnym i obuwniczym na czele. Cóżbf to była za radość i duma z posiadania pierwszych w żbfyciu czarnych lakierków, kupionych specjalnie na ślub kuzynki Lili Piątkowskiej. ż0aż0a- O, właśnie widzę sznur sań dworskich, które zajeżbfdżbfały przed dwór z gośćmi weselnymi z odległego o 7 km Czumowa. ż0aż0aPara Młoda podjechała najmodniejszym wówczas samochodem marki buck, na kołach o drewnianych szprychach, chyba jedynym jaki był w Hrubieszowie. Zdaje się, żbfe właścicielem był pan Juliusz Du Chateau, gospodarz dworu. Przystanek z przebieraniem był u nas. Obserwowałam kreacje pań, fraki panów i usiłowałam sobie wyobrazić bal, na który mnie nie zabrano. Ale przy ślubie byłam ważbfna, prawie jak panna młoda. Niosłam długi, długi tren, a Dzidka Brojewska welon.ż0aż0a Ach, co to był za ślub...! - Szereg par ustawionych w orszak zaczynał się przy ołtarzu, kończył pod chórem. Tata wbił się we frak, mama miała szytą specjalnie na tę okazję suknię z pięknego aksamitu w kolorze mchu z dodatkami z morelowej tafty. A więc kołnierz á la Maria Stuart, stojący, podbity taftą, dół sukni z trenem, udrapowany pasek zakończony był riuszką z tejżbfe tafty. Te dwa kolory bardzo mi się podobały i stały się ulubionymi na całe żbfycie. Uwielbiam teżbf welury, miękkie aksamity, mięsiste i lejące, otulające sylwetkę. ż0aż0aMama miała jeszcze drugą suknię, lżbfejszą, przygotowaną na wesele. Jedwab ciemnoszary w drobniutki biały wzorek. Przód był ułożbfony w draperię spiętą dużbfym, sztucznym srebrzystym kwiatem. Nie pamiętam jej długości, ale chyba zgodnie z modą lat trzydziestych była długa i swobodna. Fryzura w głębokie fale na bok spadające. Włosy naturalnie srebrzące się (mama wcześnie osiwiała) długie, upięte w kok nad karkiem. Była taka ładna, ojciec był bardzo przystojny, postawny. Twarz spokojna, owalna o wysokim czole i niezbyt obfitym owłosieniu, zawsze uśmiechający się. Byli szczęśliwi. ż0aż0aSiostra moja, Ela jako pierwsza drużbfka w różbfowej, dziewczęcej sukience suto marszczonej, podobnej do krynoliny, z dopasowanym gorsecikiem ozdobionym pękiem sztucznych, różbfowych różbfyczek i takimżbfe wianuszkiem na czarnych włosach utrefionych przez fryzjera we francuskie loki, ściskała w dłoni torebeczkę - woreczek z tej samej tafty. Wszystkie te dodatki długo przechowywała w kwadratowym, eleganckim pudełku z ozdobnej złotym wzorkiem tektury, w którym przyjechały z Warszawy. Lili suknia chyba teżbf była kupiona w Warszawie lub szyta. Biały atłas podkreślał jej kobiece jużbf kształty, chociażbf miała zaledwie lat osiemnaście. Długi rękaw, bez dekoltu, gładka i dopasowana z trenem. Welon dopasowany do kształtu głowy i delikatny, biały kwiat. ż0aż0aWacek oczywiście w czarnym fraku, wypomadowany i upudrowany. Był pedantem czystości i bardzo dbał o estetykę wyglądu. Był dużbfo starszy od Lili, miał chyba 30 lat i jako znakomity fachowiec, po rolniczych studiach zarządzał majątkiem ziemskim cioci Niusi, matki Lili. Nie taki mariażbf marzył się cioci, a przede wszystkim nie zaraz po maturze. Ale małżbfeństwo okazało się trwałe. ż0aż0aMieli pięcioro dzieci (trzecie z kolei, maleńka Zosia zmarła w niemowlęctwie). Czwórka udanych, zdolnych, zaradnych chowała się dobrze, troje jeszcze żbfyje: Maryla, Andrzej i Jaś. Wacek po ślubie usamodzielnił się, najpierw jako zarządca majątku w Trzeszczanach, a wkrótce jako dziedzic na Wiszniowie. ż0aż0a Wracając do pamiętnego ślubu, jako dziecko przeznaczone do niesienia trenu, ubrana byłam w lekko kremową jedwabną sukienkę z koronkowymi falbankami, wiązaną z tyłu na kokardę. Kokarda w kształcie motyla siedziała takżbfe na mojej czarnej łepetynie. Białe pończochy i czarne lakierki dopełniały całości. Dzidka miała błękitną, aksamitną sukienkę z karczkiem i szczypankami, na których przede wszystkim rzucały się w oczy kolorowe, haftowane pajączki. Takie sukienki ozdobione białym kołnierzykiem "bebe" ogromnie były modne i kupowało się je gotowe w sklepach. ż0aż0aDzidka miała przywiezioną z Warszawy. Podczas ceremonii ślubnej odbywającej się wieczorem 2 lutego 1938 r. kościół św. Mikoła w Hrubieszowie, tonął w światłach i świecach. ż0aż0aWszystko, co było możbfliwe, jasno się paliło. Wypełnili go licznie zebrani goście weselni i zwykli gapie. Przejęta swą rolą, czułam się jak aktorka, na którą wszyscy patrzą. Starałam się więc nie ruszać, nie rozglądać i być poważbfną. Ile miałam wtedy lat? - a no pięć i pół. Po uroczystości w kościele weselnicy odjechali do pobliskiego Czumowa na wesele w pałacu. My, dzieci, zostaliśmy w domu. Odczułam z tego powodu wielką niesprawiedliwość, tym bardziej, żbfe Dzidka została zabrana, a przecieżbf obie byłyśmy rówieśniczkami. Takie to były pierwsze, dziecięce gorycze, których nie zwierzyłam nikomu. Możbfe nie miałam odwagi? ż0a ż0a Z czasów przedwojennych pamiętam święta te największe i te państwowe, jak Konstytucji 3. maja bardzo uroczyście obchodzone. Równieżbf Bożbfe Ciało kiedy to sypałam kwiatki podczas procesji w białej sukience i w wianuszku. Zachowało się amatorskie zdjęcie naszej czwórki siedzącej na stopniach ołtarza, który umieszczono na naszym ganku. ż0aż0aOstatnia Wielkanoc zapisała się w mej pamięci obfitością stołu wielkanocnego, którym było biurko taty stojące między oknami w jadalni. To było prawdziwie dworskie święcone. Na białym obrusie stały baby lukrowane i ozdobione skórką pomarańczową (cykatą), kiełbasa biała zwinięta w wianuszek utopiona w smalcu, szynka w całości gotowana, pasztet szpikowany paseczkami słoniny wyglądający jak tort, obok na tacach mnóstwo mazurków, na środku dużbfy biały baranek z chorągiewką czerwoną i złotym krzyżbfem na niej malowanym i kolorowe jajka - kraszanki._Barwinek z ogrodu, pierwsze, wiosenne kwiaty (Wielkanoc w 1939 r. była 9 kwietnia) uzupełniały tę bardzo smakowitą kompozycję. Poświęcił nam to wszystko ksiądz prałat Melchior Juściński, z którym rodzice przyjaźnili się. Przez długie lata był proboszczem w Hrubieszowie.ż0aż0a Moje lalki teżbf miały święcone: miniaturowe jajeczka, łeb świński, różbfową szynkę i mazurki - wszystko z marcepanu, przysłane przez ciocię Milusię, mamy siostrę z Warszawy. W pamięci hrubieszowskich lat dziecięcych zostały takżbfe zabawy. Te w ogrodzie z braćmi i te bardziej przeze mnie lubiane z Olesiem Du Ch?teau np. w "paniąż0ai szofera" na starej platformie do rozwożbfenia piwa i wód gazowanych, która stała pod wiatą w podwórzu.ż0aż0a Chodziliśmy czasem do apteki i tam ciocia Gienia (ciocia Olesia – farmaceutka) dawała nam sok malinowy do okrągłych białych opłatków, w które apteki sypały zazwyczaj medyczne specyfiki. Nam to bardzo smakowało. Nawiasem mówiąc prywatna apteka rodziny pp. Du Chateau istniała w Hrubieszowie w tym dworze od 1850 r. od kiedy i dwór zaczął należbfeć do tej francuskiej rodziny, która wybrała Polskę na drugą swoją ojczyznę. Zajmowała dużbfą część lewego parteru z wnętrzami przesklepionymi i obszernymi. Rodzice Olesia i maleńkiego wówczas Jasia, państwo Maria z domu Mazaraki i Juliusz Du Chateau mieszkali do 1939 r. zajmując najpiękniejsze wnętrza od frontu i od ogrodu z wejściem przez taras. ż0aż0aUrządzone były z ogromnym smakiem, stylowo i po dworsku z salonem na osi, w którym stał fortepian, z sypialnią po stronie apteki, jadalnią od kuchni w dobudówce o płaskim dachu i z pokojami dzieci od frontu. Przed tarasem rosły piękne magnolie, srebrne świerki i zataczały półkole grabowe szpalery. Góra dworu – piętro, w tych latach nie było zamieszkane. ż0aż0a Kiedyś była większa wyprawa w tę część, którą zapamiętałam jako niezwykłą przygodę. Wydawało mi się, żbfe znalazłam się w bajkowym świecie. Do dzisiaj jawi mi się jak sen. Ściany hallu wyłożbfone zszarzałą, biało lakierowaną boazerią, dawały pewną przytulność wnętrz. Stąd rozchodziło się mnóstwo pomieszczeń. Czułam specyficzny zapach staroci i rozsychającego się drewna. Przez uchylone drzwi ukazał mi się pokój dziecinny pełen starych, nieużbfywanych zabawek.ż0aż0a Jednak ktoś tam utrzymywał porządek, sprzątał, odkurzał, bo nie robiło to wrażbfenia rupieciarni, raczej kultu dla pamiątek po kimś. To był zaczarowany świat, do którego bałam się wejść. Podłoga skrzypiała za każbfdym stąpnięciem. Deski (zapewne kiedyś przykrywał je dywan) teżbf były malowane. ż0aż0aZabawki cudowne, jakich nigdy w żbfyciu nie widziałam, zdradzały zamożbfność domu i nie przypominały tych ze sklepów. Jak w "Laleczce z saskiej porcelany" czy "Wieszczce lalek", których wtedy jeszcze nie znałam, jawił mi się ciemnozielony kufer pełen pajacyków, kolombin, arlekinów, lalek w krynolinach i w białych peruczkach. Chciało się pociągnąć za sznurki, by zaczęły tańczyć, ruszać się i śpiewać. Była teżbf mała scena dla kukiełek z jedwabną, rozsuwaną kurtyną. Inne zabawki leżbfały na półkach: żbfołnierzyki w strojach z okresu Księstwa Warszawskiego, dobosze, książbfę Józef Poniatowski na koniu. Szabelki, konie na biegunach i porcelanowe lalki o słodkich buziach z prawdziwymi włosami, przepięknie ubrane w koronkowe suknie - to było czarujące spotkanie z przeszłością.ż0aż0a Po trzydziestu latach, ten obraz spowodowany jasnym kolorem i zapachem rozsychających się boazerii, powrócił tak wyraziście w Petit Trianon Marii Antoniny, bardzo wówczas zaniedbanym (1969). Nasunęło mi się skojarzenie, jakiego doznałam w czasie zwiedzania. Oczywiście inny czas, inny poziom artystyczny, ale duch wnętrz ten sam, duch na wskroś francuski.ż0aż0a Zabawy z braćmi bywały łobuzerskie, szczególnie te w ogrodzie. Huśtanie się na lianach, które łącznie z drzewami tworzyły gąszcz na obrzeżbfu nad śluzą, wysokim i stromym, powodowały obrażbfenia, podrapania i sińce, za co obrywaliśmy niezłą burę.ż0aż0a Gorsza w skutkach była jednak wojna na grudy gliny, które najpierw jako amunicję pracowicie zbieraliśmy na stoku. Wysmarowani, zmęczeni wracaliśmy do domu, gdzie o dziwo (!) czekała tylko ogromna blaszana wanna i kąpiel po kolei od najmłodszego do najstarszego. Dzisiaj takie praktyki wydają się być super niehigieniczne. A jednak byliśmy czyści i zdrowi. Kąpiel w wannie nie była taka prosta. Studnia na pompę żbfeliwną, bardzo ciężbfko chodzącą, znajdowała się, po drugiej tronie ulicy. Trzeba było wodę nanosić wiadrami, nagrzać w kociołku. Wanna była dużbfa, bez odpływu, dlatego wodę z niej wylewało się czerpakiem do zlewu. Konieczne czynności wykonywała z godnością, dziobata jak durszlak gosposia zwana Aleksandrową. Każbfdorazowe wyjście na ulicę obligowało ją do zmiany stroju na wyjściowy i poprawienia makijażbfu, a nakładała gruba warstwę różbfu, by choć trochę przykryć skutki strasznej choroby zwanej ospą. Zawsze przyglądałam się z nie małym podziwem, jak ona to szybko robiła. ż0aż0a Nasze czteropokojowe mieszkanie z kuchnią, przedpokojem i gankiem było urządzone prosto i skromnie. Dębowe meble z epoki modernizmu, robione na specjalne zamówienie ojca do zamojskiego domu, bardzo pasowały i do tego równieżbf dworku. Zielona otomana z wysokim zapleckiem, pokryta obiciową tkaniną podobną do strzyżbfonego pluszu, w dotyku szorstkiego, stała na dużbfym, zielonożbfółtym dywanie. Obok kąt zajmował komplet salonikowy, skąpo tapicerowany i kryty wełnianym pasiakiem z przewagą zieleni, jakby nawiązującym do łowickich zapasek. Pod oknem frontowym stało mamy biurko z mnóstwem szufladek, a pod nim pokój miały moje lalki i nawet światełko elektryczne zrobił mi Witek z bateryjki od latarki. Na środku stał dużbfy stół, normalnie sześcioosobowy, a w razie potrzeby rozsuwany na dodatkowe 4-6 osób. Między dwoma oknami od ogrodu warzywnego, znajdowało się ogromne biurko taty i w kącie kredens. W oknach wisiały muślinowe, białe firanki, podpięte po bokach. Nasze meble, wszystkie zostały zaprojektowane przez ojca, był utalentowany artystycznie i w młodości próbował i malować i rzeźbić. Wielka szkoda, żbfe nie mógł z powodu I wojny światowej rozwinąć swych zdolności. ż0aż0aBabunia, Władysława z Taczanowskich Fabijańska wcześnie owdowiała, gdy syn miał zaledwie 9 lat, a młodsza córka Janina zaczynała chodzić do szkoły. Stało się to nagle, podczas świąt Bożbfego Narodzenia w Poturzynie, dokąd pojechali w mroźną i śnieżbfną porę do rodziny sankami. Dziadek, który siedział obok stangreta i zabawia go rozmową po tej podróżbfy, zachorował na gardło. Silna gorączka, brak lekarza, możbfe i zlekceważbfenie czy zbagatelizowanie nagłej choroby spowodowały zgon. Został pochowany w Oszczowie koło Poturzyna, bo tam była parafia i cmentarz. Próżbfno po latach na tym wiejskim cmentarzu szukaliśmy grobu dziadka. Nigdy wcześniej nikt mnie tam nie zawiózł.ż0aż0aż0aż0a***image7:center***ż0aż0aż0aTERESA-ZOFIA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA ur. 30 września 1932 r. w Zamościu, w Polsce, emerytowany starszy kustosz Muzeum-Zamku w Łańcucie, jest historykiem sztuki ze specjalnością w dziedzinie pojazdów konnych. W 1956 r. ukończyła studia Historii Sztuki na Wydziale Humanistycznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego /KUL/ otrzymując tytuł magistra. Doktoryzowała się w Warszawie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk, uzyskując tytuł doktora nauk humanistycznych w 1982 r. W latach 1963-1994 pracowała w Muzeum-Zamku w Łańcucie kierując Działem Pojazdów Konnych. W latach 1984-1987 wykładała na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie. Były to wykłady monograficzne z zakresu historii pojazdu zaprzęgowego, jego miejsca w kulturze, sztuce i obyczajach. Słuchaczami byli studenci Historii Sztuki - III-V roku studiów. Podczas wielu lat pracy w Muzeum organizowała wystawy na terenie Polski i w samym Łańcucie, prowadziła działalność popularyzatorską i dydaktyczną. Napisała i opublikowała 36 książbfek i artykułów związanych z dziedziną pojazdów konnych, innych publikacji ponad 100. Od 1965-1993 roku brała czynny udział w konferencjach Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Transportu /IATM/ przy ICOM/International Council of Museums/, reprezentując Polskę i Łańcut, wygłaszając referaty o polskich zbiorach muzealnych, problemach konserwatorskich dotyczących różbfnych eksponatów np. kolaski polskiej z XVIII w., na temat rekonstrukcji karet Jana III Sobieskiego i pracach dydaktycznych w muzeach. Wszystkie wygłoszone referaty zostały opublikowane w roczniku Stowarzyszenia IATM pt. "The Transport Museums". Miejsca gdzie odbyły się te konferencje to: Budapeszt, Frankfurt/M, Paryżbf, Praga, Waszyngton. Dla pogłębienia wiedzy wyjeżbfdżbfała na stypendia do Francji, Portugalii, Włoch oraz do Belgii, Holandii, Anglii, Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Danii, Szwecji, USA, Rosji, do Czech i na Węgry, służbfbowo lub prywatnie, zapoznając się tam z muzeami państwowymi i kolekcjami prywatnymi dotyczącymi pojazdów konnych, obyczajów i etykiety dworskiej i dyplomatycznej. W Paryżbfu, pod patronatem Sorbony, odbywała badania i poszukiwania archiwalne, poznawała kolekcje i biblioteki, m.in. słynne zbiory "Hermesa" przy Faubourg St. Honore i Compliegne poza Paryżbfem. Kontynuuje kontakty profesjonalne, publikuje, opracowuje i popularyzuje.ż0aż0aż0aZOB. TEŻż0aż0ahttp://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_7566.shtmlż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇzamoscrys.jpgˇhrubieszow.jpgˇbabciaicorki.jpgˇˇmama.jpgˇtata.jpgˇtataszwolezer.jpgˇˇˇˇDom drewniany w Zamościu, w latach 1927-1975 własność Józefa Fabijańskiego, rys. Wrzesław ŻurawskiˇDwór klasycystyczny, 1791, zw. Du-Chateau w Hrubieszowie, obecnie Muzeum, rys. Wrzesław ŻurawskiˇBabcia i córki – Czernichów, Ukraina, ok., 1910. Maria z de Schmieden-Kowalskich Piątkowska (ciocia Niusia) - z prawej, Emilia de Schmieden-Kowalska (ciocia Milusia) - z lewej, Maria Joanna z Moszynskich Anzelmowa de Schmieden-Kowalska (babcia) - w środku. ˇˇMama – Eleonora z de Schmieden-Kowalskich, Józefowa FabijańskaˇTata: Józef Wit Fabijański, w mundurze POW-iaka marszalka J. Pilsudskiego, ˇJózef Wit Fabijański jako szwoleżbfer, ułan I-go Pułku Szwoleżbferów w Warszawie stoi pod Belwederem, 1918/19ˇˇˇˇ10ˇ52ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇzamoscrys.jpgˇhrubieszow.jpgˇbabciaicorki.jpgˇˇmama.jpgˇtata.jpgˇtataszwolezer.jpgˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇ260ˇ240ˇ558ˇˇ573ˇ558ˇ584ˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawska, Łańcutˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006011601052ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11376ˇ1137433777ˇ8ˇ1137438088ˇ7ˇ1ˇ16ˇ2006ˇTeatr mojego żbfyciaˇsceniczne losy Heleny Modrzejewskiej (fragm.)ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, grudzień 2005, nr 36ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇ..................Widziałem Panią jedynie w trzech różbfnych rolach, lecz ani Małgorzata Gauthier, ani Odetta, ani Adrianna Lecouvreur nie były do siebie podobne. To była za każbfdym razem inna kobieta, która żbfyła, odczuwała, działała inaczej: inna Dusza, inna Kreacja. U Sahry Bernhardt zaś Doña, Sol, Fedora, Djamma, Lady Makbet – wszystkie są jednakowe.ż0a(dziennikarz z Paryżbfa, 1884 r.)ż0aż0aż0a Kiedy w 1859 r. 19-letnia Helena zobaczyła „Hamleta” na scenie krakowskiej, przez kilka tygodni „żbfyła jak zaczarowana”. W bezsenną noc po spektaklu napisała długi poemat. Wtedy postanowiła, żbfe zostanie pisarką. Nie została.ż0aż0a I jak to bywa w żbfyciu młodej poetycznej duszy, wkrótce znów się zakochała, żbfywo i namiętnie. Tym razem we Fryderyku Schillerze. Była pod takim jego wrażbfeniem, żbfe po spektaklu „Intrygi i miłości” zachowywała się jak lunatyczka. Zaczęła czytać sztuki Schillera w oryginale. Im więcej go czytała tym bardziej się nim zachwycała. Potem, jako początkująca aktorka, często grała Ludwikę z „Intrygi i miłości” oraz Amalię, ze „Zbójców” Schillera. Obydwie postacie były młode, romantyczne, kochały i umierały niesprawiedliwie. ż0aż0aW wyniku niesłusznych podejrzeń o zdradę, rzuconych przez ojca ukochanego arystokraty na Ludwikę, pochodzącą z mieszczańskiej rodziny, bohaterka ginie, stając się ofiarą przesądów, które zniszczyły wspaniałe i czyste uczucie. ż0aż0a Amalia ze „Zbójców” stoi przy ukochanym do końca, mimo, żbfe żbfycie zmusza go do trudnych wyborów. Sama Helena, będąca nieślubnym dzieckiem teżbf często spotykała się z różbfnymi przesądami. Ale wierzyła, żbfe spotka czystą, gorącą miłość, która wynagrodzi jej upokorzenia. Lubiła więc te swoje młode, stałe w uczuciach, pełne wdzięku bohaterki. One wzbogacały jej wewnętrzny świat, jej duchową urodę. Zaczęła intensywniej żbfyć, podwójnie, potrójnie, za każbfdą z kreowanych postaci z osobna. Zaczęła swój młody wiek, urok i marzenia uwznioślać i potęgować. Od początku scenicznego żbfycia jej bohaterki miały silnie zarysowaną indywidualność, będąc jednocześnie częścią jej samej. (...)ż0aż0aW okresie warszawskim coraz częściej grała bohaterki szekspirowskie, heroiczne, romantyczne, tragiczne. Stała sią kobietą dojrzałą, więc jej bohaterki teżbf stały się dojrzałe. Ale teżbf nigdy nie przestała być młodą i romantyczną. Na dawną Helenę nakładały się więc niejako nowe jej wcielenia. Każbfde z nich, wprowadzane w żbfycie, stawało się odrębną jej częścią. Aby przekaz był jak najpełniejszy, Helena cały czas pracowała nad środkami wyrazu artystycznego. Zaczęła stwarzać swój oryginalny warsztat. ż0aż0aW teatrze żbfywe były jeszcze tendencje klasyczne i romantyczne, zaczynał jużbf się teżbf pojawiać realizm. Jak pisali recenzenci, harmonijne piękno całej postaci, spokojne ruchy powodujące plastykę pozy, to jeszcze wpływy klasycyzmu. Idealistyczne podejście do roli, potęgowanie siły uczucia, liryzm – to aktorstwo romantyczne. Natomiast jakżbfe realistyczne było konsekwentne budowanie przekonującej ludzkiej psychiki, tłumaczenie motywów, wczuwanie się w rządzące człowiekiem mechanizmy. (...)ż0a ż0aHelena Modrzejewska we wszystkich kreowanych rolach wyraźne dążbfyła do uwydatnienia moralnego piękna. Tym teżbf kierowała się przy doborze repertuaru. „Ulepszyła” na przykład słynną rolę Małgorzaty Gauthier w „Damie Kameliowej” Aleksandra Dumasa-syna. Pierwszy raz przejrzała dramat we francuskim oryginale, gdyżbf w Polsce ta „bezecna sztuka” nie znalazła odważbfnego tłumacza. W końcu na przeróbkę zdecydował się pan Umiastowski i zatytułował ją „Zbłąkana”, podobno po to, by nie straszyć groźnym tytułem. Modrzejewska otrzymała rękopis tłumaczenia wraz z listem tej treści: „Drażbfliwe sceny usunięte lub przerobione. Charakter Margerity został o wiele złagodzony. Starałem się umożbfebnić przedstawienie tej sztuki na polskiej scenie nie naruszając głównej idei autora”. ż0aż0aModrzejewska „zaprzyjaźniła się” jednak z Małgorzatą. Próbowała zrozumieć mechanizm, który spowodował, żbfe bohaterka sztuki zeszła na złą drogę. Starała się dostrzec winę za upadek moralny w systemie społecznym i w środowisku, w którym przyszło Małgorzacie żbfyć. Była to, jak na tamte czasy, bardzo odważbfna interpretacja,. „Lubiłam ten obraz literacki – pisała Modrzejewska – i idąc równocześnie za opisem Hussaye’a zrobiłam z mojej bohaterki postać o większym wykształceniu i ogładzie, niżbf się przeciętnie spotyka. Przedstawienie bohaterki jako szlachetnej, powściągliwej, czułej z miłości i nadzwyczaj wrażbfliwej, słowem wyjątkowej osoby wśród kobiet tego typu, sprawiło mi duchową satysfakcję. ż0aż0aTen zamysł znalazł uznanie publiczności, a wrażbfliwość Małgorzaty udziela się powszechnie, gdyżbf każbfdy płacze nad biedną koryntianeczką”. Po warszawskim spektaklu z Sahrą Bernhardt w roli głównej, jeden z recenzentów napisał: „Sahra Bernhardt nie idealizuje Kamieliowej tak jak Modrzejewska. Gra francuską kokotę, a nie bohaterkę”. Interpretacja Modrzejewskiej i jej „własne” odczytanie roli bardzo spodobało się jednak samemu autorowi. ż0aż0aAleksander Dumas przysłał Helenie telegram w podzięce za rolę Małgorzaty: „ Jestem uszczęśliwiony. Podziękowania i wyrazy podziwu. Proszę o przekazanie ich innym aktorom i tłumaczowi”. W Ameryce na Damę Kameliową mówiono po prostu „Kamila”. Tutejsza publiczność uwielbiała tę bohaterkę. Świadczy o tym ogromna ilość amerykańskich przedstawień. (...)ż0aż0a Dość kontrowersyjną, współczesną rolą Modrzejewskiej była „Nora” Ibsena. Sztuka odniosła wielki sukces w Europie, ale w Ameryce nie chciano takich dziwacznych sztuk. Walka kobiet o równouprawnienie, nie znalazła jeszcze takiego podatnego gruntu, jak w Europie. Bohaterka Ibsena wiodąca beztroskie żbfycie, w momencie zagrożbfenia staje się dojrzałą kobietą. Fałszuje podpis swojego ojca, by zapewnić fundusze na ratowanie żbfycia mężbfa. Gdy ten nie docenia tej jakżbfe trudnej decyzji, Nora odchodzi. ż0aż0aSztuka wywołała skandal obyczajowy. Nie potrafiono wybaczyć Norze pozostawienia mężbfa i trójki dzieci. I mimo talentu Modrzejewskiej w tłumaczeniu postępowania bohaterek, pokazywania motywów działania i przyczyn postępowania, w Ameryce sztuka nie zdobyła rozgłosu. Natomiast „Magda” Sudermana była przyjęta z większą sympatią, choć teżbf dla wielu widzów mogła być sztuką zbyt śmiałą. Modrzejewska grała hardą pannę z Prus Wschodnich, wygnaną z domu przez ojca – tyrana, która wróciła po latach, jako światowej sławy artystka, z nieślubnym dzieckiem. – Rola „Magdy” uświadomiła nam – napisano po spektaklu – żbfe w sztuce Modjeska jest teraz samotną wielkością. Żadna dotąd z artystek nie potrafiła tak wcielić się w różbfne postacie, jak Modjeska. Magda jest całkowicie oryginalną kreacją, wśród tylu postaci stworzonych przez Modrzejewską, jest zdumiewająco niepodobna do żbfadnej z jej poprzednich ról”. ż0aż0a Role kobiet współczesnych, uwikłanych w stosunki społeczne, walczących o równouprawnienie, pięknych duchowo lecz zmagających sie z przesądami i niezrozumieniem, błądzących, ale któżbf nie błądzi, były przekonujące i przejmujące. Wnosiły do teatru ducha realizmu, dotykały tematów podejmowanych przez literaturę współczesną. Klasyczne role Modrzejewskiej, teatralne adaptacje wielkiej literatury uwypuklały wartości uniwersalne, podejmowały polemikę z historią i weszły do kanonu wielkich scenicznych postaci stworzonych przez aktora. ż0aż0a Ważbfną rolą Modrzejewskiej, w jakimś sensie przełomową, bo najpierw podbiła nią scenę warszawską, a potem scenę amerykańską, była trudna rola „Adranny Lecouvreur” w sztuce E.Scribe i E. Legouve. Trudna ze względu na wiele płaszczyzn gry aktorskiej. Adrianna jest postacią historyczną. To XVIII-wieczna aktorka Comédie Fran?aise, uznana przez współczesnych za największą artystkę Francji. Wprowadziła do teatru swój, oryginalny, naturalny styl gry, unikając sztucznej, ale obowiązującej w klasycyzmie melodeklamacji.ż0aż0a Miała bogate żbfycie prywatne, które stało sie tematem m.in. sztuk tetralnych. A więc aktorka - Modrzejewska wcieliła się w inną wielką aktorkę. –„Najświetniejszy dowód swego talentu złożbfyła pani Modrzejewska w scenie obłąkania i konania" – pisał jeden z recenzentów. - "Była tu prawdziwa twórczość. ż0aAdrianna odtwarza całą swoją przeszłość zawodu aktorki i ostatnie swej miłości marzenia. Obłąkanie jest chwilowe, bo jest następstwem działania trucizny, więc teżbf odzyskuje przytomność i świadomość swego stanu. Wie, żbfe umrzeć musi, poznaje kochanka, a poznanie wyrywa z jej piersi zadziwiający okrzyk rozpaczy, bo chciałaby żbfyć czując się kochaną, ale trucizna przypomina jej nieubłaganą śmierć. Dwa razy w tej scenie zrywa się Adrianna wołając „żbfycia”, a w jak odmienny to sposób czyni, jakim dreszczem przejmuje i jak wielkie współczucie wzbudza jej rezygnacja”. ż0aż0a Helena Modrzejewska żbfyła swoimi rolami, ciągle je poznawała, za każbfdym razem odkrywając w nich coś nowego. Role stawały się żbfywymi bohaterkami, pełnymi wątpliwości, wplątanymi w swoje czasy i swoje środowisko. Dzieliła się z nimi swoją osobowością i czerpała od nich, to co ją wewnętrznie budowało. ż0aż0aW zeszycie przy roli Seweryny z „Księżbfnej Jerzowej” Aleksandra Dumasa-syna, napisała: „Walka jest potrzebna. Gdy walczę, wiem, żbfe żbfyję. Wielka rozpacz rodzi samobójców. Tylko słabe dusze uciekają przed męczarniami żbfycia. Jednak odwagą jest takżbfe sobie żbfycie odebrać, lecz jedynie wtenczas, gdy to czynimy przez poświęcenie dla idei, lub dla kogoś. „Być, albo nie być hamletowe, odbiło się echem po całej ziemi. Ja mówię „b y ć, b y ć, b y ć! wszystkie moce duszy zebrać i iść dalej, ciągle – i ciągle wyżbfej”.ż0aż0a I takiej siły było potrzeba by stać się jedną z większych w historii szekspirzystek, gwiazdą dwóch kontynentów. Szekspir, to największa miłość Modrzejewskiej, miłość, która dawała jej żbfyciowy napęd, rozbudzała emocje, była spełnieniem marzeń i pragnień. ż0a ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇmodj14.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇHelena Modrzejewska, fot. arch. Muzem Teatralnego w Warszawieˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ0ˇ31ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇmodj14.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ547ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006011610031ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11517ˇ1138241679ˇ8ˇ1139068980ˇ9ˇ2ˇ3ˇ2006ˇWierszeˇWiersze nagrodzone w I Konkursie Złotego Pióra. Wyniki Konkursu.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ż0aż0aˇPRZODKOWIE WIEDZĄż0aż0aZanurzmy się we własnej otchłaniż0aw samotności istnieniaż0agdzieś na przestrzeni czasuż0aserce znowu zapłacze... .ż0aż0aPowracają stare wspomnienia... .ż0aż0aLata,ż0aminuty,ż0amożbfe tylko same chwileż0auciekają między palcami...,ż0aa tam pozostali jużbf tylko przodkowie,ż0aa ich prochy na cmentarzach:ż0awiedzą, ż0awidzą, ż0ai słyszą,ż0ajak tęsknota zalewa ci oczy ż0a- za nimi ż0ai jak smutek odbiera sen z powiek ż0a- za OJCZYZNĄ.ż0aż0aPozostały te bliskie - a zarazem tak odległeż0awspomnienia...,ż0aulotne jak zapachy z matczynej kuchni,ż0ai powiew chłodnego wiatru na twarzyż0az letnich wieczornych spacerów.ż0a ż0aIndywidualna wieczność ucieka ż0ai kradnie ciche wspomnienia... .ż0aż0aż0aż0aZŁOTA JESIEŃż0aż0aKiedy...,ż0apłacze niebo ż0aw jesienny dzieńż0asłyszęż0ajak wiatr dmucha melodie ż0az pomiędzy złotych liściż0ai czujęż0anostalgięż0aw kroplach ż0azawisłych w przestrzeni...,ż0aż0ato są tylko wspomnieniaż0ao naszejż0aPOLSKIEJ JESIENI.ż0aż0aż0aż0aJesieńż0aż0aż0aPrzyszłaż0az utęsknioną melancholiąż0ai wspomnieniami z dzieciństważ0aw kolorowych liściachż0atańczących na wietrze.ż0aPrzyniosła zapach orzeźwiający, ż0akojący…,ż0ainny niżbf latoż0anasycając zmysłyż0aprzemijającymi nastrojamiż0akolejnego nurtu żbfycia.ż0a ż0aż0aWiersz z tomiku „TRWAĆ WIECZNIE”ż0aż0aż0aI KONKURS ZŁOTEGO PIÓRA ż0aKomunikat Prezesa Poland-USA Promotionż0aż0aKończący się rok przyniósł rozstrzygnięcie I Konkursu Złotego Pióra, którego byłem inicjatorem i organizatorem. Tematem inspirującym, było zapytanie: ż0aż0aCo myślę, gdy słyszę - Polska?ż0aż0aKonkurs miał charakter międzynarodowy, zaś prace mogły być pisane w dwóch językach: polskim lub angielskim.ż0aż0aJury, w składzie: red. red. Zofia Kłopotowska-Doktorowicz ( Kurier Plus), Mariola Durzyńska (Polskie Radio 910AM ), Janusz Szlechta ( Nowy Dziennik) przyznało:ż0aż0aI Miejsce i 3 dni pobytu w Paryżbfu, Markowi Wołodkowiczowi z USAż0aż0aII Miejsce i 4 dni pobytu w Budapeszcie, Ewelinie Sobczyszczak z USAż0aż0aIII Miejsce, 5 dni pobytu w Vermont (USA), Marcie Banach z USAż0aż0aoraz dyplomy wyróżbfnienia dla:ż0aż0aIzabelli Plusz z USAż0aJanusza Sporka z USAż0aWiktorii Kwiatkowskiej z Polskiż0aMonique Surdyka z USAż0aW Witter z Polski.ż0aż0aO sposobie odebrania nagród poinformuję indywidualnie bezpośrednio zainteresowanych.ż0aż0aWybrane teksty będą opublikowane w prasie polskiej.ż0aWszelkie pytania dotyczące konkursu proszę kierować: pl_usa@mail.comż0aż0aNagrody ufundowali: Polskie Stowarzyszenie Autorów, Dziennikarzy i Tłumaczy w Europie A.P.A.J.T.E. z siedzibą we Francji, Liliana Travel z Węgier oraz Michał Siwiec, biznesmen z Nowego Jorku.ż0aż0aPatronat medialny nad konkursem objęli: Polskie Radio Polonia, TVP Polonia, Nowy Dziennik, Kurier Plus, The Post Eagle (USA), Purpose (Polska), Nasza Gazeta (Szwajcaria), Express ( Anglia), Scena Polska (Holandia), Radio Kurier, Radio Pomost Arizona 1480 AM, Polskie Radio 910AM (USA), Gazeta (Kanada), NY.PL. ż0aż0aDziękuję wszystkim uczestnikom konkursu i patronom medialnym. Szczególne słowa podziękowań kieruję do sponsorów. Serdecznie dziękuję jurorom, którzy prace oceniali.ż0aż0aGrzegorz G.Worważ0aNowy Jork, 10 grudzień 2005ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0a ˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ0ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMonique Surdykaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020310900ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11518ˇ1138241841ˇ8ˇ1139495091ˇ8ˇ2ˇ3ˇ2006ˇFotografieˇż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ż0aż0aż0a***image1:center***ˇ***image2:center***ż0aż0aż0aLESZEK SZURKOWSKIż0aż0ahttp://www.szurkowski.comż0ahttp://www.eyeopenerbooks.comż0ales@szurkowski.comż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇl_szur1.jpgˇl_szur2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇLeszek SzurkowskiˇLeszek Szurkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ16ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇl_szur1.jpgˇl_szur2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ567ˇ573ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇLeszek Szurkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020310916ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11519ˇ1138242881ˇ8ˇ1139068463ˇ9ˇ2ˇ3ˇ2006ˇZnad East River nad Czarną HańczęˇWidząc siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, zawsze myślę o Andrzeju Strumille. Dzieje się tak dlatego, żbfe w latach 1982-1984, kierował on pracownią graficzną tej organizacji. A myślę o nim, gdyżbf tak bardzo imponuje mi jako człowiek. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ż0aż0aż0a***image1:center***ˇNajprawdopodobniej pierwszy raz usłyszałem o nim w 1985 r., w kilkunastominutowym programie telewizyjnym. Miał jużbf za sobą dwuletni, wspomniany, pobyt w Nowym Jorku i od kilku miesięcy był mieszkańcem wsi Maćkowa Ruda, nad Czarną Hańczą. Doskonale pamiętam, żbfe siedział wtedy na wielkim głazie narzutowym. Za nim widać było okazały modrzew i dużbfy dom o spadzistym dachu, krytym gontem.ż0aż0a W zaprezentowanej rok później audycji radiowej został, między innymi, zapytany, dlaczego zamieszkał w takim odległym zakątku Polski, jakim jest Suwalszczyzna. ż0aż0a - Stąd jest najbliżbfej do Wilna, gdzie się urodziłem – odpowiedział.ż0a ż0aż0a W 1991 r., jak co roku, przebywałem na Suwalszczyźnie, w Pogorzelcu oddalonym o sześć kilometrów od Maćkowej Rudy. I wtedy napisałem do Andrzeja Strumiłły list. Przedstawiłem się w nim, opowiedziałem pokrótce o moich związkach z krainą jezior i kamieni polodowcowych. Na koniec zapytałem, czy mógłbym go odwiedzić. Wkrótce otrzymałem serdeczną odpowiedź, której końcowy fragment brzmiał następująco:ż0aż0a Będzie pan miłym gościem w moich progach.ż0aż0a Postanowiłem zaproszenie wykorzystać póki było, żbfe tak powiem, gorące. I po kilku dniach podążbfyłem, polnymi i leśnymi drogami, ku Czarnej Hańczy. ż0a ż0a Zabudowa łagodnego wzgórza, na którym osiadł Andrzej Strumiłło, przyciąga wzrok. Tworzy bowiem zwartą, ale wtopioną w krajobraz, całość. W pierwszym momencie zwraca uwagę, ze względu na rozmiary, drewniany dom w stylu dworku. A po chwili - zabytkowy spichlerz (pochodzący spod granicy litewskiej, rozebrany na części, przewieziony, a następnie ponownie zmontowany nad Czarną Hańczą) oraz dwie kamienne stajnie i biały budynek mieszczący pokoje gościnne i galerię. Góruje nad nimi kilkanaście okazałych drzew. Wszystkie te elementy otacza, nieco ponad metrowej wysokości, mur wzniesiony z polnych kamieni zebranych na okolicznych polach. ż0aż0a Z tej pierwszej wizyty pamiętam jedynie mocny uścisk dłoni gospodarza na powitanie, poczęstunek w postaci herbaty i konfitur (być możbfe z czarnych porzeczek). I to, żbfe od początku tej mojej wizyty, czułem się bardzo dobrze w jego obecności. Nie pamiętam o czym konkretnie wówczas rozmawialiśmy. Kilku tematów jedynie się domyślam.ż0aż0a Od tamtej pory, miłego gospodarza odwiedzam raz, a niekiedy dwa razy w roku. Kiedyś zetknąłem się tam z Arystofanesem – kotem, którego Strumiłło przygarnął podczas wizyty w teatrze w Białymstoku. Przygotowywał wówczas scenografię do jednej ze sztuk greckiego dramaturga. A nieco później – z Wtorkiem, niewidomym, kudłatym psem, którego Andrzej Strumiłło znalazł w lesie, właśnie we wtorek.ż0a ż0aż0a Zgodnie z dokumentami urodził się w roku 1928. Ale tak naprawdę - rok wcześniej. W wyniku starań jego matki, udało się bowiem zmienić metrykę. W ten sposób uniknął wywózki na roboty przymusowe do Niemiec. ż0aż0a Zaraz po zakończeniu II wojny światowej rozpoczął studia w Państwowej Wyżbfszej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi, u Władysława Strzemińskiego. Następnie kontynuował je na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Na tej drugiej uczelni, po jej ukończeniu, był krótko asystentem. A po kilkunastu latach, równie krótko, profesorem kontraktowym. ż0aż0aAndrzej Strumiłło nie lubi jednak pracy na etacie (nie podpisanie przez niego kolejnego kontraktu z ONZ, teżbf tego dowodzi). Na żbfycie zarabiał, przede wszystkim, jako ilustrator książbfek, scenograf (m. in. współpracował z Teatrem Telewizji, Studenckim Teatrem Satyryków), rysownik i malarz (jego prace znajdują się w licznych zbiorach na całym świecie), autor i współautor albumów (np. „Nepal”, „Suwalski Park Krajobrazowy”, „Słońce”), fotografik (m. in. utrwalił Nowy Jork na ok. 35.000 zdjęć). Ten mieszkaniec wsi nad Czarną Hańczą jest takżbfe rzeźbiarzem, ekologiem, hodowcą koni (ma ich dwadzieścia kilka), autorem dwóch zbiorów wierszy („Jak” i „Moje”), od przeszło dwudziestu lat prowadzi dziennik. A w latach 50., 60. i 70. odbył podróżbfe po Chinach (to był początek), Indiach, Nepalu, Mongolii, Japonii, Wietnamie, Syrii, Turcji, Włoszech (Sardynia), ZSRR i USA. Z tych wypraw, obok tysięcy rysunków swego autorstwa, przywoził takżbfe setki dzieł sztuki. Część tych eksponatów weszła w skład zbiorów Muzeum Azji i Pacyfiku, którego jest zresztą współzałożbfycielem.ż0aż0a Te podróżbfe, szczególnie na Daleki Wschód, miały ogromny wpływ na kształtowanie się jego poglądów na świat i funkcjonowanie w nim człowieka. Przykładem tego możbfe być poniżbfsza jego wypowiedź:ż0aż0a Bliska mi jest buddyjska koncepcja, żbfe cząstka nieskończoności żbfyje w każbfdej odrobinie materii, co zobowiązuje nas do szacunku wobec każbfdego istnienia i broniż0aprzed antropocentrycznym egoizmem.ż0aż0a Z Chin pochodzi lubiana przez Andrzeja Strumiłłę maksyma mówiąca o relacji między artystą a tym, co go otacza:ż0aż0a „Zanim opuścisz pędzel, określ miejsce nieba i ziemi”. ż0aż0aMyśl tę dopowiedział kiedyś następującymi słowami:ż0aż0a Nie tylko o linię horyzontu tu chodzi.Chodzi o chwilę medytacji przed aktem twórczym, która ukażbfe nam sens tworzenia. ż0aż0a Andrzej Strumiłło jest doskonałym przykładem człowieka aktywnego, twórczego, starającego się, w miarę oczywiście możbfliwości, kształtować swoje żbfycie. A takżbfe człowiekiem pragnącym zachować, jak najwięcej niezależbfności. Stąd to wykonywanie wolnych zawodów, nie należbfenie do partii politycznych, czy koterii. Ale staraniom o utrzymanie owej niezależbfności, towarzyszą działania na rzecz miejsc, w których, w różbfnych okresach, mieszkał. Przejawem tego są, przykładowo, plenery rzeźbiarskie, które od kilkunastu lat współorganizuje w Maćkowej Rudzie, a takżbfe jego członkostwo w Radzie Naukowej Wigierskiego Parku Narodowego. ż0aż0a Andrzej Strumiłło nie jest optymistą (powiedział mi kiedyś: jestem świadomy kruchości ludzkiego żbfycia). Uważbfa jednak, żbfe skoro zostaliśmy jużbf powołani do żbfycia, to powinniśmy przeżbfyć je w sposób godny. I dobrze byłoby, abyśmy pozostawili po sobie ślad. A jeśli się uda - nawet dwa ślady.ż0a ż0aż0aTekst ukazał się w "Kurierze Plus" (Nowy Jork) 30 października 2004 r.ż0aż0a--------ż0aż0a"Podróżbfe, które mam za sobą przez góry, pustynie, stepy, tajgi, dżbfungle, morza, oceany, przez cywilizację i czas, nauczyły mnie tolerancji, względności i zbliżbfyły do pogodzenia się z losem. Sztuka wydała mi się aktem egzystowania tak naturalnym, jak wszystko inne, co mieści się między narodzinami a śmiercią".ż0aż0aAndrzej Strumiłłoż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇdom_strumilly.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇDomostwo Andrzeja Strumiłły, widok od strony Czarnej Hańczy, fot. Janusz Osmelakˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ26ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇdom_strumilly.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ279ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇDariusz Pawlickiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020310926ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11520ˇ1138243634ˇ8ˇ1139495051ˇ8ˇ2ˇ3ˇ2006ˇMigawkiˇż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ˇż0a***image1:center***ż0aż0aż0aDworzak w szpitaluż0aż0a Gdy przyjechałem do Kanady, pracowałem przez pewien czas w torontońskim szpitalu jako pomocnik pielęgniarski (orderly). My, nowi "orderlies," otrzymaliśmy małą broszurę powiadamiającą nas o naszych obowiązkach, która rozpoczynała się poetyckim zdaniem: "nie jesteś drzewem - bądź krzakiem”. Od początku więc wskazano nam nasze miejsce. Byliśmy przeważbfnie nowoprzybyłymi imigrantami przeróżbfnej narodowości. Pomocnicy pielęgniarscy i sprzątacze dzielili szatnie w ciemnej, chłodnej suterynie. Jednego ranka, gdy się przebieraliśmy, ktoś zaśpiewał mocnym barytonem fragment "Nowego Świata" Dworzaka. Odśpiewałem, skompletowałem fragment i on zareagował: ż0a"rozumiemy się!" Jest powiedzenie francuskie: "na wyżbfynach, gdzie szybują duchy". W tym wypadku duchy spotkały się "na nizinach".ż0aż0aż0aż0aMiłosierdzież0aż0a Małe dziewczynki szły w szeregu ulicą na peryferiach Paryżbfa, jednako odziane, najwidoczniej z sierocińca, gdyżbf były za małe na szkołę. Chodziły dziarsko, jak na ich wiek, gwarząc sobie wesoło. Gdy orszak mnie minął, po chwili zdałem sobie sprawę, żbfe jedna z "dziewczynek" była starą kobietą, karliczką, cofniętą umysłowo! Była najwidoczniej dobrze zintegrowana, ani ona ani dzieci nie zdawały sobie sprawy z różbfnicy. Pojęcie czasu dla niej nie istniało. Pogratulowałem w duchu prowadzącym je zakonnicom za serce, inteligencję i subtelność z jaką potrafiły jej osłodzić ostatnie lata żbfycia.ż0aż0aż0a*ż0aż0a Ta historia pochodzi ze szkoły w Madrycie za czasów frankistowskich. Nauczyciel, jezuita (gdyżbf wtedy szkoły były prowadzone przez duchownych), zapytał dwóch uczniów – braci, jak to jest możbfliwe, żbfe różbfnica wieku między nimi wynosi tylko pięć miesięcy. - "Czy jest to pomyłka?" - "Nie, jeden z nas jest zaadoptowany (powiedzieli gwarowo: "przygarnięty"), tylko nie wiemy który!" - Nauczyciel wysłał rodzicom listem gratulacje.ż0aż0aż0a*ż0aż0aNa nocnej zmianie, siostra szpitalna o zdeformowanej twarzy, przy wejściu i wyjściu z sali obdarzyła końskim uśmiechem umierającą pacjentkę, która nie mogła tego zauważbfyć. To było pozdrowienie od bezdennej otchłani do bezdennej otchłani, to była Miłość.ż0aż0aż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇobrazek_paryski.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, Obrazek paryski, rys. ołówkiemˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ44ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇobrazek_paryski.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ361ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWilek Markiewicz ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020310944ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11521ˇ1138244016ˇ8ˇ1139068398ˇ9ˇ2ˇ3ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Czumów.ˇ Pałac w Czumowie pobudowany został na wyniosłym brzegu rzeki Bug, w wyjątkowo pięknym krajobrazie, wybranym przez ludzi, ale obdarzonym przez Boga szczególnym urokiem. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aˇPradolina Bugu między wsią Gródek, niegdyś jednym z grodów Czerwieńkich, a czumowskim dworem nosi nazwę „Królewskiego Kąta” na pamiątkę historycznej przeprawy Bolesława Chrobrego w drodze na Kijów. To tutaj Świętopełk witał polskiego króla. Pałac, swym usytuowaniem i tarasami patrzy na ten rozległy widok, na płynącą zakolem malowniczym rzekę, jej oba brzegi - łagodny i stromy i na prehistoryczne wzniesienie z Gródkiem.ż0aż0a Dzisiejsza budowla powstała zapewne w końcu XIX w. wchłaniając, być możbfe, wcześniejszy dwór szlachecki. Rodzina Pohoreckich (Edward zakupił dobra czumowskie od Kazimierza Andrycza w 1891 r.) powierzyła zaprojektowanie siedziby dwóm włoskim architektom, których nazwiska nie są nam znane. Zgodnie z panującą w epoce „fin de siècl`u” modą, powstała budowla rozrzutna z obszernymi suterenami, pretensjonalną wieżbfą - klatką schodową, dużbfymi komnatami, tarasami widokowymi, dwoma gankami, podjazdem, kaplicą i pomieszczeniami gościnnymi na piętrze. Eklektyczna architektura z przewagą stylu klasycystycznego jest mieszaniną rustykalnej willi włoskiej, z dworem polskim i bogatą kamienicą mieszczańską, z dodatkiem romantyzmu w cebulkowatych hełmach: dużbfym przykrywającym wieżbfę i w wykończeniach dziś nieistniejących sterczynek na narożbfnych skarpach. Otaczał go niewielki park spacerowy, ogród warzywny i sad od strony zachodniej. Na obrzeżbfu skarpy posadzono miodne lipy, które tworzyły zielony parawan od północy otulając pałac i zasłaniając od chłodu wiatrów zza Buga. Dojazdowe aleje - topolowa prowadziła przez zabudowania folwarczne, kasztanowa przed ganek paradny. Trzecia aleja, niezwykła, ze starych orzechów amerykańskich, łączyła folwark z czworakami, wyznaczając jednocześnie kres parku.ż0aż0a Historia czumowskiego pałacu wiążbfe się ściśle z historią dwudziestowiecznej Polski. Do I wojny światowej siedziba rodu arystokratycznego, w czasie wojny austriacki szpital wojskowy, lazaret wojenny. Od 1913 r. pałac odziedziczył Władysław Pohorecki. Po wojnie zniszczony budynek nie od razu był zamieszkany. Wiadomo, żbfe w 1931 r. ziemię orną, o powierzchni ponad 300 ha, folwark i pałac przejęła w dzierżbfawę wdowa Maria Piątkowska z De Schmieden-Kowalskich (moja ciocia Niusia, najstarsza siostra mamy) do spółki z Pawłem Kubaszewskim. Piątkowscy gospodarowali i mieszkali w odremontowanej zachodniej części z wieżbfą, praktycznie do wybuchu II wojny światowej. We wrześniu 1939 r. rodzina musiała opuścić Czumów. W pałacu, zdewastowanym przedtem przez zapędzone wojska sowieckie, urządzano koszary dla strażbfy granicznej zw. Grenschutz. Przeprowadzony przez Niemców remont zniszczył elementy stylowe architektury, wycięto drzewa i krzewy, oszpecono lipy.ż0aż0a Teren parkowo-ogrodowy został ogrodzony zasiekami i drutem kolczastym, pilnowały go specjalnie tresowane owczarki alzackie gotowe rozszarpać każbfdego, kto by zechciał tam wtargnąć. Latem 1944 r. ten stan koszar - więzienia przejęło polskie Wojsko Ochrony Pogranicza (WOP). W rok po wojnie, w 1946 r. Pałac z otoczeniem przeszedł na skarb państwa. Przejął go Państwowy Fundusz Ziemi. Po wschodniej stronie pałacu, tej reprezentacyjnej w zamyśle architektów -budowniczych, gdzie były dużbfe i szerokie komnaty, miejscowa gmina ulokowała Szkołę Podstawową. W zachodniej zamieszkali pracownicy Państwowego Gospodarstwa Rolnego (PGR). W każbfdej komnacie jedna rodzina wraz z własnym inwentarzem. Coraz bardziej zaniedbany i zdewastowany pałac powoli pustoszał. Przeniosła się szkoła, wyprowadzali się ludzie w miarę przybywania dziur w dachu. Wreszcie w 1988 r. został sprzedany trzem prywatnym osobom, z których jedna zmarła, dwie pozostałe podzieliły się i terenem i pałacem. Powoli obaj właściciele starają się doprowadzić do stanu kwitnącego, możbfe nawet bogatszego niżbf był. Doprowadzony jest prąd i woda, zrobiona nowa kanalizacja, położbfone nowe stropy, pokrycie dachowe, tynki zewnętrzne, zagospodarowane sutereny. Będzie to miejsce wypoczynku, konferencji, zjazdów, letnich pikników itp. Wygląd otoczenia zmienia się z roku na rok. Stanęła reprezentacyjna brama u wjazdu, odgrodzono estetycznie część wschodnią z dawnym warzywnikiem, dzisiaj rozległym trawnikiem.ż0aż0a Marzę o tym, by doczekać chwili, gdy będę mogła pojechać tam i bodaj na krótko zamieszkać, koniecznie w maju, posłuchać koncertów słowiczych i żbfabich, popatrzeć na wstęgę Bugu, świeżbfą zieleń różbfnych odcieni i odmian krzewów wikliny, odszukać jedyne stanowisko szczodrzeńca wśród płatów roślinności stepowej. ż0aż0a Od 1997 r. obszar pałacowo-parkowy znalazł się w obrębie "Nadbużbfańskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu" i przeznaczony jest pod usługi kultury i turystyki.ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0aCZUMÓWż0aż0a Z Hrubieszowa do Czumowa jeździliśmy końmi, które po nas przysyłano, najczęściej była to małopolska bryczka, ale pamiętam i sanie. Odległość 7 km to niedaleko, lecz podróżbf ta była całą wyprawą przez lessowe podłożbfe, polskim gościńcem. W letnią suszę less zamieniał się w tumany kurzu, a w deszcze w błotnistą, nieprzejezdną maź. Nie było możbfliwości ominięcia jednego niebezpiecznego miejsca, bo część drogi biegła wąwozem, zostawiając po prawej pola folwarczne, a po lewej wysokie wzniesienie z miejscowością Gródek, niewidoczną z drogi. Po przejechaniu wąwozu, z daleka widać było aleje starych drzew - topolową, która prowadziła do folwarku zabudowanego w czworokąt i kasztanową wiodącą prosto przed pałac. Po drodze rosły jeszcze inne drzewa, dużbfe, liściaste, szumiące i po obu poboczach drogi zarośla, krzewy, piękne osty i mnóstwo kolorowych kwiatów polnych, których nazw nigdy nie zapamiętałam. Gatunki wyjątkowe, jak mówią znawcy – roślinność stepowa. ż0aż0a Pachniało tam łąkami soczystymi i ukwieconymi, koniczyną i miodnym rzepakiem, którego złote łany szczególnie przyciągały oczy. Po lewej, w "Królewskim Kącie" malowniczo układały się krągłe krzewy łoziny w przeróżbfnych odcieniach zieleni i srebrzystości. Bieg rzeki miękką linią rysowały wikliny wplątane w chaszcze, ponad którymi lubiły strzelać wysokie, dorodne, złociste dziewanny.ż0aż0a Podjeżbfdżbfaliśmy pod pałac zawsze przez czworaki dworskie, biało pobielane, strzechą ze słomy kryte, ciągnące się po lewej na płaskowyżbfu, zaraz na początku wsi. Aleją kasztanową, za którą były pola pszeniczne, przez mostek na kanale, koło starego kasztanowca z drewnianą wiszącą kapliczką, miejsc wieczornych śpiewów majowych, mijając cudowną aleję orzechów amerykańskich, bardzo rzadkich (spotkałam takie same na wyspie św. Małgorzaty w Budapeszcie i Lexingtonie w Stanach Zjednoczonych - tylko te dwa razy, a szukałam wszędzie w licznych moich wędrówkach po świecie).ż0aż0a Aleja ta okalała łukiem południowo-zachodnią część parku, prowadząc do zabudowań gospodarczych fornali, a dalej do folwarku dworskiego. Od pałacu szło się na folwark drogą dzielącą sad i jagodnik, gdzie były truskawki i poziomki ogrodowe w grzędach oraz rajskie jabłonie, z których jabłuszka rumiane smażbfyło się w syropie w całości, razem z ogonkami, by później zdobiły torty i mazurki świąteczne. ż0aż0aKonfitury z truskawek znakomicie smakowały w ciasteczkach zwanych "trzewiczkami". Babunia chowała je w wielkim blaszanym pudle po herbacie cejlońskiej. Pachniało nimi zawsze w kredensie. Zapach nagrzanych słońcem poziomek towarzyszy mi do dzisiaj. Bardzo chciałam stworzyć namiastkę tego drogiego mi wspomnienia we Wrzechowym (mojego syna Wrzesława) ogrodzie, ale nie dano mi, cieszyć się tym cudem natury. ż0aż0a To, co było ciekawe dla mnie, wówczas dziecka 5-6 letniego - to oczywiście zakazany folwark, z jego oborą, stajnią, zagrodą dla końskiej młodzieżbfy, chlewnią, parnikiem, kuźnią, rymarnią, stelmarnią, stodołą, gdzie ogromna lokomobila z wyciem młóciła dorodne zbożbfe, a furmanki co jakiś czas odwoziły załadowane ziarnem worki do spichlerza. Ta podróżbf na workach była szczytem radości i dumy, im wyżbfej, tym lepiej. ż0aż0a Kiedyś ubrana w czarną, aksamitną sukienkę (po Eli) z białymi mankiecikami i kołnierzem „bébé” asystowałam przy młócce w pyle, który osiadał na aksamicie zmieniając czerń w szarość. Co się działo we włosach, nie chcę nawet wspominać. Najbardziej lubiłam wyprawy z Witkiem (bratem, Wiktorem) poza folwark w pola i łąki, gdzie wypatrzone gniazda trzmieli były celem słodkiego miodobrania. Jedna z wypraw mogła zakończyć się fatalnie - zostałam użbfądlona w szyję. Piekący ból i opuchlizna wyciskały potoki łez. Witek był przytomny: wygrzebał w stoku grudkę wilgotnej gliny i natychmiast przyłożbfył. Zostałam uratowana i oboje uniknęliśmy lańska. ż0aż0a W większym gronie dzieci wybieraliśmy się daleko w pola. Składano tam słomę po młócce i układano pracowite sterty na kształt domu z dwuspadowym dachem. A my właśnie w tej słomie kopaliśmy tunele lub zjeżbfdżbfaliśmy na pupach z samej góry na dół, naturalnie niszcząc pracę ludzi. Za to spotkała nas kara: źdźbła słomy wbijały się w miękkie części ciała i było z tym wiele kłopotu. Takich jednak zabaw nie było nigdzie i nigdy jużbf potem. ż0aż0a Gdy byłam sama, lubiłam bawić się w podróżbf. Siadałam wtedy na ganku od wschodu, rozkładałam koce i obłożbfona lalkami i niby bagażbfami podróżbfowałam w dalekie kraje. Te marzenia częściowo się spełniły.ż0aż0a W Czumowie były pamiętne i uwiecznione przez mojego ojca na fotografiach, dalekie spacery z dorosłymi, hen, pod stok wzgórza gródeckiego. Po latach dowiedziałam się od siostry Eli, jakie to ciekawe archeologicznie miejsce. Gródek uważbfany jest za jeden z Grodów Czerwieńsklch. Wyniki badań są znane i opublikowane przez Muzeum Okręgowe w Lublinie.ż0aż0a Inną przyjemnością i atrakcją były spacery końmi. Dla młodzieżbfy linijka na trzy, cztery osoby siedzące bokiem na długim siedzisku tapicerowanym i bardzo spokojna szkapa w półszorku. Kiedyś Lili udało się nas wysypać do rowu. Czasem brakowało mojego rodzeństwa, bo rodzice delikatni, taktowni nie chcieli narzucać się z czwórką dzieci, mimo usilnych zaprosin. Często więc na wakacjach byliśmy rozparcelowywani: Ela do Wiszniowa do Lili, Witek do Zarzecza do dziadka Taczanowakiego, Julek do pp. Du Ch?teau w Raciborowicach lub Strzelcach pod Hrubieszowem, a ja zostawałam z mamą, ciocią i babcią. Nudziłam się tego pięknego i upalnego lata 1939 r. toteżbf biegałam na zakazane mi czworaki i z dziećmi folwarcznymi poznawałam żbfycie. Miałam wtedy niespełna siedem lat, we wrześniu miałam rozpocząć szkołę, tymczasem edukowali mnie chłopcy sadownika. Jużbf wiedziałam w jaki sposób podbierają jabłka z sadu, jak pracują kowale, żbfe rozżbfarzone żbfelazo parzy, do czego jest potrzebny byk w oborze zawsze z kółkiem w nosie, prowadzany na drągu. Uwielbiałam asystować przy dojeniu krów, nie przeszkadzał mi zapach gnoju, ani specyfika obrządku bydła, za to lubiłam moment, gdy napełniano miski świeżbfym mlekiem i nie wiadomo skąd brało się mnóstwo kotów. Dawały się głaskać i mruczały przymilnie. Za stodołą, na kieracie dzieci uczyły dzieci skąd się biorą dzieci. Nie byłam pojętna w tej materii i długo, długo tkwiłam w nieświadomości. Natomiast wielkie wrażbfenie graniczące ze zdziwieniem spotkało mnie w izbach folwarcznych czworaków. Czystość i schludność w jedności z ubóstwem i prymitywem. Czworaki, chociażbf tak je nazywano, nie były typowe, jakie spotykało się we dworach; a więc budynek drewniany, kwadratowy, kryty strzechą lub gontem, czy dranicami, podzielony wewnątrz na cztery równe części, w każbfdej jedna rodzina. Czumowskie raczej przypominały wołyńskie chałupy małorolnych czy bezrolnych wieśniaków. Wydaje mi się, żbfe były to lepianki z gliny, pobielone, długie prostokąty, w każbfdym dwa lub trzy wejścia, przed każbfdym ławeczka. Przed wejściem "chodniczek" wylepiony gliną, po bokach ogródki z mnóstwem kolorowych kwiatów wiejskich, zagródka dla kur z płotem plecionym gęsto z wikliny i większe krzewy oraz malwy, słoneczniki, bób, fasola, groch. Wnętrze, które zapamiętałam było bielusieńkie, czyste, przestronne z wielkim piecem na 1/4 izby wylepionym gliną i pobielonym wapnem. Płyta do gotowania żbfeliwna, z fajerkami. W jednym otworze tkwił sagan żbfeliwny na ciepłą wodę, pod płytą buzował wesoło ogień z chrustu zbieranego w lesie, w parku i z odpadów ze stelmarni. Gotowano właśnie kluski na wieczerzę. Zostałam zaproszona wraz z trojgiem innych dzieci, moich wakacyjnych przyjaciół. Wszystkie dzieci usiadły na polepie, bo w izbie nie było podłogi z desek, wokół stołka do dojenia krów, na którym postawiono glinianą dużbfą miskę ze strawą. Każbfde pilnowało swojej drewnianej łyżbfki i spożbfywanie odbyło się niezwykle prędko. Bardzo smakowały mi te kluski ze skwarkami. Potem starsi ludzie posiadali na przyzbach i bajali sobie, a dzieci oplatając rączkami kolana, wpatrywały się w rozpryskujące co chwilę iskierki, które natychmiast gasły, ale ogień igrał dalej dając tajemnicze cienie pełzające i tańczące po ścianach i prostych sprzętach. Stworzył się niepowtarzalny nastrój zadumy, było cicho, moce sennie i świerszcze zaczynały swój monotonny koncert.ż0aż0a W Czumowie nie było światła elektrycznego, żbfycie więc płynęło zgodnie z naturalnym zegarem - pianiem kogutów, wschodami i zachodami słońca. Ta wielka, czerwona kula nad wstęgą Bugu gromadziła nas w domu, gdzie szykowano lampy naftowe i kąpiel. Jedno i drugie roznoszono do sypialni i pokoi gościnnych. Lubiliśmy jeszcze chwilę posiedzieć na nagrzanych słońcem kamiennych schodach przy wieżbfy czując, jak mury oddają swe ciepło. Jeszcze teraz, gdy od czasu do czasu odwiedzam Czumów, mam to wielkie pragnienie, by posiedzieć na wiekowych stopniach, wciążbf przecieżbf tych samych.ż0aż0a Z Czumowem wiążbfe się nie tylko ostatnie lato przedwojenne, beztroskie, najbardziej zapamiętane, ale i to, co bardzo smutne i tragiczne dla rodziny, dla kraju: początek wojny i nasza wędrówka za Bug, nasz uchodźczy los.ż0aż0a Jużbf pierwsze dni września zaczęły być tłumne od ludzi zwanych przez nas uciekinierami z Poznania i z Warszawy. Było ich coraz więcej i zajmowali wszystkie możbfliwe do spania miejsca. Ciocia Niusia, która ledwie wróciła po szpitalu z Warszawy, dwoiła się i troiła wraz ze służbfbą, nie tak znów liczną, szykując wciążbf nowe pomieszczenia, posłania i posiłki. Panowała psychoza lęku, wręcz panika. Jedni wyjeżbfdżbfali gdzieś dalej na wschód, na ich miejsca zaraz przybywali nowi. Opowiadali straszne rzeczy, jak wojska niemieckie palą i niszczą naszą ojczyznę. Ludzi traktują, jak bydło, każbfą porzucać domy i mieszkania. Wywożbfą nie wiadomo dokąd. Te wieści dochodziły zewsząd, niesione przez ludzi do ludzi, budząc strach, dezorientację, naruszając dotychczasową normalność i stabilność. Mroziły krew w żbfyłach. Wszyscy panicznie bali się Niemców. Ojciec mój (miał jut czterdzieści lat i był w rezerwie) otrzymał długo wyczekiwane wezwanie do wojska. Miał się stawić 9 września w Tomaszowie Lubelskim. Pożbfegnał więc nas mocno tuląc, ucałował mamę i poszedł ... poszedł na wojnę...ż0aż0a A my po kilku dniach z Hrubieszowa, wróciliśmy do Czumowa, bo szkoły były zamknięte, nie było chleba i jakoś straszno się wkoło zrobiło. W Czumowie zresztą teżbf, ale tu przynajmniej jeszcze było mleko i piekło się chleb.ż0aż0a Ludzie opowiadali dziwy. Pamiętam, jak stróżbf nocny przyszedł do babci i zdenerwowany, wstrząśnięty opowiadał nieskładnie o zjawisku na niebie. Możbfna sobie wyobrazić czerwone, ogniste słupy dookoła nieba, a w środku jakby ręka krwawa z sierpem. Czyżbfby to był widomy znak od Boga? - nie każbfdemu dane było to widzieć. Stróżbf był człowiekiem starym, wolno myślącym. Nie wiedział, co powinien był zrobić. Był przerażbfony. Nie wiedział czy ma obudzić ludzi we dworze, czy to nie zniknie, czy w ogóle mu się nie śni? Na drugi dzień komentowano to zjawisko i tłumaczono jako zorzę polarną, która z rzadka, ale pojawia się pod tą szerokością geograficzną.ż0aż0a Cała ta historia zrobiła na mnie ogromne wrażbfenie, zresztą do dzisiaj uważbfam, żbfe był to znak Bożbfy - ostrzeżbfenie przed panowaniem komunistów przez pół wieku. Krwawa kurtyna i krwawa ręka z ich symbolem: sierpem i młotem. Prosty człowiek nie zmyśliłby sobie tego, był bardzo przejęty, poruszony.ż0aż0a Tymczasem wrześniowe dni były coraz straszniejsze, panika coraz większa, wieści napływające do nas przerażbfające. Babcia i mama postanowiły zabrać nas, dzieci i wyjechać za Bug, do rodziny ojca, do Taczanowskich w Zarzeczu pod Uściługiem, aby połączyć się z nimi i być dalej od Niemców. Przewidywano, żbfe rzeka Bug ich zatrzyma.ż0aż0a Nikt z folwarku nie chciał jechać, żbfeby nie rozdzielać się z rodziną. Tylko jeden fornal o nazwisku Reguła, który był bezżbfenny, a miał rodzinę na Wołyniu, zdecydował się pojechać z nami. On powoził końmi w bryczce, a furmanką pan Jankowski, jeden z uciekinierów. I stało się. - Wyruszyliśmy w dwa zaprzęgi dwukonne: w bryczce jechała babcia, mama, ja u ich stóp, stangret i Ela na koźle. Na furmance z rzeczami i prowiantem siedzieli moi bracia w harcerskich mundurkach i czapkach rogatywkach oraz pan Jankowski za furmana. Każbfde z nas zabrało ze sobą to, co uważbfało za najdrożbfsze sercu. ż0aż0aWitek i Julek zabrali albumy ze znaczkami, które z pasją zbierali. Ela komódkę z laki, bardzo ładną z zawartością drobiazgów i bibelocików, ja śpiącą lalkę Magdę, ślicznej buzi – nasze skarby. Zmieściły się łatwo w schowku pod siedzeniem w bryczce. lalkę Magdę o porcelanowej, ślicznej, buzi - nasze skarby.ż0aż0a Mama, niestety nie zabrała wiele z ubrania dla naszej czwórki, bo wszystko zostało w Hrubieszowie. Na furmance było trochę suchej, żbfywności takiej, jak mąka, kasze itp. Jechało się przecieżbf do majątku ziemskiego, więc chodziło tylko o podstawowe produkty, reszta miała być we dworze. Bug przepłynęliśmy ostatnim promem odcinając sobie odwrót. I tak zaczęła się nasza wędrówka. Teraz my staliśmy się uciekinierami. ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0aW Czumowież0aż0aMieszkam dziś w pałacu z elegancką wieżbfąż0aObok tużbf zielone, pyszne łąki leżbfą,ż0aDalej, hen za Bugiem, świecą nagie piaski, ż0aJakby zabuźniakom skąpił Pan Bóg łaski.ż0aBliżbfej ciemną falą niesie Bug ponury,ż0aNiesie i uderza nią o strome góry,ż0aLub po niskim brzegu sunie ją łagodnie, ż0aTak wędruje fala całe dnie, tygodnie,ż0aAżbf się wreszcie złączy z falą Matki-Wisłyż0aKtórej źródła takżbfe w polskiej ziemi trysły.ż0aI po jej korycie biegnie w świat daleki,ż0aBo nasz Bug i Wisła, to dwie polskie rzeki. ż0aż0aZ innym kto widokiem zwrócić chce swe oczy,ż0aNiech na balkon wieżbfy murowanej kroczy.ż0aStamtąd jak na dłoni widzisz pola, góry.ż0aKtóre, zda się, w dali są podporą chmury.ż0aNa zachodzie widać ciemną ścianę gaju,ż0aA na północ góry nieco odchylająż0aWidok na część tylko wschodnią, Hrubieszowa,ż0aReszta się dyskretnie za pagórkiem chowa.ż0aż0a23.VI.1909.ż0aż0aż0aWiersz ten napisał młody guwerner dzieci Pohoreckich, do których pałac czumowski należbfał do I wojny światowej. Guwerner ten był historykiem z wykształcenia. Nazywał się Antoni Wiatrowski. Później mieszkał z rodziną w Hrubieszowie, uczył w liceum i pisał pierwszą monografie dotyczącą Hrubieszowa i okolic. Nie znałam go osobiście, ale z jego najmłodszą córką chodziłam do jednej klasy. Przyjaźniłyśmy się. Po latach, pogubione, po wojnie odnalazłyśmy się. Byłyśmy razem w Czumowie i efektem odnowionej przyjaźni są przysłane dla mnie odbitki rysunku pałacu z 1910 r. i wiersz. Piękna sprawa. Te młode drzewa na rysunku, w moich czasach były ogromnymi lipami, a dookoła było pole z cudownymi alejami, sad, rosarium przed pałacem, warzywnik od strony Bugu i cudowne spacery.ż0aż0aż0aż0a***image4:center***ż0aż0aż0aTERESA-ZOFIA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA ur. 30 września 1932 r. w Zamościu, w Polsce, emerytowany starszy kustosz Muzeum-Zamku w Łańcucie, jest historykiem sztuki ze specjalnością w dziedzinie pojazdów konnych. W 1956 r. ukończyła studia Historii Sztuki na Wydziale Humanistycznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego /KUL/ otrzymując tytuł magistra. Doktoryzowała się w Warszawie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk, uzyskując tytuł doktora nauk humanistycznych w 1982 r. W latach 1963-1994 pracowała w Muzeum-Zamku w Łańcucie kierując Działem Pojazdów Konnych. W latach 1984-1987 wykładała na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie. Były to wykłady monograficzne z zakresu historii pojazdu zaprzęgowego, jego miejsca w kulturze, sztuce i obyczajach. Słuchaczami byli studenci Historii Sztuki - III-V roku studiów. Podczas wielu lat pracy w Muzeum organizowała wystawy na terenie Polski i w samym Łańcucie, prowadziła działalność popularyzatorską i dydaktyczną. Napisała i opublikowała 36 książbfek i artykułów związanych z dziedziną pojazdów konnych, innych publikacji ponad 100. Od 1965-1993 roku brała czynny udział w konferencjach Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Transportu /IATM/ przy ICOM/International Council of Museums/, reprezentując Polskę i Łańcut, wygłaszając referaty o polskich zbiorach muzealnych, problemach konserwatorskich dotyczących różbfnych eksponatów np. kolaski polskiej z XVIII w., na temat rekonstrukcji karet Jana III Sobieskiego i pracach dydaktycznych w muzeach. Wszystkie wygłoszone referaty zostały opublikowane w roczniku Stowarzyszenia IATM pt. "The Transport Museums". Miejsca gdzie odbyły się te konferencje to: Budapeszt, Frankfurt/M, Paryżbf, Praga, Waszyngton. Dla pogłębienia wiedzy wyjeżbfdżbfała na stypendia do Francji, Portugalii, Włoch oraz do Belgii, Holandii, Anglii, Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Danii, Szwecji, USA, Rosji, do Czech i na Węgry, służbfbowo lub prywatnie, zapoznając się tam z muzeami państwowymi i kolekcjami prywatnymi dotyczącymi pojazdów konnych, obyczajów i etykiety dworskiej i dyplomatycznej. W Paryżbfu, pod patronatem Sorbony, odbywała badania i poszukiwania archiwalne, poznawała kolekcje i biblioteki, m.in. słynne zbiory "Hermesa" przy Faubourg St. Honore i Compliegne poza Paryżbfem. Kontynuuje kontakty profesjonalne, publikuje, opracowuje i popularyzuje.ż0aż0aż0aZOB.TEŻ:ż0aż0awww.gazetagazeta.com/artman/publish/article_11375.shtmlż0aż0awww.gazetagazeta.com/artman/publish/article_7566.shtmlż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇczumow1.jpgˇczumow2.jpgˇmama_001.jpgˇrodzina2.jpgˇˇˇˇˇˇˇPałac w Czumowie, rys. Antoniego Wiatrowskiego z 1910 r.ˇPałac w Czumowie, fot. z lat 90. XX wieku. Dwie małe postacie przed pałacem, to dzieci Antoniego Wiatrowskiego, guwernera dzieci PohoreckichˇMama, Eleonora z de Schmieden-Kowalskich Józefowa FabijańskaˇRodzina Fabijańskich: mama (Eleonora), Witek (Wiktor), tata (Józef), Julek (mały - Juliusz) i Ela (Elżbfbieta)ˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ50ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇczumow1.jpgˇczumow2.jpgˇmama_001.jpgˇrodzina2.jpgˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ380ˇˇˇˇˇˇˇ281ˇ505ˇ591ˇ576ˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020310950ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11522ˇ1138245266ˇ8ˇ1139495000ˇ8ˇ2ˇ3ˇ2006ˇPamiątka po księdzu Janieˇż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ż0aż0a***image1:center***ˇKs. Jan Twardowski należbfy do tych poetów, których każbfde wydawnictwo opublikuje z przyjemnością i korzyścią. Jest lubiany, a książbfki jego znajdują chętnych klientów. Obok noblistów i ocierających się o nich Herberta i Różbfewicza, postać drobnego księdza musi zastanawiać. Nie posiada on wieszczego głosu, ani nie propaguje modnej filozofii, nie epatuje teżbf chwytliwą formą. Łapie na wypróbowany, staroświecki lep: najzwyklejsze słowa człowieka i podbija najszersze kręgi czytelników.ż0aż0aW Warszawie chodziłem do sióstr wizytek na jego wczesne msze, raczej na kazania dla dzieci, takie śmieszne, proste i krótkie. A możbfe to jużbf było pod koniec jego posługi? Nie wiem. W wierszu napisałem, żbfe trzyminutowe. Możbfe przesadziłem. Ale były niepowtarzalne.ż0aż0aDlatego z radością niosłem księdzu Janowi książbfkę przyjaciela, profesora Jerzego Pietrkiewicza z Londynu, prezent, którego nie zdołał sam przekazać. Po nabożbfeństwie poszedłem do ogródka za kościołem, odczekałem swoją kolejkę, bo byli inni petenci, i wszedłem po schodach do pokoju na pierwszym piętrze domku.ż0aż0aOdebrawszy prezent ksiądz Jan sięgnął po małą, zieloną książbfeczkę. Wpisał na stronie tytułowej “I.I. Florianowi Śmieji najserdeczniej” i podpisał się dając datę. Była to skromna publikacja “Niecodziennik”, zbiór anegdot i uciesznych dykteryjek, z których zacytuję ostatnią:ż0aż0a “Jestem bardzo wdzięczny tym, którzy pisali recenzje i artykuły o moich wierszach. Stale się od nich uczę. Zdarzało się jednak, żbfe omawiając moje wiersze pisano o dialektyce, antynomiach, Pascalu, Heraklicie, Heglu, koegzystujących realiach. Przeraziłem się.ż0aż0a Otworzyłem tom moich wierszy i natrafiłem na takie teksty: “polna myszka siedzi sobie, konfesjonał ząbkiem skrobie”, “kto bibułę buchnie, temu łapa spuchnie”, “siostra Konsolata, bo kąsa i lata”, “rysowałem diabła bez rogów, bo samiczka” – i uspokoiłem się”.ż0aż0a Obiecaliśmy sobie modlić się za siebie, a niepokaźny “Niecodziennik” stanął dumnie obok pięknych tomów wierszy poczytnego poety, który posiadł rzadki dar prostoty.ż0a ż0aż0aż0aFlorian Śmiejaż0aż0aPOCIECHAż0aż0a To bardzo pocieszająceż0a żbfe mimo promocji bełkotuż0a układów i mistyfikacjiż0a wbrew kumoterskiej krytyceż0a górują nadal czyste głosyż0a Herberta, Miłosza i Twardowskiegoż0a żbfe ze złomowiska instalacjiż0a spod ezoterii i kuglarstważ0a snobizmu i patologiiż0a wydobywamy wciążbf jeszczeż0a pożbfywny chleb poezji.ż0aż0aż0aKSIĄDZ JANż0a Dla M.P.ż0aż0aJużbf pochylony co niedzielęż0awygłasza u sióstr wizytekż0apoetyckie homilież0adla niewiniątek w każbfdym wieku.ż0aBezkonkurencyjnież0awpisał się do księgi Guinessaż0aza najkrótsze kazaniaż0aa jeszcze pewniejż0aw serca swoich słuchaczyż0abezradnie wyciągających szyjeż0aby niczego nie uronićż0az jego mądrych szeptówż0alecz rozumiejących bezwiednież0ażbfe dobroć słów nie potrzebuje.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇks_jan_twardowski.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇKsiądz Jan Twardowski, Kościół Sióstr Wizytek 2000 r. Ksiądz udzielał ślubu Adzie Gostkowskiej i Maciejowi Wilkowi oraz chrzcił ich syna, fot. z arch. Ady Gostkowskiej i Macieje Wilka ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ11ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇks_jan_twardowski.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ380ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ579ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020311011ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11523ˇ1138246004ˇ8ˇ1139494951ˇ8ˇ2ˇ3ˇ2006ˇTEN, KTÓRY POPRZEZ SWOJE WIERSZE UCZY LUDZI KOCHAơrozmowa z poetą księdzem Janem Twardowskimż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, styczeń 2006, nr 37ˇ***image2:right***Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Co jest najważbfniejsze przy pisaniu wierszy? Jakie Ksiądz ma przesłanie dla młodych poetów? ż0aż0aKsiądz Jan Twardowski: Chciałbym im powiedzieć, aby pisali autentycznie, byli takimi, jacy są. Nie powinni niczego udawać, bo w pisaniu wszystko się obnażbfa. Możbfna uniezależbfnić się od świata z zewnątrz, wznieść się ponad, i robić swoje. W poezji cenię właśnie autentyzm, aby nie było zakłamania.ż0aż0aA.Z-B.: O czym - według Księdza - powinno się pisać? Jak dalece sięgać po własną biografię?ż0aż0aKs.J.T.: O własnym żbfyciu możbfna pisać wciążbf, o dylematach, które się napotyka, o nie zatraceniu nadziei, o miłości i odpowiedzialności, o zdolności przebaczania. Anna Kamieńska powiedziała mi kiedyś: „...Droga - tym jest dla mnie poezja. Zwykła droga mojego żbfycia. W poezji nie ma nic, jeśli nie ma biografii. W poezji musi być człowiek i jego przeżbfycia”. Zgadzam się z nią. Jest masę własnych problemów do rozwiązania, i możbfna je pokazać takżbfe w poezji.ż0aż0aA.Z-B.: A co jest istotą Księdza wierszy?ż0aż0aKs.J.T.: Myślę, żbfe moja poezja jest bez erudycji, wielkich słów, ornamentów, dominuje w niej prostota, zwięzłość i humor. Obce mi są retoryka, dydaktyka i patos. ż0aż0aA.Z.-B.: Znani są księżbfa-poeci, wymieńmy kilku: Karol Wojtyła, Janusz Pasierb, Wacław Oszajca, Wiesław Niewęgłowski, Janusz Ihnatowicz, Eligiusz Dymowski. Wiersze księdza czytają dzieci, ludzie młodzi i starsi, wierzący i niewierzący...ż0aż0aKs.J.T.: Myślę, żbfe poeta powinien być towarzyszem ludzi wierzących i niewierzących, i szukać tego, co łączy, nie tego, co dzieli.ż0aż0aA.Z-B.: Czy ma Ksiądz swój ulubiony własny wiersz?ż0aż0aKs.J.T.: Lubię wszystkie swoje wiersze, kilka szczególnie, np. wiersz „Spotkanie”. ż0aż0aA.Z-B.: Przypomnę fragment:ż0a„... Samotność łączy ciała a dusze cierpienież0aTa jedna chwilaż0aNie potrzeba więcej...”ż0aJaką rolę spełnia poezja w Księdza rozumieniu?...ż0aż0aKs.J.T.: Istnieje ogólna potrzeba porozumienia się z drugim człowiekiem, i poezja możbfe tę rolę spełnić. Ja w ogóle jestem małomówny, a w pisaniu chcę się dogadać z drugim człowiekiem. Gdy piszę wiersz, szukam przyjaciela, i często go znajduję. Możbfna wierszem poznawać i siebie, i drugiego człowieka.ż0aż0aA.Z-B.: Poeta Jan Śpiewak napisał jużbf w latach 60., żbfe nie zna współczesnego poety polskiego, który byłby tak dobry dla ludzi, jak właśnie ksiądz. Mówi się, żbfe księdza szybciej pokochali czytelnicy, niżbf wydawcy. Teraz wydawcy prześcigają się w wydawaniu księdza kolejnych tomików wierszy. Poezja księdza trafia do wszystkich, niezależbfnie od wieku. Jak dalece cieszą księdza dowody okazywania sympatii, dobre recenzje, listy od czytelników?ż0aż0aKs.J.T.: Zdaję sobie sprawę, żbfe moje wiersze weszły pod strzechy i to mnie cieszy. Wzrusza mnie, żbfe moje wiersze są dobrze przyjmowane, żbfe ludzie piszą do mnie serdeczne słowa. Lubię dobre słowa na temat swoich wierszy, czytam je chętnie, wręcz z satysfakcją... Możbfe karmię nimi własną próżbfność? Jestem wdzięczny każbfdemu, kto o mnie pisał. ż0aż0aA.Z-B.: Anna Kamieńska napisała wiersz zadedykowany księdzu „Dom pod dobrą nowiną”, gdzie między innymi: ż0a„...Kapłan dziecięcy karmi z ręki wierszeż0aco przylatują kiedy chcą jak szpaki...”ż0aJak powstają księdza wiersze? Czy wiersze do Księdza „przylatują kiedy chcą”? ż0aż0aKs.J.T.: Staram się pisać codziennie. Wiersze często same do mnie przychodzą. Czasami wystarczy jakby chwila i rodzi się pomysł, wtedy wiersz powstaje szybko, jakby od razu. A czasami wolno się pisze. Nie zawsze wiersze sypią się jak z rękawa, niektóre wymagają wielkiej pracy i czasu. Bywa, żbfe muszę się nad wierszem namęczyć. Moje żbfycie miałoby inny charakter bez pisania. Chciałbym wciążbf pisać, to jest moje zawsze żbfywe marzenie. Uświadamiam sobie, żbfe wiele wierszy nie mam wciążbf napisanych.ż0aż0aA.Z-B.: Jakie uczucie Ksiądz szczególnie ceni? Co się liczy w żbfyciu? Bibliofilsko wydany przez Książbfnicę Pomorską w Szczecinie (1997) tomik wierszy nosi tytuł: „Nie bój się kochać” (cytat z wiersza pod tym tytułem: „a miłość daje to czego nie daje... więcej niżbf myślisz bo jest cała Stamtąd...). Czy właśnie miłość...?ż0aż0aKs.J.T.: Z uczuć oczywiście zawsze ważbfna jest miłość, ale i przyjaźń. Miłość wypala się, czy teżbf jakby się uspokaja. Uczucie miłości to nie tylko zakochanie. Dawanie i przyjmowanie w darze drugiego człowieka nie ma wiele wspólnego z erotyką. Ważbfne są uczucia serdeczności, przebaczanie. Kochać umie ten, kto umie przebaczać. Przyjaźń przetrwa żbfycie. Są różbfne stopnie przyjaźni. Pisałem jużbf o swoich przyjaźniach i wciążbf o nich piszę - wiem, żbfe ten temat się nie wyczerpie. Miałem piękną przyjaźń z Anną Kamieńską, jej poezja była wielką, egzystencjalną.ż0aż0aA.Z-B.: Jest książbfka „Rozmowy pod modrzewiem, ks. Jan Twardowski opowiada, ks. Waldemar Wojdecki notuje” (IW PAX, Warszawa 1999). Ksiądz Wojdecki był kiedyś księdza uczniem, gdy w 1957 roku ksiądz uczył języka polskiego. W książbfce tej jest wiele miejsca na temat przyjaciół Księdza, wielu z nich to ludzie twórczy. Których pisarzy i którą postać literacką Ksiądz szczególnie lubi i ceni? ż0aż0aKs.J.T.: Cenię Hansa Christiana Andersena, pisałem o nim. Cenię takżbfe twórczość skandynawskiej powieściopisarki Ingrid Undset. Chętnie sięgam takżbfe ogólnie mówiąc po literaturę hiszpańską. Z postaci literackich lubię sienkiewiczowskiego Zagłobę.ż0aż0aA.Z-B.: Księdza pierwszy niewielki zbiorek wierszy przedwojennych nosił tytuł „Powrót Andersena” (1937), dlaczego właśnie taki tytuł?ż0aż0aKs.J.T.: Andersenem zachwycałem się w okresie mojego dzieciństwa, znam wszystkie jego baśnie, na przykład bardzo lubię opowieść o brzydkim kaczątku. Wiedziałem, żbfe pochodził z biednej rodziny. Andersen mówi wiele o cierpieniu, samotności i ludzkiej wierze, która łączy to, co trudne: pozorny bezsens żbfycia z mądrością i dobrocią Boga. Gdyby nie jego wiara, Andersen widząc niesprawiedliwość, doszedłby do pesymizmu Kierkegaarda czy Sartre’a. Nie wiele pisze się o Andersenie - chrześcijaninie, nie mówi się o Andersena miłości do przyrody, a tymczasem uczy on, żbfe szczęście możbfna znaleźć wszędzie w rzeczach najprostszych – w żbfyjątkach, jak ślimak, łabędź, ropucha, kaczątko, ale i w takich, jak krzesiwko, kufer, kalosze, pióro, nawet patyk.ż0aż0aA.Z-B.: Podobnie jest w Księdza wierszach. Annie Bernat („Życie”, 10-12 kwietnia 2004) powiedział Ksiądz: ”W moich wierszach zawsze było dużbfo najzwyklejszych, bagatelizowanych często stworzeń i roślin. Pokrzywa jest jedną z nich, rośnie tak blisko ludzi.”.ż0aż0a Poezja Księdza jest takżbfe bliska dzieciom, z myślą o nich powstały takie tomiki, jak np. „Zeszyt w kratkę”, „Kasztan dla milionera”, „Patyki i patyczki”, „Kubek z jednym uchem”. Jak się pisze wiersze dla dzieci?ż0aż0aKs.J.T.: Wolę pisać dla dzieci niżbf dla dorosłych. Dzieci są wdzięcznymi czytelnikami, pamiętają o mnie, przyznały mi Order Uśmiechu. Literatura dla dzieci nie odchodzi, powraca w następnych pokoleniach.ż0aż0a Będąc przy temacie dziecka – według mnie Janusz Korczak - doktor Henryk Goldszmit, zwany powszechnie Starym Doktorem, był chyba jednym z najserdeczniejszych mędrców, którzy się pokłonili Dziecku.ż0aż0aA.Z-B.: Janusz Korczak był takżbfe pisarzem dla dzieci, jako autor „Króla Maciusia Pierwszego”, „Maciusia na bezludnej wyspie”. Kogo z polskich poetów czy pisarzy ceni Ksiądz szczególnie?ż0aż0aKs.J.T.: Z polskich poetów lubię Bolesława Leśmiana, z prozaików na przykład Wańkowicza. Cenię jego „Monte Cassino”, i lubię „Ziele na kraterze”. Tak Pani bliski Melchior Wańkowicz był mocno żbfywą postacią w polskiej rzeczywistości.ż0aż0a Przyjaźniłem się z poetami: Jerzym Andrzejewskim, Stanisławem Grochowiakiem, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Januszem Pasierbem, Janem Śpiewakiem i wspominaną wcześniej Anną Kamieńską.ż0aż0a Moja przyjaźń z Anną Kamieńską to był dar od Boga. Gdy Kamieńska zaczęła pisać wiersze religijne i prace o Biblii („Twarze Księgi”, „Na progu słowa”, „Księga nad Księgami”, „Do źródeł – przyp. A.Z-B.) były to lata komunizmu i zaprzestano ją drukować w państwowych oficynach wydawniczych i zauważbfać jej twórczość. Do dzisiaj upraszcza się, gdy mówi się o Kamieńskiej jako o poetce katolickiej. Całość jej poezji odsłania dramat ludzkiej egzystencji, ale nie jest to widzenie katastroficzne. ż0aż0aA.Z.-B.: Czy ksiądz miał trudności w okresie komunizmu?ż0aż0aKs.J.T.: Opowiem Pani zdarzenie, o którym wcześniej mówiłem księdzu Wojdeckiemu. Jako młodego księdza ze Żbikowa zabrano mnie do Urzędu Bezpieczeństwa, i zaczęto mi opowiadać... żbfe nie ma Boga. Wtedy ja powiedziałem – Dowody nie są mi potrzebne – bo ja Boga widziałem... Zamilkli, jeden z ich wstał i powiedział: ż0aż0a- Ksiądz jest wolny. Wypuścili mnie i więcej nie wzywali.ż0a Powiedziałem prawdę, bo ja mam wrażbfenie od zawsze, żbfe Boga widzę.ż0aż0aA.Z-B.: Kamieńska w swoim „Notatniku” nawiązuje do wspólnych z księdzem rozmów, wędrówek po cmentarzu Powązkowskim, kazań. Jest słynna fraza wiersza zadedykowanego Kamieńskiej, którą wszyscy znają, wszyscy rozpoznają: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...”. ż0aż0aKs.J.T.: Pisząc te słowa nie myślałem o śmierci, Kamieńska wtedy była zdrowa. Pisałem o odejściu, gdy ktoś inny staje się nam bliżbfszym, z kolei inni zapominają o nas. W mojej przyjaźni z Kamieńską nastąpił okres, gdy coś się oddaliło. Ale tak bywa z przyjaźnią, przybiera różbfne barwy. Nie możbfna jej utrzymać – i dzięki Bogu – w tej samej tonacji.ż0aKamieńska odpowiedziała mi wierszem „Puste miejsca”, którego początek brzmi:ż0aż0a„Nikogo nie zdążbfyłam ż0aKochaćż0aChoć się tak spieszyłam,ż0aJakbym musiała kochaćż0aTylko puste miejsca...”ż0aż0aA.Z-B.: Ponownie przywołam słowa, które Ksiądz powiedział Annie Bernat: „Dochodzi do rozstań, bo właśnie się spóźniliśmy z okazywaniem uczuć, nie daliśmy odczuć bliskiej osobie jak jest ważbfna i wyjątkowa”.ż0aż0a Swoje wiersze dedykował ksiądz nie tylko Annie Kamieńskiej, ale i Aleksandrze Iwanowskiej, Barbarze Arsobie, Zbigniewowi Herbertowi. Niektórzy poeci dedykowali księdzu wiersze, jak np. Agata Tuszyńska. ż0aż0a Andrzej Sulikowski napisał, żbfe, “Jeśli wiersze ks. Jana czytać w skrytości, w dniach opuszczenia i depresji, okażbfe się, żbfe wyjdziemy stamtąd inni: wewnętrznie wzmocnieni. Wyrozumiali dla bliźnich, łagodni dla siebie. Gdy dusza znajduje pokrzepienie, to wszystkie klęski zewnętrzne marnieją, odmładza się nawet ciało (jak mówią psalmy). (posłowie do: Nie bój się kochać, Książbfnica Pomorska 1997).ż0aż0a W wierszach Księdza pełno gołębi, kruków, gęsi, psów. Pełno roślin, trawy, drzew i pełno różbfnych żbfuków i chrząszczy. Te wiersze są szczególnie bardzo zapamiętywane. Jak bardzo ksiądz obcuje z przyrodą?ż0aż0aKs.J.T.: Od dawna czytuję książbfki przyrodnicze, zbieram zielniki. Przyroda jest mi bardzo bliska, nie koniecznie musi być dostojna czy wspaniała. Lubię na przykład widok ze swojego okna – na modrzew. Jest on rozłożbfysty, nie pnie się do nieba, ale skromnie rozkłada gałęzie, daje cień, aby pod nim możbfna było odpocząć. ż0aż0a Zatrzymując się przy cytacie Sulikowskiego, cieszę się, żbfe moje wiersze mogą kogoś pocieszyć. To dużbfa sprawa.ż0aż0aA.Z-B.: Jak Ksiądz patrzy z odległości swojego mieszkania w starej Kapelanii przy Krakowskim Przedmieściu w kościele sióstr wizytek w Warszawie na... Amerykę?ż0aż0aKs.J.T.: Gdy byłem dzieckiem i małym chłopcem – imponowali mi Indianie. Potem Ameryka kojarzyła się z dobrobytem, dobrze było mieć wujka czy ciocię w Ameryce. Byłem w Stanach na stypendium Jurzykowskiego i uświadomiłem sobie, jaki to wielki i skomplikowany kraj.ż0aż0a To stypendium zawdzięczałem Zbigniewowi Herbertowi. Kiedy przyjechał do Lasek przedstawiciel Fundacji tej nagrody i pytał Herberta, komu należbfałoby ją przyznać, ten wysunął moją kandydaturę. Przyjechałem na dwa tygodnie do Stanów Zjednoczonych i miałem spotkania z Polonią amerykańską.ż0aż0aA.Z-B.: Ksiądz jest stale związany z Warszawą. Tutaj urodzony (1 czerwca 1915 roku), tutaj była nauka w gimnazjum im. Taduesza Czackiego i gazetce gimnazjalnej „Kuźnia Młodych” miał miejsce Księdza debiut poetycki i prozatorski. Studia polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim przerwane wojną (skończone w 1947 roku). W czasie wojny był Ksiądz żbfołnierzem Armii Krajowej, uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W 1947 roku nauka na pierwszym tajnym, Seminarium Duchownym w Warszawie, święcenia kapłańskie w 1948 roku. W 1959 roku objął Ksiądz stanowisko rektora kościoła Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu i mieszka tu do dzisiaj. W niewielkim mieszkaniu w drewnianej Kapelanii odwiedza Księdza wiele osób, jest ono wypełnione pamiątkami, darami. To miejsce jest niemal rodzinnym miejscem Księdza. ż0aż0aKs.J.T.: Mój dom rodzinny przy ulicy Elektoralnej spłonął w czasie Powstania. Jeszcze chcę dodać, żbfe Jako wikariusz, zaraz po wyświeceniu, pracowałem w Żbikowie nie tak daleko od Warszawy, blisko Pruszkowa. Poza zajęciami w Kościele, uczyłem w dwóch szkołach, jedna była dla Dzieci Specjalnej Troski. Kontakty z dziećmi upośledzonymi umysłowo utrzymuję do dnia dzisiejszego. Napisałem dla nich wiersz („Do moich uczniów” –A.Z-B.). W Żbikowie moim pierwszym proboszczem był kanonik Franciszek Dyżbfewski, który dużbfo mówił o Matce Boskiej Częstochowskiej, której był czcicielem. Organizował piesze pielgrzymki do Częstochowy. Mam kolekcję obrazów Maryjnych, jak i wiele innych cennych pamiątek. Od Pani dostałem namalowany na szkle obraz Matki Boskiej indiańskiej ze szkoły indiańskiej św. Józefa w Chamberlain w Południowej Dakocie. Madonna ma rysy indiańskie. Jakżbfe jest wzruszający, trzymam go w oknie swojej sypialni. Wiele tych zgromadzonych pamiątek przypomina mi odeszłych jużbf na zawsze przyjaciół. ż0aż0aA.Z.-B.: Niektórych zaprzyjaźnionych z księdzem ludzi jużbf wspomnieliśmy w tym wywiadzie, w książbfce „Rozmowy pod modrzewiem” wspomina ksiądz jeszcze innych, na przykład przyjaciela Warszawy i kolekcjonera Stanisława Szenica, profesora Wacława Borowego, u którego pisał Ksiądz prace magisterską na temat Juliusza Słowackiego, Księżbfy: Janusza Pasierba, Jerzy Wolffa, Jana Zieję. W tym przypominaniu o nich jakby wciążbf żbfyją, jakby śmierć ich całkiem nie zabrała.ż0aż0aKs.J.T.: Prawdą jest, żbfe nieobecni są z nami najbliżbfej, ale po śmierci człowieka zawsze pozostaje żbfal, żbfe za mało się okazywało wdzięczności...ż0aż0aŻal, żbfe się za mało kochałoż0aŻe się myślało o sobież0aŻe się jużbf nie zdążbfyłoż0aŻe było za późno...ż0aż0aA.Z-B.: W wierszach Księdza jest takżbfe swoiste umiłowanie swojego wyboru żbfyciowego, swojego powołania.ż0aż0aKs.J.T.: Kapłaństwo to wielka łaska. W moim żbfyciu cieszę się, żbfe żbfyłem w okresie pomyślnym dla Kościoła, w czasie Soboru Watykańskiego II, który ogromnie rozszerzył spojrzenie na Kościół. I żbfe byłem świadkiem upadku komunizmu, który wydawał się tak potężbfny. Mówiono, żbfe upadnie na skutek wielkiej wojny, a on rozleciał się jak domek z kart. Byłem takżbfe świadkiem wielkich pontyfikatów: Jana XXIII, Pawła VI, Jana Pawła II. Uważbfam, żbfe miałem szczęśliwe kapłaństwo.ż0aż0aA.Z-B.: Jak Ksiądz chciałby, by zatytułować nasz wywiad?ż0aKs.J.T.: Nie lubię słów: poezja i poeta – jest jakieś zadęcie w tych słowach. Wolę, by o mnie mówiono: ten, który pisze wiersze. Ja składam, układam wiersze. Na przykład: Ten, który poprzez swoje wiersze uczy ludzi kochać... Taki tytuł by mi się podobał.ż0aż0aż0aż0aRozmowy z księdzem Janem Twardowskim odbyły się w październiku – listopadzie 2003 i w czerwcu – lipcu 2004 w Warszawie.ż0aż0aż0aWywiad ukazał się w języku angielskim w „The Polish Review”, New York, Nr 4, 2004 i po polsku we wrocławskiej „Odrze”, Nr, 2005.ż0aż0aż0aż0a******ż0aż0aKs. Jan Twardowskiż0aŚpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodząż0aZostaną po nich buty i telefon głuchyż0aTylko to co nieważbfne jak krowa się wleczeż0aNajważbfniejsze tak prędko żbfe nagle się stajeż0aPotem cisza normalna więc całkiem nieznośnaż0aJak czystość urodzona najprościej z rozpaczyż0aKiedy myślimy o kimś zostając bez niegoż0aż0aNie bądź pewny żbfe czas masz bo pewność niepewnaż0aZabiera nam wrażbfliwość tak jak każbfde szczęścież0aPrzychodzi jednocześnie jak patos i humorż0aJak dwie namiętności wciążbf słabsze od jednejż0aTak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcuż0aJak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłonż0aŻeby widzieć naprawdę zamykają oczyż0aChociażbf większym ryzykiem rodzic się niżbf umrzećż0aKochamy wciążbf za mało i stale za późnoż0aż0aNie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawszeż0aA będziesz tak jak delfin, łagodny i mocnyż0aż0aŚpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodząż0aI ci co nie odchodzą nie zawsze powrócąż0aI nigdy nie wiadomo mówiąc o miłościż0aCzy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwszą? ż0aż0a-----ż0aż0aDelaware Division of Arts Fellowship ż0aż0aAleksandra Ziolkowska-Boehm is a winner of an Established fellowship from the Delaware Division of Arts in the Literature-Creative Nonfiction discipline. She will receive a $5,000 fellowship in recognition of her literary accomplishments. A presentation event and reception is to be held on Wednesday, February 8, 2006, at 5 p.m. at the Biggs Museum of American Art in Dover, Delaware.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇksjantwardowski_grudzien_2004_fotaleksandra_ziolkowska-boehm1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇKsiądz Jan Twardowski, grudzień 2004, fot. A. Ziółkowska-Boehmˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ20ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇksjantwardowski_grudzien_2004_fotaleksandra_ziolkowska-boehm1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ210ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ586ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇAleksandra Ziółkowska-Boehmˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020311020ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11655ˇ1139198584ˇ7ˇ1139199446ˇ7ˇ2ˇ6ˇ2006ˇMaraton nie tylko śmiechuˇIX Polonijny Kabaretonż0aż0a***image2:center***ˇ Jeśli taka była dziewiątka, to jaka będzie dziesiątka? Właściwie na miejscu Kabaretu pod Bańką jużbf zaczęłabym się martwić. Bo jak tu przebić ostatni Kabareton? Na szczęście, do przygotowań jubileuszu mają jeszcze cały rok, ale prejubileuszowy stres jużbf musi być spory. Możbfe trzeba było przygotować numer dziewięć skromniej, gorzej...ż0aż0a Kabaretony rozrosły się przez te lata pod każbfdym względem. Technicznie brak jużbf chyba tylko połączeń satelitarnych z Antypodami. Jest ekran-gigant, więc nawet widzowie w ostatnich rzędach mogą śledzić każbfdy grymas wykonawców (nie da się jużbf robić głupich - tych niezaplanowanych - min), a przy takim tłumie publiczności bez tego byłoby kiepsko. Są projekcje na zjeżbfdżbfającym spod sufitu ekranie, różbfniste efekty wizualne i dźwiękowe. ż0aż0a Jest, jak zawsze intrygująca i niebanalna, scenografia pomysłu Leszka Szczurka. Jest fantazja i polot Bańki, która potrafi nawet rutynowe i stałe pozycje programu ubrać w nowe szatki - np. tegoroczne otwarcie Kabaretonu przez sponsorów łączyło się ze "spożbfyciem" podanych na srebrnej tacce wódczanych "fikołków" (Naczelny, reprezentując sponsora "Gazetę", zeznał, żbfe była to autentyczna woda ognista). ż0aż0a Tylko sali nie da się jużbf powiększyć, a zważbfywszy tendencje zwyżbfkowe - przydałoby się. Nie ma sprawy, X Kabareton zawsze możbfna zorganizować w plenerze, zaopatrując setki widzów w kufajki, czapki-uszatki i gumofilce (potrzebni nowi sponsorzy!), albo w SkyDome.ż0aż0a Nic by jednak nie pomogło epatowanie techniką gdyby nie sam program IX Kabaretonu. A był on bogaty, oj, był, i ponad pięć godzin maratonu minęło jak z bicza strzelił.ż0aż0a Kabareton jest w coraz większym stopniu spektaklem niezwykle zróżbfnicowanym, wykonawczo i repertuarowo. Bywa śmiesznie do łez, ale bywa lirycznie i są chwile poruszające i wzruszające (takżbfe do łez). Są miniwidowiska osnute na scenariuszach, z własną scenografią i kostiumami, z własną muzyką, są indywidualne występy wokalne, muzyczne, aktorskie, są dzieci, są dorośli, są talenty rodzime i talenty importowane z macierzy, są popisy muzyków, a wszystko to jakoś współgra ze sobą, w dużbfej mierze dzięki maestrii Gospodarza/Konferanasjera/Zagajacza Wojtka Gawendy, który, gdy trzeba, przemienia się w aktora, wokalistę, wnoszacza krzeseł, ochrzaniacza za (i tak niezauważbfalne dla publiczności) niedoróbki itp. Gawenda jeszcze tylko nie gra, a przecieżbf wiemy, żbfe potrafi...ż0aż0a ż0aArtystyczne indywidua puszczone luzemż0aż0a Tak nazwano w (drukowanym) programie Kabaretonu wykonawców indywidualnych. ż0aż0a Niezrównany Adam Burak, po rozpadzie Klubu za Pięć Dolarów, czaruje swoimi solowymi popisami w najlepszym stylu, sięgając chętnie po wspaniałe teksty Mariana Załuckiego i interpretując je w sposób iście mistrzowski. Śpiewał teżbf Burak, a mistrz Sempoliński na pewno patrzył zza chmurki z uśmiechem rozczulenia. Ujmujący, grający z wielkim wyczuciem na strunach finezyjnej autoironii i subtelności, zarówno repertuarowej jak i wykonawczej - był przyjmowany owacyjnie. ż0aż0a I słusznie, bo w pełni na to zasługuje. No, a takiemu supermanowi - macho Casanovie, szczególnie gdy paradował w pasiastej piżbfamce, mało która kobieta by się oparła. Jak wiemy z pierwszego monologu, nie oparła mu się była żbfona, która zresztą po rozwodzie stała się atrakcyjna, bo nieswoja.ż0aż0a***image1:center***ż0aż0a Ola Turkiewicz jużbf na poprzednich kabaretonach pokazała, żbfe jest nie tylko świetną wokalistką jazzową (o czym wszyscy wiemy po koncertowym cyklu "A Little Bit of Jazz" czy występach w najbardziej rasowych jazzowych klubach Toronto w towarzystwie znanych kanadyjskich muzyków), ale i zabawną, warsztatowo sprawną aktorką charakterystyczną. ż0aż0a I tym razem rozmazana idiotka, w którą się wcieliła, przypadła do gustu widzom. Ale mieliśmy takżbfe okazję posłuchać Oli w jazzie i to w towarzystwie niezrównanego mistrza gitary, Ryszarda Styły, doskonale pamiętanego z zespołów Laboratorium i Dżbfamble i wielu innych formacji, który fanom jazzu sprawił prawdziwą frajdę swymi solowymi utworami, m.in. Breakoutowym przebojem Nalepy "Kiedy byłem małym chłopcem", który wprowadził sprytnie i ciekawie przez... kolędę "Cicha noc".ż0aż0a***image7:center***ż0aż0a Marian Kamiński ze swoją grupą potraktował nas dowcipną i aktualną (polonijnie i nie tylko), wspólnie z publicznością śpiewaną, piosenką o wyjaśniającym wszelkie kłopoty zbóju na tronie, a solo - zaprosił nas do kosmicznych wspomnień. Marian Kamiński potrafi i rozbawić i wzruszyć.ż0aż0a Jużbf czwartą płytę wydała Karolina Ingleton i promocją tegożbf albumu pt. "Subtly Revealed" był jej dwuczęściowy występ. Karolina śpiewa od dziecka, a inspiracją dla niej była i jest śpiewająca mama, wywodząca się z zespołu Śląsk, w którego siedzibie, przed 10-tysięczną publicznością, występowała Karolina tego lata. Na Kabaretonie była okzaja, żbfeby posłuchać napisanych do jej własnych tekstów i muzyki utworów z nowej płyty, powspominać, słuchając "Dmuchawców, latawców", poznać mamę Karoliny, dowiedzieć się wiele o bogatej karierze Karoliny i jej występach w Polsce, posłuchać jej artystycznego credo, wziąć udział w losowaniu płyty i obejrzeć piękne zdjęcia wokalistki wyświetlane na ekranie stanowiącym tło dla jej występów.ż0aż0a***image4:center***ż0aż0a Na IX Kabaretonie publiczność miała okazję poznać teżbf nową, debiutującą u Bańki wykonawczynię - Irenę Stawowy-Jeżbfewską. W piątkowym programie zaprezentowała dwa utwory, wykonane z dużbfym skupieniem i ekspresją, z których szczególnie poruszający był drugi - bo któżbf nie zachwyci się wspaniałym tekstem z dramatyczną muzyką "Życie to nie teatr" Edwarda Stachury (Ty i ja - teatry to są dwa...)? Wykonawczyni ta ma interesujący styl i ciekawą urodę i na pewno zobaczymy ją i usłyszymy jeszcze.ż0aż0aż0aKabarety to są dważ0aż0a Oba - ottawski "Kabaret po Ósmej" i nasz "Kabaret pod Bańką" - przygotowały rozbudowane i bardzo na czasie programy-widowiska.ż0aż0a Sześcioosobowa grupa ze stolicy (czworo aktorów i dwóch muzyków) osnuła swój program na najbardziej aktualnym z aktualnych tematów kanadyjskich - wyborach federalnych. ż0aż0a Było tam dużbfo ironii, prawdy o mechanizmach władzy i dochodzenia do niej, kpin z płycizny i głupoty politycznych aktywistów i samych kandydatów. Trudno się było oprzeć wrażbfeniu, żbfe ukazany model trącił chwilami bardziej polskimi wyborami niżbf naszymi, tutejszymi. I właśnie to połączenie obu scen politycznych w jednym było bardzo ciekawe. Bardzo rozbawił publiczność skecz ukazujący w historycznym ujęciu zjawisko ocieplenia klimatu. Pomysł przedni! ż0aż0a***image5:center***ż0aż0a Grupa "Po Ósmej" jest znakomita muzycznie. Jest to zasługą świetnych muzyków - fenomenalnego skrzypka Zbyszka Cybulskiego (ale nazwisko, co?) i równie świetnego pianisty Janusza Rothbarda, ale takżbfe doskonałych warunków głosowych obu dam - Lucyny Postolskiej i Anny Lipińskiej. Wszystkie teksty tego programu napisał Roman Górny, dusza i spiritus movens kabaretu. Mimo - chwilami odczuwalnego - pewnego braku spójności ich "wyborczego" programu, ottawianie pokazali dobry poziom, ciekawe pomysły i świetne (własne!) piosenki. I jaka dykcja, nie tylko w numerze temu poświęconym! Lubimy jak nas odwiedzają.ż0aż0a Bańkowy program - no cóżbf, nie dlatego, żbfe są nasi, ale trudno znaleźć tam słabe strony. Jako całość - było bogato i mądrze, bo poszczególne skecze o charakterze mikrospektakli, i bawiły i komentowały w jakżbfe trafny i szczery do bólu sposób, naszą rzeczywistość - wychowanie młodzieżbfy, model rodziny, "załatwianie" problemu przemocy w świecie bezstresowości i politycznej poprawności, kompleksy etników, dulszczyznę, głupotę. ż0aż0a Właściwie te trzy widowiska-skecze przeplatane wspaniałymi piosenkami-etiudami Moniki Goździk-Kowalczuk (przejmująca!), Magdy Papierz i Wojtka Gawendy, popisami ulubionej jużbf postaci DJ Zaka (Gawenda) i celnymi komentarzami wyzierającymi z superaktualnych Wiadomości (Goździk-Kowalczuk i Gawenda) - to całościowy komentarz Kabaretu pod Bańką (jakżbfe celny!) o tym, co nas otacza w świecie polonijnym, w świecie kanadyjskim i w Polsce. ż0aż0a***image3:center***ż0aż0a Kiedy na ekranie ukazał się tonący Titanic, nikt nie spodziewał się wypełzających spod ekranu czworga rozbitków w poszarpanych szatkach, którzy w kilkuminutowym skeczu na bezludnej wyspie zdążbfyli zorganizować - i zdezorganizować do immentu - czteroosobowe społeczeństwo, obnażbfając w komiczny sposób ludzkie wady i ukazując naszą ludzką naturę w pigułce.ż0aż0a Rewelacyjny segment szkolny miał rozmach filmowego lub scenicznego musicalu. Ośmioosobowa dziecięca grupa wokalno-taneczna MAVO Academy of Arts and Music, szkolona od kilku lat przez Magdę Papierz w prowadzonej przez nią i Wojtka Gawendę szkole, po raz kolejny jużbf wystąpiła na dorosłej scenie przed poważbfną (rozmiarami i wiekiem, ale nie nastrojem) publicznością, zadziwiając swoją sprawnością, naturalnością i umiejętnościami aktorskimi, ruchowymi i muzycznymi. Szkolną lekcję i grupę prowadziła, radząca sobie świetnie z rozbrajaniem dwóch przerośniętych uczniów ze spluwami w kieszeniach i w butach, ale teżbf i przyzwyczajona do swej bezradności, układna pani nauczycielka (Magda Papierz), która, na koniec usłyszała, tak jak i my - widzowie, oskarżbfenie skierowane - jakżbfe słusznie - do wszystkich dorosłych.ż0aż0a***image8:center***ż0aż0a Mając w tle swoich wiernych i świetnych muzyków - Janka Kornela, Jerzego Węglewskiego i Tadeusza Drużbfdżbfela, Kabaret pod Bańką przeszedł w tym programie sam siebie. Trafione w samo sedno teksty skeczów i piosenek pisze trójca Magda Papierz, Andrzej Pugacewicz i Wojtek Gawenda, a muzykę - cóżbf za pomysłowość i kreatywność - Andrzej Pugacewicz i w jednym przypadku "Takiej zwykłej piosenki o niczym" - Magda Papierz.ż0aż0aBańkowicze potrafią być prześmieszni, ale umieją teżbf powiedzieć coś ważbfnego, mądrego i to w sposób subtelny i nigdy, ani na chwilę, nie przekraczający jakżbfe cienkiej granicy dobrego smaku.ż0aż0a Ażbf strach pomyśleć, co wyczarują dla nas na przyszły rok...ż0aż0aż0aLegenda dziesięcioleci, czyli Pan Janekż0aż0a A na deser, dla rozgrzanej jużbf bardzo publiczności, dał popis swego Pietrzakowego stylu, kształtowanego przez ponad 40 lat kabaretowania, Gość z Polski - Jan Pietrzak.ż0aż0a Dawno nie słyszałam jego komentarzy, które nie zostawiały suchej nitki na durnocie dzisiejszej polskiej sceny politycznej, na szczęście nie trafiając na słuchaczy niezorientowanych w polskiej szopce. Jan Pietrzak ma ostre i zjadliwe spojrzenie, nie tolerujące picu i pozorów, nie patyczkujące się z wytykaniem tego czy owego, nie chowające się za niedopowiedzeniami - jak strzela kulami swojej bezwzględnej satyry, to wiemy dobrze w kogo mierzy, bo padają konkretne nazwiska i jeszcze bardziej konkretne epitety. Zawsze był taki - szczery do bólu, prosto z mostu, bez zawoalowania. ż0aż0a***image6:center***ż0aż0a Pietrzak powrócił w swym kabaretonowym programie do Solidarności, tego jedynego, najwspanialszego sierpnia w jego żbfyciu, który, jak śpiewał, jest powodem dla nas wszystkich do dumy, sierpnia, którego nie powinniśmy sobie dać odebrać.ż0a ż0a I tu właśnie, dla mnie przynajmniej, Pietrzak był najwspanialszy, w swoich piosenkach, które nie są śmieszne, a poruszające dramatyzmem, wzruszające, potrafiące porwać i wywołać wręcz dreszcze. Wspaniałym tłem do gitary Jana Pietrzaka był akompaniament na fortepianie w mistrzowskim wykonaniu jego własnego pianisty Krzysztofa Paszka. ż0aż0a Przez stan wojenny, w swoich znakomitych utworach muzycznych, "Pan Janek" przeprowadził nas przez stan wojenny z jego nielegalnymi kwiatami i zakazanym krzyżbfem uparcie układanym przez warszawiaków mimo nękań milicji, ażbf do III RP, którą ocenia z dużbfą goryczą i żbfalem. A sam przecieżbf wie dobrze, znając to z pierwszej ręki ze swoich prezydenckich wyścigów. I nie tylko. ż0aż0a Co Pietrzak myśli - mówi i śpiewa - o IV RP? Pokłada w niej wyraźnie dużbfe nadzieje, chcąc jej dać szansę, chociażbf, jak to kabaretowiec-prześmiewca z urzędu, nie możbfe się z niej nie pośmiać.ż0aż0a Imponująca jest kondycja zawsze młodego Jana Pietrzaka - ponad godzinny program, o krańcowo różbfnej temperaturze i nastrojach, z masą detali, a takżbfe z dużbfą dawką emocji to maraton sam w sobie. Finałowa pieśń o Janie Pawle II nie tylko porwała publiczność do owacji na stojąco, ale wyraźnie wzruszyła samego wykonawcę prawie do łez.ż0aż0a Żal tylko, żbfe nie usłyszeliśmy "Żeby Polska była Polską". Pietrzak, zapytany po programie, powiedział, żbfe zaśpiewałby, gdyby publiczność się domagała, a publiczność, wyraźnie poruszona do głębi jego wzruszeniem po finałowej pieśni wspominającej Ojca Świętego, jakby nie śmiała...ż0aż0a Ale to przecieżbf detal.ż0aż0a Mieliśmy na IX Kabaretonie imponujący wielością i jakością kabaretowy smorgasbord, spotkanie z legendami i duchami przeszłości - wielkie przeżbfycie, odczuwalne szczególnie mocno przez nas, żbfyjących za Oceanem, a sercem przecieżbf takżbfe nad Wisłą, humor w jego całej palecie barw od finezji i subtelności do twardej i bezkompromisowej satyry, jazz, pop, piosenkę aktorską, musical - czegóżbf możbfna więcej oczekiwać? ż0aż0a Wypełniona do ostatniego miejsca - na obu spektaklach - sala (z listą oczekujących na ewentualne zwroty biletów), na której znawcy żbfycia polonijnego dojrzeli ze zdziwieniem powszechnie znane postaci, które nigdy przedtem na Bańce nie bywały, superlatywy słyszane w kuluarach (i toaletach) - to najlepsza recenzja, lepsza pewnie niżbf ta.ż0aż0aż0aż0a ˇautoˇautoˇ66ˇadam10.jpgˇbanka_i_dzieci10.jpgˇdj10.jpgˇkarolina.jpgˇottawa10.jpgˇpietrzak.jpgˇstyla10.jpgˇszkola10.jpgˇˇˇAdam BurakˇˇDJ Zak - Wojtek GawendaˇKarolina IngletonˇKabaret Po ÓsmejˇJan PietrzakˇRyszard StyłaˇMagda Papierz i dzieci z MAVO Academyˇˇˇ3ˇ53ˇamˇ7ˇˇ1ˇˇˇadam10.jpgˇbanka_i_dzieci10.jpgˇdj10.jpgˇkarolina.jpgˇottawa10.jpgˇpietrzak.jpgˇstyla10.jpgˇszkola10.jpgˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇ533ˇ267ˇ600ˇ600ˇ600ˇ267ˇ600ˇ267ˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006020600353ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11836ˇ1140226709ˇ9ˇ1140226709ˇ9ˇ2ˇ17ˇ2006ˇSport leczy i pomagaˇPomoc niewidomymˇNIE BÓJMY SIĘ OTWORZYĆ WŁASNYCH SERC ż0aOchotnikom - aniołomż0aż0a Wdzięczności słowa proste dzisiaj tu wypowiadamy,ż0aBy podziękować Wam za troskę: my ją doceniamy.ż0aż0a Za wszystko to, czym Wy jesteście, co dla nas robicież0aDla innych możbfe to niewiele, dla nas - nowe żbfycież0aż0a Być możbfe sami uważbfacie: szkoda wielkich słówż0aLecz bez Was by nie doszło do spełnienia naszych snówż0aż0a To Wyście, okazując serce, poświęcając czasż0aCo niemożbfliwe przemienili w możbfliwe - w cud dla nas ż0aż0a  Niebo zesłało nam przyjaciół, łaski dziś liczymy,ż0aHoryzont się rozszerzył nam, rowerem jużbf jeździmyż0aż0a Wam, którzy wizję macie, wzrok, po gwiazdy, co sięgacież0aPodajmy dłoń dziękczynną dziś. Wam - gwiazdom, siostro, bracie ż0aż0a Dla Was specjalny w Niebie kąt, wyście ochotnikamiż0aLecz dla nas tu jesteście jużbf naszymi aniołami.ż0aż0aMerna Hamawiż0aż0aZ angielskiego tłumaczył: ż0aWitold Lilientalż0a ż0a To wiersz napisany przez niewidomą rowerzystkę. Wiersz, który oddaje sedno i wagę trudnego żbfycia w ciemności. To nie przypadek, żbfe przedstawiam go po raz drugi. Chciałbym, jeszcze bardziej przybliżbfyć Państwu, jak ważbfny jest temat pomocy ludziom niewidomym, oraz przyjazna nasza dłoń wyciągnięta w Ich kierunku.ż0aż0a Pisałem jużbf o rowerzystach, żbfeglarzach niewidomych i o moich doświadczeniach związanych z tym tematem. Jest to temat rzeka.ż0aż0a Komandor BSC - klubu dla niewidomych żbfeglarzy (równieżbf niewidomy) jest takżbfe zapalonym narciarzem. To właśnie od niego dostałem informacje na temat stowarzyszenia pomagającego niewidomym narciarzom. Tak, to jest realne. Jużbf jeździłem z nimi. Potrzeba tylko, aby dołączyli tylko ludzie jeżbfdżbfący na nartach, a program staje się realny, bo niewidomi tego potrzebują. To tak jak w innej rekreacji- niewidomy potrzebuje prowadzącego (pomocnika). ż0aż0a Kluby: rowerowy i żbfeglarski pomagają tylko niewidomym powyżbfej 18. roku żbfycia (sprawa statutu i regulaminów). Pani Barbara Lusher znalazła metodę, aby mogli jeździć wszyscy - i jeżbfdżbfą. Dołączyłem do tego programu, aby lepiej zrozumieć, co znaczy jazda na nartach dla niewidomego dziecka. Trzeba zobaczyć szczęśliwe twarze dzieciaków w czasie jazdy na nartach, aby zrozumieć, jak jest mu to potrzebne. Jest to coś wspaniałego.ż0aż0a Powracając do wyżbfej przedstawionego wiersza, możbfna zauważbfyć, żbfe w zwrotce: "Niebo zesłało nam przyjaciół, łaski dziś liczymy, Horyzont się rozszerzył nam, tandemem jużbf jeździmy" - tę ostatnią frazę możbfna zamienić na: "Jachtem jużbf pływamy" czy: "Na nartach jużbf jeździmy". W to miejsce możbfna wstawić więcej form rekreacji, które niewidomi będą mogli uprawiać, jeżbfeli tylko my-widzący pomożbfemy im w tym.ż0aż0aKażbfdy możbfe dołączyć i zrobić coś w tym kierunku.ż0aż0a Przyznam się Państwu, żbfe jak obserwuję sytuację niewidomych tutaj i porównuję ją z sytuacją niewidomych rodaków, to trochę zazdroszczę (choć nie powinienem, bo czego tu zazdrościć) tutejszym niewidomym, żbfe jeśli tylko wykażbfą trochę inicjatywy, to mają szansę na wiele rzeczy.ż0aż0a Otwórzmy nasze serca na dolę naszych niewidomych rodaków i pomóżbfmy uruchomić pierwszy wzorcowy klub rowerowy dla niewidomych we Wrocławiu (patrz poniżbfej). Będzie to wspaniały przykład dla innych, i w dodatku ten wiodący program będzie ufundowany przez Polonię kanadyjską. Jeżbfeli nie przejdziemy koło tego obojętnie, to szybko projekt stanie się rzeczywistością, a w najbliżbfszym czasie pierwsi niewidomi rowerzyści wyruszą na szlak. Rekreacja dla niewidomego jest tak ważbfna, jak rehabilitacja dla chorego po wypadku. Pomóżbfmy Im w miarę naszych możbfliwości. Dziękuję w imieniu niewidomych Polaków.ż0a ż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ29ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇLeszek Kociuba ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006021710829ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11837ˇ1140226838ˇ9ˇ1140226838ˇ9ˇ2ˇ17ˇ2006ˇPierwszy klub rowerowy dla niewidomych rowerzystów w Polsceˇ Polonia Przyszłości - dla uczczenia dziesięciolecia swojej działalności - podjęła się zadania utworzenia pierwszego klubu rowerowego w Polsce, w imieniu Polonii Kanadyjskiej. ˇ Chcielibyśmy - przy Państwa pomocy - założbfyć pierwszy klub rowerowy dla niewidomych w Polsce. Mamy jużbf pierwsze pieniądze (pozostałe z akcji Pomocy niewidomej Magdzi) na pół roweru-tandemu. Jest to za mało, aby powstał klub. Mamy równieżbf koordynatorów-społeczników - we Wrocławiu (o. Paweł Borek-kapucyn - w parafii św. Augustyna ; dyrektor szkoły dla niewidomych, Zofia Pecold - emerytowana nauczycielka). My Polacy, mieszkający tutaj w Kanadzie kupilibyśmy tandem i przekazali koordynatorom w Polsce. Byłby to zalążbfek klubu powstałego przy parafii św. Augustyna, a Ojciec Paweł (zapalony rowerzysta) jużbf zobowiązał się do kontroli nad całością i dbania o rower. W Polsce trwają jużbf prace nad znalezieniem ochotników do pomocy niewidomym rowerzystom (na podobnej zasadzie jak to działa tutaj w Toronto).ż0aż0a Każbfdy, kto mógłby i chciał poprzeć nas w tej akcji, możbfe złożbfyć donację, wpłacając ją na konto charytatywne Nr 81529 z dopiskiem "Polonia-niewidomym Polakom" w każbfdym Oddziale Naszej Credit Union, lub wysłać czek na adres redakcji Gazety.ż0aż0a Wierzymy równieżbf, żbfe pojawią się sponsorzy, którzy będą ogłaszani w środkach masowego przekazu.ż0aż0a Bliżbfsze informacje: ż0aL. Kociuba, 416-253-4412 ż0alkociuba@myexcel.ca ż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ39ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇLeszek Kociubaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006021710839ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 11838ˇ1140227240ˇ9ˇ1140227240ˇ9ˇ2ˇ17ˇ2006ˇPomagamy dzieciom w Polsceˇ Od wielu lat Polonia Przyszłości prowadzi działalność charytatywną. Zorganizowaliśmy ogromną akcję pomocy kiedy w Polsce była powódź. Prawie 10.000 dolarów zebraliśmy na wspaniałą akcję prowadzoną przez dr Jadwigę Wojtczak z Fundacji Charytatywnej KPK "Uratować żbfycie", ratując żbfycie jednego polskiego dziecka z Gruzji (finansując jego leczenie w całości) i pomagając wielu innym. Później prowadziliśmy akcję "Adoptuj rodzinę z Gruzji", kiedy rodziny stąd nawiązywały kontakt i podejmowały się pomocy rodzinom polskim z Gruzji. To tylko niektóre przykłady szerokiej działalności charytatywnej naszej organizacji.ˇPoza tym na ogromną skalę wysyłaliśmy paczki dla potrzebujących w Polsce. Paczki wysyłane były głównie do domów dziecka, gdzie warunki są bardzo trudne, a pieniędzy zawsze za mało, gdyżbf stawki dzienne w takich instytucjach są głodowe.ż0aż0a W tym celu koledzy i koleżbfanki z naszej organizacji, głównie z Okręgu Toronto, spędzali godziny zbierając i przygotowując wysyłane rzeczy, robiąc zakupy, pakując. Paczki wysłane są po najniżbfszych kosztach dzięki uprzejmości Mietka Kołosowskiego, szefa Blue Mark Travel, który jest członkiem PP. ż0aż0a Na ten cel przeznaczane były wszystkie nasze - skromne - dochody organizacyjne.ż0aż0a Akcję wysyłania paczek pragniemy prowadzić dalej i rozszerzyć. W tym celu apelujemy o pomoc - wszyscy mają zawsze niepotrzebne ubrania i inne rzeczy, które mogą się przydać w sierocińcach w Polsce. Prosimy przynosić je do księgarni "Gazety" na 215 Roncesvalles i w Mississaudze oraz do Blue Mark Travel, 3378 Lakeshore Blvd. W., Etobicoke (na zachód od Kipling). Możbfe to być odzieżbf, sprzęt sportowy, artykuły szkolne, zabawki itp., a my zajmiemy się ich przygotowaniem, spakowaniem i wysyłką paczek. ż0aż0a Prowadzimy teżbf zbiórkę pieniędzy na wysyłkę paczek - mogą je Państwo zostawiać w Księgarniach "Gazety" i w Blue Mark Travel, wpłacać na konto charytatywne Nr 81529 w Credit Union z dopiskiem "Paczki do Polski" lub wysyłać czeki na adres Redakcji Gazety. Bardzo dziękujemy i czekamy na wsparcie tej ważbfnej akcji!ż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ41ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006021710841ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12041ˇ1141742236ˇ8ˇ1141755655ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇOpowiastki historyczne. ˇTAKIE TO BYŁY CZASY. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ˇ ż0a***image1:center***ż0aż0a***image2:center***ż0aż0a Znana jest zapewne nam wszystkim postać Sanderusa z "Krzyżbfaków" Henryka Sienkiewicza. Sanderus handlował odpustami - zawód w owych czasach niezwykle intratny. ż0aż0aPrzeróżbfne miewał te odpusty. Za grzechy ciężbfkie lub lżbfejsze, za te śmiertelne, a nawet za te przyszłe, jeszcze nie popełnione. W szkatułce Sanderusa znajdowały się bajeczne relikwie. Kropla potu świętego Jerzego, szczebel z drabiny, która śniła się świętemu Jakubowi, krople mleka Marii Panny, a nawet włosy z ogona osiołka, na którym Święta Rodzina uciekała do Egiptu. Chętnych nie brakło. Takie to były czasy.ż0aż0a Arcykomedią tychżbfe czasów była pielgrzymka wojewodziny, bodajżbfe, Ostrogskiej.ż0aż0aWojewodzina przekroczywszy sześćdziesiątkę poczuła potrzebę pojednania się z Bogiem. Zawezwała w tym celu braci z sąsiedniego zakonu, o ile pamiętam, to byli cystersi. Bracia zjawili się punktualnie i w komplecie. Z uwagą wysłuchali wojewodzińskiej spowiedzi.ż0aż0a - Straszne są twe grzechy córko - oświadczyli zgodnym rytmem. - Przerażbfenie słuchać bierze. Okrutny los cię czeka. - Pod wojewodziną ugięły się nogi.ż0aż0aW jej wyobraźni zagrały wszelkie ognie piekielne. W nozdrza „dmuchnął” swąd siarki.ż0aż0a - Cóżbf mam robić dostojni bracia? - wyszeptała padając na kolana. – Hmmm –zastanowił się przeor. - Twe grzechy przerastają wszelkie odpusty. Zastanowić nam się dni parę wypada. ż0aż0a - Musisz córko odbyć piechotą pielgrzymkę do Jeruzalem - oświadczył po tygodniu przeor. - I tam przy Grobie Pańskim o przebaczenie błagać.ż0aż0a - Jeruzalem? - wyszeptała przerażbfona grzesznica. - Tożbf to tysiące mil. Morza, oceany, góry, pustynie, a jam stara. Jakżbfe dam radę? ż0aż0a - Znajdziemy na to sposób córko - uspokoił ją przeor. - Bóg jest litościwy. Byle intencje twoje szczerymi były sposób się znajdzie. ż0aż0a Naturalnie sposób się znalazł i to błyskawicznie. Obliczono odległość do Jerozolimy. Zmierzono długość kroku jawnogrzesznicy. Z łatwością obliczono ilość tych kroków. Wojewodzina rozpoczęła świętą Peregrynację. "Pielgrzymowała" we własnym ogrodzie. Od świtu do nocy. Mnisi starannie zapisywali ilość przebytych dziennie wiorst. W międzyczasie, rzecz jasna, "administrowali" olbrzymimi dobrami Ostrogskich. Bardzo zręcznie i starannie administrowali.ż0aż0a Wojewodzina dzielnie maszerowała. "Pielgrzymka" trwała parę lat. W końcu przybyła do "grobu zbawiciela". Ze łzami w oczach padła na kolana pod gruszą. Jej grzechy zostały odpuszczone. Była zbawiona. Radość, ekstaza, euforia. Cystersom żbfal było popuścić kurę znoszącą złote jaja. Przeor zawezwał uradowaną na rozmowę.ż0aż0a - Widzisz córko – wyjaśnił - oczyściłaś się z największych grzechów. Piekło jużbf ci nie grozi. Ale czyściec, pomyśl o setkach lat czyśćca! ż0aż0a Wojewodzina zmartwiała. Dobiegała siedemdziesiątki.ż0a - Co mam robić bracia czcigodni? - wymamrotała przerażbfonym głosem.ż0aż0a - Musisz teraz z Jerozolimy powrócić - twardo oświadczył przeor. -Tą samą trasą, tym samym sposobem.ż0a Zrezygnowana Ostrogska skinęła głową.ż0aż0a - Jak każbfecie dostojni bracia!ż0aż0a Rozpoczęła się podróżbf powrotna. Wojewodzina nigdy do "kraju ojczystego" nie powróciła. Zmarło się biedaczce w powrotnej drodze. Historia nie podaje gdzie. Czy przy "przejściu przez pustynię", czy przy "przekraczaniu morza Środziemnego suchą stopą. ż0aż0a Byłoby to zabawne gdyby nie było prawdziwe.ż0aż0aż0a***ż0aż0aż0a Nie mniej znana jest historia pewnej mieszczki krakowskiej - bardzo bogatej wdowy po znanym kupcu bławatnym. Dla odmiany do jej domu zapraszano "świętych".ż0aż0a Rekrutowani byli spośród zaprzysiężbfonych żbfaków krakowskich. Ubierano ich w błękitne jedwabne stroje. Problem był jedynie z aureolą. Rozanielonej mieszczce wytłumaczono, żbfe święci mogą nosić aureolę tylko w niebie. Problem wieku rozwiązano w jeszcze łatwiejszy sposób. Święty możbfe przybierać każbfdą postać. Wystarczyło. Uszczęśliwiona kobiecina wyprawiała wielkie balangi, całowała "święte" dłonie, klękała na ich widok.ż0aż0aSprawa się wydała w bardzo „nie święty" sposób. Jeden z młodzianków zakochał się w pięknej służbfebnicy. No i jak możbfna było odmówić świętemu?ż0aż0a Zjechała się rozwścieczona rodzina. Świętych i patronów „spuszczono ze schodów” w raczej brutalny sposób. A co stało się z potomkiem "świętego" młodzianka?ż0aNa ten temat kroniki milczą.ż0aż0aż0a***ż0aż0aż0a Kasper Niesiecki opowiada w swoim "Herbarzu" ciekawą historię Władysława Niemirycza, który był arianinem. Pod koniec żbfycia, około roku 1653, spadł z konia nieopodal przydrożbfnej kapliczki. Z upadku wyszedł nietknięty. Uznał to za niewątpliwy sygnał z zaświatów. Postanowił przejść na katolicyzm. Sprowadził sobie katolickiego duchownego. A Niemirycz znany był z ognistego temperamentu. Prośbą i groźbą wymusił na swym duchowym opiekunie dokument - asekurację. Dokument stwierdzał, żbfe Władyslaw Niemirycz został w zamian za zmianę wiary - zbawiony. Kiedy przed pogrzebem otworzono trumnę, Niemirycz dzierżbfył w ręku dokument z tamtego świata, który autorytatywnie potwierdzał, żbfe taki a taki Niemirycz, nawracając się na wiarę świętą dostąpił odpuszczenia wszelkich grzechów.ż0aż0aż0a***ż0aż0aż0a Kardynał Richelieu to znana postać, choćby z "Trzech Muszkieterów".ż0aż0aSkończony cynik, intrygant, gracz polityczny - prawdopodobnie niedowiarek, polateista. Kochanki kardynała możbfna by liczyć na tuziny.ż0aż0a Ludwik XIII, był słabym władcą, całkowicie kardynałowi uległym. Kardynał Richelieu trząsł więc Francją i połową Europy. Jedyną osobą mającą wpływ na kardynała był jego spowiednik, jezuita, braciszek Józef. Nazywano go "Szarą Eminencją". Szara Eminencja był takżbfe szefem tajnego wywiadu kardynała. Braciszek Józef wzbudzał paniczny strach, nawet w najwyżbfszych arystokratycznych kręgach. ż0aż0aKardynał miał więcej grzechów niżbf włosów na wąsach, brodzie i głowie. Czując zbliżbfającą się śmierć, Richelieu wymógł na Szarej Eminencji - certyfikat. Stwierdzał on autorytatywnie i z całą powagą, żbfe o ile eminencja będzie się regularnie spowiadał i nie zaniedba uczynić tego przed śmiercią, to z całą pewnością będzie zbawiony i trafi prosto do nieba.ż0aż0aTakie to były czasy.ż0aż0aż0aż0aMaciej Kaniewski, historyk z zamiłowania (studia historyczne na Uniwersytecie w Gdańsku przerwał z konieczności w 1968 roku), manager, podróżbfnik, poszukiwacz przygód. Wiele lat w Ameryce. Przez 20 lat pracował dla koncernów Hiltona, Holiday Inn, Ramada itd. W 1988 roku wraz z grupą inwestorów kupił hotel w Dallas. Autor przebywał przez cztery lata nad Amazonką. Lata spędzone pośród nie skażbfonego cywilizacją szczepu amerykańskich Indian - Patamuno, były - według niego - najpiękniejszymi latami żbfycia. Obecnie mieszka na Florydzie. Lubuje się w wyszukiwaniu mało znanych, a czasami wręcz zaskakujących faktów historycznych i zapisuje je w formie krótkich opowiastek. ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇdrzeworyt_1.jpgˇdrzeworyt_5.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇDrzeworyt naśladowcy Albrechta Dürera. Inkunabuł z roku 1497, ze zbiorów BU KULˇDrzeworyt naśladowcy Albrechta Dürera. Inkunabuł z roku 1497, ze zbiorów BU KULˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ31ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇdrzeworyt_1.jpgˇdrzeworyt_5.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ274ˇ280ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMaciej Kaniewskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030700931ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12042ˇ1141743405ˇ8ˇ1141753364ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇDziadek WładysławˇLINIE ŻYCIAż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ż0aż0aˇPo tym, jak zostawił tu dorobek żbfycia, ociągał się z przyjazdem do stron swojego dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego, pełnego załamanych nagle planów. Człowiek nieposkromionej natury, a jednocześnie napiętnowany chłodnym praktycyzmem, wyciągał wnioski z kolców żbfycia, nie poddając się słabościom losu.ż0aż0a Młode lata upłynęły w buntowniczym przekonaniu, żbfe jak najszybciej trzeba zmienić świat. Gdy tego nie dało się zrobić, postanowił otoczyć go swoją wyrozumiałością i miłością. Tym tylko możbfna tłumaczyć decyzję studiów w seminarium duchownym.ż0aż0aNie trwało to długo. Po dwóch latach wezwano jego ojca, by poradzić:ż0aż0a - Niech będzie dobrym człowiekiem, skoro są wątpliwości co do jego kapłańskiego powołania...ż0aż0a Podobno przyczyną była namiętna gra w karty, brak pokory w zgłębieniu tajników wiary i nieobojętność wobec płci pięknej. Legenda lokalna głosi, żbfe kroplę cierpliwości dopełniła drzemka na cmentarzu, gdy inni klerykowie uczestniczyli w nabożbfeństwie żbfałobnym...ż0aż0a Parę lat wytężbfonej pracy na piaszczystej, nieurodzajnej ziemi wileńskiej pozwoliło wyciągnąć wnioski - rola dla szczupłego młodzieńca, z manierami, oczytanego i pracującego w rękawiczkach - nie była celem ostatecznym. Zaczął robić interesy. Po latach do niego należbfał młyn, dwa wyszynki za Zielonym Mostem, zbudował w Fabianiszkach najokazalszy dom.ż0aż0a Tych interesów było tak dużbfo i cechowała je tak dużbfa różbfnorodność, żbfe nikt nie mógł się połapać, czym aktualnie Władysław Mieczkowski się zajmuje.ż0aż0a Wojnę udało się jakoś przetrwać, gorzej było po przyjściu Sowietów. Kilka lat spędził w łagrze w Donbasie. Choć postury był wątłej, to wytrwał - racjonalnie traktując byt łagiernika - nie palił, potrafił zachować niezbędną w takich sytuacjach równowagę wewnętrzną. ż0aż0a Z Donbasu do Wilna nie wrócił. Bo i nie miał po co. Dom został skonfiskowany, gdyżbf był “za dużbfy” jak na czasy budowania socjalizmu, o innych majętnościach nie było mowy. Osiadł w Szczecinie, ze zmiennym szczęściem zmieniając zajęcia, ale i tu panował nad sobą i swymi interesami.ż0aż0a Do Wilna przyjechał jeden raz, na początku lat siedemdziesiątych. Jużbf dawno nie żbfył jego brat, a nasz dziadek. Z ojcem wspominali dawne czasy, ludzi, których nie było. Chodziliśmy na spacery po mieście, odwiedzaliśmy razem krewnych i znajomych. Dziwił się, żbfe tak dużbfo u nas ludzie teraz piją wódki.ż0aż0a Dostawszy pięć rubli od rodziców na wydatki, mój brat - Władysław-junior - wtedy uczeń, zaprosił dziadka Władysława (nigdy nie nazywaliśmy go stryjem) na lody. Do jadłodajni niedaleko Poczty, przy dzisiejszej Alei Giedymina. Teraz mieści się tam wykwintna restauracja, wtedy była to “trochę porządniejsza” stołówka - z kawą i deserami.ż0aż0a Chyba zjedliby tutaj swe lody, gdyby dziadek raptownie nie zbladł i nie wyciągnął chłopca na ulicę.ż0aż0a - A teraz ja ciebie zapraszam, tylko w inne miejsce! - powiedział pośpiesznie.ż0aż0aKiedy siedzieli w pobliskiej “Literackiej”, urażbfony brat zapytał, dlaczego dziadek nie skorzystał z jego zaproszenia.ż0aż0a - Kochany, lody możbfemy zjeść wszędzie, wcale nie jestem taki kapryśny. Nie mogłem znieść dźwięku aluminiowych naczyń, które tam były.ż0aż0a I opowiedział, żbfe to mu przypomniało Donbas i szajby*, z których wygłodniali więźniowie resztkami człowieczeństwa wygrzebywali resztki bałandy**.ż0aż0aż0aż0aszajba* (ros. z żbfargonu więziennego) – metalowa (aluminiowa) miska.ż0abałanda** (ros. z żbfargonu więziennego) – więzienna polewka.ż0aż0a ż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ49ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇRomuald Mieczkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030700949ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12043ˇ1141744203ˇ8ˇ1141753035ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇKomunizm na wesołoˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ1. Wszedłem do porządnej knajpy w Warszawie. Paru bywalców stało przy barze. Rozglądam się - "gdzie tu obsługa?" Ktoś mi odpowiada: - "To jużbf nie te czasy!" - "Więc gdzie mam zamawiać?" Kierują mnie do końca lokalu i tam się dołączyłem do wyczekującej grupy. W końcu okienko w ścianie się otwiera i ukazuje się dużbfa taca wypełniona kuflami piwa, jak wodą, bez pianki. Widocznie długo stało. Okienko się zamyka i między obecnymi rozpoczyna się walka o szklanki. Jakaś kobieta łapie mnie za przegub ręki, ale utrzymałem szklankę. Było to jedno z najlepszych piw jakie piłem, mimo tak nieapetycznego wyglądu. Postawiłem na tacę pustą szklankę i teraz nastąpiła dla mnie zagadka: komu zapłacić i ile? Ludzie wokół mnie zniknęli, nie miałem kogo zapytać. Stałem i czekałem, w końcu pozostawiłem garść monet na tacy, nie wiedząc, czy to za mało, czy za dużbfo i wyszedłem z nadzieją, żbfe nikt za mną nie podążbfa.ż0aż0aż0a2. Usiadłem przy stoliku w samoobsługowej kafeterii. Nie było papierowych serwetek, widocznie nie było na rynku, lecz sumienny manażbfer poustawiał na stoliku plik sztywnych kartonów, pokrojonych mniej - więcej na miarę serwetek. Nie było czym czyścić rąk, najwyżbfej możbfna się było nimi poskrobać.ż0aż0aż0a3. Tego nie sprawdzałem lecz usłyszałem z miarodajnych źródeł: W jakiejś fabryce, otwarta przestrzeń była zastawiona wielkimi drewnianymi pakami (crates). Nie było na nich napisu i zawartość musiała być ciężbfka, gdyżbf paki powoli wgłębiały się w miękki grunt. Czas mijał i paki z anonimową zawartością wgłębiały się coraz bardziej, ażbf praktycznie znikły. W końcu buldożbfery wyrównały teren żbfwirem i możbfe do dzisiaj stoją zagrzebane ze swoją tajemniczą zawartością.ż0aż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇkrol_i_blazen_200.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, Król i Błazen, drzeworytˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ57ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇkrol_i_blazen_200.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ345ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWilek Markiewicz ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030700957ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12046ˇ1141745056ˇ8ˇ1141752863ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇByliście, więc jestemˇrecenzja książbfki Agaty Tuszyńskiej "Rodzinna historia lęku". ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ˇ ż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0a „Rodzinna historia lęku” – to trzy słowa-lustra, każbfde z nich zawiera odbicie dwóch poprzednich.ż0aż0a Biografia rodzinna jest nowym gatunkiem literackim powstającym na naszych oczach. To nauki neurobiologiczne donoszą ostatnio, żbfe właśnie rodzina wypełnia naszą indywidualność, ażbf po wysokie jej brzegi, podczas kiedy literatura i filozofia wolą nadal widzieć indywidualność w roli najpełniejszego modelu człowieczeństwa. Napisać autobiografię pozostaje wyczynem samoafirmacji, nawet bolesnej, dowodem woli ogarnięcia swego losu, zaistnienia unikalnego „ja”, jednostki niepowtarzalnej, wyróżbfniającej się z fal pokoleń jednostajnie następujących po sobie. Z kolei tworzenie biografii postaci wybitnej ustawia autora w bezpiecznym dystansie – tworzy grzejąc się w jej aurze i tak wytrwale układa jej sylwetkę z materiałów jużbf istniejących, choć niekiedy trudno dostępnych. Niewątpliwie jedno i drugie przedsięwzięcie kosztuje autora zazwyczaj więcej, niżbf podejrzewał na początku drogi, wiedzie na tereny nie odkrytych lądów, niebezpiecznych ujawnień. Często okazuje się wstąpieniem w dramat, choć decyzja przystąpienia do pracy obiecuje nagrodę – stworzenie unikalnego dzieła, owego dowodu na istnienie autora i jego własnych afirmacji wyłożbfonych w opisie żbfywota własnego lub cudzego.ż0aż0a Agata Tuszyńska uprawiała jużbf ten gatunek. Spod jej pióra wyszła biografia Isaaka B. Singera, Ireny Krzywickiej, Marii Wisnowskiej, niezwykłych indywidualności. Snuła się śladami trzech, czterech poprzednich pokoleń, dotykała pragnień, umysłów i namiętności tak rzeczywistych, ażbf nadal pulsujących. Ale czy towarzystwo wyprowadzonych z historii przyjaciół sprowadzi na autora harmonię i poczucie bezpieczeństwa? Czy wystarczy zwołać z przeszłości parę twórczych postaci, zatrzymać je w linijkach własnej prozy, aby czuć grunt pod nogami naprawdę u siebie domu? Utożbfsamić się z własną kulturą? Biografie innych nieuchronnie prowadzą do własnej, do porównań. Kim jestem? Kim potrafię być?ż0aż0a W historii własnej Agaty Tuszyńskiej pozornie wszystko wyglądało normalnie – ażbf do rozwodu rodziców - pierwsze wyczuwalne w wieku siedmiu lat pęknięcie, pierwsze wyraźnie zachybotanie świata dotychczas pewnego. Tak, jakby samolot utracił nośność i wpadł na moment w dziurę powietrzną.ż0aż0a Pierwszy raz nie być takim, jak inni. Potrzeba wzorów, którymi musimy się wypełnić, żbfeby znaleźć własny punkt ciężbfkości daje o sobie znać bardzo wcześnie. A wzory powinny mieć twarz, zapach, rytuał gestów i zdań, rytm codzienności i rytm świąt, oswojoną rozpoznawalność. Później możbfna niektóre z nich odrzucić, wymienić na inne, zapragnąć mieć innego ojca, inną klasę, zdemaskować zaściankowy katolicyzm babci czy wstydzić się za wujka, o którym opowiadano, żbfe stchórzył. Co jednak się dzieje, jeżbfeli najsilniejszym wzorem z dzieciństwa jest milczenie? Uniki? Gesty zastępcze maskujące strach? Po odkryciu jakiego sekretu rozpocznie się właściwa biografia? Niewiele z zachowań panujących w domu rodzinnym autorki posiadało solidność trwania. Dynamika odbudowy w Polsce lat 60. omijała trupy w szafie w domu jej rodziców. Wykształconych, spragnionych sprawiedliwości i zdecydowanych zaufać nowemu ustrojowi. Mimo to w nowym mieszkaniu na Kasprzaka z widokiem na Pałac Kultury nie zainstalował się na długo entuzjazm ojca, sprawozdawcy sportowego, a i radość pochodów 1 Majowych pozostała na ulicy. ż0aż0a Niedawna historia kraju nadal tliła się w umysłach i trzewiach, lęku zagłady wojennej nie przegnał egzorcyzm partyjnych wysiłków. Rodzina świadomie zafałszowała tradycję, nie chciała o niej słyszeć, rzadkie wspomnienia przechodziły przez autocenzurę, nie brzmiały żbfadnym echem przy świątecznym stole. Nowe pokolenie zrodzone z komunistycznych rodziców, wyzwolone z hańby przeszłości wydawało się mieć wolne ręce: postęp naprawdę istniał – wołano - nigdy więcej wojny. I budowano nowe domy, szkoły, uczelnie. Budowano teżbf nową tożbfsamość socjalistyczną wbrew dawnej, na jej gruzach: starej, cherlawej, skorumpowanej, uległej i zatartej barbarzyństwem hitleryzmu.ż0aż0a Człowiek jednak nie jest konstrukcją inżbfynierską. Nowoczesność, wielowymiarowość i humanistyczny talent Agaty Tuszyńskiej potrzebuje pamięci, aby zaistnieć choćby tylko w teraźniejszości i móc dalej żbfyć. Biografia rodziny stanie się warunkiem „sine quo non” swej własnej. Jakżbfe daleko kartki „Rodzinnej historii lęku” odwiodą nas od tyleżbf modnych, co złudnych teorii współczesnego indywidualizmu, typu amerykańskiego „self made man’a”. Przypomną, ile zawieramy w sobie przeszłości i żbfe jużbf tak zostanie na zawsze. Pisarka i wykładowca wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego dowodzi, w jakiej mierze sama składa się z postaci poprzednich pokoleń, zwłaszcza żbfydowskiej rodziny matki, najmozolniej wrastającej w polskie społeczeństwo.ż0aż0a - Jestem wszystkimi tymi postaciami, poznałam je, przywróciłam do żbfycia ze starych zdjęć, dokumentów administracyjnych, pamięci nauczyciela historii z Łęczycy, opowieści tych, do których dotarłam – mówi autorka. – Jestem moją radosną mamą w krawacie pod falującym sztandarem pochodu 1-szo Majowego, ale i tą w koktajlowej sukience na przyjęciu domu, siedzącej naprzeciw szarmanckiego taty. Oddalona o kilkanaście lat od jej strachu, mogę sobie na to pozwolić, chroniła mnie tak długo… I jestem moim obowiązkowym rygorystycznym dziadkiem, inżbfynierem Politechniki Warszawskiej, budowniczym WSM. Tym utalentowanym muzycznie, acz oschłym Zamutkiem, tak fatalnie znoszącym niewolę oflagu i brutalny koniec własnej kariery zawodowej w marcu 1968 roku. Tym polskim oficerem zamkniętym latami w baraku 12a obozu w Woldenbergu-Dobiegniewie na Pomorzu Drawskim. Cierpiącym na depresję, słabo czy wręcz wcale niebranej pod uwagę przy analizach ludzkich postaw wojennych. Wówczas jeniec powinien być bohatersko aktywny, inne załamanie określano tchórzostwem. Chorowało się zakaźnie i odnosiło rany: cierpienia szlachetne i godne oficerów, psychiką się nie zajmowano.ż0aż0a - Jestem równieżbf – ciągnie autorka – siostrą naszego dziadka, Franią, tą skupioną dziewczyną ze zdjęcia do szkolnej legitymacji, której w latach dwudziestych nie wystarczała rodzinna Łęczyca. Zadecydowała się wyjechać na studia do Warszawy, a kiedy po krachu giełdy z 1929 roku wujka-lekarza nie stać jużbf było na finansowanie jej dalszej nauki, postanowiła zostać i sama pracować na swe utrzymanie.. Jestem Franią szczęśliwą w romansie ze swym dyrektorem, potem mężbfem, wreszcie z konieczności, przypadków losu i wyboru – bigamistą.ż0aż0a Jeżbfeli klasyczny biograf porównywał dokumenty, czerpał z opowieści osób jeszcze żbfyjących i sprawdzał swoje źródła, czynił to z obowiązku obiektywizmu, a własny dystans do postaci i epoki przyjmował za neutralne narzędzie swego warsztatu pisarskiego. Utrwalanie historii składało się z hołdów i polemik, analiz dokumentów, zapisów wydarzeń prowokowanych czy bezsilnie znoszonych. Rolą czy zasługą biografa była umiejętność przeniesienia dalej cennej wartości. I Agata Tuszyńska pragnie ocalić od niepamięci historię swej rodziny, zrekonstruować i ożbfywić jej polsko-żbfydowski wymiar, jednak bynajmniej nie w roli obiektywnego badacza, gdyżbf taki nie możbfe istnieć – mówi jej książbfka. ż0aż0a- Posiadam stare zdjęcia, wyciągi metrykalne, nagrania rozmów, moje zeszyty szkolne, nawet całe biurko z dokumentami mego żbfydowskiego dziadka marksisty, budowniczego Warszawy. Jaki ciężbfar tradycji i ogrom zniszczeń każbfdy z nich musiał udźwignąć, strawić, odepchnąć, czy wlec dalej, okaleczony? I jak zachowałabym się ja na widok bezradnej dziewczynki z getta, albo mając żbfonę Żydówkę jużbf przewiezioną na aleję Szucha, czy odseparowana w gorszym od pozostałych baraku 12a, wydzielonym dla oficerów żbfydowskiego pochodzenia? ż0aż0a Moje dzisiejsze bezpieczeństwo doktora Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarza, znanej pisarki nie jest żbfadną trwałą gwarancją, nie znajduję się po żbfadnej drugiej stronie muru upokorzeń. Oni wszyscy nadal pozostają moją codziennością. Ów paraliżbfujący lęk matki-Haliny wciśnięty w amnezję. - To nic, żbfe skończyła się wojna, zawsze trzeba się mieć na baczności – mawiał Oleś, polski szwagier dziadka. Szymona Zamutka. - W marcu 1968 roku nie stało się nic, czego nie możbfna było przewidzieć.ż0aż0a W innym miejscu autorka napisze: „Od końca wojny minęło wtedy ponad 20 lat. Wystarczająco dużbfo, by wiedzieć, kim się jest, po co i dla kogo pracuje. Rodziny Przedborskich i Marzyńskich miały twardy grunt pod nogami, grunt budowy, odbudowy, osiągnięć i planów. Życie wydawało się mieć w końcu sens i kształt, o jaki im chodziło. Wykształcili dzieci, Halina pracowała w prasie, Marian w telewizji, syn Frani skończył studia, dwaj młodsi studiowali. Nie było żbfadnych znaków zagrożbfenia, znikąd”.ż0aż0a Tożbfsamość – obcy – lęk. Oto słowa klucze biografii współczesnej. Bynajmniej nie tylko w historii polsko-żbfydowskiej. Na gruncie literatury i filozofii rozpatruje je etyka. Ale lęk jest biologiczny, w chwilach zagrożbfenia (ale czy tylko?) naszymi reakcjami kierują odruchy ukształtowane milionami lat ewolucji. To ona cierpliwie wypracowała u istot żbfywych systemy obrony o niezwykłej złożbfoności. Ale ewolucja gatunku polega na stopniowym wzroście pośredników między informacją ze świata zewnętrznego i organami odpowiedzi. Wolność mierzy się stopniem owego wyposażbfenia – a ona rośnie wraz z liczbą tych pośredników. Neurobiologia mówi nam o potrzebie zachowania własnego środowiska wewnętrznego dla zdolności możbfliwości ewolucji. Opowieści, rozmowy, pisanie książbfek - dla Agaty Tuszyńskiej stają się w równym stopniu budowaniem własnej tożbfsamości, co oswajaniem lęku, zbliżbfaniem się do obcego. Choć z drugiej strony czyżbf sama potrzeba tożbfsamości, jej uporczywe szukanie nie pochodzi z istnienia obcości? Tego, czym sami nie jesteśmy i czym nie chcemy być?ż0aż0a Spod pióra Agaty Tuszyńskiej powstał oryginalny autofresk polsko-żbfydowskiego XX-go wieku. Galeria postaci „Rodzinnej historii lęku” wystawia nam najnowszy Polaków portret własny. Wady rodzimej kultury, strach przed obcym czy okazywana mu pogarda i agresja znajdują się na swych dawnych miejscach. Polscy Żydzi byli i są Polską. Taką, która zauważbfa dziś, żbfe mieszka równieżbf w Nowym Jorku i Brukseli, po pół wieku zaistnienia we Wrocławiu i Szczecinie, Gdańsku. W szerokim świecie Agaty Tuszyńskiej nadal pozostaje ogromnie dużbfo przestrzeni na lęk. Dochodzić do człowieczeństwa z wielu horyzontów – ten proces dopiero się rozpoczął.ż0a ż0aParyżbf 30 marca 2005ż0aż0aż0a Książbfka ukażbfe się 1 września 2006 we francuskiej wersji językowej. Jest równieżbf tłumaczona na język angielski. ż0a Agata Tuszyńska pisze teraz osobistą książbfkę o chorobie, która stała się jej i mężbfa nową rzeczywistością.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇzap_11.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ15ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇzap_11.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ522ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMagda Dunikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030701015ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12049ˇ1141745902ˇ8ˇ1141752016ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇDziennik okupacyjny ˇOpublikowany po raz pierwszy przez Oficynę Wydawniczą „Agawa” w 1997 roku, przez pięćdziesiąt lat starannie ukrywany przed komunistyczną policją polską i radziecką, a nawet przed przyjaciółmi, cudem ocalały, unikalny dziennik z wojny polsko-bolszewickiej, pisany na gorąco na linii frontu przez Stanisława Rembeka, autora głośnych powieści wojennych "W polu" i "Nagan" (na podstawie jego powieści Andrzej Wajda i Juliusz Machulski nakręcili filmy - „Wyrok na Franciszka Kłosa” i „Szwadron”). ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ˇ***image1:center*** ż0aż0aż0aROK 1940ż0aż0a8 lutego, czwartekż0a Wczoraj był Popielec i nareszcie doczekaliśmy się pewnego ocieplenia, zresztą tylko do -16 stopni. Od 8 grudnia trzymały mrozy, dochodzące okresami do -33 stopni. Raz tylko, w wieczór wigilijny, nastąpiła na parę godzin odwilżbf, jakby dla utrzymania prawdziwości przysłowia o św. Barbarze po lodzie. Spałem teżbf jużbf po raz pierwszy od świąt Bożbfego Narodzenia w swoim pokoju. Dotychczas bowiem gnieździliśmy się w jednym pokoju, naprzód dziecinnym, a gdy tam rury zatkały się sadzami, w moim.ż0aż0a Marysieńka wybierała się do Warszawy po pieniądze od Gutka z niewoli i od Niedźwiedzkich za obrazy Rapackiego, zaraz więc po śniadaniu poszedłem do Milanówka dowiedzieć się, kiedy odjeżbfdżbfa tramwaj. Po drodze wstąpiłem do dróżbfnika Malinowskiego, gdzie udało mi się dostać 15 kg pszennej mąki po 15 zł. Chciałem teżbf dostać chleba na rynku, ale nigdzie nie było, bo patrole niemieckie rozproszyły przekupniów, odbierając im produkty. Zgrzałem się w powrotnej drodze pod brzemieniem mąki, bo Marysieńka namówiła mnie, żbfebym wziął kożbfuszek, a tymczasem ciepłota podniosła się do 1 stopnia. Nastąpiła więc odwilżbf, ale bardzo słaba, bo kraj pokryty jest śniegiem po kolana.ż0aż0a Marysieńka pojechała. Na obiad Andzia zrobiła kartoflankę z zacierkami. Potem dzieci poszły lepić bałwana, a ja ruszyłem do Grodziska.ż0aż0a U Dąbkowskiego panowało przygnębienie z powodu wysyłania Polaków do Prus. Między innymi wezwano jego znajomą instruktorkę jedwabnictwa, kobietę 56-letnią. Wszyscy oni mają wyjeżbfdżbfać w dwóch terminach: 13 i 18 lutego.ż0aż0a Do restauracji przyszedł napić się wódki staruszek w płaszczu kolejarskim o jednym tylko zębie. Był to Łotysz, mówiący bardzo źle po polsku, z rosyjska. Znieważbfał on Polaków z wściekłością, zarzucając im, żbfe zdradziecko napadli na spokojnych Niemców, bombardując im bezbronny Gdańsk, za co słusznie dostali w skórę. Dyskutowaliśmy z nim trochę, oczywiście bardzo ostrożbfnie. Potem Dąbkowski skończył dyżbfur i poszliśmy na pogawędkę do Kisiela, który jest dependentem u rejenta. Odstąpił mi on bochenek chleba razowego za 3 zł 40 gr. Kupiłem takżbfe butelkę wódki, po raz drugi od wybuchu wojny.ż0aż0a Gdy wracałem do domu, chwycił na nowo mróz i zerwała się zawieja śnieżbfna od północy. Zmarzłem trochę, bo wziąłem wiosenny płaszcz i skórkowe rękawice.ż0aż0a Przed siódmą poszedłem na stację po Marysieńkę. Okazało się jednak, żbfe tramwaje spóźniały się i trafiłem na niewłaściwy. Przyszła więc sama w jakie 20 minut po mnie. Była zmarznięta i zła, ażbf i mnie zepsuła humor. Od Niedźwiedzkiego nie dostała ani grosza. Nie była takżbfe u Wiśniewskich, którzy chcą się sprowadzić do Milanówka.ż0aż0aż0a9 lutegoż0a Dziś znowu chwycił mróz dwudziestoparostopniowy, ale słońce przygrzewa jużbf silnie. W moim pokoju było zimno, leżbfałem więc długo i czytałem Paska. Tymczasem przyszedł Mietek Stański, osadził siekierę, którą złamałem przy zrąbywaniu akacji, i porąbał cały pień. Marysieńka upiekła chleba razowego i bułek w piecu pokojowym. Przez cały dzień nigdzie nie wychodziłem, tylko na staw zrobić przeręble.ż0aż0aż0a10 lutegoż0a W nocy chwycił znowu mróz, jakiego jeszcze chyba nie było. Podobno -35 stopni. Słońce przygrzewało jużbf jednak dość silnie. Przez cały dzień siedziałem w domu i czytałem książbfkę niemiecką dla wprawy. Dzieci poszły mimo to do szkoły, bo zepsuł nam się termometr i nie orientowaliśmy się, żbfe jest ażbf tak zimno. W klasie Maruty było tylko dwoje dzieci. Przez brata jej nauczycielki wysłałem list do rodziców. Tymczasem po obiedzie córka gosposi od Kuczyńskiego przyniosła wiadomość, żbfe u byłego naczelnika poczty Parzyńskiego jest dla nas paczka z Piotrkowa. Poszedłem po nią. Parzyński jest jeszcze w Piotrkowie. ż0aż0aPaczkę przywiózł jego pomocnik. Od pani Parzyńskiej dowiedziałem się, żbfe w Piotrkowie jakoby odbyły się masowe aresztowania w związku z wykryciem zapasów broni. Miał zostać uwięziony jakiś starszy lekarz. Zaniepokoiła mnie ta wiadomość. Z Milanówka wywieziono jużbf podobno do Prus na roboty trzy partie ludzi. Panuje wskutek tego wielka trwoga, zwłaszcza wśród tych, którzy podali się za bezrobotnych. Paczka zawierała masło, smalec, kawałek golonki i namiastkę kawy. Najbardziej nas jednak uradowała herbata.ż0aż0aż0a11 lutegoż0a Mróz trzyma w dalszym ciągu, z rana jednak niebo pokryte było chmurami, a drzewa i płoty usrebrzone szadzią. Siedzimy wszyscy w domu. Przepisywałem trochę na maszynie “Przemoc i szablę” oraz czytałem przysłane mi przez rodziców stare numery “Völkischer Beobachter” oraz “Hamburger Tageblatt”. Po obiedzie przyszedł do mnie Wiktor Fagas, robotnik, z którym byłem na tułaczce za Wisłą, a potem w Warszawie. Skarżbfył się na biedę w swoim domu. Pracował u Niemców na kolei na Pradze, ale utracił pracę, z własnej zresztą winy. Teraz wrócił do fabryki jedwabniczej, ale i tu wiedzie mu się nieszczególnie. W dodatku żbfona rozchorowała mu się z przeziębienia. Ponieważbf jestem winien jego żbfonie za naukę niemieckiego, poleciłem Marysieńce dać mu 20 złotych. ż0aż0aSiedział długo i opowiadał o Rumunii, gdzie mieszkał siedem lat i gdzie się ożbfenił z Niemką siedmiogrodzką. W końcu, gdy rozmowa zeszła na sprawę wysyłania naszych robotników do Prus, Fagas niespodzianie zdecydował, żbfe pojedzie tam. Po jego odejściu wybrałem się do Kuczkowskiego, dziennikarza z b. “Ekspressu Porannego”, który mieszka niedaleko nas, u Fostanowiczów. Jest to typowy, dość uduchowiony inteligent, jak sądzę, po pięćdziesiątce. Twierdzi, żbfe pochodzi od bojarzyna Kuczko, na którego gruntach Jerzy Dołgoruki założbfył Moskwę w 1154 roku. Przyjął mnie bardzo serdecznie. Nie widzieliśmy się dość dawno, gdyżbf codziennie jeździ on do Warszawy i wraca ostatnim tramwajem. Jak zwykle zastałem go w grubej jakiejś piżbfamie w łóżbfku nad książbfką. Okazuje się, żbfe wziął się do czytania powieści, wypytywał teżbf mnie ciekawie, co sądzę o naszych powieściopisarzach i krytykach. Nawet mnie to trochę żbfenowało, nie przypuszczałem bowiem, żbfe możbfe mnie uważbfać za taką powagę. Gdy zeszła rozmowa na nasze położbfenie, przekonałem się, ku swojemu zdumieniu, żbfe jest on załamany, podobnie jak Waśniewski, który był u nas w styczniu. A zazdrościłem mu niedawno jego silnych nerwów i spokoju w ocenianiu wszelkich plotek i pogłosek. Okazuje się, żbfe sceptycyzm bynajmniej nie oznacza siły ducha.ż0aż0aż0a12 lutego, poniedziałekż0a Mróz trzyma. Rano było podobno -22 stopnie. Niebo się jednak zachmurzyło zaraz po wschodzie słońca i powiał silny wiatr wschodni. Czułem się trochę przeziębiony, więc nie poszedłem do Grodziska po kartki żbfywnościowe, jakem to sobie obiecywał, tylko siedziałem w domu i przepisywałem jeden z rozdziałów “Przemocy i szabli”. Lód na stawie dochodzi chyba do półmetrowej grubości, z ledwością więc wyrąbałem jeden przerębel. Po wieczerzy bardzo wczesnej, bo o godzinie szesnastej, wybrałem się po nowinki do Sukienników. Niczego jednak, oprócz plotek, nie dowiedziałem się. Pani Sukiennikowa, jak zwykle, skarżbfyła się na niewdzięczność ludzką i dla przeciwstawienia wychwalała swoich synów. Pan Sukiennik wrócił z Warszawy dopiero przed moim wyjściem. Chudnie i starzeje się w oczach. Podobno tak go przygnębia obecna wojna. Mróz zelżbfał do -14 stopni. Na wieczór jednak znowu wypogodziło się zupełnie. Na niebie upiornie świecą wielkie i nieruchome gwiazdy oraz co dzień powiększający się sierp księżbfyca. Dziś o ósmej rano miało wyjechać 800 robotników do Prus. Są to podobno przeważbfnie ochotnicy. Ale kontyngent na Grodzisk ma jakoby wynosić 3 tysiące, a na Milanówek pół tysiąca. ż0aż0aż0a13 lutegoż0a Mróz nie ustępuje. Według sprawozdania naszej Andzi, która poszła zobaczyć na termometrze w domu majora Seniszyna, miało być rano -27 stopni. Wobec tego dzieci nie poszły do szkoły. Ja teżbf miałem zamiar nie wychodzić i zabrałem się do przepisywania na maszynie “Przemocy i szabli”, gdy zadzwoniła do furtki córka gosposi od Kuczyńskich, żbfe naczelnik poczty Parzyński ma coś dla mnie z Piotrkowa. Wobec tego zaraz poszedłem. Przedtem jednak wyrąbałem przerębel. Podczas tego zobaczyłem nad stawem wielkiego zająca, który przebiegł w stronę furtki. Okazało się, żbfe Parzyński miał dla mnie 20 zł oraz list, ale mama odebrała go w ostatniej chwili. Parzyński opowiedział mi więc nowiny ustnie. U Papińskiego, byłego prezesa Ligi Obrony Powietrznej Państwa i byłego peowiaka, który mieszka nad rodzicami, zrobili Niemcy rewizję, podczas której znaleźli dwa rewolwery, ukryte w doniczkach, grozi mu więc kara śmierci. Przy tej okazji zrewidowano równieżbf mieszkanie rodziców. Oprócz tego aresztowano jeszcze doktora Kowalczewskiego, u którego znaleziono jakieś rzeczy wojskowe, oraz cały szereg innych osób. W ogóle Niemcy w Piotrkowie zdają się srożbfyć specjalnie. Przypuszczam, żbfe musi tam nie brakować donosicieli. Udało mi się kupić na rynku sacharyny po 10 gr kryształek, ćwierć kilo mydła papkowatego za 3 zł i bochenek chleba razowego za 4 zł. Gdy wróciłem do domu, przyszedł Stański, ojciec Andzi, który ma nam kupić korzec żbfyta za 100 zł. Ledwie on wyszedł i zasiedliśmy do obiadu, zjawiła się “babcia” Dehnelowa.ż0aż0a Przywiozła dzieciom bułek, ciastek i opowiadała wszelkie plotki o swojej rodzinie, o Wierze, Guciu, którego wszystkie listy nam odczytała itd. Aresztowano wielu profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. Węgrzyn nadal siedzi w więzieniu, gdzie ciągle biją go za to, żbfe w “Genewie” Shawa przedstawiał Hitlera. Ze szpitala ujazdowskiego uciekło podobno 12 podleczonych polskich oficerów. Niemcy za to rozstrzelali naczelnika szpitala, aresztowali personel, a wszystkich rannych i chorych poobwijali kocami i gdzieś wywieźli. Szpital ujazdowski ma być skasowany. W czasie tej wizyty przyszła Paćkowa. Jej lokatorka, Bałasanowa, uciekła przed czwartkową rozprawą o eksmisję i ma 20-go wyjechać do Prus. Pytała mnie więc, czy ma dalej prowadzić przeciw niej sprawę sądową o komorne. Poradziłem jej, żbfeby dała spokój. Poszedłem potem do Grodziska. Po drodze zaczepił mnie jakiś grodziszczanin o wyglądzie robotnika. Mówił, żbfe rano wyjechała partia 500 ludzi do Prus. 200 miało się nie stawić. Opowiadał przy tym o dwóch wypadkach, gdy Niemcy odebrali robotnicom niemowlęta, które oddali do żbfłobka. U Dąbkowskiego zebrali się prawie wszyscy moi znajomi grodziszczanie. Był tam Kulesza, Olechowski, Kisiel, jego pryncypał, były major, Paszkowski, jakiś wysiedleniec z Bydgoszczy oraz jakiś bardzo skromnie wyglądający oficer rezerwy, który opowiadał o swoich walkach z Niemcami w lubelskiem. Rozmawialiśmy wesoło przy wódce, kotletach i gulaszu, które postawił nam Olechowski. Dowiedziałem się trochę pocieszających, ale niepewnych wiadomości, które nazywamy: “ze stajni” albo “j.p.p.” (jedna pani powiedziała). Tahn walczył razem z majorem Kieruzalem, o którego śmierci w szpitalu ujazdowskim opowiadał mi Saloni. Dostał on śmiertelną ranę w brzuch i będąc wierzącym ewangelikiem z nienawiści do Niemców nie chciał dopuścić do siebie pastora, a prosił o ostatnią pociechę księdza katolickiego.ż0aż0aż0a14 lutego, środaż0a Dzień pochmurny przy słabym mrozie, rano -10 stopni. Dzieci jednak nie poszły do szkoły z powodu silnego wiatru i śniegu, który po południu przybrał nieledwie postać śnieżbfycy. Przez cały dzień prawie nie wychodziłem z domu. Pod wieczór mieliśmy wizytę nowego sąsiada, Tomko. Jest to szwagier majorowej Seniszynowej, któremu bolszewicy zabrali działkę osadniczą pod Indurą. Siedział przeszło dwie godziny, opowiadając naiwnie o bolszewikach z nieco śmiesznym akcentem białoruskim, sam bowiem pochodzi z powiatu bracławskiego, z okolic Łużbfek. Wydał mi się dość sympatyczny. Obudził teżbf we mnie współczucie, gdyżbf choruje nieuleczalnie na nowotwór w mózgu. (...)ż0aż0aż0a20 lutego, wtorekż0a Wybrałem się nareszcie do Warszawy mimo silnego mrozu. W tramwaju taki ścisk, żbfe przez całą drogę, która zresztą trwała prawie 3 godziny, stałem między ławkami. Warszawa, jak za każbfdym razem, zrobiła na mnie przygnębiające wrażbfenie. Ciągle zapomina się, żbfe to miasto jest tak zniszczone. Wszędzie trzeba schodzić na jezdnię, żbfeby wymijać grożbfące zawaleniem ruiny. Chodniki pełne wybojów. W dodatku olbrzymie zwały śniegu tamują ruch do tego stopnia, żbfe miejscami możbfna się posuwać głębokimi śnieżbfnymi parowami jedynie bardzo wolno i gęsiego. Nie spotyka się ludzi elegancko ubranych. Na wszystkich ulicach pełno podskakujących dla rozgrzewki sprzedawców tytoniu, sacharyny, nafty, obwarzanków, galanterii, książbfek itp. Na jezdniach pracują gromady zmaltretowanych Żydów z białymi opaskami na ramionach. Najpierw poszedłem do malarza Dybowskiego, który chciał kupić ode mnie obrazy za 2400 zł. Miał on w pracowni cały szereg krajobrazów własnych i innych oraz rozmaite akty kobiece. Za moje obrazy dawał jużbf mi tylko połowę tego, co poprzednio. Wracając wstąpiłem do magazynu gorsetów Olka Jakowlewa. Dowiedziałem się, żbfe jest on w niewoli. Stacha Niedźwiedzka leżbfy jeszcze po zapaleniu płuc, ale czuje się coraz lepiej. Zastałem u niej Helutę Wolską oraz jakąś blondynkę z Gdańska i Sopot. Opowiadała ona, żbfe jest tam głód. Na tydzień wydaje się na kartki jedynie ćwierć kilo koniny. Poza tym są tylko śledzie. Spotkała tam znajomego oficera niemieckiego, który przyjechał na trzytygodniowy urlop wypoczynkowy z linii Zygfryda. Miał on jej opowiadać, żbfe trwa tam nieprzerwany ogień artyleryjski i bomb lotniczych, ażbf ludzie wariują. Heniek Niedźwiedzki przyjął mnie dość zimno. Oświadczył, żbfe obrazy oszacowano na 200 zł za sztukę. Zgodził się wreszcie z ociąganiem pożbfyczyć mi 200 zł. Pojechałem potem do Waśniewskich. Przyjęto mnie gościnnie, zwłaszcza panna Lodzia, która na moją cześć usmażbfyła oładków. Waśniewski przyszedł dopiero po pewnym czasie. W zachowaniu jego znać było pewną rezerwę. Nie mógł się zdecydować na przeprowadzkę do Milanówka, chociażbf jakaś doktor daje mu całą willę z umeblowaniem. Opowiadał o rozmowie z pewnym szoferem z Anina, który miał być rozstrzelany podczas słynnej rzezi, ale ponieważbf mówi po niemiecku, więc go ułaskawiono. Musiał tylko kopać groby. Mówił takżbfe o swoim znajomym Polkowskim, który w cukierni spotkał oficera niemieckiego i swojego zarazem kolegę z politechniki wiedeńskiej. Przyjechał on na urlop z linii Zygfryda. Opowiadał o żbfyciu na niej podobnie jak owa blondynka. Nocowałem w pensjonacie u Płoskiego.ż0aż0aż0a21 lutegoż0a Na noc chwycił silniejszy mróz, który podobno doszedł do -30 stopni. Płoski przyszedł w nocy zupełnie pijany. Na śniadanie napiłem się z nim jedynie czystej herbaty. Zaraz teżbf poszedłem na hale kupić tytoniu liściastego, sacharyny itp. Potem poszedłem do Saloniego. Siedział on ze swym małym synkiem i palił mokrym drzewem w piecyku. Był bardzo serdeczny i jak najlepszej myśli. Zaproponował mi zająć się sprzedażbfą obrazów i na ten rachunek pożbfyczył mi zaraz 100 zł. Poszliśmy potem do kasy literackiej, gdzie równieżbf przyznano mi 100 zł pożbfyczki. Po drodze wstąpiliśmy do Heńka, który zachował się bardzo niemiło. Okazało się, żbfe uważbfał on obrazy za rodzaj zastawu. Po wyjściu z kasy wstąpiliśmy do baru “Wacuś”. Spotkaliśmy tam Pieczyńskiego z Biblioteki Polskiej z jakimś innym facetem. Ponieważbf byłem prawie na czczo, więc upiłem się jak nieboskie stworzenie. Tymczasem Jul wpadł na dziki pomysł zawiezienia mnie w tym stanie dorożbfką do swej córki Dobruni na Paryską. Przyjęła nas obelgami, uważbfając mnie widocznie za nieprzytomnego. Mimo to przespałem tam do rana. Willa, w której zatrzymałem się podczas swojej tułaczki wrześniowej, była rozbita przez granat, ale Jul jużbf ją kazał naprawić. Koło dawnej barykady leżbfało jeszcze kilka spalonych czołgów niemieckich. ż0aż0aż0a22 lutegoż0a Przebudzenie w tych warunkach miałem szczególnie przykre. Przeprosiłem Dobrunię, napomykając, żbfe jużbf sobie częściowo wymierzyła wczoraj satysfakcję, lżbfąc mnie, i poszedłem do kolejki. Mróz był silny. W zaklejonej dyktą cukierni Krakowskiej wypiłem szklankę białej kawy i zjadłem ciastko drożbfdżbfowe. Zapłaciłem za to 1 zł 65 gr. W tramwaju było dość przestronno, a słońce tak przygrzewało, żbfe się pociłem. Gdy przyjechałem, mróz zniknął prawie zupełnie. Możbfe nareszcie zima się skończy. Wstąpiłem do Malinowskiego i kupiłem 5 kilo mięsa ze słoniną, 5 kilo kaszy manny i pół kilo masła. Marysieńka leżbfała w łóżbfku, bo czuła się słaba, wstała jednak do tych zapasów. Opowiadała, żbfe wczoraj przez cały dzień jechały w stronę Niemiec pociągi z wojskiem oraz samochody, w stronę zaś Warszawy leciały samoloty. Jeden jakby miał przyczepione bomby. Do Grodziska miały przybyć transporty rannych. Przyszedł kominiarz, któremu kazałem oczyścić dach ze śniegu. Możbfe to zwróciło uwagę lotnika niemieckiego, bo zniżbfył się i zakręcił gwałtownie nad samym domem. Maruta, która baraszkowała po śniegu w ubraniu narciarskim, przewróciła się ze strachu i uciekła do domu. (...)ż0aż0aż0a27 lutego, wtorekż0a Pogoda piękna, ale mróz 11 stopni. Widocznie jednak święty Maciej zimę wzbogacił. Miałem iść do Grodziska po chleb, ale dowiedziałem się od Tomka, żbfe dziś nie wydają. Wróciłem więc do domu.ż0aż0a Po obiedzie poszedłem do Grodziska. U Dąbka jak zwykle było całe zebranie. Nikt nie przyniósł żbfadnych wiadomości, ale mnie pocieszyło to, żbfe Hitler w swojej ostatniej mowie odwoływał się do Boga, “który dał wszystkim narodom jednakowe prawa do żbfycia”, i żbfe dr Frank znowu zaznaczył, iżbf “Gubernia Generalna” nie będzie włączona do Rzeszy, gdyżbf stanowi ona ojczyznę Polaków, “do której zarówno teraz, jak w przyszłości, mają oni wszelkie prawa”. Marysieńka poszła do Figielskich i przyniosła dwie kury.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇrembokl1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ26ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇrembokl1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ346ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ554ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Rembekˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030701026ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12053ˇ1141746525ˇ8ˇ1141749575ˇ9ˇ3ˇ7ˇ2006ˇDziennik Stanisława RembekaˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ż0aˇ***image1:center*** ż0aż0aż0aDziennik Stanisława Rembeka pisany w latach okupacji niemieckiej od 8 lutego 1940 roku do 10 stycznia 1944 roku. Autor to wybitny jużbf wtedy pisarz, mający w swym dorobku dwie głośne powieści o wojnie z bolszewikami w 1920 roku: „W polu” i „Nagan”.ż0aż0aLektura fascynująca z powodu gęstego od drobnych faktów opisu codzienności tamtych lat. Czas okupacji spędził Stanisław Rembek w Grodzisku Mazowieckim, a właściwie na jego odległym przedmieściu i zapiski skupiają się przede wszystkim na żbfyciu tego podwarszawskiego miasteczka, połączonego ze stolicę trakcją EKD. Mieliśmy jużbf dzienniki lat okupacji Zofii Nałkowskiej i Marii Dąbrowskiej. Dziennik Rembeka możbfe być ich doskonałym uzupełnieniem, pisarz ten bowiem posiadał szczególny dar notowania spraw małych i bardzo małych, obracając się w kręgach społecznych, typowych dla podwarszawskiego światka. Jego sąsiedzi i znajomi to robotnicy kolejowi, rolnicy, pracownicy magistratu, nauczyciele z miejscowych szkół, oficer rezerwy, sędzina, adwokat, były burmistrz, kamienicznicy, rzemieślnicy, restaurator i wielu innych. W beznamiętnym opisie codzienności okupacyjnej występują rozmaite ludzkie postawy, poczynając od egoistycznej woli przetrwania za wszelką cenę, po budzący się sprzeciw, chęć oporu i aktywnej walki z hitlerowskim najeźdźcą.ż0aż0aStanisław Rembek rejestruje lapidarnie i wnikliwie szeroką skalę ludzkich zachowań, powstrzymując się od kategorycznych sądów i potępień. Spełnia rolę kronikarza i siebie takżbfe nie umieszcza na żbfadnym koturnie. Bardzo interesująco rysuje się w opisywanej przez niego rzeczywistości Grodziska postawa tamtejszych mieszkańców, wywodzących się z dawnych kolonistów niemieckich. Jedni zostawali gorliwymi volksdeautscherami, jak pisze Rembek, i chwalili sobie swój nowy status narodowy często z prymitywnych i utylitarnych powodów (przywileje itp.), inni natomiast pozostawali Polakami, wykazując maksymalnie rozbudzony patriotyzm. Głębokie podziały istniały nawet w rodzinach i brat patrzył wrogo na brata. Autor dziennika pokazuje wyraziste sylwetki „Niemców”: Jacoba, Sommera, Wunscha czy zbiorowy portret podzielonej rodziny Kwastów. ż0aż0aCenna z powodów nie tylko historycznych jest warstwa opisów dotyczących egzystencji materialnej ludzi w okupowanej Polsce. Skąpe przydziały mąki, chleba, tłuszczów, no i ze względu na srogie zimy cenione najbardziej deputaty opału, węgla, koksu, drzewa. A poza tą oficjalnością rozbudowana sfera czarnego rynku, kombinacji, szmuglu, lewych interesów, słowem zawziętej walki o przeżbfycie. Porusza i działa na wyobraźnię mrówczy rytm zdobywania żbfywności. Sam autor zajmował się uprawą warzyw, pomidorów, cebuli, ziemniaków, w swoim ogródku i sądząc z częstotliwości relacji o tych pracach, była to ważbfna dla jego rodziny podstawa utrzymania. A do rangi epopei możbfna zaliczyć opis zakupu ziemniaków, mąki czy słoniny u chłopa i przewóz tego cennego dobra w dramatycznych okolicznościach. Kradzieżbfe, napady, zabór żbfywności zdarzały się coraz częściej wraz z postępującym znikczemnieniem ludzi i upadkiem wszelkich norm etycznych, tak typowym dla czasów totalnych zagrożbfeń. W bezwzględnej walce o byt towarzyszą mieszkańcom Grodziska liczne choroby i epidemie, tyfus, karbunkuły, bronchity, zapalenia płuc i krótkie chwile rozkoszy, kiedy możbfna dobrze napalić w żbfelaznym piecyku („koza”) z blaszaną rurą i wygrzać się przez całą noc. W tę codzienność zdobywania opału i żbfywności, monotonnego odżbfywiania się plackami ziemniaczanymi, krupnikiem na oleju rzepakowym i z domowego wypieku chlebem z najpodlejszej mąki razowej z otrębami, wdzierają się wiadomości o łapankach i wywózkach na roboty do Rzeszy, o obozach koncentracyjnych, torturach w gestapo i masowych egzekucjach ulicznych. Początkowo wstrząsają, powoli powszednieją. Pisarz chwyta się różbfnych sposobów przeżbfycia; sprzedaje ślubne obrączki, palto, pertraktuje w sprawie sprzedażbfy obrazów Rapackiego, nadzieję budzi szansa w postaci piaszczystej działki w Wesołej, należbfącej do jego żbfony. Wybiera się do hipoteki, umawiając się z ewentualnymi nabywcami. Pracuje dorywczo jako kelner w zaprzyjaźnionej restauracji, rozgląda się za lekcjami z łaciny i historii na tajnych kompletach gimnazjalnych. Autor „Dziennika” coraz częściej bierze udział w codziennych, porannych mszach w kościołach. O piątej, szóstej rano w mróz czy słotę idzie na mszę. Opisuje rodzaj nabożbfeństwa, liturgię, słowa księdza, udział ministrantów. Sam z pewnym zastanowieniem rzuca refleksję o tej głębokiej potrzebie, która zrodziła się w nim niezauważbfalnie. Pewnie lżbfej było zaczynać ponury, okupacyjny dzień. ż0aż0aStały motyw w „Dzienniku” stanowią wyjazdy pisarza do Warszawy, gdzie często wybierał się do stołówki literatów, składał podania o zapomogi i stypendia z tajnego funduszu dla twórców kultury. Jego najbliżbfszymi z kręgów literackich Warszawy byli: Ferdynand Goetel, ojciec Stefana Kisielewskiego, Juliusz Saloni z żbfoną Janiną. Czasem pojawia się Karol Irzykowski, Jan Nepomucen Miller. Uważbfniejszego czytelnika poruszyć możbfe „spotkanie z młodym Kisielewskim - jak pisze Rembek - który akurat ożbfenił się i pisze powieść”. Łatwo możbfemy domyślić się, żbfe zaczął „Sprzysiężbfenie”. Takżbfe ważbfne są jego odwiedziny w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie przed wojną był nauczycielem gimnazjalnym i tam mieszkali jego rodzice. Bliskość „Reichu” powoduje szereg zapisów o przesiedleniu Polaków z terenów przyłączonych do Rzeszy i ich wywózce w bydlęcych wagonach do Generalnej Guberni. Wstrząsający jest exodus Żydów z Grodziska Mazowieckiego do getta w Warszawie i dziwna pustaka w mieście po ich odejściu. Knajpa Dąbkowskiego przy stacji spełnia funkcję swoistego klubu, gdzie popijają rodacy i debatują o przyszłości, korzystając z wieszczych słów Apokalipsy i przepowiedni Nostradamusa. Oczywiście piło się tęgo. Bimber, deputatowa wódka, spirytus i szlachetne trunki z dawnych zapasów (krupnik, likiery Baczewskiego) podnosiły ducha w udręce okupacyjnych dni. Skąpym, ale jakżbfe wyrazistym słowem opisuje Stanisław Rembek te małe sodowiarnie, kawiarenki, knajpki przy stacjach EKD na trasie do Warszawy, gdzie spotykało się różbfnorodne towarzystwo, łącznie z miejscowymi „volksdeutscherami” i dochodziło do przedziwnych wyznań i ekscesów.ż0aż0aNiezwykle istotną rolę spełni później w pisarstwie Rembeka notatka z 30 lipce 1943 roku, żbfe na torach w pobliżbfu stacji w Grodzisku znaleziono zwłoki zastrzelonego granatowego policjanta, Franciszka Kłosa, który mocno dawał się we znaki pokątnym handlarzom. Przecieżbf z niej wzięła początek znakomita powieść „Wyrok na Franciszka Kłosa”, jedna z najlepszych książbfek w literaturze polskiej o czasach okupacji niemieckiej. Wydana w 1947 roku w wydawnictwie Kuthana właściwie przez cały czas istnienia PRL była przemilczana i celowo spychana na margines.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇportret_rembeka11.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇStanisław Rembekˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ45ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇportret_rembeka11.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ530ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMarek Nowakowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030701045ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12055ˇ1141746927ˇ8ˇ1142343629ˇ8ˇ3ˇ7ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Wojna – ucieczka za Bug.ˇDalszy ciąg wspomnień rodzinnych.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ˇ ż0aż0a***image1:center*** ż0aż0a***image2:center*** ż0aż0aż0a Teraz my staliśmy się uciekinierami. Były ich tysiące. Drogi zamieniły się w rzeki ludzi. Tłok byt tak wielki, żbfe niepodobna było jechać. Możbfna było zatratować żbfywych, popychających się wzajemnie, walczących o swoje miejsca, o prawo do istnienia. W jakim tempie mogliśmy się posuwać końmi niech zobrazuje postać górala w sukiennych, białych spodniach paradnych haftowanych w parzenice, w białej koszuli z ciupagą przez ramię, w kapeluszu czarnym z muszelkami ku ozdobie szedł boso, a buty dyndały związane sznurowadłami na plecach. Piękna, wełniana gunia niedbale zwisała z ramienia. Mijaliśmy się co jakiś czas, to on nas wyprzedzał, to my jego. Przy każbfdym spotkaniu unosił kapelusz do góry i pozdrawiał.ż0aż0a Ludzie taszczyli tobołki, ciągnęli bydło, wieźli na małych, dziecięcych wózeczkach wszelaki dobytek. Kto czym mógł jechał, kto co miał zabierał z sobą na wschód. Posuwała się ta masa ludzka i zwierzęca nieuporządkowana, nie do opanowania, niebezpieczna sama dla siebie. Posuwaliśmy się powolutku szukając ciągle możbfliwej przestrzeni. Był upał, niebo bezchmurne, paliło słońce bezlitośnie i co chwilę przelatywały nad głowami samoloty, które ostrzeliwały się na naszych oczach, dymiły i spadały płonąc na domy i drzewa. Grozę i niebezpieczeństwo powiększały jeszcze salwy z karabinów maszynowych. Na drodze panował straszny hałas i zgiełk, ludzie się gubili, krzyczeli, nawoływali, przewracali i popychali. Strzelano z góry do moich braci, bo byli w rogatywkach harcerskich w kolorze wojskowym. Osłoną były nam stogi siana. Jakoś dotarliśmy do rzeki o nazwie Ługa pod Uściługiem. Most był zerwany, więc przebyliśmy ją wpław nie szukając brodu. Konie omal się nie potopiły, a bryczka zanurzyła się w wodzie. Jej skrzyniowa konstrukcja uratowała mnie przed wypadnięciem, ale i tak wszystko pływało: moja lalka, Eli komódka, braci znaczki nie mówiąc jużbf o jedzeniu załadowanym na wóz. Po drugiej stronie Ługi trafiliśmy na świeżbfe pobojowisko. Była tam potyczka polskich wojsk napadniętych przez miejscowych Ukraińców. Pole bitewne usłane było oskalpowanymi trupami Polaków, rozrzuconymi nabojami, granatami i szczątkami ludzi i umundurowania. ż0aż0aMusieliśmy przez to wszystko przejechać. To było straszne. Później zbieraliśmy naboje, całe załadowane magazynkami, pomagaliśmy polskim żbfołnierzom. Leżbfało tam duto granatów ręcznych. Podniosłam jeden w kształcie gęsiego jaja o rowkowanych podziałach. Bardzo mi się podobał i chciałam się nim pobawić, ale Witek jużbf był przy mnie i szeptem kazał mi to ostrożbfnie położbfyć. Ze strachem, ale posłusznie to uczyniłam. Podobna był odbezpieczony. Cud! Dotarliśmy wreszcie do Uściługa, ale naszej rodziny, cioci Irki Wołowskiej jużbf tam nie było. Uciekła do Zarzecza.ż0aż0a Więc i my do Zarzecza, majątku dziadka Stefana Taczanowskiego, brata naszej babci ze strony taty. Ciocię Irkę znaleźliśmy w wykopanym w ogrodzie rowie wielkości pojedynczego grobu. Tuliła maleńką, dwutygodniową Madzię w beciku. Babcia z półtoraroczną Danisią usiłowała we dworze spełniać normalne, codzienne, domowe czynności sama, bez służbfby. Nie pamiętam czy nocowaliśmy we dworze, czy pojechaliśmy dalej. Zapamiętałam szerokie plenery Wołynia, kopy siana na polach, możbfe były to stogi koniczyny i sterty słomy, pod którymi chroniliśmy się dla odpoczynku. Nie wiem ile dni jechaliśmy i kiedy znaleźliśmy się w Biskupicach (lub Biskupiczach wg Aftanazego) należbfących wówczas do hr. Kaszyckiego, gdzie był nocleg w kącie dworskiej oficyny, pokotem na słomie. Karmiło nas wojsko polskie swoimi konserwami z grochówką i wieprzowiną. Biegaliśmy z braćmi oglądać zestrzelony polski samolot "Karaś". Właziliśmy do środka i nawet chłopcy zdobyli pierwsze i chyba jedyne trofeum wojenne. Była to mała lampka, a raczej szkiełko przykrywające, czerwone i wypukłe wielkości orzecha włoskiego. Długo przewracało się w szufladce z rupieciami maminego biurka, teraz jest u Julka. Wszystko to, co się działo wokół nas było ogromnie interesujące i niezwykłe. Nie potrafiliśmy dzielić niepokoju matki i babki. W Biskupicach zamieszkaliśmy później w pałacu i byliśmy oprowadzani po pięknych ogrodach, gdzie hodowano nadzwyczajne gatunki różbf oraz szparagi. Ogrodnik szczycił się wyhodowaniem odmiany tzw. czarnej różbfy, rzeczywiście była bardzo ciemnoczerwona. To wtedy, tam, w Biskupicach z rąk nobliwego dżbfentelmena (nie wiem kto to był) dostałam pierwszy kwiat w moim żbfyciu - pąsową, pachnącą, cudowną różbfę.ż0aż0a Dlaczego zawędrowaliśmy ażbf do Biskupic? - dlaczego nie do Zarzecza? - nie wiem. I nie chcę pytać rodzeństwa, zresztą, pewnie teżbf nie wiedzą. Piszę swoje wspomnienia, to co zapamiętałam jako niespełna siedmioletnie dziecko. ż0aż0aSzkoda, żbfe nie zapamiętałam co mi się śniło, gdy spałam jedną noc w bryczce (o tym po latach powiedział mi brat Julek).To piękny i fascynujący przyczynek do żbfyciorysu - gorąca noc pod wygwieżbfdżbfonym niebem we wrześniu 1939 roku na Wołyniu. W mej pamięci to biała plama, ale możbfe symbolicznie związana z późniejszym zawodowym żbfyciem?ż0aż0a Po kilku dniach spędzonych w kwitnącym majątku, zapadła decyzja powrotu przez Włodzimierz Wołyński, gdzie mieszkała ciocia Janka, siostra taty z mężbfem, córką i matką. Był to jużbf 18 września i wojska sowieckie nie wpuszczały do miasta. Witek, sprytny chłopak, przedarł się sam wykorzystując moment nieuwagi, a możbfe łagodność i wyrozumiałość żbfołnierza. Dotarł, powiedział, żbfe my wracamy do Hrubieszowa i żbfeby czym prędzej opuściły Włodzimierz, przedzierając się do nas.ż0aż0a Wróciliśmy szczęśliwie do siebie dzięki zaistniałej sytuacji, gdy Niemcy jużbf byli, ale się cofnęli z Hrubieszowa, a Sowieci jeszcze nie doszli. W tym krótkim okresie kilku dni miasto było polskich w rękach.ż0a Niestety, nasze mieszkanie zastaliśmy splądrowane, rozgrabione i w rozgardiaszu. Stały ogołocone ze wszystkiego meble i walały się puszki po konserwach niemieckich, wojskowych, a na stole pozostały butelki z wina, w których mama przygotowała sodę na maseczki przeciwgazowe. Wszystkie bowiem kobiety zostały przeszkolone na wypadek wojny i mama zrobiła dużbfy zapas dla całej rodziny tego płynu, przecieżbf nie do picia. Myślę, żbfe skutki działania sody w żbfołądku zapamiętali na całe żbfycie.ż0aż0aż0a***ż0a ż0a Siedziałam na biurku mamy i patrzyłam przez okno jadalnego pokoju wychodzące na reprezentacyjny podjazd z okrągłym klombem kwiatowym i strzyżbfonym trawnikiem. Widać stąd było część ogrodu ze srebrnymi świerkami i szpalerem grabowym, krzewami magnolii i berberysu. Od ulicy oddzielało murowane ogrodzenie o żbfeliwnych sztachetach i takażbf brama o dwu skrzydłach gościnnie otwartych. Szereg starych drzew jesionów i kasztanowców do dzisiaj jeszcze mówi o ważbfności tego dworu. Spod portyku było wejście do apteki i ludzie ciągle wchodzili i wychodzili. Szałwia się czerwieniła, aksamitki złociły, tylko trawa nie zawsze miała czystość i soczystość zieleni. Przerastał ją gęsto ptasi rdest, mniszek lekarski i babka lancetowata. Zwłaszcza ptasi rdest lubił sobie pohulać i wszędzie było go pełno.ż0aż0a To okno było moim ulubionym miejscem, zwłaszcza, żbfe pod biurkiem, z mnóstwem ciekawych szuflad, było mieszkanie dla lalek. Teraz wszystkie uchwyty od szuflad były wyrwane, zameczki tudzieżbf i tylko jedna szuflada nie została otwarta przez złodziei. Mama mówiła, żbfe to cud. Właśnie w niej przechowywała biżbfuterię i w szkatułce relikwię - pamiątkę z pielgrzymki do Rzymu w 1925 roku. Tą świętością był gwóźdź ręcznej roboty, wykonany na wzór tych, którymi przybito Chrystusa do krzyżbfa. Dokument po łacinie objaśniał i zaświadczał, żbfe został potarty o prawdziwy, Chrystusowy. Mama owinęła w jedwabną chusteczkę i tylko czasem nam pokazywała. Fakt - tylko ta szuflada nie została zbeszczeszczona. Relikwię tę przechowuję ze czcią i przekażbfę któremuś z wnucząt.ż0aż0a Po naszym powrocie przybyło polskie wojsko i rozłożbfyło się taborem w parku. Stały namioty, żbfołnierze jakby na luzie, a jednak czuwali - siedzieli na trawie, chodzili. W pewnym momencie w bramę wjechał kałmuk na małym, zwrotnym koniu. Miał na sobie szynel wojskowy z wiszącymi strzępami, które zwisały dołem, jak frędzle, na sznurku zwisał bagnet, na głowie barankowa, kozacka (?) czapa typu papacha. Miał twarz azjaty, o wydatnych kościach policzkowych, płaskim, szerokim nosie i szparkowatych oczach. Miał w ręku pistolet, nagan rosyjski. Wyciągnął prawą rękę w górę i każbfąco krzyknął - "Ruki w wierch"! - Zaskoczeni żbfołnierze podnieśli się niepewnie i powoli unieśli ręce do góry na znak poddania się. Widać było osłupienie i przerażbfenie na twarzach. Możbfe spodziewali się raczej Niemców, przecieżbf z Sowietami nie mogli walczyć, bo taki był rozkaz Rydza-Śmigłego. Za kałmukiem wpadła cała horda dzikusów, którzy rozbrajali Polaków, zdzierali im naramienniki z dystynkcjami, deptali po nich, a odebrane karabiny kazali składać w kozły. Wszystkich Polaków wzięto do sowieckiej niewoli. Pierwszy obóz w Hrubieszowie zorganizowano na dziedzińcu szkół powszechnych, które mieściły się w ogromnym nowym budynku, daleko za mostem Chełmskim, w pobliżbfu przedwojennych koszar. Chodziłam tam cacy rok do szkoły jużbf po tzw. wyzwoleniu w 1944/1945 r.ż0aż0a Do dzisiaj prześladują mnie koszmarne sny związane z drogą, którą musiałam codziennie pokonywać, idąc na skróty dobrych parę kilometrów. Zawsze tam wiało, zwłaszcza na moście, a w czerwcu niemiłosierna spiekota. Nie potrafiła mi tego wynagrodzić malownicza Huczwa, do której od strony ulicy Kilińskiego schodziły pasami ogrody pełne zarośli, pochyłych drzew wierzbowych, kąpiących się malowniczo w wodzie, na której kołysały się tu i tam małe czółna przywiązane linkami do drewnianych słupów i pomostów niczym w Wenecji. To do dziś bardzo piękny zakątek. Ulica Kilińskiego ma miękkość łuku, powtarzając zakole Huczwy. Od frontu domy przeważbfnie drewniane, stare, z ganeczkami i ogródki kwiatowe, za domami zieleń sadów schodzących ażbf do rzeki. Nie wiem doprawdy dlaczego w moich snach jest coś lękliwego, zwłaszcza w tym pokonywaniu mostu. - Tak często mi się śni...ż0aż0aż0aTERESA-ZOFIA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA, emerytowany starszy kustosz Muzeum-Zamku w Łańcucie, jest historykiem sztuki ze specjalnością w dziedzinie pojazdów konnych. ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇrodzice2.jpgˇrodzina_002.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇMałżbfeństwo Eleonora i Józef Fabijańscy (moi rodzice) w oczekiwaniu na pierwszego potomka (siostrę Elę) u cioci Helenki w Lublinie, 1924 rok.ˇZamość – rodzina Fabijańskich w ogrodzie. Tata Józef, Witek, Ela, Julek, ja, mama Eleonora, 1936 rok.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ50ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇrodzice2.jpgˇrodzina_002.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ285ˇ284ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawska, Łańcutˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030701050ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12056ˇ1141747573ˇ8ˇ1141749974ˇ8ˇ3ˇ7ˇ2006ˇMigawki (1)ˇż0aŻycie składa się z łańcucha epizodów, wydarzeń, spotkań, które bywają ciekawe lub monotonne, udane i mniej wydarzone, godne pamięci i zasługujące na zapomnienie. Do jednych się chętnie przyznajemy, drugie puszczamy w niepamięć. Żałujemy, żbfe nam się przydarzyły, wolelibyśmy, aby ich nie było. Jeszcze po latach pozostają ślady, niby migawki z licho pamiętanego filmu. Każbfdy z nas ma ich inny zestaw, zależbfnie od losu, czasu, sytuacji. Ich ewokacje zaspakajają nostalgiczne ciągotki, ale i wywołują zadumę nad zdumiewającym kalejdoskopem minionego.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2006, nr 38ż0aż0aż0a***image1:center*** ż0aˇ ż0aPonieważbf wżbfeniłem się w rodzinę piłsudczyków, miałem okazję i szczęście spotkać prominentów z tego obozu, z racji rodzinnych spotkań i uroczystości.ż0aż0a W pierwszym rzędzie poznałem kuzyna teścia, Juliusza Poniatowskiego, międzywojennego ministra rolnictwa, osobę mądrą i ascetyczną. To on zafundował nam locum w swoim skromnym mieszkaniu pod Paryżbfem, kiedy wybraliśmy się w podróżbf poślubną autostopem z Londynu do Hiszpanii. Stryj Juliusz karmił nas z oddaniem wymyślnymi sałatkami, które troskliwie przygotowywał.ż0aż0a A na nasz ślub w kościółku na Clapham Common w Londynie przyszła pani marszałkowa Aleksandra Piłsudska i wręczyła nam broszkę, chyba własnej roboty, która nam się, niestety, gdzieś zapodziała.ż0aż0a Żona za młodu była wzorową harcerką, bardzo serio traktowała swoje obowiązki, co częściowo jest zasługą wspaniałej drużbfynowej, Jadzi, córki “Montera”, generała Antoniego Chruściela, którą uwielbiała.ż0aż0a Kiedyś pojechałem na ognisko harcerskie na Ealingu, bogatszej dzielnicy zachodniego Londynu. Wraz z niektórymi uczestnikami imprezy zostałem zaproszony potem na herbatkę do mieszkającego niedaleko gen. Józefa Hallera, tego samego, który przeszedł do historii m.in. z aktu zaślubin Polski z Bałtykiem. Pamiętam, żbfe generał obsługując nas, wspominał swoją żbfonę, która niedawno zmarła.ż0aż0a Na wykładzie Polskiego Uniwersytetu Polskiego Na Obczyźnie zagadnął o mnie moją przyszłą żbfonę minister Stanisław Stroński, znakomity profesor romanistyki. ż0aż0aPrzeczytał w wychodzącym w Londynie tygodniku “Życie” mój artykuł o wczesnej liryce hiszpańskiej mogącej rywalizować z prowansalską, której Stroński był wybitnym znawcą. W ów wieczór spóźniłem się na wykład, ale niezawodna intuicja profesora zaprowadziła go do najwłaściwszej osoby po informacje, choć wtedy byliśmy jedynie kolegami szkolnymi. Kilka lat później otrzymałem nagrodę młodych im. St. Strońskiego, a on sam przewodniczył na wieczorze laureatów.ż0aż0a W tejżbfe wszechnicy poznałem gen. Mariana Kukiela, który nam wykładał historię, a zwłaszcza epokę Napoleońską. Jego rumieńce były powodem dykteryjki, która krążbfyła po Londynie.ż0aż0aGdy został kustoszem Instytutu im. gen. W. Sikorskiego, odwiedzający donosili, żbfe widzieli generała, a na pytania ciekawskich, jak wyglądał, odpowiadali - “jak żbfywy”.ż0aż0a Do osobistości powojennego Londynu należbfał profesor Stanisław Kot, ambasador i polityk gen. W. Sikorskiego. Dostrzegam przez mgłę pomaganie profesorowi w czytelni British Museum, gdyżbf miał jużbf trudności z czytaniem katalogów.ż0aż0a Zaprosił mnie raz na wegetariański obiad. Nie umiałem się uporać z mnogością misek z różbfnorakimi warzywami i orzeszkami. To była dla mnie absolutna nowość.ż0aż0a Profesor należbfał do zacietrzewionych graczy politycznych. Gdzieś zanotowałem sobie jego tyrady pod adresem adwersarzy. Sam nie cieszył się jednoznaczną opinią, a zdymisjonowany przez niego profesor Stroński miał zostawić ostrzegającą kartkę z napisem: “Uwaga. Zły Kot”.ż0aż0a Znanych Nowakowskich w “polskim” Londynie emigracyjnym było dwóch: pisarze Zygmunt i Tadeusz. Był jeszcze Marian, śpiewak. Występował z popularnym chórem wojska polskiego. Potem został zaangażbfowany przez słynną operę Covent Garden, gdzie śpiewał jako postawny bas w: ”Aidzie”, “Borysie Godunowie” i innych operach.ż0aż0a Spotykałem go często, gdyżbf przychodził po żbfonę Marię, po zajęciach uniwersyteckich. Obserwując jego zachowanie w obecności żbfony, żbfartowaliśmy, żbfe w domu to on śpiewał innym zupełnie głosem.ż0aż0aMaestro nas mile zaskoczył, kiedy zaśpiewał w kościele na naszym ślubie.ż0aż0aZ Londynem kojarzę dwu moich niezwykłych uczniów języka polskiego. Pierwszym był sir George Clutton. Zgłosił się do mnie po powrocie z Filipin, gdzie był ambasadorem Wielkiej Brytanii. Jego następną placówką miała być Warszawa. ż0aż0aWysoki, szczupły w grubych okularach, był dawnym urzędnikiem biblioteki British Museum, który w czasie wojny przeszedł do dyplomacji. Znał hiszpański bardzo dobrze. ż0aż0aBył poważbfnym, pilnym uczniem. Raz zjawił się w szarym fraku. Okazało się, żbfe był u królowej odebrać listy uwierzytelniające, na frak narzucił prochowiec i kolejką podziemną przyjechał na lekcje. Zapamiętałem obiad jaki przygotował dla mnie i mojej żbfony: jaja mewy i pieczone gołębie. Nauczył się na pamięć przemówienia po polsku, przed wyjazdem do Warszawy odwiedził ambasadora PRL w Lomdynie i przemówił, ku jego zdumieniu, czystą polszczyzną. Był to pierwszy ambasador Wielkiej Brytanii, który znał język polski, a jego przyjęcia w Warszawie były cenione przez różbfne osobistości z kręgów opozycji.ż0aż0aInnym moim uczniem był przez pewien czas książbfę Adam Czartoryski z Sewilli. Życzył sobie, by jego nauczyciel znał język hiszpański. Czasem żbfartowaliśmy, żbfe kiedy jego kuzyn zostanie królem Hiszpanii, a było to za czasów gen. Franco, to go mianuje swoim ambasadorem w Polsce.ż0aż0aż0aż0a***image2:center*** ż0aż0aż0a***image3:center*** ż0aż0aż0a***image4:center*** ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇjpon_leg.jpgˇjpon3.jpgˇslub_-_jadzka1.jpgˇharcerki.jpgˇˇˇˇˇˇˇJózef Poniatowski, redaktor "Orła Białego", teść F. Smieji, fot. arch. rodzinneˇBagdad 1943. Józef Poniatowski (z bandażbfem), interlokutor - Regent Iraku, zamordowany później w puczu, fot. arch. rodzinneˇZofia Poniatowska i Florian Smieja wychodzą z kościoła po ślubie, Londyn 17 lipca 1954 r., obok druchna - Jadwiga Chruściel, fot. arch. rodzinneˇDrużbfyna Jantar, fot. arch. rodzinneˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ0ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇjpon_leg.jpgˇjpon3.jpgˇslub_-_jadzka1.jpgˇharcerki.jpgˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇ579ˇ282ˇ254ˇ279ˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006030701100ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12226ˇ1142941280ˇ9ˇ1142941280ˇ9ˇ3ˇ21ˇ2006ˇWspomnienie o Eli ˇ 28 lutego nasza koleżbfanka Ela Kurzyna wyszła z domu i niestety jużbf nie wróciła. Była ofiarą wypadku samochodowego. Przechodząc przez ulicę, Ela została potrącona przez jeden samochód. Za chwilę nadjechał drugi. Zginęła na miejscu.ˇPoznałam Elę kilka lat temu na zebraniu oddziału Toronto. Spotkaliśmy się w "Gazecie". Była kawa, pączki i kupa śmiechu. Obradowaliśmy nad planem działania na nowy rok. Pan przewodniczący Zygmunt Pamuła siedział na honorowym miejscu. Cała nasza reszta - dookoła stołu. Jak rodzina. Po zakończenu części formalnej, czyli zebrania, często szliśmy na następną kawę (czy teżbf piwo) i dalej prowadziliśmy nasze rozmowy o wycinaniu lasu. Jak u Stanisława Tyma była tam polityka, część obyczajowa oraz kącik humoru oczywiście.ż0aż0a Ela miała duszę organizatora. A więc zawsze była pierwsza do wszystkiego. Czasami nawet byłam trochę zła, żbfe Ela chciała sama decydować o wielu rzeczach i niewiele zostawało dla nas. Ale taka była Ela. Zawsze pierwsza albo - prawie pierwsza. Była teżbf zawsze pierwsza do pomocy, którą ofiarowała jak zwykle - pierwsza, lub - prawie pierwsza. I oczywiście - bezinteresownie. ż0aż0a Kiedy poznałam Elę przechodziłam przez bardzo trudny okres w moim żbfyciu. Jej optymizm i szczerość pomógł mi pokonać wiele przeszkód. I za to zawsze będę Eli wdzięczna.ż0aż0a Kiedy czasami robię babkę ziemniaczaną zawsze myślę o Eli. Pamiętam dzień, kiedy przyszłam do Niej w odwiedziny i na obiad miała być właśnie babka ziemniaczana. Pamiętam, jak pościerałam sobie palce walcząc z tarką. Palce miałam poobcierane, ale babka się udała! Widocznie ta moja krwawizna na coś się przydała. I wtedy teżbf dowiedziałam się, żbfe warszawianki to chyba gotować nie umieją. ż0aż0a Wówczas obruszyłam się, ale z perspektywy czasu ta uwaga zaczęła być taka nieistotna. Bo czym jest babka ziemniaczana w porównaniu z innymi prawdziwymi problemami.ż0a ż0a Niewiele wiedziałam o prywatnym żbfyciu Eli. Wiedziałam tylko, żbfe była samotną matką, która wychowała dwoje dzieci na bardzo porządnych ludzi. I to samo mówi za siebie. Z biegiem czasu dzieci pozakładały swoje rodziny, porodziły się wnuki. Ela była bardzo dumna ze swoich maluchów. Często o nich wspominała. ż0aż0a I teraz, kiedy wypełniła swoje największe obowiązki matczyne i nareszcie mogła zająć się swoim własnym żbfyciem - żbfycie to zostało Jej odebrane… I to w taki tragiczny sposób.ż0aż0a Teraz, kiedy Jej z nami nie ma, będę wspominać Elę nie tylko przygotowując babkę ziemniaczaną, ale takżbfe za każbfdym razem, kiedy będę przechodziła przez ulicę. Zawsze upewnię się, żbfe jestem bezpieczna. Bo nic nie możbfna wziąć "for granted". Szczególnie żbfycia.ż0a ż0aKrystyna Pawełkiewiczż0aPolonia Przyszłościż0aOddział Torontoż0aż0a•••ż0aż0a W takich sytuacjach trudno znaleźć słowa. Kiedy trzy lata temu żbfegnaliśmy synka naszego przewodniczącego Tomka Kniata - 12-letniego Filipa, który zginął pod kołami samochodu przed szkołą, myśleliśmy wszyscy o tym, jak tragicznie niepotrzebne są takie odejścia - nie choroba, na którą nic nie możbfna poradzić, lecz sytuacja, do której nie musiało przecieżbf dojść, zniszczyła żbfycie Osoby, która odeszła, i wszystkich Jej bliskich. I teraz, znowu, trudno nie myśleć podobnie.ż0aż0a Elżbfbieta była naszą organizacyjną koleżbfanką, aktywną, pełną zapału i energii. Za każbfdą chwilę poświęconą naszej organizacji i przez to całej Polonii, bardzo Jej dziękujemy. Wszyscy żbfegnamy Ją w smutku, myśląc tylko dlaczego tak wcześnie i dlaczego tak bardzo na zawsze...ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik Prasowy ż0aPolonii Przyszłościż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ39ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇKrystyna Pawełkiewiczˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006032100639ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12369ˇ1143813453ˇ9ˇ1143814168ˇ9ˇ3ˇ31ˇ2006ˇOŚWIADCZENIE POLONII PRZYSZŁOŚCI i uzasadnienie naszego stanowiska ˇ Na mocy decyzji Zarządu Głównego PP oświadczamy, żbfe Polonia Przyszłości nie akceptuje zasadności i prawomocności tzw. Zjazdu Nadzwyczajnego KPK, który odbył się w listopadzie 2005 roku, ani wynikających z niego konsekwencji. Czekamy na Zjazd Walny KPK na jesieni tego roku - jego decyzje, jako jedynej władzy w KPK, uznamy za wiążbfące. ˇUzasadnienie naszego stanowiska ż0aż0a W dniu 15 marca 2006 na zebraniu Zarządu Polonii Przyszłości członkowie Zarządu podjęli uchwałę, stanowiącą, żbfe Polonia Przyszłości nie akceptuje zasadności i prawomocności tzw. Zjazdu Nadzwyczajnego KPK, który odbył się w listopadzie 2005 roku, ani wynikających z niego konsekwencji. Czekamy na Zjazd Walny KPK na jesieni tego roku - jego decyzje, jako jedynej władzy w KPK, uznamy za wiążbfące. ż0aż0a Przyczyny naszego stanowiska są następujące:ż0aż0a Nie zgadzamy się z oceną pracy Zarządu Głównego KPK - jak w przypadku każbfdego zarządu, możbfna znaleźć tam pewne niedociągnięcia, ale stawiane Zarządowi zarzuty nie mają oparcia w faktach i w żbfaden sposób nie uzasadniają zwołania tzw. Nadzwyczajnego Zjazdu KPK w listopadzie 2005 roku i usunięcia Zarządu Głównego KPK. Wszelkie zastrzeżbfenia wobec Zarządu powinny były zostać zgłoszone na jesiennym walnym Zjeździe.ż0aż0a Decyzja usunięcia Zarządu, bez precedensu w historii KPK, została przegłosowana kilkoma zaledwie głosami, co przy zdecydowanie wątpliwym sposobie przyznawania mandatów (jak opisywał Sekretarz Generalny KPK p. B. Wiśniewski) było samo w sobie kontrowersyjnym wynikiem.ż0aż0a Opinia prawna wydana przez kanadyjskiego prawnika kwestionowała takżbfe margines głosów, jaki był użbfyty do zatwierdzenia tej decyzji w głosowaniu.ż0aż0a Późniejsze działania, np. wymiana zamków w siedzibie Kongresu, i konsekwencje polityczne tej decyzji są fatalne. W okresie poprzedzającym wybory federalne w Kanadzie zamiast zajmować się interesami Polonii i zyskiwaniem wpływów politycznych, prowadzono kłótnie i konflikty. Obecnie sparaliżbfowana została wszelka działalność, jaką prowadziłby Kongres pod kierwnictwem Zarządu Głównego. Metody działania jak i język użbfywany w owej "debacie" (ataki personalne, podpieranie się anonimowymi paszkwilami propagowanymi drogą Internetu itp.) są nie do zaakceptowania. ż0aż0a Nasza społeczność została skompromitowana w oczach zarówno Kanady jak i Polski. Kanadyjczycy polskiego pochodzenia stracili zaufanie i chęci do działania w ramach zorganizowanej Polonii. ż0aż0a Bulwersujące jest takżbfe potraktowanie Fundacji Charytatywnej i znakomitej pracy, jaką wykonuje od kilku lat.ż0aż0a Raport Komisji Rewizyjnej, który zawierał ewidentne błędy i miał charakter ataku na działającą z wielkim oddaniem grupę ludzi, powinien był zostać przedstawiony Fundacji, aby miała ona możbfliwość wyjaśnienia wątpliwości, co jest oczywistą i powszechnie przyjętą praktyką. Zamiast tego raport ten został rozesłany do wszystkich Okręgów KPK w całej Kanadzie, wprowadzając ich członków w błąd i oczerniając uczciwych społeczników z Fundacji.ż0aż0a Polonia Przyszłości kwestionuje wyznaczanie nowych osób na funkcje w Zarządzie KPK i w Komisji Charytatywnej. Zgodnie z kanadyjskim prawem korporacyjnym, takie zmiany mogą być dokonane tylko przez prawomocnych dyrektorów korporacji, jaką jest KPK, wyznaczonych podczas Zjazdu Walnego KPK.ż0a ż0a Destrukcyjne działania wobec Fundacji Charytatywnej uniemożbfliwiły kontynuowanie jej działalności i prowadzenie programów, które pozwalały m.in. na leczenie polskich dzieci ze Wschodu (dzięki unikalnej akcji "Uratować żbfycie" opracowanej i prowadzonej przez dr. J. Wojtczak). Paraliżbf tej działalności ma konkretne negatywne skutki i uniemożbfliwia pomoc potrzebującym, na którą Polonia kanadyjska zbierała z poświęceniem pieniądze. Nasza organizacja zebrała na ten cel około 10.000 dolarów i zamierza dalej pomagać w zbiórce środków na ten program.ż0aż0a Nasza organizacja pracuje od lat bez konfliktów i sporów, uważbfając za wartość naczelną dobro Polonii i wspólną zgodną pracę społeczną. Pragniemy, aby Kongres, który jest reprezentacją całej Polonii, takżbfe działał zgodnie, pragnąc łączyć i integrować, a nie dzielić i skłócać naszą grupę etniczną, która z uwagi na swoją liczebność i wielki potencjał, powinna być silna i wspólnie dokonywać wielkich rzeczy. Takiej pragniemy Polonii - nieskłóconej, działącej razem dla dobra Kanady i Polski. ż0aż0a Dlatego popieramy propozycję Okręgu KPK-Alberta przeniesienia na okres kadencji 2006-2008 Zarządu Głównego do Alberty, mając nadzieję, żbfe rozwiązanie to uzdrowi nareszcie stosunki w Polonii.ż0aż0aZarząd Główny ż0aPolonii Przyszłościż0aż0a•••ż0aż0aSprawy Fundacji Charytatywnej Kongresu Polonii Kanadyjskiejż0aż0aż0aż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ54ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇZarząd Główny Polonii Przyszłościˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006033111154ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12387ˇ1144008084ˇ8ˇ1144612588ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇWierszeˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ˇWilek Markiewiczż0aż0aMiłośćż0aż0aWietrzyk zawiany, minione słowoż0aŚwiatło zabłysło, cień musnął zwojeż0aCisza zawisła mgłą atlasowąż0aTęcza rozdarła pustkę na dwojeż0aż0aJesteś, gdy nie ma formy ni mianaż0aGdy się materia w nicości choważ0aSrebrzystooka Ciszo świetlanaż0aCiszo błękitna, Ciszo różbfoważ0aż0aż0aż0aZ dziecinnych lat (fragment)ż0aż0aPo nocach śnią się kryształowe góryż0aDrzewa swe ręce wyciągają w chmuryż0aW nieznane szlaki nas wola ulicaż0aKogut woła do słońca, a pies do księżbfycaż0aż0aDziecięce sprawyż0aMiłe dziecięce sny...ż0aż0aż0aż0aPieśń zbójnickaż0aż0aPijmy, nim czas przyjdzie wyruszyć w tę poręż0aW ten ranek szarawy, gdy kur pieje jużbfż0aŻyć nam! Hej, za szczęście! Odpędzić tę zmoręż0aBiałą panią z kosą, co przy oczach tużbf...ż0aż0aW tańczących pochodniach oświetlone gnomyż0aDzikie śmiechy, krzyki - grzmot szalonych burzż0aTętniące szklenice - rozdzwonione dzwonyż0aCienie długie, ostre - jak zbójecki nóżbfż0aż0aNaszym na uciechę! Wrogom na przekleństwo!ż0aSzkło puste o ziemię! Kielich strzaskać w pył!ż0aW śpiewie naszym siła! W czynach naszych męstwo!ż0aHej bracia mordercy, więc pijmy co sił.ż0aż0aż0aż0aWilek Markiewiczż0awww.vagabondpages.comż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇpocalunek_2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, Pocalunek, drzeworytˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ58ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇpocalunek_2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ318ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWilek Markiewiczˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810358ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12388ˇ1144008559ˇ8ˇ1144612620ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇPresentationˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇpresentaton___13-1300dpi.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇPaweł Zabłocki, Presentation... (part 3), akwaforta, akwatinta, miedzioryt, mezzotinta.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ3ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇpresentaton___13-1300dpi.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ272ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇPaweł Zabłockiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810403ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12389ˇ1144009216ˇ8ˇ1144612655ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇKanada w prozie dokumentalnej. Olgierd Budrewicz i Aleksandra Ziółkowska-Boehm.ˇSzkice kanadyjskie (4).ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ż0aż0aˇ„Miasto walczy o prymat o konkursie wdzięku i urody z San Francisco i Rio de Janeiro. Wśród wysokich gór o wierzchołkach w wiecznym śniegu, wśród rozhukanej zieleni drzew, krzewów i trawników, wśród milionów kwiatów i setek rajskich wysp na sąsiedniej zatoce stoi miasto godne hymnów i poematów.ż0aż0a I ażbf dziw, żbfe zamiast cieszyć się sielanką, miejscowy dziennik uważbfa za stosowne grymasić: Vancouver jest kanadyjską stolicą samobójców, alkoholików i narkomanów – ma ich dwa razy więcej niżbf wynosi średnia arytmetyczna reszty kraju. ż0aż0a A oto (teżbf podaję za prasą) Bill Wilson wzywa na Forum, by zebrani pojechali dziesięć mil za miasto i popatrzyli na indiańskie osiedle, gdzie w jednej budzie, bez bieżbfącej wody i kanalizacji, gnieździ się od dziesięciu do piętnastu osób.ż0aż0a Ktoś skarżbfy się na niewiarygodną spekulację ziemią w Vancouver i okolicy, ktoś inny narzeka na wzrost czynszów (...)ż0aż0a Słowem: nie taki anioł piękny, jak go malują?”ż0aż0a To wyjątek z „Nad Jukonem i obok” Olgierda Budrewicza, zbioru reportażbfy wydanego przez Młodzieżbfową Agencję Wydawniczą w 1981 roku, „na wybrane (często dość subiektywnie) tematy z wszystkich niemal kanadyjskich prowincji i terytoriów, (...) to opowieść o dość długiej podróżbfy przez wielki i niezwykły kraj, a takżbfe nieco refleksji na marginesie wydarzeń, które po drodze trafiły się reporterowi lub były wtedy przedmiotem ogólnego zainteresowania”.ż0aż0a Budrewicz rozwinął typ reportażbfu podróżbfniczego, w którym plastyczny obraz oglądanego świata i przeżbfywanej subiektywnie przygody łączy z komentarzem. Tę metodę zastosował równieżbf w „Nad Jukonem i obok”. Książbfka powstała z myślą o odbiorcach w ówczesnej Polsce. Cytowany wyżbfej opis miasta Vancouver to przykład chwytu, jaki autor wykorzystał tu wielokrotnie dla pozbawienia swego czytelnika złudzeń na temat rzekomego dobrobytu w kapitalistycznej Kanadzie: zachwyt nieziemską urodą tamtejszych krajobrazów przechodzi w opis strasznych warunków żbfycia w państwie demokratycznym. (...) Jego wizyta w Vancouver zbiegła się w czasie z Habitatem, „konferencją 134 państw w sprawie dachu nad głową”, która dotyczyła sytuacji zagęszczającego się świata. Zauważbfa więc mimochodem:ż0aż0a „Przyznajmy wreszcie otwarcie, żbfe nikt nie nadążbfy jużbf z planowym, solidnym, komfortowym budownictwem. Wygląda na to, żbfe nie nadążbfa się nawet w bogatej Kolumbii Brytyjskiej”. Z kolei ci, których stać na budowę kosztownych willi, produkują architektoniczne koszmarki.ż0aż0a Dynamicznie rozwijający się przemysł możbfe i stawia Kanadę w grupie najbogatszych państw świata, ale – jak wynika z lektury książbfki – nie ma różbfy bez kolców. Przede wszystkim zagrażbfa on poważbfnie środowisku naturalnemu:ż0aż0a „Od półtorej godziny latam nad zatoką Vancouver, a raczej nad cieśniną Georgia i czuję się uskrzydlony nie tylko fizycznie. Kraj jest nieziemskiej urody. (...)ż0aż0a Szybuję, krztusząc się z zachwytu, i nagle dostrzegam chmurę bijącego dymu. Na jakiejś wysokości dym rozsnuwa się na boki, rozwleka nad cudami natury, fiordami, wyspami, gajami, górami. Zaraz potem dociera do mnie ostry, antypatyczny fetor (...) Kolumbia Brytyjska naszpikowała się dziesiątkami papierni, które dmuchają zatrutym oddechem (...) kraj szczęśliwości dotknęły jużbf zwyczajne klęski cywilizacji. Kanada pachnie celulozą, a nie jest to woń mile łechcąca nozdrza”.ż0aż0a Wielkie inwestycje państwowe w dziedzinie gospodarki mocno obciążbfają kieszenie podatników, a kiedy na rozpoczętą budowę zaczyna brakować pieniędzy – zwalnia się ludzi. Występują dużbfe kłopoty w kwestii bezpieczeństwa, czego nie podaje się do publicznej wiadomości. Tak samo nie mówi się o zamieszkach wywoływanych przez robotników zdesperowanych złymi warunkami pracy. Tego wszystkiego dowiedział się autor nad zatoką James Bay w Quebecu, zwiedzając gigantyczny plac budowy jednego z największych na świecie kompleksów elektrowni wodnych. Rozmawiał tam z robotnikami:ż0aż0a„ - Jesteście współtwórcami jednej z największych inwestycji w historii świata... ż0aż0a- Dla świata to ona jest dużbfa, dla Quebecu - za dużbfa. My tu najlepiej widzimy, żbfe to zadanie ponad siły Quebecu. Ciągle brakuje pieniędzy. Ostatniej zimy zredukowano liczbę robotników do tysiąca (...)ż0aż0a- Czy to prawda, żbfe były tu jakieś zamieszki? (...)ż0aż0a- Na waszym terenie dzieje się mnóstwo rzeczy, które są całkowicie utajone. Co pewien czas spadają i rozbijają się helikoptery, czy pan o tym gdziekolwiek przeczytał? (...)ż0aż0a Więc to prawda, żbfe (...) wybuchł kiedyś (...) wielki bunt. Okoliczności wydarzenia do dzisiaj nie zostały w pełni wyświetlone. (...) pod hasłem walki o poprawę warunków pracy (...) poniszczono domy, pojazdy i narzędzia. Zrabowano i spalono dokumenty w biurach dyrekcji, wśród nich cenne plany geodezyjne. Rozlano ropę naftową i podpalono obóz, którego trzecia część spłonęła. Robotników ewakuowano śmigłowcami. Na kilka miesięcy ustały roboty”.ż0aż0a Takżbfe rolnictwo, które z powodu doskonałej organizacji i wydajności stawiane jest za wzór całemu światu, ma swoje „ciemne strony”. Pochwała bogatej i żbfyznej prowincji Saskatchewan, którą reporter podziwia przemierzając autem „przestwór zbożbfowego oceanu”, kończy się niezbyt optymistycznym akcentem:ż0aż0a „Czasami rolnicy pracują za dobrze. Wtedy namawia się ich do zwolnienia tempa (...) byleby ograniczyli produkcję. Idzie o upłynnienie nagromadzonych zapasów, o utrzymanie ceny zbożbfa na światowych rynkach.ż0aż0a- Są ciągle sfrustrowani - mówi Joe znad kierownicy.ż0aż0a- Próbują walczyć?ż0aż0a- Wielu emigruje.(...) Bywało teżbf, żbfe tysiące farmerów ruszało w zorganizowanych marszach na Reginę, Winnipeg i Edmonton. Wtedy »Mounties« (Policja kanadyjska) ogłaszali stan pogotowia, w obawie, by na preriach nie doszło do kolejnej rebelii.ż0aż0a - Chodziło więc o pieniądze, które z racji nie całkiem jasnych praw rynku kapitalistycznego zostały im odebrane?ż0aż0a - To nie tylko sprawa pieniędzy. Mają we krwi, od pokoleń, potrzebę pilnej roboty”.ż0aż0a Źle dzieje się równieżbf tam, gdzie... nic się nie dzieje. Osady w Jukonie, dawniej złotodajne i przez to tętniące żbfyciem, dziś są opuszczone i zaniedbane. Straszą w nich walące się domy - upiory, nuda, marazm i brak perspektyw. Opustoszały port w Halifaxie (Nowa Szkocja) to równieżbf skutek systemu gospodarczego:ż0aż0a „Kryzys. Bezrobocie. Stocznia, zatrudniająca jeszcze wczoraj 1400 ludzi, zredukowała załogę do osiemdziesięciu osób”.ż0aż0a Oczywiście książbfka nie składa się z samej krytyki kapitalistycznej Kanady, jednak negatywy przeważbfają szalę w obrazie tego kraju u Budrewicza. Gdyby było inaczej, prawdopodobnie reportażbfe, jako niewłaściwe ideowo, nie mogłyby zostać wydane w czasach PRL. ż0aż0a Więcej swobody miał autor podejmując w „Rodakach spod klonowego liścia” (wyd. Interpress, Warszawa 1980) wątek polonijny. Zrezygnował on z tworzenia jeszcze jednego panoramicznego wizerunku emigracji polskiej. Zamierzał natomiast „przedstawić postaci, które - w dużbfym stopniu dzięki polskim korzeniom - wniosły trwały wkład w kulturę innego kraju. Wybierałem osoby, które odniosły sukces. To nie oznacza, bym wierzył, żbfe wszystkim rodakom tak się powiodło; ogromna część emigrantów prowadzi żbfywot obywateli przeciętnych (...)”.ż0aż0a Ale to właśnie jednostki wybitne mają wpływ na stereotyp Polaka na obczyźnie. „Rodacy spod klonowego liścia” zawierają dwadzieścia szkiców biograficznych wybranych osób, które się wybiły – polityków, lekarzy, artystów, inżbfynierów, wykładowców akademickich itd. Teksty „najbardziej ważbfkie i atrakcyjne” – zdaniem autora – spośród nich, znalazły się w zbiorze pt. „Nasi między oceanami” (Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1987), obok sylwetek zasłużbfonych Polaków ze Stanów Zjednoczonych i Australii. Wśród nich portret Petera Gzowskiego, zaliczanego do grona czołowych i bardzo popularnych dziennikarzy Kanady. W „Piotrze, prawnuku Kazimierza” rozmowy z bohaterem reportażbfu i uwagi autora o nim przeplatają się ze wspomnieniami o jeszcze sławniejszym jego przodku, prawdziwym człowieku renesansu:ż0aż0a „Gdyby ułożbfyć listę piętnastu najwybitniejszych w historii Polski emigrantów, znalazłby się na niej zapewne Kazimierz Gzowski z Kanady. Sławny budowniczy mostów [m.in. nad Niagarą, łączący Kanadę i Stany Zjednoczone - przyp. E.B.], linii kolejowych, portów, aktywny organizator żbfycia zawodowego i społecznego, utalentowany administrator. Człowiek, któremu stawia się pomniki, którego portret widnieje na znaczkach pocztowych, a nazwisko – na tablicach nazw ulic”.ż0aż0a***ż0aż0a „Gwiazdor kanadyjskiego radia CBC” stał się równieżbf bohaterem szkicu Aleksandry Ziółkowskiej, pod takim właśnie tytułem. Stanowi on jeden z rozdziałów jej pierwszej książbfki o tematyce kanadyjskiej, zatytułowanej „Kanada, Kanada...”. Jest to studium na temat odbioru przez autorkę Kraju Klonowego Liścia oraz kolejnej generacji ludzi opisywanych w „Tworzywie” Wańkowicza. Powstało podczas pobytu Aleksandry Ziółkowskiej za oceanem w latach 1981-1983, czyli w dekadę po wyprawie Budrewicza. Pierwotnie anglojęzyczne (pod znamiennym tytułem Dreams and Reality), skierowane były do kanadyjskiego odbiorcy. Polskie wydanie ukazało się w połowie lat osiemdziesiątych.ż0aż0a W przeciwieństwie do Budrewicza, interesują Ziółkowską nie tylko wybitne postaci o polskim rodowodzie lecz i tzw. zwykli ludzie. Zarówno ci, którzy odnieśli w Kanadzie sukces (w rozmaitych znaczeniach tego słowa), jak i osoby, które czują się przegrane. W autobiograficznej „Ulicy Żółwiego Strumienia” (wyd. II, Twój Styl, Warszawa 2004), tak wspomina początki swego przedsięwzięcia:ż0aż0a „Podjęłam się napisania książbfki o polskich emigrantach, o ich żbfyciu z chwilą przybycia do Kanady. Miałam pokazać różbfnych ludzi, różbfne losy, nie tylko te udane i szczęśliwe. Miałam pokazać tych, co uznają swoje żbfycie za sukces, i malkontentów, niezadowolonych z nowego kraju, którym wyraźnie emigracja nie służbfy lub pozostaną sceptyczni, niezależbfnie od otoczenia i miejsca, w którym żbfyją. (...) Zachowałam w książbfce odpowiednie proporcje postaw, więcej było osób zadowolonych ze swojej emigracji, niżbf żbfałujących tej decyzji. Teksty opowiadają o postaciach i zdarzeniach prawdziwych, dotyczą głównie osób przybyłych po drugiej wojnie światowej i zamieszkałych w prowincji Ontario. Świadomie zrezygnowałam z przedstawienia ludzi przybyłych w ciągu ostatnich lat Uważbfałam, żbfe za wcześnie jeszcze pisać o ich nastawieniu do nowego kraju i o ich osiągnięciach. Wszystkie opowieści są wynikiem moich bezpośrednich rozmów z dziesiątkami osób lub zaczerpnięte są z pamiętników, wspomnień, które przeczytałam, korzystając między innymi ze zbiorów Kanadyjsko-Polskiego Instytutu Badawczego w Toronto i Archiwum Państwowego w Ontario”. (...)ż0aż0a Jej teksty pełne są obserwacji psychologicznych, o które uzupełnia literackie portrety. Dlatego podczas gdy Budrewicz skupił się na ukazaniu dnia z żbfycia Petera Gzowskiego „biegając” za nim po telewizyjnych korytarzach i biorąc udział w jego programie „90 Minutes Live” (90 minut na żbfywo) w charakterze widowni, Ziółkowska wybrała spotkanie w zacisznej wiejskiej rezydencji dziennikarza:ż0aż0a „ Najlepiej się prezentuje [Gzowski] na tle pięknej, starej farmy w Rockwood, Ontario, niedaleko Guelph – pisze w „Kanada, Kanada...”. (...) Cisza i atmosfera wiejska. Kot pociera łapą o drzwi, domaga się wpuszczenia do środka. Dom i okolica ma takie fluidy, żbfe chce się w nim zadomowić, pomieszkać. I przemyka mi nieustannie myśl, żbfe takie miejsce odpoczynku i pracy wymarzone jest dla wielu”.ż0aż0a Nieśpieszna rozmowa w spokojnej atmosferze pomaga uzyskać pogłębione refleksje na temat warsztatu oraz zawodowych i żbfyciowych wyborów wszechstronnego dziennikarza, „jednego z popularniejszych Kanadyjczyków w mass mediach.” Sprzyja teżbf analizie psychologicznej dokonywanej na marginesie jego wypowiedzi. Autorka chętnie dzieli się z czytelnikiem swymi spostrzeżbfeniami:ż0aż0a „Gospodarz wygląda rześko i swojsko na tym tle. Jest gościnny.ż0aż0a Zadaje mi pytania niby od niechcenia, krótkie i w zasadzie mało znaczące. Możbfe czasami trącą impertynencją. Jest zamknięty i sam właściwie niechętnie mówi o sobie. Budzi ciekawość i pewne zaskoczenie. Jest miły, zrelaksowany, a jednocześnie spięty, jakby wyczekujący.ż0aż0a Jest błyskotliwy, zabawny, z łatwym, zaraźliwym uśmiechem. Chyba jest bardzo wrażbfliwy i niepewny. Ale to jużbf inna strona Petera Gzowskiego”.ż0aż0a Z taką samą szczerością i bezpretensjonalnością odsłania Ziółkowska własne refleksje i doświadczenia związane z Krajem Klonowego Liścia. W ciekawej formalnie „Ulicy Żółwiego Strumienia” (dziennik przeplata się z pamiętnikiem) zwraca uwagę fragment poświęcony wypadkom stanu wojennego, odbieranym z perspektywy kanadyjskiej. Szczególnie zaś wyznania autorki związane z osobistą sytuacją jej samej oraz kilkunastoletniego syna Tomasza, wyrażbfające dylemat ogółu Polaków, którzy w grudniu 1981 roku przebywali czasowo w Kanadzie: wracać do ojczyzny czy zostać tu, gdzie bezpieczniej?ż0aż0a „Toronto okryło się świątecznymi lampkami, University Avenue, jedna z ładniejszych ulic miasta, wystawiła ogromny zaprzęg: sześć reniferów ciągnęło sanie ze świętym Mikołajem. Ta feeria świateł, podniecenie udzielały się każbfdemu. Wieczorem 12 grudnia u Hanki i Bumka (Heydenkornów) słuchaliśmy z Tomkiem kolęd polskich (...)ż0aż0a W nocy zadzwonił telefon (...).ż0aż0a– Dzwonię do ciebie tak późno, bo chcę ci opowiedzieć, co stało się w Polsce – usłyszałam (...).ż0aż0a Cały dzień, od wczesnego ranka, telefony i słuchanie wiadomości (...).ż0aż0a Tomek popłakał się, żbfe nie chce wracać do Polski. Przez następne dni rozpytywany był w szkole o Polskę i czy zostanie w Kanadzie.ż0aż0a– Mamo, ty nie zostaniesz tutaj? – dopytywał mnie przestraszony.ż0aż0a W tym okresie niemal wszyscy moi znajomi przekonywali mnie, żbfe »powinnam oczywiście pozostać w Kanadzie« (...).ż0aż0a Znajoma dziennikarka z Montrealu, Marianne Ackerman, powtórzyła mi, jak »zbija się popularność«, gdy mówi się, żbfe jest się prześladowanym politycznie. Podawała przykład polskiego reżbfysera przebywającego tymczasowo w Kanadzie, który powtarzał, żbfe nie puszczono mu sztuki w Polsce i dostawał pracę (...).ż0aż0a Odmówiłam ekipie telewizyjnej, która dotarła do mnie z prośbą o wywiad. Nie umiałam chłodno rozważbfać sytuacji, a emocji, które we mnie walczyły, nie chciałam pokazywać publicznie. Przebywałam w szczególnym stanie wytrącenia, drażbfniły mnie zarówno chłodne analizy, jak i mądre rady moich znajomych. W Polsce był mój dom, rodzina, moje żbfycie i nie umiałam myśleć inaczej jak z bólem o wszystkim, co się tam działo, o czym dochodziły enigmatyczne wieści. Przez pierwszy tydzień, nie potwierdzane, ale powtarzane przez wszystkich naokoło i groźne, spędzały sen z powiek”.ż0aż0a Chwilami zaskakująca jest reakcja Polonii osiadłej w Kanadzie na stałe, na wieść o wypadkach grudniowych:ż0aż0a „Niewiele osób potrafiło zachować troskę o kraj przy spokoju i wyważbfonym zachowaniu. W czasie spotkań z Polonią nasłuchałam się wiadomości, żbfe Solidarność domagała się »zbyt dużbfo«. Sama byłam członkiem Solidarności i rozważbfania niektórych Polaków na obczyźnie, żbfe »Polska miała wystarczającą ilość wolności«, doprowadzały mnie często do irytacji. Były teżbf inne reakcje: spazmatyczne szlochy o »końcu Polski«.ż0aż0a Sytuacja w kraju względnie się ustabilizowała. Tymczasem Kanada z dnia na dzień stawała się autorce coraz bliżbfsza:ż0aż0a „ (...) powoli uczyłam się o niej coraz więcej i robiłam w tym celu niemały wysiłek. Chciałam, by Kanada była krajem, który (obok swojego) nieźle znam: jej historię, literaturę, problemy. Do jakiegoś stopnia udało mi się to. ż0aż0a Lubiłam Kanadę, czułam się w niej dobrze”.ż0aż0a Ziółkowska dała wyraz tym swoim zainteresowaniom m.in. w „Nie tylko Ameryka” (wyd. W Domu Książbfki, Warszawa 1992), gdzie osobne rozdziały poświecone są tamtejszemu systemowi szkolnictwa oraz organizacjom polonijnym w Toronto. To książbfka skierowana przede wszystkim do czytelnika krajowego. Podobnie jak niemal równocześnie z nią wydane (w tym samym roku) „Korzenie są polskie”, cykl wywiadów z osobistościami żbfycia emigracyjnego w Ameryce Północnej. Kanadę reprezentują: Zbigniew Brzeziński (doradca prezydenta USA, wyjechał z Polski do Kanady jako dwunastoletni chłopiec, tam kształcił się i dorastał), Benedykt Heydenkorn, inżbfynier Zdzisław Przygoda, członek parlamentu Jesse Flis, Ref-Ren („piosenkarz Drugiego Korpusu”) oraz demograf Rudolf Kogler. Pisarka uzyskuje od swoich rozmówców m.in. rady przydatne tym, którzy chcieliby zamieszkać w Kanadzie na stałe. We wstępie do swojej pierwszej publikacji o Kraju Klonowego Liścia napisała:ż0aż0a „Poznałam ten kraj, jak sądzę, w stopniu niemałym i im dłużbfej tam mieszkałam, tym bardziej go ceniłam”.ż0aż0a Wielokrotnie dawała temu wyraz na kartach swoich książbfek, w listach i artykułach prasowych (stale współpracowała m.in. ze „Związkowcem”). Możbfna chyba powiedzieć, żbfe Kanada spełniła jej nadzieje, obdarzyła wolnością wypowiedzi i nowymi możbfliwościami, i nie tylko z daleka pachniała „egzotyką i przestrzenią”. A jednak nie potrafiła zatrzymać pisarki na dłużbfej, zrównoważbfyć jej prawdziwej ojczyzny:ż0aż0a „Chcieliśmy wracać do domu – pisze w „Ulicy Żółwiego Strumienia”. Tym bardziej, żbfe w opowieściach ludzi i w artykułach prasowych Polska brzmiała inaczej niżbf ją zapamiętaliśmy. Chciałam ją sama zobaczyć” – uzasadnia Ziółkowska. Decyzja o powrocie wzbudziła zdumienie większości jej znajomych:ż0aż0a „Pożbfegnalne spotkania, rozmowy, upomnienia, rady. – Abyś wracała, jak tylko będzie pierwsza okazja, masz przecieżbf stały pobyt w Kanadzie, masz kartę stałego pobytu...”.ż0aż0a Mimo tego wyboru, w obrazie Kanady u Ziółkowskiej przeważbfają pozytywne aspekty. Często są to sprawy nie „odmalowane” wcześniej w literaturze polskiej. Autorka książbfki poświęconej senatorowi Haidaszowi, bodaj najwybitniejszemu kanadyjskiemu politykowi o polskim rodowodzie, stwierdza – jak przypuszczam – nie tylko w odniesieniu do głównego bohatera, ale i własnej osoby:ż0aż0a „Polacy mieszkający w Polsce dotychczas użbfywają określeń: Kanada pachnąca żbfywicą... Kanada – kraj dobrobytu przyszłości, pełen nadziei, miejsca, przestrzeni, możbfliwości... Dla wielu przybyłych takim właśnie krajem Kanada się stała”. ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ12ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇEwa Bagłajˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810412ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12390ˇ1144009458ˇ8ˇ1144612695ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇNieobecni są najbliżbfejˇDo dziś przechowuję jeden z najcenniejszych dla mnie listów. Napisał go ks. Jan Twardowski po przeczytaniu moich tekstów poetyckich.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ˇ„Te wiersze są proste, pisane bez zbędnych udziwnień. Myślę, żbfe łatwo mogą trafić do czytelnika”. Byłam szczęśliwa, żbfe taką opinię wydał mi ten, który pisał najprościej jak tylko możbfna. I dzięki temu trafiał do milionów czytelników. Bez wątpliwości możbfna powiedzieć, żbfe przez ostatnie 20 lat był najczęściej wydawanym, czytanym i cytowanym polskim poetą. Ale kiedy odwiedzałam go z przyjaciółmi w kościele Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, nie wiem, czy z kokieterią, czy prawdziwym niedowierzaniem – pytał tym swoim cichym głosem przechylając głowę: „I tak naprawdę mnie czytacie? Inni teżbf? Naprawdę wam się to podoba? A przecieżbf te moje wiersze takie tam...”.ż0aż0aPrzez lata nie był drukowany. Na jego tomikach nie pojawiała się teżbf informacja, żbfe jest księdzem. Nie tylko ze względu na ograniczenia minionego ustroju. Taka była teżbf wola, żbfeby – jak nam mówił – nie narzucać czytelnikowi odbioru. ż0aż0aPrzecieżbf czytali go równieżbf niewierzący. Bo w swoich wierszach nie pouczał, nie prawił morałów, nie straszył piekłem, a nawet się usprawiedliwiał: „nie przyszedłem pana nawracać”. „Wiara moja, jak i innych ludzi, podobnie jak niewiara, wydaje mi się tajemnicą” - powiedział w jednym z wywiadów.ż0aż0aUrodził się w Dniu Dziecka, 1 czerwca w 1915 r. w Warszawie. Możbfe dlatego tyle potem pisał o dzieciach. „Być na piątkę obiecuje, a z piątego piętra pluje” – uczyli się na pamięć moi jeszcze mali synowie fragmentów z jego „Patyków i patyczków” (dziś mają po kilka tych książbfek z cennymi dedykacjami Autora, pisanymi drobnym pismem: „Kochanemu Tymkowi”, „Drogiemu Błażbfejkowi”). ż0aż0aDla twórcy „Znaków ufności” ważbfne były lata gimnazjum, szczególnie zajęcia z nauczycielem biologii - Władysławem Kociejowskim, który kazał mu prowadzić zielnik i uczył nazw roślin. Potem w swojej poezji ze znawstwem przywoływał „po imieniu” jesion, czeremchę, wiąz. Pasjonowała go teżbf literatura. Jeszcze przed wojną, pod wpływem Józefa Czechowicza, wydał pierwszy tomik „Powrót Andersena”. ż0aż0aRozpoczął studia na polonistyce, był uczniem słynnego prof. Borowego. Podczas okupacji wstąpił do AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim. W Radomiu, po spotkaniu z rodzicami postanowił, żbfe pójdzie do Seminarium. Polonistykę skończył w 1947 r., święcenia przyjął rok później. Był teżbf związany z Katowicami. Tu przez długie lata mieszkała przecieżbf jego siostra. Tutaj w „Odrze” drukował swoje wiersze pod pseudonimem Antoni Derkacz: „O najdrożbfsza! Pod tej fary wieżbfą,/przy jabłoni siedem kroków w bok,/w szkłach rogowych księżbfa nie dostrzegą/jak ust blisko włosów twoich lok” („O tej łzie co na końcu spadła”). Jego pierwszą parafią był Żbików, gdzie pracował w szkole specjalnej. W 1950 r. z Pliszowa pisał do poety Jana Ożbfoga: „Myślę, żbfe nigdy nie należbfy czynić z poezji najważbfniejszego problemu swojego żbfycia – trzeba umieć postawić ją w odpowiedniej proporcji do innych spraw”. I to przesłanie starał się realizować zarówno w latach 60., kiedy nie wydano żbfadnego tomu jego wierszy, jak i w latach 90., kiedy ten sam jego wiersz publikowano jednocześnie w czterech różbfnych wyborach poezji, i gdy tłumaczono go na różbfne języki. ż0aż0aZawsze zwracał uwagę przede wszystkim na innych. Kiedy razem z przyjaciółmi z warszawskiej polonistyki na początku lat 80. chodziliśmy go odwiedzać w zakrystii kościoła ss. Wizytek, gdzie był rektorem, zawsze znajdował dla nas czas. Przychodził nieodmiennie w sutannie, wysoki, w rogowych okularach jak z wiersza, ze skromną, ortalionową siatką w dłoni. Przynosił w niej swoje poezje, a raz zapiski o przyjaciółce, przedwcześnie zmarłej Annie Kamieńskiej (powtarzał, żbfe była świetną poetką religijną, zachęcał do jej czytania, mówił, żbfe musi poświęcić jej wspomnienie). To właśnie w odpowiedzi na jej wiersz napisał: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Uczyliśmy się tego utworu na pamięć i omawialiśmy na lekcjach w ramach praktyk studenckich jeszcze zanim włączono go do podręczników szkolnych. (Na początku lat 90. te słowa znalazły się – jako swoiste memento – w wielu nekrologach). Zapraszał, żbfebyśmy usiedli, pytał skąd jesteśmy, jak długo jechaliśmy, czy jesteśmy zmęczeni i głodni. Interesował się każbfdym z osobna, zapamiętywał nasze imiona. ż0aż0aKiedy po latach odwiedziłam Poetę ze starszym synem, Tymek był zdziwiony, żbfe dobiegający 90. Ksiądz pamięta dobrze mnie, moje koleżbfanki i kolegów: Zuzię, Jolę, Andrzeja. (Sam uczył się cytatów z jego wierszy: „Bo pozwalają patrzeć na świat z optymizmem” – mówił.) Rozmawialiśmy wtedy o nienawiści, przebaczeniu i miłości. Ksiądz powiedział, żbfe codziennie rano podczas modlitwy powinniśmy oczyszczać się z uprzedzeń do ludzi. „Moja nienawiść żbfywi drugiego, ułatwia mu nienawiść” – ostrzegał. - „Ocalić nas możbfe miłość. Ale nie tylko samo uczucie zakochania, ale troska o drugiego, opieka, wyjście poza siebie do kogoś. Ona jest najważbfniejsza, bez niej nie ma całego żbfycia.” Zwykle do „jego” konfesjonału ustawiały się kolejki. Niektórzy żbfartowali, żbfe Ksiądz jeszcze zanim wysłucha, jużbf daje rozgrzeszenie. Tak wierzy w Bożbfe Miłosierdzie i tak docenia wszystkich, którzy przyszli wyznać swoje winy. W wierszu „o kościele” pisał, żbfe to miejsce, gdzie musiał „stale chować się do konfesjonału, któremu stale odrastają uszy”, i gdzie modlił się, „żbfeby nigdy nie być ważbfnym”. A przecieżbf musiał wiedzieć, otoczony miłością czytelników, żbfe ta ostatnia modlitwa nigdy nie została wysłuchana.ż0aż0aDziś wybór Jego wierszy nie przez przypadek otwiera się na słowach: „przecieżbf tylko nieobecni są najbliżbfej” („o nieobecnych”).ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ21ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇBarbara Gruszka-Zychˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810421ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12391ˇ1144009697ˇ8ˇ1144612725ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇKs. Twardowskiego podróżbfe do KatowicˇKs. Jan Twardowski zapytany co zabrałby ze sobą do nieba odpowiedział, żbfe zdjęcie swojej matki. Niewielu wie, żbfe jego matka Aniela przez ostatnich 26 lat żbfycia mieszkała w Katowicach.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ˇ ż0aż0aZajmowała mieszkanie w słynnym „drapaczu chmur” przy ul Żwirki i Wigury. Na zmianę z córkami i ich rodzinami raz na szóstym, raz na dziewiątym piętrze. Dziś na dziewiątym piętrze mieszka siostrzeniec księdza – Bohdan Knichowiecki (emerytowany dziennikarz) z żbfoną i córką. Tak świadomie pamięta wujka z dzieciństwa dopiero, gdy miał 14 lat:ż0aż0a – W grudniu 1956 pojechaliśmy do Warszawy, pracował w parafii św. St. Kostki na Żoliborzu – opowiada. – Chciał nam pokazać wszystko w stolicy – teatry, kina, książbfki. Wcześniej, jak przez mgłę przypomina sobie, żbfe wujek przyjeżbfdżbfał do Katowic w odwiedziny kilka razy do roku. A zanim jeszcze poszedł do pierwszej parafii w Żbikowie, dołączył do małego Bohdana, który co roku z babcią Anielą wyjeżbfdżbfał na wakacje do Rajczy. Spędził tam z nimi prawie cały lipiec. – Pierwszy raz pojechaliśmy do Janka w 1949 r., ale miałem wtedy 7 lat i niewiele pamiętam – mówi. ż0aż0aPrzyznaje, żbfe w rodzinie o księdzu mówiło się „Janek”. Dla odróżbfnienia od ojca: Jana-seniora. – Najczęściej zwracałem się do niego „wujku”, nigdy „księżbfe”.ż0aż0aBABCIA JAK MAMAż0aż0a W „drapaczu” przed wojną mieszkał ojciec Bohdana, Czesław Knichowiecki. Po okupacji cała rodzina znalazła się w Radomiu. – Dom Twardowskich przy ul. Elektoralnej w Warszawie został zburzony w trzecim dniu powstania – opowiada Bohdan Knichowiecki. - Po wojnie rodzina zjechała do Radomia, tam ojciec podczas okupacji był szefem tajnego nauczania. Babcia, dziadek, najmłodsza ciocia Marysia z dwiema bliźniaczkami, córkami swojej najstarszej siostry Haliny (w tym roku skończy 95 lat). Tam teżbf wpadł na chwilę Janek. Wszyscy dowiedzieli się, żbfe kiedy uciekł z obozu w Pruszkowie wstąpił do seminarium. Babcia i dziadek się rozczulili. Do Katowic przyjechali w 1945 r. za Czesławem Knichowieckim. Niestety, w tym samym roku zmarł ojciec księdza, Jan Twardowski. Został pochowany na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, gdzie w 1971 spoczęła jego żbfona. Bohdan pamięta ją jako energiczną, starszą jużbf panią. Nie wie, jakie w młodości miała włosy, bo kiedy się nim zajmowała była siwa. W dzieciństwie spędzał z nią prawie całe dnie. Matka miała absorbującą pracę w aptece i babcia gorliwie ją zastępowała. ż0aż0aZESZYT ZAMIAST TOMIKUż0aż0a – Babcia była oddana domowi, rodzinie – wspomina. – Od 1939 r., po wojennych przejściach, cierpiała na owrzodzenia na kostkach nóg, to były prawie otwarte rany, nie dało ich się wyleczyć. Janek wziął ją na dwa tygodnie do szpitala w Warszawie, ale i to nie pomogło. Więc kuśtykała na tych schorowanych nogach. Lubiła chodzić do kina. Zabierała ze sobą wnuka. Dla niego to były całe wyprawy do „Rialta”, „Światowidu”, kinoteatru przy dawnej Pierackiego. - Janek zapamiętał, żbfe w dzieciństwie mama czytała im przed spaniem na głos fragmenty literatury – mówi Bohdan Knichowiecki. – Mnie teżbf babcia czytała „W pustyni i w puszczy”, „Trylogię”. Potem, kiedy miałem je jako lekturę, byłem przekonany, żbfe znam treść znakomicie. Okazało się, żbfe babcia wybierała najlepsze fragmenty, które prawie mówiła z pamięci. Jużbf później w „tanich książbfkach” kupował jej ulubionych - Sienkiewicza, Kraszewskiego. – Ale oszczędź mi Teodora Tomasza Jeżbfa – prosiła. Do czarnego zeszytu przepisywała wszystkie wydrukowane w prasie wiersze syna. To był taki serdeczny wybór jego poezji. ż0aż0aBUTY SZAMBELANAż0aż0a W Katowicach ks. Jan odprawił Mszę prymicyjną w kościele św. Piotra i Pawła. Od lat 40. przyjaźnił się z dawnym kapelanem Powstańców Śląskich - ks. Karolem Mateją, proboszczem tej właśnie parafii. Później w tej samej świątyni pobłogosławił małżbfeństwo siostrzeńca. Żeby zobaczyć się z mamą i siostrami przyjeżbfdżbfał „Górnikiem” na kilka godzin. Po śmierci mamy wizyty stały się rzadsze. Z siostrzeńcem zaprzyjaźnili się podczas studiów Bohdana w Warszawie w latach 1960-1966. - Odwiedzałem wujka kilka razy w tygodniu. Musiałem mu komentować wydarzenia polityczne, bo nie za bardzo lubił czytać gazety. Kiedy dostał tytuł „Tajnego Szambelana Papieskiego” od Jana XXIII najpierw się przestraszył, potem śmiał. Bohdan wyczytał, żbfe w związku z tym przysługuje mu specjalny strój. Między innymi pantofle ze srebrną klamrą. - Ale tylko wtedy, gdyby papieżbf się tu pojawił - uspakajał.ż0aż0aKRÓTKI LISTż0aż0a Siostrzeniec pamięta jak towarzyszył wujkowi podczas sprawdzania szczotek pierwszego powojennego tomiku wydanego w 1959 r. przez „Pallotinum”: - Siedzieliśmy z Jankiem w tym pokoju, dużbfo w tych wierszach poprawiał swoimi małymi literkami, zwłaszcza rymy. Żeby uniknąć ich na końcu wersów zmieniał kolejność słów. Młody Bohdan czuł się mocno doceniony, kiedy wujek brał pod uwagę jego rady. Później zwykle prosił o ocenę jużbf wydanych tomików: - A czytałeś ostatni? Czy wszystko jest dobre? – dopytywał się. – Wujek wie najlepiej, czy to dobre, czy nie, mnie się podoba – odpowiadał siostrzeniec. Knichowiecki: – Poezja Janka jest uniwersalna, każbfdy w niej znajdzie coś dla siebie. Jednym podobają się wiersze z lat 60., innym bliskie są „przyrodnicze”, ja lubię te z paradoksami. Wszystkie pisane są pozornie prosto, tak, żbfe możbfe je ze zrozumieniem czytać nawet dziesięciolatek. Knichowieccy mają większość tomików wujka. Niektóre z dedykacjami: „Kochanej Lucynce (mama Bohdana) – Janek” - Nie lubił dużbfo pisać – wspomina siostrzeniec. – Listy składały się z dwóch, trzech zdań: „Kochana Lucynko – u mnie nic nowego, jestem zmęczony. Ostatnio wydano mi tomik (tu podawał tytuł), prześlę Ci go. Zapewniam o pamięci w modlitwie i proszę o nią” . ż0aż0aW kościele św. Piotra i Pawła 17 lutego o 19 30 odbyła się Msza w intencji ks. Jana Twardowskiego.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ24ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇBarbara Gruszka-Zychˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810424ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12392ˇ1144010761ˇ8ˇ1144612775ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Stara szkoła.ˇDalszy ciąg wspomnień rodzinnych zarysowanych na tle polskiej historii i kultury, pokazujący odchodzący świat dworów i polskiej tradycji, oglądany oczami dziecka.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ż0aˇHRUBIESZÓWż0aż0a***image1:right*** Muszę wrócić do 1939 roku, gdy po wkroczeniu okupantów niemieckich, została bardzo szybko zorganizowana ich administracja. W listopadzie pozwolono na otwarcie szkoły podstawowej, wówczas zwanej powszechną. Obowiązywał nowy program nauczania, bez historii, bez geografii, bez literatury polskiej, z surowym zakazem korzystania z podręczników szkolnych wydanych przed wojną. Inspekcje kontrolne odbywały się często i znienacka. Nie jednego nauczyciela aresztowano, a możbfe i zgładzono. Cóżbf więc pozostało? Ja, głupstwo, dopiero zaczynałam. Uczyłam się pisać, czytać, rachować, rysować i śpiewać z panem Feliksem Szczudłowskim, przezywanym przez dzieci Felu-Kapelu. ż0aż0aPrzygrywał nam na skrzypcach i czynił to z wielką miłością. Biedny, chory był na gruźlicę. Moje starsze rodzeństwo, a zwłaszcza Ela i Witek będący w wieku gimnazjalnym, pozbawieni zostali w ogóle możbfliwości uczenia się. W małym miasteczku, jakim był wówczas Hrubieszów, trudno było o prywatne lekcje. Tajne komplety zaistniały dopiero później. Julek zaliczał jeszcze podstawówkę. ż0aż0a Chodziliśmy do tzw. „starej szkoły”, którą był sympatyczny, drewniany, parterowy budynek dawnej plebani prawosławnej. Osiem dużbfych klas i przybudówka kuchenna, od frontu drewniany, otwarty ganek z ławeczkami i dużbfe boisko ze skarpą, po której zimą zjeżbfdżbfało się na czym kto mógł. W dole założbfono przed wojną skwer z młodymi jeszcze roślinami i tędy szło się do kościoła szkolnego pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, patrona młodzieżbfy. ż0aż0a Starą szkołę pokochałam od pierwszego dnia i miło wspominam do dzisiaj. Pierwszą moją panią była urocza, młoda osoba, którą uwielbiałam i patrzyłam w jej ładną, kolorową buzię, jak w obrazek święty. Niestety nie pamiętam ani jej imienia, ani nazwiska.ż0aż0a Uczyliśmy się na raty. Klasy młodsze przychodziły później i kończyły, gdy było jużbf ciemno na jesieni i zimą. Nie pamiętam, by starsze rodzeństwo opiekowało się mną w tym trudnym, początkowym okresie. Raczej lekcji i zegara pilnował Oleś Du Chateau, starszy o dwa lata, przynajmniej jego pamiętam. Należbfałam raczej do zdyscyplinowanych z natury i chyba ambitnych i pracowitych. Problemów z nauką nie było, najwyżbfsze noty z góry na dół. Katechetą był ksiądz Edward Dolecki, działacz konspiracyjny AK. Ofiarował swoje radio marki „ECHO” do nasłuchu Polskiej Służbfbie Informacyjnej BIP, co było wielką pomocą w uzyskiwaniu wiadomości. Dowiedziałam się o tym dużbfo później z książbfki – pracy zbiorowej pt. „Łuny nad Huczwą i Bugiem”, wyd. w Zamościu w 1992 r. Lekcje religii były wielką radością, a umiejętność zwracania się do dzieci była wielkim rzadkim bożbfym. Ksiądz Dolecki przygotowywał nas do pierwszej Spowiedzi i Komunii Świętej. Pamiętam lekcje w kaplicy grobowej przy kościele św. Stanisława, gdzie wilgoć i ziąb przenikliwy wyłaził z grubych murów, nawet w ciepłe dni wiosenne. Czasem uczyliśmy się na cmentarzu przykościelnym, niegdyś grzebalnym. Kościół zbudowany pod koniec XVIII w. jako unicki pod wezwaniem św. Mikołaja został w XIX w. zamieniony przez władze carskie na cerkiew prawosławną, później rekoncyliowany i wreszcie stał się katolickim kościołem szkolnym, dzisiaj cieszący się cudownym obrazem Matki Bożbfej Sokalskiej. ż0aż0a O tym, żbfe cmentarz był grzebalny i dużbfo starszy od kościoła świadczyć mogą sterczące w osuwisku od strony Huczwy kości, którymi chłopcy rzucali w siebie, jak śnieżbfkami. Wiedziały o tym dzieci z naszej szkoły, stojącej po sąsiedzku. Miejsce usytuowania kościoła miało od wieków charakter szczególny, ze względu na ukształtowanie wysokiego brzegu rzeki. Był to najwyżbfszy teren wyspy, na której powstał Hrubieszów, pierwotnie zwany Rubieszowem. ż0aż0a A więc niezwykła szkoła, w niezwykłym miejscu, z niezwykłą atmosferą, jakby fluidy czasu zawisły właśnie tu, zakumulowane, zawirowane wartkim nurtem Huczwy. Ale szkoła to przede wszystkim żbfyjący ludzie z całym swym bogactwem różbfnorodności charakterów, talentów, osobowości. Pierwsze koleżbfanki – przyjaciółki na następne lata, pierwsze porównania zdolności, umiejętności manualnych, kontrowersje myślenia, zachowań i reakcji, pierwsze zdziwienia i rozczarowania, ale i zachwyty. W drugiej klasie uczyliśmy się w przybudówce kuchennej. Była nieforemna, bez osi, z jednym małym oknem i drzwiami na wylot. Siedzieliśmy w ławkach drewnianych o pulpitowej konstrukcji blatu, u którego w prostej szczytowej znajdowały się dwie okrągłe dziury na kałamarze. Pod pulpitem półka na teczkę. Ławki były dwuosobowe, ale zsunięte po trzy w rzędzie. Tutaj siedziała zdecydowana większość dziewczynek. Pod oknem pojedynczy rząd dla chłopców. Zazdrościłyśmy im większej swobody. Zanim ta szósta przedarła się przez cały rząd, upływało trochę czasu. Czasem czułyśmy się zaklinowane. ż0aż0a Z całej klasy najbardziej podobała mi się Hania Skopińska, pierwsza przyjaciółka, której jestem wierna do dziś. Hania miała wtedy dwa grube, pszeniczne warkocze, jasnoróżbfową buzię i śliczne białe zęby, które tak ładnie było widać w uśmiechu. Zima nosiła robiony na drutach golf z melanżbfu biało-seledynowego, w którym buzia jej jeszcze bardziej piękniała. Poza tym Hania imponowała mi talentem. Szybko i bardzo pomysłowo rysowała papierowe lalki w różbfnych wielkościach i na każbfde zamówienie. Lalki nosiły kolorowe stroje, bereciki, kokardy, miały warkocze i wszystko, co mogło się podobać. Hania uczyła się grać na fortepianie i w ogóle była dziewczynką z dobrego domu. Z Hanią wolno mi było się przyjaźnić i bywać w jej domu. Państwo Skopińscy przybyli do Hrubieszowa chyba zza Buga. Początkowo zamieszkali w małym, typowo hrubieszowskim drewnianym domu z werandką od ulicy zwanej Podzamczem, blisko mostu. Szalowany deskami i malowany olejną farbą na kolor szaro-niebieski, stapiał się z zielenią sadu i ogródka od strony Huczwy. Jedne imieniny Hani odbyły się właśnie tam. Co podano w ten czas wojenny, nie pamiętam, chyba było kakao – zdobyty rarytas. Każbfde dziecko miało swoje miejsce, przeznaczone przez gospodarzy, jak nakazywał dawny, dworski obyczaj. Przed talerzem, na stole leżbfała karteczka z imieniem i nazwiskiem, ozdobiona przez Hanię kredkami i żbfywym kwiatkiem. Dotąd przechowuje ten skarb w szufladzie. Imieniny te zostały uwiecznione amatorskim zdjęciem, na którym dominuje ogromny, biały motyl nad głową solenizantki.ż0a ż0a Piszę o tym, bo jest to świadectwo głębokich tradycji obyczajowych polskiej inteligencji i świadomość potrzeby kultywowania piękna w żbfyciu codziennym, mimo szarzyzny i niepewności jutra. Myślę, żbfe takie chwile pomogły nam przetrwać najgorsze, bo zawsze było odniesienie do czegoś wzniosłego. ż0aż0a Ogromnie dużbfo zawdzięczam Hani rodzicom. Nie krępowali nas swoją obecnością, a umiejętnie, z dala pozwalali nam na niecodzienne zabawy. Miałyśmy swoją pocztę, pisywałyśmy listy zaszyfrowane naszym, wyłącznym, jedynym językiem.ż0a ż0a Trzecią papużbfką była córka lekarza, doktora Cieślaka, Marysia, o niesamowitych ogromnych zielonych oczach i wspaniałych warkoczach. Była błyskotliwa, oczytana (tak, tak, nawet w drugiej klasie szkoły podstawowej), inteligentna i grająca na fortepianie przy każbfdej okazji. Trzymałyśmy się we trzy do końca wojny. Potem obie ich rodziny wyjechały do Zamościa, my dopiero rok później. ż0aż0a Państwo Cieślakowie mieszkali w drewnianym domu, blisko cerkwi. Jużbf nie istnieje ani ten dom, ani szaro-niebieski z gankiem. Brak szacunku dla obiektów zabytkowych w czasach PRL zniszczył charakter dawnego Hrubieszowa, który miał szansę stać się atrakcją turystyczną tego pięknego, bogatego w wydarzenia historyczne, regionu.ż0aż0a Doktorostwo Cieślakowie z Marysią i Markiem opuścili Hrubieszów, gdy okupacja jeszcze trwała. Państwo Skopińscy przenieśli się do bardziej nowoczesnego domu, teżbf drewnianego, ale z piętrem, gdzie mieli spore mieszkanie składające się z dużbfych trzech pokoi i kuchni, ze wspólną dużbfą łazienką. To jużbf były luksusy. W tym domu bawiłyśmy się częściej niżbf u Marysi. Mimo okupacji chodziłam do szkoły regularnie, rok po roku. Z wyjątkiem ospy wietrznej i jakiś gryp, nie chorowałam. Rekordy bił u nas Julek, chorował na szkarlatynę, na tyfus, wiecznie na anginy. Witek natomiast dwa razy zaliczył kilkutygodniowe leżbfenie w szpitalu, raz na ślepą kiszkę (wyrostek robaczkowy), a raz miał złamana nogę przez własną nadmierną ruchliwość. W ogóle Witek naszej mamie przysparzał najwięcej emocji. Przepadał nie wiadomo gdzie i nie wiadomo jakie miał towarzystwo. Ale to on nas właściwie utrzymywał. Najpierw handlując nićmi przywożbfonymi z Warszawy, później legalnie, koncesyjnie prowadząc kiosk z papierosami, a potem pracował w magazynach jabłek. Potrafił upiec chleb, zdobyć mąkę, opał, naftę do lampy i wszystko co było potrzebne do przetrwania.ż0aż0a Od początku wojny, od powrotu z naszej wędrówki na wschód, Witek, mający zaledwie 14 lat, poczuł się odpowiedzialny za całą rodzinę, nie tylko najbliżbfszą.ż0aż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0a Całe szczęście, żbfe otwarto średnią szkołę, tzw. handlówkę, na potrzeby niemieckiej administracji, przygotowującej do pracy w biurach i w sklepach. Uczyli ci sami profesorowie, co przed wojną w gimnazjum. W ciągu dwóch lat uczyli się prowadzenia księgowości, umiejętności stenografowania, towaroznawstwa, języka niemieckiego. Ela i Witek skończyli tę szkołę. Ela później dokształcała się we własnym zakresie, jednocześnie pracując w biurze Polskiego Czerwonego Krzyżbfa, świetnie działającej placówce, prowadzonej przez doktora Wł. Kuczewskiego, dobroczyńcy tamtych czasów. Wspomniałam wcześniej o jego tragicznej, podstępnej śmierci z rąk „pacjenta”, ukraińskiego nacjonalisty.ż0aż0a Nasza nauka nie była normalna, Niemcy utrudniali, jak tylko mogli. Często trzeba było zmieniać miejsce lekcji. Po zagładzie Żydów, uczyliśmy się w pożbfydowskich domach prywatnych, zimnych i zdewastowanych. Idąc do szkoły nigdy nie wiedziałam, gdzie będą lekcje, ale zawsze ktoś stał na czatach i dawał nam znać. To była konspiracja. A starsze rodzeństwo nie miało swojego przedwojennego budynku, więc uczyli się nawet w stodole. Jakoś nikt nie narzekał, a dzisiaj mamy co wspominać. ż0aż0a Na wiosnę 1940 roku musieliśmy opuścić nasze mieszkanie w śródmieściu. Z trudem i z pomocą cioci Janki Kosińskiej znalazło się mieszkanie na Poberżbfanach. Tak nazywało się przedmieście w kierunku Zamościa, a ulica po dziś dzień nowi nazwę Zamojskiej. W piętrowym, nowym domu, jedynym murowanym wówczas w tej okolicy, mieliśmy dwa pokoje z kuchnią. W podwórzu była komórka na węgiel i sławojka. Przetrwaliśmy tutaj do powrotu ojca w 1945 roku. ż0aż0a Mieszkanie było sympatyczne, chociażbf dla nas przymałe. Jak zwykle były teżbf plusy, bo okoliczni gospodarze z ich ogrodami i płodami rolnymi pomogli nam przeżbfyć, ale gdy spojrzę egoistycznie, dla mnie była zbyt dużbfa odległość do szkoły. I droga była niebezpieczna, nie było chodników, ani nawet poboczy. Trzeba było iść szosą, a to była droga wojsk okupacyjnych z Zamościa za Bug. Jeździły okropne czołgi, ciężbfarówki z żbfołnierzami niemieckimi, wozy pancerne kolumnami po kilkadziesiąt, bez przerwy, w dzień i w nocy. Najpierw koncentracja na linii Bugu w czerwcu 1941, potem stałe, niekończące się przejazdy, a pomiędzy nimi z trudem przedzierały się chłopskie wozy. Droga była szutrowana, ciężbfki transport powybijał dziury, które zawsze były pełne wody o błotnistej mazi. Ominąć je i nie zostać ochlapanym, to sztuka, której nauczyłam się z czasem. Po obu bokach drogi głębokie rowy zbierały mazistą wodę, ale w czas suchy nauczyłam się po rowach tych skakać, odbijając się zygzakiem. Najgorzej zimą szło się w mróz siarczysty (w te wojenne lata zimy były srogie) pod drutami elektrycznymi. Każbfde zbliżbfenie do słupa natężbfało melodię denerwującą i groźną. Mówiło się wtedy: będzie mróz, bo druty grają. Dobrze się działo, gdy dobry gospodarz pozwalał dzieciom przysiąść na rozłożbfystych saniach. Wtedy strach mijał i droga szybko zeszła. ż0aż0a Na szczęście zimy miały swój koniec. Poberżbfany ze swoją zielenią, sadami przy domach, warzywnikami miały niepowtarzalny urok. Ludzie żbfyli zgodnie, solidarnie i z przyjaźnią. W każbfdym niemal podwórku miałam koleżbfanki, starsze lub rówieśniczki, z którymi organizowałam teatr podwórkowy, różbfne zabawy i wyczyny sportowe, m.in. moda przyszła na szczudła. Robiliśmy je sami z tyczek po fasoli. Nie umiem dzisiaj pojąć, jak mogliśmy na nich chodzić. Niewątpliwie dużbfą zapamiętaną atrakcją był cyrk. Nie wiem skąd przyjechał i chyba to było po 1941 roku. Rozbito go na wygonie – półokrągłym placu znajdującym się w połowie ulicy Zamojskiej, po lewej stronie idąc od miasta. Kacze doły, możbfe z czasów działań I wojny światowej, świetnie nadawały się do zjazdów na sankach. Bożbfe, co my wtedy wyprawialiśmy! To nie była normalna jazda, tylko wszystkie możbfliwe popisy. Ślizgawka na śluzie w czasie okupacji nie funkcjonowała, gdzieżbfby to było możbfliwe pod okiem Landrata, który rozgościł się we dworze Du Chateau, jak we własnej rezydencji. Pozostawały więc sanki i ewentualnie podtopione łąki pod lasem na ślizgawkę. Jednak to jużbf nie miało żbfadnego charakteru, ot pozamarzane mniejsze i większe kałużbfe. Przed wojną utrzymywane i czyszczone lodowisko ściągało towarzystwo. Przychodziły całe rodziny, młodzieżbf gimnazjalna, która przy muzyce dawała popisy jazdy figurowej i holendrowania. Mama miała śliczny komplet z białej angory: golf, szal, czapka i spódniczka kroju podobnego do tych, ktore nosiły słynne łyżbfwiarki, np. Sonia Henni. Mama jeździła ładnie, tata jeździł zgrabnie, Ela holendrowała brawurowo trzymając się za ręce z dwoma kolegami. Bracia uczyli się, jeździli szybko wokoło lodowiska. Nawet ja miałam łyżbfewki na podwójnej płozie i ciągle się przewracałam. Tak jużbf zostało, łyżbfwy nie były moją miłością.ż0a ż0a Wróciłam miłym wspomnieniem do czasów wcześniejszych, ale muszę wrócić do okupacji. Chciałabym, aby moje wnuki zrozumiały i zapamiętały, żbfe nie wolno najeżbfdżbfać innego kraju, nie wolno brutalnie włazić w czyjeś żbfycie, nie wolno szydzić z innych ludzi, nie wolno wyśmiewać cudzej świętości, nie wolno zabijać, niszczyć żbfycia. ż0aż0a Najgorszy był początek okupacji, rok 1939 i 1940 z bardzo mroźną zimą oraz 1944 i 1945 jużbf bez wojsk niemieckich, za to z sowieckimi. To lata, które odcisnęły się w pamięci jako lata głodu, chłodu, świerzbu, wszy i odmrożbfonych kończyn. W latach tych nawet kartek żbfywnościowych nie było. Przydziały żbfywności dla ludności pozarolniczej przewidywały kaszę, nie pamiętam jaką, okropną mąkę, ciemną i zanieczyszczoną, marmoladę z buraków, płynną, brązową melasę, wyglądającą jak klej stolarski, zastępującej cukier i dla dzieci pół litra mleka. Po te produkty stawało się w gigantycznych kolejkach na zmianę, bo trzeba było stać kilka godzin, właściwie bez żbfadnego pożbfytku, ale zrezygnować się nie dało. ż0aż0a Wielką pomocą do 1944 roku (później jużbf władza ludowa zabrała) był nam Wiszniów Banaszkiewiczów, majątek ziemski niedaleko Hrubieszowa, gdzie mieszkała, córka cioci Niusi - Lila z Piątkowskich z rodziną. Tam na cmentarzu wiejskim pochowany jest mój dziadek ze strony mamy, Anzelm de Schmieden-Kowalski i jego najstarsza córka, ciocia Niusia, związana z Czumowem. Zwłaszcza w okresie, gdy babunia Mania była z nami, podrzucano nam prawdziwą mąkę, czasami kaszę. Kurczak i jakieś wiktuały spływały nam jak manna z nieba. Mama smażbfyła nam wtedy ulubione jabłka w cieście i placuszki na miodzie. Możbfna było nawet upiec tort z fasoli, tzw. jaśka. Smakował niczym marcepan. W czasie świątecznym robiło się torty makowe bez cukru, cukierki z płatków owsianych i piło zamiast herbaty napar ze skórek jabłkowych. Tych na Poberżbfanach nigdy nie brakowało. Przyjmowało się gości sałatką jarzynową zwana vinaigrette. Najwięcej było w niej buraków i kartofli oraz małej fasoli. Smakowała znakomicie. ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aTERESA-ZOFIA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA, emerytowany starszy kustosz Muzeum-Zamku w Łańcucie, jest historykiem sztuki ze specjalnością w dziedzinie pojazdów konnych. ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇmama_z_raza.jpgˇpani_teresa1.jpgˇpteresa2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇMama (Eleonora Fabijańska) wącha różbfęˇLila i mama ze mną w Hrubieszowie na ul.Staszica (w głębi widać pomnik), w 1938 r. (Eleonora Fabijańska, Teresa Fabijańska, Maria z Piątkowskich Wacławowa Banaszkiewiczowa). ˇMoja najbliżbfsza rodzina beze mnie. Tata, Julek, mama, Ela w czerwonej sukience (później mojej, opisywanej), Jadzia Kosińska, Witek ciocia Janka, siostra taty. ˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ29ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇmama_z_raza.jpgˇpani_teresa1.jpgˇpteresa2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇ573ˇ567ˇ217ˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810429ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12393ˇ1144011790ˇ8ˇ1144612807ˇ8ˇ4ˇ8ˇ2006ˇMigawki (2)ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec 2006, nr 39ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ˇWielka jest moc nauczycieli, lecz oni często o tym zapominają. Moja wychowawczyni w szkole powszechnej zachęciła mnie do robienia gazetki ściennej. Łacinnik w perypatetycznym liceum polskim w Szkocji wpoił w nas wielki respekt dla rzymskiego poety Wergiliusza. Próbowałem go przekładać polskim heksametrem, najpierw partie “Eneidy”, potem poszczególne sielanki. Wersję słynnej czwartej, “mesjanistycznej” wręczyłem Janowi Parandowskiemu, kiedy pozwolono mu z delegacją odwiedzić Londyn. Gdy spotkałem po raz pierwszy Mariana Hemara, usłyszałem z jego ust, nie bez zdumienia, żbfe na stoliku przy łóżbfku trzyma “Bukolicon” wielkiego Rzymianina.ż0aż0a *ż0aż0a Gombrowicz w swoim “Dzienniku” napomknął, żbfe go źle czytam. Widocznie uważbfał, żbfe powinienem obrać inną metodę. Zrobię to, jak czas pozwoli. Pisał do mnie w sprawie tłumacza, który by potrafił przekładać jego teksty na język hiszpański. Próbowałem mu pomóc, ale nie wiem, czy ostatecznie z moich sugestii skorzystał.ż0aż0a Muzeum w Sandomierzu urządziło mi wystawę w sędziwym ratuszu zdobiącym rynek. W jedenastu gablotkach wystawiono moje fotografie, pierwodruki i korespondencje, m.in. listy Gombrowicza, Miłosza, Herberta, Różbfewicza, Wierzyńskiego, Wittlina, Hemara, Grydzewskiego, Giedroycia, Kisielewskiego i innych. Ponoć te memorabilia po zamknięciu wystawy nadano zwyczajną pocztą w lokalnym urzędzie. I nie dotarły do mnie. Ktoś je ukradł. Możbfe jeszcze wypłyną, ale najprawdopodobniej powędrowały do kosza.ż0a ż0a *ż0aż0a Wymieniając kiedyś współczesnych polskich prozaików, którzy równocześnie byli autorami dobrych wierszy, otrzymałem list od Józefa Wittlina z Nowego Jorku, bym o nim nie zapomniał, bo i on należbfał do tej kategorii. Nie tylko o nim pamiętałem, ale nawet odwiedziłem jeszcze, znalazłszy się na amerykańskim kontynencie. ż0aż0a *ż0aż0a Adama Michnika poznałem w dramatycznych okolicznościach. Nie znałem wtedy jego pism, ale nazwisko obiło się o moje uszy. Było to w czasie stanu wojennego w sierpniu 1982 roku. Czekając w Warszawie na pociąg do Anglii, zobaczyłem w “Życiu Warszawy” nekrolog ojca Michnika podpisany przez syna. Gospodarz zapewniał, żbfe to oznaczało, żbfe Michnik będzie osobiście na pogrzebie, a wiadomo było, żbfe był w tym czasie internowany w Białołęce. Namówiłem gospodarza, by pojechał ze mną samochodem na Powązki.ż0aż0a Istotnie nad mogiłą stał wątły mężbfczyzna z kędzierzawą, czy przynajmniej rozwianą, czupryną. Kiedy zebrani odśpiewali hymn narodowy z podniesioną prawicą i palcami tworzącymi literę V, zrozumiałem, żbfe cześć tych ludzi, to była bezpieka po cywilu, która doprowadziła Michnika na cmentarz na czas pochówku.ż0aż0a Do Michnika zaczęli wtedy podchodzić ludzie i witać się z nim bardzo serdecznie. Byli to towarzysze wspólnej konspiracji jużbf przebywający na wolnej stopie. Kamera telewizyjna (czyja?) notowała każbfdą twarz. Niemniej, postanowiłem równieżbf podejść do Michnika. Przedstawiłem się jako znajomy jego dobrego przyjaciela, Bolesława Sulika z Anglii. Uścisnąłem mu rękę bełkocąc jakieś banały o odwadze, jakby temu człowiekowi odwagi brakowało, skoro odmówił wyjazdu z Polski oświadczając, żbfe woli siedzieć w polskim więzieniu niżbf w hotelu w Paryżbfu.ż0aż0a To pierwsze spotkanie znalazło później echo w wierszu, który napisałem o polskim sierpniu. Wręczyłem mu tekst, kiedy przyjechał na zaproszenie Ukraińców do Toronto. Spotkałem się z nim przed jego wystąpieniem, kiedy przed wejściem na salę palił papierosa. Nie tylko mnie poznał, ale do tego powtórzył słowa z Powązek wraz z powołaniem się na Sulika.ż0aż0aNiespełna rok potem odwiedziłem go w Warszawie w redakcji “Gazety Wyborczej”, do której miałem interes. Młody zespół uganiał się w gorączce wydawania dynamicznego pisma. W pokoiku za szybką siedział Michnik nękany częstymi telefonami. Porozmawialiśmy o Hiszpanii. Odezwał się: Niech mi pan powie, jak to się stało, żbfe Hiszpania tak szybko i gładko weszła do grona demokratycznych, prosperujących krajów zachodnich? Bo miała innego generała, odpowiedziałem, który zbudował infrastrukturę. Ponadto Hiszpania przez cały czas miała wolny rynek.ż0aż0a Wtedy sekretarka odwołała go do telefonu: zgłaszała się ambasada sowiecka. Pozostałem na chwilę jeszcze z jego zastępcą Skalskim i oddaliłem się dyskretnie.ż0aż0aż0a *ż0aż0a Jerzego Turowicza znałem kilkadziesiąt, powiedzmy, czterdzieści lat. Być możbfe, żbfe spotkałem go jużbf za czasów wydawanie pism studenckich w Londynie w latach pięćdziesiątych, kiedy wśród jaskółek z Polski popaździernikowej przybył obok Zawieyskiego, Herberta i Tyrmanda, Kisielewski, Woźniakowski oraz Turowicz.ż0aż0a Odwiedzałem go potem regularnie w Krakowie, w ostatnim pokoju redakcji “Tygodnika Powszechnego” przy Wiślnej 12a. Siedział tam przy zwyczajnym stole zawsze zasłanym stertami czasopism i książbfek. Koło stołu stała tablica z rozkładem następnego numeru pisma. Towarzyszył mu najczęściej zastępca, Krzysztof Kozłowski, późniejszy minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.ż0aż0a Mieszkanie Turowicza było równie pełne czasopism i książbfek, stojących na podłogach w wysokich stosach. Trzeba było chodzić wśród nich jak bocian. W przedsionku radził Turowicz nie rozmawiać, gdyżbf był na podsłuchu.ż0aż0a Zawsze znalazł czas by pogawędzić. Giocondowski uśmiech nie schodził mu z twarzy. Cechowała go pogoda i spokój człowieka światłego, speszonemu młodemu rozmówcy dobrotliwie podpowiadał słowa w momencie zażbfenowania. Na oferowane do “Tygodnika Powszechnego” teksty reagował od ręki.ż0aż0a Dla mnie i mojej rodziny był zawsze nader gościnny: raz nawet zaprosił do swojego mieszkania na nocleg, innym razem, do mieszkania córki. Możbfe pamiętał, żbfe przed wojną jeszcze zawędrował z grupą czy aby nie „Odrodzenia” do majątku mojego teścia na Polesiu Wołyńskim. Miałem przyjemność gościć go potem w swoim domu w Kanadzie.ż0aż0a Mimo podeszłego wieku był osobą o dużbfej żbfywotności, jak wtedy, kiedy był obecny na zebraniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Warszawie w sobotę a w niedzielę w Krakowie przewodniczył zebraniu obywatelskiemu mającemu następnie przyjąć nazwę Road.ż0aż0a Przed laty byłem z Michałem Giedroyciem na wykładzie Leszka Kołakowskiego w London School of Economics. W drodze do kolejki podziemnej obaj zgodzili się, żbfe w postkomunistycznej Polsce trzeba będzie postawić Turowiczowi pomnik, jako człowiekowi, który był symbolem mądrej opozycji w najczarniejszych czasach, kiedy jeszcze nie było absolutnie żbfadnych przebłysków światła nadziei na horyzoncie.ż0a ż0a ż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇsmieja.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇPawel Łysek, Florian Śmieja i Józef Wittlin w mieszkaniu pp. Wittlinów w Nowym Jorku. (fot. arch. F. Śmieji). ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ0ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇsmieja.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ270ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006040810500ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12616ˇ1145537109ˇ8ˇ1145817118ˇ9ˇ4ˇ22ˇ2006ˇJowialny RóżbfewiczˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ż0aˇ***image1:right***Kontakt z Tadeuszem Różbfewiczem nawiązałem jeszcze w latach sześdziesiątych w Londynie, kiedy redagowałem miesięcznik “Kontynenty”. W owym czasie mieszkał on w Gliwicach, więc jak tylko pojechałem do Polski, to z rodzinnego Zabrza wybrałem się tramwajem do osamotnionego poety, nietęgo się czującego w mało dla niego atrakcyjnym mieście.ż0aż0a Pamiętam, żbfe mieszkał niedaleko pętli tramwajowej, żbfe przyniosłem mu kilka owoców cytrusowych, o które w Polsce w latach sześćdziesiątych było trudno, a które w okamgnieniu wylądowały na pospiesznie upieczonym cieście, które żbfona wniosła wraz z herbatą do salonu.ż0aż0a Wróciłem do domu z tomem jego”Poezji zebranych” i podpisem datowanym Gliwice 28.VIII.1962 r. Poźniejszą o rok datę nosi kolejny dar Różbfewicza, “Nic w płaszczu Prospera”. Potem przestałem redagować pismo, wyjechalem z Anglii. Wymieniliśmy kilka listów.ż0aż0a W jednym z nich poeta skarżbfył się na modny nagle w Polsce styl barokowy (list z 1965 roku). Filozoficznie dodaje: „Będę się z zaciekawieniem przyglądał ćwiczeniom barokowym moich młodszych ‘kolegów po piórze’”. Zachwycił się teżbf opisem mojego ówczesnego domu i poczuł chęć podróżbfowania. “Możbfe rzeczywiście (kiedyś) skorzystam z zaproszenia i przyjadę z żbfoną, albo ze starszym synem, albo sam… miałem nawet przed dwoma laty zaproszenie do Anglii na dłużbfszy pobyt, ale… mi się nie chciało. Nie znam języka, więc i kraj nie wydał mi się ciekawy. Zrezygnowałem zresztą teżbf z zaproszenia (stypendium) do Ameryki i jeszcze gdzieś i jeszcze gdzieś. Żeby coś w naszym świecie napisać (“stworzyć”) trzeba olbrzymiego skupienia – podróżbfe temu nie sprzyjają… a ja nie jestem ani Fiedlerem, ani Lepeckim, ani innym znakomitym podróżbfnikiem-pisarzem – choćby takim jak Jan Józef Szczepański. A przy tym jeśli się jużbf gdzieś wybiorę to potrzebuję – czuć żbfyczliwość i ciepło – tzn. to mi jest potrzebne w obcowaniu z ludźmi”.ż0aż0a Z czasem jednak zmienił zdanie i zaczął podróżbfować.ż0aż0a Osiedliłem się w Kanadzie. Podczas jednej z wizyt w Anglii znalazłem się u Józefa Bujnowskiego, kiedy zjawił się przebywający akurat w Londynie Różbfewicz. Gospodarz w mig postawił na stole litr wódki. A było nas do poczęstunku trzech.ż0aż0a Bujnowski znał Różbfewicza od czasów, kiedy wykładał polonistykę w Amsterdamie. Heide, druga żbfona Bujnowskiego, opowiadała mi jak to obu wiozła samochodem przez najpiękniejsze okolice Holandii. Panowie siedzieli z tyłu i zawzięcie dyskutowali o materialnej i duchowej sytuacji polskiego robotnika. W końcu się zdenerwowała i kazała poetom wyglądać przez okno i podziwiać krajobraz. Zapamiętała teżbf, żbfe wtedy zatrzymali się przy restauracji i poprosili o grochówkę. Nie było. Obstalowali więc zupę jarzynową. W swojej zupie Heide znalazła robaka. Dyskretnie odniosła swój talerz, ale chociażbf mężbfczyźni zajadle dyskutowali, Różbfewicz zauważbfył i tak długo dociekał, ażbf wydobył z niej, żbfe znalazła robaka. Bardzo go to ubawiło, śmiał się i przypominał. Odniosła wrażbfenie, żbfe wtedy Różbfewicz podziwiał swojego zagranicznego rozmówcę i trochę mu zazdrościł.ż0aż0a Tym razem wódka była bez zarzutu, czysta. Ja wychyliłem parę kieliszków, gospodarz nieco więcej, gość zaś raczył się liberalnie i wnet opróżbfniliśmy całą butelkę. Twarz Różbfewicza jaśniała, nie schodził z niej szeroki uśmiech. Takiego Różbfewicza rzadko kto, myślę, oglądał, a możbfe nawet nie posądzał o podobną jowialność.ż0aż0a We Wrocławiu uczestniczyłem w uroczystości nadania poecie doktoratu honoris causa. Wysłuchalem laudacji w przepięknej sali Leopoldina, a potem oracji Różbfewicza o swoim poetyckim terminowaniu. Zaczął od pamiętnego zdania: “Zasnąłem jako młody człowiek. W nocy padał śnieg. Zbudziłem się stary poeta. Między nami leżbfała zielona łąka, pokryta popiołem. Śniło mi się, żbfe pisałem wiersze”.ż0aNastępnie wraz ze znajomą ustawiłem się w długiej kolejce, by dostać podpis autora.ż0aż0a Tak się szczęśliwie złożbfyło, żbfe bylem równieżbf obecny w Opolu, kiedy Różbfewicz odbierał kolejny doktorat. Przyjechał wtedy do miasta na kilka dni i kiedy drugiego dnia wieczorem na spotkaniu w audytorium Muzeum Diecezjalnego miałem go publicznie przywitać jako dawny znajomy, ubiegła mnie niespodziewanie ascetyczna postać ks. arcybiskupa (wtedy jeszcze biskupa) Alfonsa Nossola. Podniósłszy się pierwszy z krzesła przemówił z właściwą sobie elokwencją tak serdecznie i pięknie, żbfe nie sposób było żbfałować, żbfe mi odebrał głos. Kiedy skończył, nawiązując do jego peanu, przepraszałem za nieśmiałość, skoro podejmowałem lutnię po Bekwarku i rozbawiłem audytorium opowiadając anegdoty i przypominając nasze wcześniejsze spotkania.ż0aż0a W Toronto do spotkania nie doszło. Różbfewicz bawił w Kanadzie z okazji wystawiania tam po angielsku jego sztuki ”Białe małżbfeństwo”. Zatrzymał się u znajomej i miałem ochotę pójść i najść go niespodziewanie. Dowiedziałem się jednak wcześniej, żbfe nie żbfyczył sobie wizyt, no, ew 3-4 osoby mógłby przyjąć. Nie próbowałem nawet.ż0aż0a Znany szeroko w świecie, a szczególnie wśród Anglosasów, Różbfewicz doczekał się ostatnio przekładów na język hiszpański. Takżbfe moje przekłady szeregu jego wierszy powędrowały do Madrytu, gdzie obchodzono dni polskiej kultury. Pamiętam, żbfe przed laty namawiano mnie do przekładania Różbfewicza. Teraz jużbf jest na to za poźno, ale pewien jestem, żbfe inni, młodsi, o nim nie zapomną.ż0a ż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇz_rozewiczem.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇTadeusz Różbfewicz, fot. arch. F. Śmiejiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ41ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇz_rozewiczem.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ300ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ526ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042200741ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12617ˇ1145537658ˇ8ˇ1145814409ˇ9ˇ4ˇ22ˇ2006ˇChrystus na krzyżbfuˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇTłumaczenie angielskiego napisu na drzeworycie Wilka Markiewicza:ż0aż0aAkceptuj losuż0aŚwiatła i cienież0aGdy szukasz niebaż0aA znajdziesz ziemię.ż0aUszy bez dźwiekuż0aOczy z niczym do ujrzeniaż0aUsta bez krzyku.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇchrist_mar25.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, drzeworytˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ49ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇchrist_mar25.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ566ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWilek Markiewiczˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042200849ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12618ˇ1145538279ˇ8ˇ1145814146ˇ9ˇ4ˇ22ˇ2006ˇKiedy myślę Ojczyzna... ˇO poezji Karola Wojtyły – Jana Pawła II. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ż0aˇ***image1:center***ż0aż0aż0aPoezja Karola Wojtyły – Jana Pawła II posiadająca swoistą głębię myślową, dostępna jest nawet dla przeciętnego czytelnika. Skłania do refleksji poprzez szerokie konteksty, jakie otwiera, kieruje jego uwagę ku sprawom wiecznym, a przy tym jest mocno zakorzeniona w historii i w problemach współczesnego świata. Twórczość literacka, zwłaszcza wielka, zawsze, w każbfdej epoce, skupiała uwagę na problemach człowieka. Jej zadaniem było porządkowanie chaosu świata, poszukiwanie w nim ładu, przewartościowanie rozchwianych tak często norm, relatywnych ocen, jednym słowem czynienie świata lepszym i piękniejszym, opartym na wartościach trwałych i mocnych. Ta romantyczna wiara w sprawczą moc słowa staje się programem literackim wielu twórców. Wybitny poeta austriacki, Rainer Maria Rilke, przejęty niepokojem egzystencjalnym, rozpamiętujący problemy żbfycia i śmierci, rolę poety łączył ze zgłębianiem tajemnic bytu i świata. W słynnych „Sonetach do Orfeusza” pisał: „A śmierci obcą nam sprawę kryje zasłona. Pieśń tylko niesie w przestrzenie chwałę i sławę”. (R. M. Rilke, Sonety do Orfeusza i inne wiersze. Wybrał i przełożbfył Adam Pomorski, Część I, sonet XIX, Kraków 2001, s. 415). Pieśń, a więc poezja, sztuka, uświęca i odzwierciedla najlepsze stany ducha.ż0aż0a Karol Wojtyła rozumiał sztukę właśnie jako misję, służbfbę człowiekowi. W „Liście do artystów”, a więc „do tych, którzy z pasją i poświęceniem poszukują nowych epifanii piękna, aby podarować je światu w twórczości artystycznej”, jużbf jako Jan Paweł II pisał „o szczególnym powołaniu artysty” i o relacjach między dobrem a pięknem - „Potęga Dobra schroniła się w naturze Piękna”. (Jan Paweł II, List do artystów (w: ) K. Wojtyła, Poezje, dramaty, szkice, Tryptyk rzymski, Jan Paweł II, Wstęp M. Skwarnicki, Kraków 2004, s. 563). Sztukę traktował zatem jako dziedzinę, która zbliżbfa człowieka do Doskonałości. Mówił o sztuce, która zbawia, która stoi „w obliczu Słowa Wcielonego”, która „zachowuje więź wewnętrznego pokrewieństwa ze światem wiary (tamżbfe s.564). Twórczość artystyczną łączył więc ze sferą przeżbfyć religijnych.ż0aż0a O roli poezji, jaką odgrywała w żbfyciu Karola Wojtyły – Jana Pawła II najlepiej świadczyć możbfe następująca wypowiedź Marka Skwarnickiego:ż0aż0a „(...) gdy konsekrował swego następcę na stanisławowską stolicę w Krakowie, arcybiskupowi Franciszkowi Macharskiemu w drogę powrotną z Rzymu do Krakowa dał w styczniu 1979 roku, jako swój pasterski, biskupi testament, świeżbfo napisany poemat Stanisław. Nie takie czy inne wskazania lub instrukcje, ale poemat” (M. Skwarnicki, Wstęp (do: ) Poezje, dramaty..., s. 20).ż0aż0a Nie tylko zresztą z tej przesłanki, ale równieżbf z zestawienia różbfnych tekstów, wyprowadzić możbfemy myśl, iżbf poprzez poezję, poprzez w ogóle utwory literackie, mówił o sprawach i problemach, jakie podejmował w głoszonej nauce, w homiliach, przemówieniach, komentarzach, pismach, a więc w wypowiedziach, które przekazywał światu jako przedstawiciel, a zarazem, w późniejszym czasie, hierarcha, zwierzchnik Kościoła Powszechnego. ż0aż0a W tym kontekście nie sposób nie dostrzec w jego twórczości inspiracji poezji romantyków: Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego, nade wszystko Norwida, a z późniejszej jużbf epoki, Wyspiańskiego. Szczególnie bliska była Karolowi Wojtyle – Janowi Pawłowi II poezja Norwida. Dawał temu wyraz wielokrotnie. Przywiązywał dużbfą wagę zarówno do zawartych w niej treści dotyczących człowieka, jak i do licznych wypowiedzi zwłaszcza nawiązujących do problemu tożbfsamości narodu i losów ojczyzny. Najlepszą ilustracją owych odczuć są myśli zawarte w przemówieniu okolicznościowym O Cyprianie Norwidzie w 180. rocznicę urodzin poety. Zwróćmy więc uwagę na takie sformułowanie: „Cyprian Norwid pozostawił dzieło, z którego emanuje światło pozwalające wejść głębiej w prawdę naszego bycia człowiekiem, chrześcijaninem i Polakiem” (tamżbfe, s. 580). ż0aż0a W tej krótkiej wypowiedzi zawarta jest jakby synteza owych poglądów. Ale ważbfne dla skomentowania wielu ujęć zawartych w utworach literackich Karola Wojtyły – Jana Pawła II, zwłaszcza jego postawy wobec ojczyzny i narodu, takżbfe wobec człowieka i jego obowiązków, są teżbf inne słowa dotyczące Norwida. Jan Paweł II pisał:ż0aż0a „Z wielkim bólem mówił Norwid, żbfe nie będą nigdy dobrymi patriotami, jeśli wpierw nie będą pracowali na swoje człowieczeństwo. Żeby bowiem móc rozwiązać zadanie: >co to jest Polakdzisiejszej Polski obywatelem (...) tylko trochę – przeszłej i dużbfo – przyszłej na krańcach bytuwielcy! – w prywatnych rzeczach: w publicznych? – prywatni!<” (tamżbfe, s. 582).ż0aż0a Głęboki patriotyzm Norwida określił więc hierarchię spraw: Człowiek – Naród – Ojczyzna, Przeszłość – Przyszłość. Z tego układu rodzi się sens – ład wewnętrzny człowieka i ład narodu. Przychodzi on spoza narodu, „ostatecznie jest od Boga”. Jan Paweł II mocno więc akcentował problem obowiązku wobec ojczyzny. Rozumiał go właśnie tak, jak ujmował owe sprawy Norwid, który powracał do nich w „Memoriale o młodej emigracji”. Pisał tu między innymi, iżbf zbiorowy obowiązek służbfby Ojczyźnie „składa się w naturze – z rzeczy z dwóch: z obowiązującego Ojczyznę dla człowieka i z obowiązującego człowieka dla Ojczyzny” (C. Norwid, Memoriał o młodej emigracji (w: ) tegożbf, Pisma wybrane, Oprac. Juliusz W. Gomulicki, tom 4, Proza, Warszawa 1968, s. 451). Relacje zatem są tutaj dwustronne. Nie ma Ojczyzny bez człowieka, ale jest teżbf wobec niej obowiązek – Ojczyzna nie możbfe istnieć bez zaangażbfowania się człowieka – narodu w jej problemy.ż0aż0a Cykl poetyckiej prozy Karola Wojtyły pt. „Myśląc Ojczyzna”, ale nie tylko ten cykl, to jakby dotykanie Norwida – literacka interpretacja znanej sentencji: „Ojczyzna jest to wielki – zbiorowy – Obowiązek”. Ale zarazem przez owe motywy dokonuje się tutaj jakby poszukiwanie i potwierdzanie własnej tożbfsamości i tożbfsamości narodu. W ten krąg problemowy wpisywane są jużbf pierwsze wersy utworu tego cyklu:ż0aż0a „Ojczyzna – kiedy myślę – wówczas wyrażbfam siebie i zakorzeniam, mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica, która ze mnie przebiega ku innym, aby wszystkich ogarnąć w przeszłość dawniejszą niżbf każbfdy z nas: z niej się wyłaniam...(...)” (K. Wojtyła, Poezje, dramaty..., s. 155).ż0aż0a Karol Wojtyła ujmuje więc problem w sposób głęboki, historyczny. Tu leżbfy klucz do zrozumienia nowych czasów, ich skomplikowanych spraw. Poszukiwanie i potwierdzanie tożbfsamości wiążbfe się z penetracją minionych wieków. W zacytowanym tutaj ujęciu ku tej tezie kieruje się sformułowanie: „przeszłość dawniejsza niżbf każbfdy z nas” – „z niej się wyłaniam”. Badanie zakorzenienia w dziejach i zamyślenie nad długim łańcuchem pokoleń wiążbfe się z wnikaniem w zawiłe zakamarki ludzkiej psychiki, z analizą wewnętrznych stanów i procesów. Wiedza historyczna uświadamia procesy przemijania, zanikania żbfycia, pozwala lepiej poznać ludzką kondycję, weryfikuje wiedzę o człowieku.ż0aż0a Historiozofia dziejów w tej relacji ma mocne oparcie w przekazach biblijnych. Karol Wojtyła myśli tutaj o „Księdze Rodzaju”, a więc sięga do źródeł, do prapoczątku. Dziejom towarzyszy nieustanna walka, przenikanie się „dobra” i „zła” – symbolizuje je starotestamentowe „drzewo wiadomości dobrego i złego”, a więc pierwszy, dany od Boga w praczasach, u początku drogi człowieka, „kodeks” zasad wartościujących jego czyny. Ale jest jeszcze „Kościół sumień” – nieoceniony skarb wolności, który sprawia, żbfe człowiek zawsze stać będzie na rozdrożbfu pomiędzy „dobrem” a „złem” i podejmować próby odkrywania filozofii żbfycia, poszukiwania, bezskutecznie zresztą, bytowej pełni. Historia bowiem nie wartościuje, nie wyręcza człowieka, stawia go u początku drogi, na której jedynym drogowskazem jest jego sumienie. Poeta formułuje retoryczne pytanie: „Czyżbf możbfe historia popłynąć przeciw prądowi sumień?”. Pojawiająca się tużbf zaraz obok metafora „Kościoła sumień” ma w tym utworze szczególną wagę. Nacechowanie świętością sytuuje ludzkie sumienie ponad biegiem historii, ocala, regeneruje i zbawia. Odwołuje się do wyżbfszego wymiaru ludzkiej egzystencji, do wymiaru ducha. Szczególnie wymowne jest tutaj następujące ujęcie:ż0aż0a „W którą stronę podążbfają sumienia? W którą stronę narasta historia naszej ziemi? Drzewo wiadomości nie zna granic.ż0aż0a Granicą jest tylko Przyjście, które zmaganie sumień i tajemnice dziejów połączy w jednym Ciele – i drzewo wiadomości zamieni w Źródło Życia wciążbf wzbierające.ż0aż0a Lecz dotąd dzień każbfdy przynosi to samo rozszczepienie w każbfdej myśli i czynie, z którego Kościół sumień rośnie w korzeniach historii.ż0a (Myśląc Ojczyzna, powracam w stronę drzewa...)ż0a ż0a Ostateczne zwycięstwo Dobra, wiara w siłę Miłości („Miłość sama równoważbfy los”) nie likwidują jednak niepokoju o los świata. Dlatego „czuwanie jest słowem Pana i słowem Ludu”, które ludzkość przyjmować będzie ciągle na nowo. Nadzieja płynie więc z Ewangelii, z krzepiących słów Pisma Świętego. Ale ewangeliczną miłość przerasta nienawiść.ż0aż0a Zamyślenie nad dziejami, nad siłą sprawczą tych dziejów i procesami przeobrażbfeń sfery ludzkiej psychiki, a takżbfe zafascynowanie pięknem świata i pięknem sztuki oraz stąd wywodząca się cała „filozofia piękna”, to ważbfne motywy całej twórczości Karola Wojtyły. W ten zatem sposób dokonuje się w twórczości poety powrót do źródeł. Odbywa się on w momencie, gdy we współczesnym świecie coraz bardziej daje się odczuć niechęć do poszukiwań odpowiedzi na pytania o sens ludzkiego żbfycia, o przyczyny i cel biologicznego trwania. Filozofowie i psychoanalitycy wręcz obsesyjnie próbują udowadniać, żbfe pytania o owe problemy rodzą się w umysłach ludzi po prostu dotkniętych psychiczną niedyspozycją. W czasach współczesnych, w dobie szerokiej akceptacji teorii postmodernistycznych, upowszechnia się twierdzenie – zacytujmy tu słowa Józefa Tischnera – „żbfe filozofią i postawą odpowiadająca demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, a ci, którzy myślą inaczej, nie są godni zaufania” (J. Tischner, Nieszczęsny dar wolności, Kraków 1993, s. 211). W tej sytuacji zaangażbfowanie autorytetów w procesy przywracania właściwej rangi nadwerężbfonemu słowu wydaje się szczególną potrzebą bieżbfącej chwili. Taką rolę pełni poezja Karola Wojtyły. W encyklice „Centesimus annes” Jan Paweł II surowo ocenia patologie współczesności (zob. M. Zięba, Papieżbfe i kapitalizm. Od Rerum novarum po Centesimus annus, Kraków 1998, zwłaszcza rozdziały III i IV), a zarazem daje diagnozę współcześnie rozwijających się zjawisk. Formułuje ostrzeżbfenie: „Historia uczy, żbfe demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zamaskowany totalitaryzm” (Jan Paweł II, Centesimus annus).ż0aż0a Powstaje więc problem, jak ocalić najwyżbfsze wartości, jak je zachować, jak zagospodarować wolność, równieżbf wewnętrzny jej aspekt. Cykl „Myśląc Ojczyzna” oraz „Wigilia Wielkanocna” 1966 i poemat „Stanisław”, utwory pisane w niewielkich odstępach czasu, przed wstąpieniem Karola Wojtyły na stolicę Piotrową, stwarzały więc okazję do reinterpretacji tego kręgu zagadnień. W centrum myślowym skupiającym się wokół motywu ojczyzny znalazły się zatem równieżbf takie pojęcia jak: ziemia – naród – człowiek – Kościół – historia, a takżbfe wolność – niewola, przemoc-tyrania oraz język – mowa – słowo. Przenikanie się tych spraw najczęściej nie jest pozbawione dramatów. Tożbfsamość narodu, jego wolność, samostanowienie, trwanie, związane są z tym, co potrafi on z tradycji zachować i przekazać potomnym, co potrafi zatrzymać w zbiorowej pamięci i w zbiorowej psychice. Problemowi mowy, języka Karol Wojtyła – Jan Paweł II poświęca w swojej poezji wiele uwagi. W utworze z cyklu „Myśląc Ojczyzna” o sprawach tych mówi wyraźnie:ż0aż0a „Tak zwarci wśród siebie jedną mową, istniejemy w głąb własnych korzeni, czekając na owoc dojrzewań i przesileń. (...) Lud żbfyjący w sercu własnej mowy pozostaje poprzez pokolenia tajemnicą myśli nieprzejrzanej do końca, (...) Poza mową otwiera się przepaść”.ż0a (Gdy dokoła mówią językami...)ż0aż0a Język, mowa („mieszkamy w języku”) to ważbfne elementy narodowej tożbfsamości. Język jednoczy społeczeństwo, a przy tym ocala wszystko, co niweczy czas. Karol Wojtyła problematykę tę mocno wiążbfe z historią narodu i rozpatruje w aspekcie idei wolności. Wolność bowiem – jak pisał Józef Tischner – jest „łaską wszystkich łask” (J. Tischner, s. 10). Nie wystarczy zatem ją posiadać. Trzeba organizować dla niej przestrzeń wewnętrzną, pielęgnować ją w sobie samym, ale i wpisywać niejako w dzieje narodu, czynnie uczestniczyć w pracach na jej rzecz, zmagać się z jej zagrożbfeniami. Tak zatem ujmuje owe problemy Karol Wojtyła. Zacytujmy więc jedną z charakterystycznych wypowiedzi:ż0aż0a „Wolność stale trzeba zdobywać, nie możbfna jej tylko posiadać. Przychodzi jako dar, utrzymuje się przez zmaganie. (...) Całym sobą płacisz za wolność (...). Tą zapłatą wchodzimy w historię i dotykamy jej epok”.ż0a (Docieram do serca dramatu... )ż0a ż0a W ten sposób Karol Wojtyła – Jan Pawel II udziela niejako, zgodnie z charakterem swoich utworów, lekcji medytacji, zamyślenia nad filozofią dziejów i filozofią ludzkiego żbfycia, w którym przede wszystkim liczy się nie bierne, bezradne trwanie, lecz czynne uczestnictwo w procesach dziejowych. Takie właśnie doświadczenie narodu nawarstwiające się w wymiarze czasu historycznego stanowi o jego zbiorowej świadomości i tożbfsamości. Tak więc sygnalizowane tutaj problemy otrzymują wymiar duchowy. W historię narodu, w dzieje jego walki o wolność, wpisana jest historia Kościoła. Splotła się z nim nierozerwalnie. Kościół „jest ojczyzną: bowiem w niej dom Ojca się poczyna, z niej się rodzi”. Zawiązuje się przymierze przez „słowo i krew”, przez miecz, krew męczeńską, przelaną u zarania polskiego chrześcijaństwa, oraz przez słowo prawdy, przestrogi, autentycznej troski o zbiorowy los społeczności żbfyjącej na tej ziemi. Następuje więc zderzenie Dobra i Zła na „ziemi trudnej jedności”. I tu, w poemacie pisanym jeszcze w Krakowie, powraca kardynał Karol Wojtyła do metefory - symbolu progu, a zatem do tej językowej figury, która w całej jego poezji pełniła rolę niezwykle istotną. Określa on – zwłaszcza w tym utworze – miejsce, moment, od którego wszystko się zaczęło.ż0aż0a Tutaj musi się pojawić tytuł i problem poematu: „Stanisław”, a dalej jakżbfe bogata w znaczenia sentencja wywodów zawarta w myślowym skrócie: „To imię” – i tużbf zaraz obok sformułowane pytanie retoryczne: „Skąd wyrosło to imię?” Nie trzeba na nie odpowiadać. Historyczna postać o tym imieniu jest niejako znakiem czasu. „To imię”, a więc Stanisław biskup-męczennik, splotło się bowiem z dziejami narodu, stało się więc symbolem, drogowskazem, skrótem historii. Stało się teżbf niejako znakiem czasu, który ustawicznie się zmienia, ale wiecznie trwa. Jest więc mocnym punktem na drodze narodu i na drodze człowieka ku Nieskończoności. Perspektywa ta pojawia się zwłaszcza w ostatnich fragmentach poematu. Motyw samolotu, jego lot nad ziemiami Ojczyzny, który możbfna odczytać jako symboliczny znak współczesności, podkreśla nie tylko czasowy dystans pomiędzy epokami, ale i utrzymywanie się, niezależbfnie od czasu, wyraźnej wspólnoty ludzkiej kondycji, zbiorowych dążbfeń. Dążbfenia te budzą nadzieje na ocalenie i ciągłe odradzanie się z wieku na wiek autentycznych wartości.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇjacek.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇJacek Gwizdka, Modlitwa, fotografiaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ58ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇjacek.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ524ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇZbigniew Andresˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042200858ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12623ˇ1145540852ˇ8ˇ1145814016ˇ9ˇ4ˇ22ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Z duchami w tle.ˇDalszy ciąg wspomnień rodzinnych pokazujący odchodzący świat dworów i polskiej tradycji, oglądany oczami dziecka.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ˇ***image1:left*** Wszędzie było bardzo niebezpiecznie. Na wsiach, zwłaszcza w dworach polskich każbfda noc była niepewna, pełna lęku. Przychodzili zbrojni partyzanci po prowiant, ale nigdy nie było wiadomo, którzy na ten raz - swoi czy obcy, akowcy czy upowcy. Wezmą dobrowolnie czy siłą i czy z żbfyciem zostawią?ż0aż0a Rodziny z dziećmi poprzenosiły się do miasteczka, zajmując puste domy po Żydach. Lila z dziećmi teżbf się przeniosła. Wacek wynajął dla nich pół drewnianego domu, bardzo sympatycznego, przy ulicy Chełmskiej, koło starej szkoły. Oba zabytki stoją do dzisiaj. Sam dzielnie wytrzymywał. Jako właściciel majątku ziemskiego Wiszniów pod Hrubieszowem, był znakomitym gospodarzem i fachowcem. Dzięki niemu i my od czasu do czasu otrzymywaliśmy coś z dóbr. Bardzo dbał o rodzinę i szalenie kochał swoje śliczne dzieci - Ijunię (Marylę) i Eniego (Andrzeja).ż0aż0a Na naszym przedmieściu pojawiło się kilka rodzin przybyłych z Poznania i z Warszawy. Natomiast wyjechali Wojtysiakowie, właściciele domu, w którym mieszkaliśmy, chyba dlatego, żbfe on był granatowym policjantem. Do ich mieszkania przyjechała gromadka dzieci państwa Andrzeja i Marii Komornickich i syn państwa Szułdrzyńskich z opiekunką, starszą, nobliwą panią. Przywieziono ich końmi z odległego o 17 km majątku Mircze. Najstarsza Enia - moja rówieśnica i czterech chłopców: Iko, Tunio, Boba i Zyg – w kolejności urodzenia - dostarczali mnie i bratu Julkowi wielu przeżbfyć i wspomnień.ż0aż0a Ot, chociażbfby niezwykle obchodzony dzień św. Mikołaja. Przyznam, żbfe z taką tradycją, jeśli to tradycja, nie spotkałam się nigdy i nigdzie. Każbfde dziecko otrzymało jako prezent coś w rodzaju przebrania na głowę,charakteryzującego jego wadę, np. Boba dostał ośle uszy, pięknie wykonane z papieru i bibułki,. zapewne przez guwernantkę. Iko - długi język przyczepiany co brody, a Tunio - knebel. Co dostała Enia, co my oboje z bratem? - nie pomnę. Oczywiście wszystkie dzieci dostały woreczki z pierniczkami, Mikołajem i słodyczami domowej, dworskiej kuchni. Byliśmyż0auszczęśliwieni i pamiętamy to zdarzenie do dzisiaj.ż0aż0a W końcu sierpnia, w piękne lato 1943 r. przysłano po nas konie z Mircza. Pojechaliśmy na proszony obiad do dworu. Pewnie była to jakaś szczególna okazja, ale nie wiem jaka. Możbfe imieniny pani Marii Komornickiej w Matki Bożbfej Częstochowskiej? - Podjechaliśmy pod dużbfy, piętrowy budynek, który nie przypominał w niczym polskiego dworu, raczej miejską kamienicę. Powiedziała mi Enia, żbfe stary dwór spalił się chyba podczas I wojny światowej, a to był budynek administracji majątku. Mieszkała tam, mimo niebezpieczeństwa, pani Kisielnicka, matka pani Komornickiej i ona była główną gospodynią, podejmującą małych gości. Zasiedliśmy przy dużbfym stole w obszernej jadalni na pierwszym piętrze. Otaczał nas ogród, park ze starymi drzewami, które zawsze uwielbiałam. W jadalni panował przyjemny chłodek, otwarte były szeroko okna. Wnoszono potrawy zaczynając podawanie ode mnie. Nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego co to znaczy i przy deserze popełniłam „faux pas”, nakładając ogromną porcję kremu, który w wojennej rzeczywiści był czymś nadzwyczajnym i mogło go zabraknąć dla innych. Julek słusznie był oburzony i zawstydzony moim brzydkim zachowaniem. W domu naskarżbfył na mnie do mamy i powiedział, żbfe przyniosłam mu wstyd i więcej ze mną nigdy jużbf nie pojedzie. I nie pojechał, bo nie było okazji. Czułam się okropnie. Jaka egoistka! To była nauczka na całe żbfycie. ż0aż0a***ż0a Dla wypełnienia czasu wieczorami, w okropnie długie, zimne zimy i aby mieć kontakt z ludźmi urządzało się "herbatki" bez herbaty. Piło się napar z suszonych skórek jabłkowych, wiecznie zalegających na kuchennej płycie, które dawały bardzo przyjemny zapach w całym domu. Nie daj bożbfe, gdy się spaliły!ż0aż0a Gości częstowano niezmiennie sałatką jarzynową z dużbfą ilością gotowanych ziemniaków, buraczków ćwikłowych, marchewki i małej fasoli. Miała różbfowawy kolor bardziej lub mniej mocny, w zależbfności od ilości śmietany. Niektóre panie dawały ogórek kiszony, zdecydowanie zaostrzający smak. Luksusem okupacyjnym był fasolowy tort, polska specjalność od Warszawy po Hrubieszów. Robiło się teżbf „cukierki" na czas świąteczny z mielonych płatków owsianych, masła, cukru i jeśli było kakao, obtaczano w tym specjale. Formowane na dłoni kuleczki wielkości orzechów włoskich, należbfało potrzymać na zimnie. Czegożbf to ludzie nie wymyślili, żbfeby żbfycie przybliżbfyć do normalności!? "Herbatki" sprzyjały kontaktom, zdobywało się wiadomości z frontu, czytało się podziemne gazetki. Były teżbf wieczory poezji, seanse spirytystyczne, czasem potańcówki przy patefonie i przedwojennych płytach. Chociażbf w naszym domu była. gromadka młodzieżbfy, mama nigdy na tańce nie pozwoliła uważbfając, żbfe na taką rozrywkę czas nie jest odpowiedni. Jednak pomogła Jasiowi Piątkowskiemu zorganizować bal karnawałowy w Czumowie, na który pojechała Ela. ż0aż0a Przygotowania do tego balu nad balami odbywały się wieczorami u nas i trwały dość długo ponieważbf robiło się ręcznie śliczne, kolorowe, pracowite kotyliony. Czy dzisiejsza młodzieżbf wie co to takiego? - Z lśniących wstążbfek zakupionych u Gajzera, z mini figurek gipsowych czy artystycznych główek wykonywało się identyczną parę ozdób różbfnych kształtów i pomysłów artystycznych, które wybierały panie osobno, panowie osobno. Los szczęścia lub pech łączył dwa identyczne kotyliony w parę, która obowiązkowo musiała przetańczyć "kotylionowego walca", a mogła i resztę tańców przetańczyć razem, jeśli się poszczęściło. Pamiętajmy jednak, żbfe do dobrych manier wychowania towarzyskiego należbfało zatańczyć chociażbf jeden taniec z każbfdą panną. Nie było więc "skrobiących pietruszkę", nie było teżbf zwyczaju, aby panny tańczyły ze sobą lub indywidualnie. Te zwyczaje wzięły się jużbf grubo po wojnie, chyba z braku partnerów. Kotyliony były atrakcją pełną emocji, zwłaszcza w momencie odkrywania losowego partnera i pamiątką, która zostawała po balu wraz ze wspomnieniami. Eli kotylion, bardzo piękny, długo plątał się w szufladzie, a przedstawiał diabełka z widłami na czerwono-czarnej wstążbfkowej rozecie.ż0aż0a W przeddzień balu smażbfono u nas pączki tzn. robiła je moja mama, a my niby pomagaliśmy. Ileżbf to było emocji z powodu ciasta, które najpierw nie chciało rosnąć, a potem rosło zbyt szybko. Nie wolno było chodzić, ruszać się, a nawet głośno mówić, bo to wszystko miało wpływ na udane lub nie udane, drożbfdżbfowe ciasto. Udało się wspaniale, choć lukier robiony w Czumowie zgrzytał pod zębami z powodu nowej donicy (makutry), która puściła rdzawą mączkę.ż0aż0a Dzisiaj myślę, żbfe te przygotowania dały nam więcej radości niżbf sam bal w pałacu, pełnym niemieckiego wojska. Tyle, żbfe granica na Bugu zimą 1942 r. jużbf nie istniała. A Jaś zaraz potem wyjechał do Lwowa na Politechnikę. Latem pojechała do Czumowa ciocia Milusia z Warszawy i my z Julkiem po kolei spędzaliśmy tam wakacje. Niestety, nie były jużbf takie, jak te sprzed wojny.ż0aż0a Po tym sławetnym balu, zaczął u nas bywać kolega Jasia - Henryk Podwiński zwany Bocianem (możbfe to był pseudonim partyzancki?). Pojawienie się tego drągala, blisko dwumetrowego, ożbfywiło na jakiś czas żbfycie towarzyskie w naszym domu. Pełen humoru, dowcipnych pomysłów zabawiał nie tylko młodzieżbf, np. wykorzystując swoją sylwetkę do chińskich cieni, które prezentował za pomocą szczotki do zamiatania podłogi, kapelusza i płaszcza. Czarne, okupacyjne zasłony na okna doskonale spełniały rolę ekranu, a przy migotliwym, nikłym świetle lampy naftowej, odbijająca się sylwetka dawała złudzenie ruchu. Heniek grał tajemniczego mężbfczyznę, który rósł w oczach, kapelusz balansował na kiju, a ramiona unosiła szczotka, oczywiście niewidzialna pod płaszczem. Gibał się, pochylał, rósł i malał karykaturalnie, a my pękaliśmy ze śmiechu. Od czasu, gdy wstąpił do AK słuch po nim zaginął Poszedł do lasu przygotowywać się do walki o Polskę. Podczaj tej wojny wyginęła nasza najwspanialsza młodzieżbf. Niepowetowane straty!ż0aż0a W tym czasie, w środku wojny, cała nasza czwórka uczyła się. To, mimo wszystko, były najspokojniejsze dla nas lata (1942-43) i kontakt z ojcem był nieprzerwany. Tata przysyłał nam swoje paczki z PCK (Portugalskiego Czerwonego Krzyżbfa), w których bywało kakao, czekolada, kawa, chałwa, jakieś szprotki czy sardynki, coś z ubrania wojskowego np. ciepłe skarpety dla chłopców czy uniwersalne podkoszulki. Część tych prowiantów mama sprzedawała, aby uzyskać grosz na opłaty i opał, część zostawiała dla nas. ż0aż0a Kiedy było w miarę normalnie, mama starała się o kontakty towarzyskie dla starszego rodzeństwa. Przychodzili do nas z wizytą państwo Iwaszkiewiczowie z Poznania. Pani w wieku mamy, czyli średnim, bardzo miła, inteligentna i rozmowna oraz dwoje dorosłych prawie dzieci: starsza Jasia i młodszy nieco, bardzo przystojny Romek. Wtedy po podwieczorkowej herbatce, przygotowywało się okrągły stolik bez gwoździ, papier wycięty na kształt stolika z amerykanki do bilansów dla księgowych, na którym w krąg wypisane były ołówkiem wszystkie litery alfabetu, cyfry od 0-9, chyba rzymskie i dwa słowa na średnicy koła: "tak" i "nie". Do tego konieczny był talerzyk średniej wielkości z zaznaczoną wyraziście strzałką.ż0aż0a Dorosłe osoby, przeważbfnie w liczbie 6-7 siadały ciasno wokół stolika trzymając opuszki palców na odwróconym talerzyku. Zewnętrzne palce musiały stykać się ze sobą. Wybierano medium i zaczynał się seans spirytystyczny czyli wywoływanie duchów. Niesamowita atmosfera skupienia, kompletna cisza, prawie ciemno, tylko dwie świeczki choinkowe, konieczne do odczytywania odpowiedzi. Twarze pełne napięcia, ledwie rozpoznawalne. Ja w kącie na kufrze pełna strachu, ale i ciekawości. ż0aż0a- Duchu, duchu, przybądź. - Duchu, ducha, czy jesteś? - talerzyk zaczyna wyprawiać brewerie, jeździ po całym papierze, wreszcie trafia na słowo "tak". - Duchu, duchu, kim jesteś? - "P I Ł S U D S K I”. – Duchu marszałka powiedz nam, kiedy skończy się wojna? ż0aż0a I tu następowała konsternacja, bo nigdy odpowiedzi nic były zadowalające, a wręcz później posądzano, żbfe ktoś za mocno ciągnął za talerzyk. No i tak pewnie było.ż0aż0a Zadawano kolejne pytania śledzono odpowiedź, która wcale nie była ani jednoznaczna, ani łatwa do poskładania z poszczególnych liter. Czasem wszystkie odpowiedzi były tak zagmatwane, tak niezrozumiałe, żbfe mama pojawiała się z zakamarków kuchni, bo nigdy nie brała w tym czynnego udziału i przerywała posiedzenie proponując np. kisielek. Oznaczało to: koniec seansu.ż0aż0a Była zima 1942 r. Wszyscy pragnęli zakończenia wojny i to jak najszybciej, na najbliżbfszą wiosnę. Pamiętam dobrze, bo szok był niesamowity - duch wskazał „maj 1945", Nikt nie uwierzył.ż0aż0a Za sprawą ducha dowiedzieliśmy się takżbfe kiedy wróci ojciec. Strzałka powoli, ale bardzo zdecydowanie i wyraźnie wskazała "14 czerwca 1945". Znowu nie uwierzyliśmy, a nawet była dyskusja czy prawidłowo odczytano, czy to nie matactwo jakieś z talerzykiem. Było to przecieżbf nie możbfliwe. Znowu szok, bo data była precyzyjna! - I cóżbf powiedzieć? – męczyliśmy duchy dla własnej niecierpliwości i z ciekawości, a i tak nie dawaliśmy wiary . Słusznie kościół katolicki zakazuje. Nie wolno tego czynić. 1 to był ostatni raz.ż0aż0a***ż0a W małym Hrubieszowie świetnie pracowała kilkunastoosobowa grupa pracowników Polskiego Czerwonego Krzyżbfa (PCK) ze wspominanym doktorem medycyny Władysławem Kuczewskim z Kryłowa. Eli zadaniem m.in. była opieka nad polskimi jeńcami przebywającymi zarówno w Oflagach, jak i w Stalagach niemieckich. Przychodziły listy z adresami konkretnych osób i tym zgłoszonym wysyłało się imienne paczki żbfywnościowe, zwłaszcza przed świętami katolickimi.ż0aż0a Organizowana akcja musiała mieć charakter konspiracyjny i angażbfować nie tylko osoby pewne i zaufane, ale i chętne do działalności charytatywnej. W skład każbfdej paczki wchodziły cwibaki, takie wysokokaloryczne suchary, które piekła prywatna piekarnia na ul. Kilińskiego (dzisiaj budynek ten jużbf nie istnieje). Ciasto z białej, pszennej mąki zawierało dużbfo jaj, było dość pulchne i słodkawe. Formowało się najpierw ogromny placek, potem kroiło w prostokąty wielkości standardowych sucharów, pieczonych dla wojska. Żeby pulchne ciasto nie puchło, trzeba było je równymi rządkami nakłuwać widelcem. Cała nasza rodzina chodziła pomagać przygotowywać je dla piekarzy. Prace szły taśmowo i w ścisłej kolejności, partiami na bieżbfąco i do pieca. Moim zadaniem było nakłuwanie. Właziłam po stołku na wysoki, piekarski stół i dziurkowałam. Jednak Julek robił to dużbfo szybciej. I dobrze, bo tych sucharów było dużbfo. Piekarnia piekła je całą noc. A my gdzieś tak, przed północą wracaliśmy chyłkiem do domu uważbfając, żbfeby nie natknąć się na patrol niemieckich żbfandarmów.ż0aż0a Drugi raz w żbfyciu przeżbfyłam godzinę policyjną narzuconą Polakom przez generałów: Jaruzelskiego i Kiszczaka. Ta ostatnia, w stosunku do okupacyjnej była groteską, tyle, żbfe bardzo irytującą.ż0aż0a W kolejnych wspomnieniach opowiem moje silne przeżbfycie pierwszego dnia stanu wojennego z grudnia 1984 roku.ż0aż0a***ż0a W okresie zimowych ferii (były tylko jedne dwutygodniowe od 23 grudnia do 7 stycznia) przygotowywaliśmy konspiracyjne „Jasełka”. Teksty pisane specjalnie, z aluzjami i podtekstami politycznymi, służbfyły pokrzepieniu serc. Schodziliśmy się na próby do domu prywatnego przy ul. Szpitalnej. Dom pamiętam, nazwisk nigdy nie znałam. Przedstawienia odbywały się w największym modernistycznym pokoju, w przedwojennej willi. Mieściło się tam około 20 osób i improwizowana scena.ż0aż0a Oboje z Julkiem umieliśmy nasze role i wiersze, ale przy próbach opanowaliśmy wszystkie inne teksty i we dwójkę potrafiliśmy odstawić całe przedstawienie. Do dzisiaj plączą się mi po głowie jakieś fragmenty. Dla przykładu: mała satyra na niemiecką biurokrację. Toczy się rozmowa: "...wiesz, gdzie drzewo wożbfą chłopy? - urzędników tam z pół kopy. Każbfdy jest potrzebny wielce. Jeden kłania się butelce, a gdy ujrzy na dnie pusto, bierze się za rybołóstwo. A gdy pogoda zawiedzie, siadł przed biurkiem po obiedzie i ...najmilsza, najdrożbfsza pani Wandeczko, pani moją jedyną sympatią”. A mój wierszyk zaczynał się od słów: "czy myślicie, żbfe w lesie choinki nie będzie?"ż0aż0a Aktorką byłam marną, tylko wrodzona sumienność rekompensowała niedostatki talentu i pewnie tylko dlatego powierzano mi jakieś rólki. Zaowocowało to tym, żbfe w dwa lata później sama zorganizowałam teatr podwórkowy u sąsiadów przy ul. Zamojskiej.ż0aż0a Układałam teksty nigdy nie napisane, uczyłam wymowy i gestów, żbfądałam dyscypliny, a wręcz posłuszeństwa, dobierałam role i- aktorów, urządzałam scenę i widownię oraz zapraszałam widzów. ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0a***image4:center***ż0aż0a***image5:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇmama_na_balu.jpgˇˇzdjecie_2_001.jpgˇzdjecie_3.jpgˇzdjecie_4.jpgˇˇˇˇˇˇMama w czasach panieńskich na balu w Czernichowie w stroju Greczynki.ˇˇZiutek Piątkowski, najmłodszy z rodzeństwa (jużbf nie żbfyje), Józef urodził się jużbf po śmierci swojego ojca, Józefa. Matka jego, Maria z de Schmieden-Kowalskich, ciocia Niusia, dzierżbfawczyni Czumowa, zm. 5 lutego 1941 roku i jest pochowana w Wiszniowie.ˇLila, Maria Piątkowska. To jej ślub opisywałam w Hrubieszowie w 1938 roku z Wacławem Banaszkiewiczem. Byli właścicielami Wiszniowa. Mieli pięcioro dzieci: Maryla-Maria (Ijunia), Andrzej-Eni, Zosia – zmarła w dzieciństwie, Barbara i Jan. Żyje troje: Maryla w Bielsku-Bialej, Andrzej w Gliwicach i Jaś w Krakowie. ˇJaś, Jan Piątkowski ur. w 1922 roku, syn Józefa i Marii z de Schmieden-Kowalskich. Po śmierci matki był odpowiedzialny za gospodarkę Czumowa, Mial w pałacu dużbfy pokój, gosposię i czasem tam bywał. Studiował we Lwowie na Politechnice i został konstruktorem statkow. Całe zycie przepracował w stoczni gdańskiej, jako konstruktor-inżbfynier. Zna języki, bawi się w tłumaczenia, mieszka w Gdyni. ˇˇˇˇˇˇ9ˇ16ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇmama_na_balu.jpgˇˇzdjecie_2_001.jpgˇzdjecie_3.jpgˇzdjecie_4.jpgˇˇˇˇˇˇ400ˇˇ350ˇ350ˇ350ˇˇˇˇˇˇ584ˇˇ520ˇ578ˇ577ˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042200916ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12641ˇ1145544299ˇ8ˇ1147195329ˇ8ˇ4ˇ22ˇ2006ˇRODY POLSKIE. TYSZKIEWICZOWIE. Połąga.ˇPołąga jest trzecią cześcią opowieści o rodzinie Tyszkiewiczów. "Tyszkiewiczowie" są materiałem opracowanym na podstawie licznych podróżbfy, zbierania dokumentacji, badań archiwalnych na Litwie i w Stanach Zjednoczonych, z wykorzystaniem rękopiśmiennej literatury pamiętnikarskiej oraz nagrania rozmowy sprzed 20 lat rządcy Józefa Tyszkiewicza. Stanowią część książbfki: "Tyszkiewiczowie. Od Landwarowa do Los Angeles".ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aˇDruga połowa XIX w.ż0aż0a Położbfona tylko o 12 km od Kretyngi, odziedziczona Połąga była kiedyś mało uczęszczaną wioską rybacką. Legenda głosiła, żbfe w 1824 roku na wypoczynek przyjechał tu Adam Mickiewicz i zamieszkał w chacie rybaka. Ale tak poza tym nie była to miejscowość nastawiona na turystykę. Słynęła ze wzgórza zwanego Birutą Tu, nad morzem palił się niegdyś święty ogień, na cześć Boga Perkunisa, którego strzegła piękna wajdelotka Biruta, porwana przez Kiejstuta, późniejsza matka Witolda. „Święta Palanga” – mówili Żmudzini, bo sądzili żbfe za morzem świat się kończy. Połąga była przez wiele lat jedynym portem Litwy i Żmudzi, gdzie przywożbfono towar, drzewo, ziarno, len i konopie. Oprócz bursztynu (to tu przebiegał „szlak bursztynowy”) możbfna było sprzedawać kupcom rzymskim skóry, futra, miód i wosk, w zamian za naczynia z brązu, złote ozdoby itd.ż0aż0a Połągowska letnia rezydencja Tyszkiewiczów rozbudowywała się powoli. Na początku był tu tylko niedużbfy, drewniany dwór, a obok oficyna i stajnie. Dwór rozbudowywano prawie co roku. Najpierw dobudowano jadalnię i salon. Z innej strony apartament oraz piętro korytarzowe z pokojami. Do tego dookoła powstały dużbfe kryte werandy, które służbfyły za wakacyjne jadalnie. Kolacje jadało się przy świecach chronionych szklanymi kloszami przed ćmami. Nawet deszcz nie był przeszkodą, żbfeby jak najwięcej czasu spędzać na świeżbfym powietrzu. W pobliżbfu domu urządzono bardzo skromny park, ponieważbf rośliny nie chciały rosnąć na piaszczystym gruncie. W parku ciągle budowano nowe wypoczynkowe wille, np. willa „Waka” dla rodziny brata hr. Józefa z Waki, Jana Emanuela. Postawiono teżbf budynek teatralny i budynek z salą balową. Kanalizacji w willach nie było, bo wychodzono z założbfenia, żbfe latem jest to zbyteczne, gdyżbf kąpiel morska powinna wystarczyć.ż0aż0a „Sezon połągowski” zaczynał się zwykle od początku czerwca. Wczesnym rankiem zajeżbfdżbfały pod dom w Kretyndze fornalki i służbfba pakowała co się dało. Wprawdzie nadmorskie wille były urządzone, ale każbfdy miał jakiś swój ukochany mebelek, więc na wozach znajdowały się oprócz kufrów z ubraniami i pudeł na kapelusze, równieżbf stoliczki, sekretarzyki, toaletki. Furmanki ruszały rano, Tyszkiewiczowie wraz z całym zastępem domowników i służbfby przyjeżbfdżbfali wieczorem. Rozpakowywano się przy świetle świec, gdyżbf lampy były jeszcze popakowane i wietrzono przestronne wille, żbfeby pozbyć się zapachu stęchlizny po zimie. Po paru dniach wszystko jużbf było zagospodarowane. Zwożbfono zapasy jedzenia, kiełbasy, wędliny litewskie, konfitury i soki z Kretyngi, mąki i kasze z folwarków, inne produkty z Libawy. Apteczka zapełniała się po brzegi. Pod ścianami poukładane równo głowy cukru, które należbfało potem tłuc, skrzynie z rodzynkami i różbfnymi przyprawami sięgały sufitu. Świeżbfe owoce dostarczane były codziennie z ogrodów Kretyngi. W każbfdym razie głód nikomu nie groził. Około połowy czerwca zaczynali się zjeżbfdżbfać tzw. „kąpielnicy” z różbfnych stron, z Moskwy, Petersburga, Wilna, Kowna, Kazania i z Warszawy. Byli to prawdziwi amatorzy kąpieli, bo na wygody w Połądze nie mogli liczyć. Nieliczne wille zarezerwowane były dla rodziny i sąsiadów, pokoje u miejscowej inteligencji teżbf i to z rocznym wyprzedzeniem. Zostawały tylko chaty rybackie oraz biedne domy na obrzeżbfach miasteczka. Ale widać słońce, plażbfa, las sosnowy i wspaniale powietrze były wystarczającym powodem, żbfeby przez te parę miesięcy zgodzić się na różbfne niewygody. „Kąpielnicy” przyjeżbfdżbfali koleją do Libawy, a stamtąd końmi do Połągi. Pod Libawą trzeba było jechać nad samym morzem, bo innej drogi nie było. Jedno koło zanurzone w wodzie, a drugie toczyło się po piasku, bo w tym miejscu piasek był ubity. Potem droga wiodła przez las. Wszędzie czuło się słony zapach morza, słońce przebłyskiwało przez konary drzew i śpiewały ptaki. Ale po takiej podróżbfy wszystkie kufry i paczki, przywiązane pasami do wozu, były białe od kurzu.ż0aW tym czasie zaczynała się teżbf zjeżbfdżbfać stopniowo rodzina, sąsiedzi i przyjaciele. Zwykle jako pierwsi lokowali się Mielżbfyńscy, potem przyjeżbfdżbfał brat hr. Józefa, Jan Witold Emanuel z Waki z rodziną. Wszystkim imponowała żbfona Jana Witolda, Izabella. Wprawdzie była nie wysoka, ale miała przepiękne, klasyczne rysy twarzy, mówiła zwykle przyciszonym głosem i miała bardzo wykwintny gust. W sprawach doboru toalet była nie małym autorytetem. Dzieci zawsze starannie ubierała, obojętnie w jakiej by się nie znalazły sytuacji. Strojów plażbfowych i kąpielowych przywoziła zawsze całe mnóstwo. Chociażbf złośliwi nazywali ją „monstrancją”, bo chodziła jak ksiądz z monstrancją, ale to podobno była zwykła zazdrość. Jedna z córek Tyszkiewiczów z Waki, Mania, była bardzo nieszczęśliwa. Mimo zapowiadającej się urody po matce, została w dzieciństwie bardzo oszpecona. Niania zabrała ją kiedyś do Zoo i tygrys przez klatkę poszarpał jej twarz. Blizny zostały na całe żbfycie. ż0aż0a Następnie przyjeżbfdżbfali Jełowieccy, ojciec pan Adolf z córkami, Muszką i Isią. Pan Adolf był człowiekiem z wielką klasą, a przy tym pogodny i dowcipny, tak więc prawie każbfdy szukał jego towarzystwa. Z każbfdym miał o czym dyskutować, a to o muzyce, a to o literaturze. Pan Jełowiecki miał dwie żbfony. Pierwsza żbfona umarła z rozpaczy, bo małej córeczce podała nie to lekarstwo i tym samym spowodowała śmierć dziecka. Druga żbfona była córką Michała Tyszkiewicza, ordynata birżbfańskiego, brata hr. Józefa. Teżbf umarła, tym razem przy porodzie. Tak więc pan Jełowiecki podwójny wdowiec, trzeci raz ryzykować nie chciał, a jego dziećmi zajęła się panna Herman, Kurlandka, osoba stateczna, uporządkowana, nadająca się do roli opiekunki dwóch dorastających panienek. ż0aż0a Stałymi gośćmi w Połądze byli teżbf Platerowie. Zosia była córką siostry hr. Tyszkiewiczowej, tej która mieszkała w Kretyndze jako rezydentka. Zosia Platerowa smutne wiodła żbfycie. Od siedemnastego roku żbfycia zamknięta na głuchej wsi, w maleńkim domku, w którym nawet pokoju gościnnego nie było, tak więc nikt do nich nie przyjeżbfdżbfał. Małżbfonek Zosi był tak zamiłowanym rolnikiem, żbfe na nic innego jak tylko na uprawy uwagi nie zwracał. Budował wprawdzie wielką rezydencję, ale chyba jakoś przekonania do tego nie miał, bo latami całymi oprócz fundamentów nic nie było. Zosia Platerowa nigdy nie mówiła nic o sobie, zawsze cicha, zatopiona w książbfkach, które były jedyną jej rozrywką. ż0aż0a Inną ciekawą postacią przyjeżbfdżbfającą na sezon połągowski był generał Ślizin, emerytowany jużbf adiutant generał gubernatora w Finlandii w Helsingfors. Z dawnej kariery wojskowej pozostała mu tylko ranga, bo wyglądem nie przypominał oficera. Gruby, łysy, z bokobrodami, zawsze starannie ubrany, pachnący lawendą, ze złotą bransoletką na ręce, zwykle przesadnie ugrzeczniony. Ale wszyscy go bardzo lubili, bo był wesoły i lubił płatać różbfne figle. Raz hr. Izabeli z Waki, która hodowała kury powiedział, żbfe wyczytał o jakiejś nowej, nie spotykanej dotąd kurzej rasie, koloru szafirowego. Ta zaśmiała się niedowierzając i powiedziała, żbfeby jej taką kurę czy koguta przysłał, to uwierzy. Za kilka dni dostaje przesyłkę. Coś się rusza, coś gdacze. ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aRozpakowuje… a z paczki wyskakuje stworzenie o przepięknie lśniącym szafirowym upierzeniu. Oniemiała z zachwytu. Czyżbfby stary generał miał racje? Wszystko wyjaśniło się za parę godzin, gdy spadł deszcz, a w kałużbfy koloru szafirowego stała zwykła biała kura. Generał Śliziń okazał się więc zręcznym malarzem. Wszyscy wiedzieli, żbfe gdy generał idzie na spacer oglądać zachód słońca nie wolno mu przeszkadzać. Gdy z daleka na nadmorskiej plażbfy widziano jego sylwetkę zmieniano trasę wycieczki, żbfeby się na niego nie natknąć.ż0a Tak więc gwarno i głośno było cały sezon w Połądze. ż0aż0aOprócz wczasowiczów przyjeżbfdżbfających na miesiące letnie byli teżbf tylko odwiedzający, zmieniający się co jakiś czas. Zofia i Józef Tyszkiewiczowie uważbfali, żbfe prawdziwa gościnność polega na daniu gościom jak największej swobody. Nigdy się o nic nie pytano, wolno było robić co się każbfdemu podoba. Jedynie pora obiadu była bezwzględnie wymagana. Jeśli któreś z dzieci się spóźniło, nie dostawało tego dania, które jużbf było podawane. Spano długo, każbfdy wstawał kiedy chciał. Mniej więcej od godziny 9.00 na werandach były podawane śniadania. A do niektórych willi służbfba nosiła śniadania na dużbfych, obładowanych przysmakami tacach. Po śniadaniu dzieci i panie szybko szły na plażbfę, żbfeby nie stracić ani minuty, ponieważbf godzinny ranne od 9.00 do 11.00 zarezerwowane były dla kobiet. Od 11.00 do 14.00 plażbfowali się panowie. Zmianę godzin obwieszczała chorągiew spuszczana i podciągana na wysokim słupie. W konsekwencji takiego podziału dnia chłopcy i panowie wylegiwali się w łóżbfkach do południa, a generała Ślizina to jużbf po 12.00 widać jeszcze było w jedwabnym szlafroku z „kaukazkiej materii” na werandzie, popijającego kawę. ż0aż0a Plażbfa nadmorska ciągnęła się od Libawy do samej Połągi i jeszcze dalej. Nigdzie nie było żbfadnych osiedli z wyjątkiem co jakiś czas pojawiających się domków rybackich. Piasek wyjątkowo miękki, prawie biały i bardzo drobny. Daleko w morze możbfna było wejść do wody, gdyżbf cały nadbrzeżbfny pas to mielizna. Morze jak to morze, raz spokojne jak jezioro, a raz burzliwe. Szczególnie wiosną i jesienią trudno byłoby tu wytrzymać ze względu na ostre wiatry monsunowe. Ale letników to nie dotyczyło. Połągowskie lato z reguły było słoneczne i gorące. Na plażbfy stały nieregularnie porozrzucane drewniane budki służbfące do rozbierania się. Jeśli ktoś chciał dłużbfszej zażbfyć kąpieli wciągano końmi kosz wiklinowy na kołach do wody i tam z dala od ciekawskich oczu możbfna było posiedzieć mocząc całe nogi w wodzie. Ale czas szybko mijał, trzeba było wracać, bo chorągiew o godz. 11.00 obwieszczała zmianę godzin. Wzdłużbf deptaka prowadzącego do miasteczka od samej plażbfy na platformie z ławkami ciągniętej przez konia, a sunącej po specjalnie w tym celu ułożbfonych szynach, panie i dzieci zjeżbfdżbfały do swoich willi. Po drodze możbfna było spotkać panów, spokojnie idących nad morze z ręcznikami, lub prześcieradłami, by zakryć ciało przed nadmiernym słońcem. Dzieci często dojeżbfdżbfały lub zjeżbfdżbfały z plażbfy na żbfmudzkich konikach z cyrkowymi siodłami. Mieściły się na nim dwie osoby. Dla siedzącej z tyłu był do siodła przytwierdzony pałąk dla oparcia, a pod nogi specjalne deseczki. Na plażbfy bawiono się z konikami jeżbfdżbfąc wzdłużbf morza, chlapiąc i śmiejąc się przy tym. Urządzano teżbf różbfne rodzaje wyścigów na plażbfy, a żbfe miałki piasek przy brzegu tworzył twardą powierzchnię koniki nie grzęzły. Hr. Józef, jako od lat wielbiciel i znawca koni, miał w swoich stajniach koników żbfmudzkich bardzo dużbfo, krzyżbfował je teżbf z końmi rasy angielskiej i arabskiej. Na wakacje przeznaczał kilkanaście koni czystej żbfmudzkiej rasy, aby mógł na nich jeździć, kto tylko chciał. ż0aż0a Po godzinie 14.00 nie wolno jużbf było przebywać na plażbfy, żbfeby nie przeszkadzać wszystkim innym przyjezdnym spacerowiczom. O godzinie wpół do drugiej był obiad, na który schodzili się wszyscy, rodzina i goście. Obiad składał się z czterech dań, a do picia dawano kwas chlebowy i piwo. Często na obiad był chłodnik litewski z ogórkami i rakami, a na słodko lody lub „parfait” owocowe. Po lunchu grano w krokieta, rzadko w karty. Raz Jasio Tyszkiewicz z Waki przywiózł do Połągi rower z ogromnym kołem z przodu i malutkim z tyłu. Ale ponieważbf trudno na nim było utrzymać równowagę, nikt na rowerową wycieczkę się nie pisał. Podwieczorek podawano na werandzie między czwartą a szóstą. Na pięknie nakrytym dużbfym stole ustawiano ogromne tace z owocami, ciastkami i konfiturami. Do tego jeszcze była kawa, herbata, czekolada czy kakao, wedle żbfyczenia. Codziennie z ogrodów kretyngowskich pan Hejduk przysyłał owoce, które były równo poukładane w takich koszach, jak do prania bielizny. Każbfdy kosz niosły dwie kobiety na kijach przerzuconych przez pałąki. Chodziło o uniknięcie wstrząsania owoców przy przewożbfeniu furmanką. Podobno pan Hejduk kazał kobietom śpiewać po drodze, żbfeby nie mogły jeść. Były tam przepiękne, ogromne jabłka, gruszki, śliwki, melony, a wcześniej truskawki i wiśnie. Po podwieczorku najczęściej wybierano się nad morze oglądać zachód słońca. Morze, niebo, obłoki, wszystko mieniło się tysiącem barw, tysiącem rozmaitych odcieni. Chodziło się po pomoście, albo od pomostu do lasu Biruty. Za pomost od strony miasteczka jużbf się nie dochodziło, gdyżbf miejscowa ludność zwykle o tej porze tam się kąpała bez względu na płeć bez kostiumów, co raziło zmysł estetyczny. Wracając ze spaceru, znów dochodziło się do pomostu, który oddzielał „cywilizowaną” część Połągi od „prymitywnej”. Pomost zbudowała hr. Józef, po to by ułatwić komunikację wodną z Libawą. Ponieważbf prądy morskie naniosły dużbfo piasku do części przybrzeżbfnej, tworząc długi pas mielizny, pomost musiał sięgać daleko w głąb morza i liczył ponad kilometr długości. Wycięto mnóstwo drzew z lasu sosnowego i parę lat wbijano w dno pale, umacniając je kamieniami. Hr. Józef kupił statek, zbudował składy towarowe i przez jakiś czas ku radości mieszkańców i wczasowiczów kursowała regularnie, parę razy na tydzień, komunikacja wodna z Połągi do Libawy. Niestety ciągłego nanoszenia piasku nie udało się uniknąć i w krótkim czasie pomost został zasypany.ż0aż0a***image5:center***ż0aż0a W samej Połądze część brzegu zarośnięta była lasem sosnowym, z górą Birutą, którego jedna część dochodziła do granicy pruskiej, a druga do morza. Oprócz wzgórza na którym legendarna Wajdelotka pilnowała świętego ognia, po drugiej stronie Połągi było drugie wzgórze, tzw. „Czapka Holenderska”. Okoliczni ludzie mówili, żbfeby się tam nie zbliżbfać, bo kto tę górę samotnie odwiedzi, w ciągu roku umrze. Przyjechała kiedyś na letnisko z Petersburga Rosjanka, niejaka pani Kowanko i na przekór wszelkim przesądom wybrała się samotnie na spacer. Następnego dnia rano, podczas godzin kąpieli damskiej części wczasowiczów usłyszano krzyk, tak jakby ktoś tonął. Mania Tyszkiewiczówna, zawsze bystra i z refleksem wskoczyła szybko na żbfmudzkiego konika i pognała co tchu do miasteczka po pomoc. Jakiś pan w szlafroku wylegujący się na werandzie wsiadł na konia I pojechał na plażbfę. Wjechał w głąb morza, wyciągnął tonącą za włosy, ale było jużbf za późno. Niestety nie udało się uratować pani Kowanko. Od tej pory nikt żbfadnych przesądów jużbf nie lekceważbfył.ż0aż0a Od pierwszego lipca, od siódmej do jedenastej wieczorem, codziennie w altanie grała orkiestra. Hr. Józef, wielki miłośnik muzyki, sprowadzał co roku specjalnie na sezon połągowski orkiestrę z Rygi. Czasami się zdarzało, żbfe jacyś wędrowni muzykanci zawitali do Kretyngi. Wtedy kazano im grać w parku. Publiczność z miasteczka miała codziennie koncert, a gdy próby były udane, zawierano z nimi umowę na sezon. W każbfdym razie nie wyobrażbfano sobie, żbfeby latem, nad morzem nie było muzyki. Zawsze jako pierwsi na koncert przychodzili państwo Mielżbfyńscy. Punktualnie przed siódmą zajmowali miejsce w altanie. Wszyscy z podziwem przyglądali się tej nietypowej parze. On młody, przystojny, a ona kaleka na wózku. Chodziła tylko podtrzymywana. Starała się mimo to ładnie wyglądać. Nosiła latem suknie w kolorach pastelowych i zawsze do tego kolorystycznie dobrane piórko wpięte w niezwykle rzadkie włosy. Hrabina była kaleką prawie od urodzenia. Podobno w dzieciństwie połknęła kolczyk. Niańka wystraszona, złapała małą dziewczynkę za nogi i zaczęła bardzo silnie nią trząść, mając nadzieję, żbfe kolczyk wypadnie. Niestety uszkodziła dziecku kręgosłup. Ale los jej wynagrodził kalectwo niezwykle oddanym mężbfem, który na krok jej nie odstępował. Tak więc, gdy widziało się hr. Mielżbfyńskiego pchającego wózek z małżbfonką w kierunku altany, gdzie na słupie zwykle wywieszony był program koncertu, znak to był, żbfe zbliżbfa się godzina siódma. ż0aż0a Inną połągowską atrakcją oprócz codziennego muzykowania był teatr specjalnie w tym celu wybudowany „dla wygody gości” przez hr. Józefa. Z zewnątrz budynek niepozorny, bardzo skromnie przyozdobiony. Wewnątrz wygodne fotele wyłożbfone aksamitem z szerokimi poręczami. Dookoła sceny wielka rzeźbiona złocona rama odgradzająca część teatralną od widowni. Czerwona, aksamitna kurtyna dodawała teatrowi atrakcyjności. Do ramy przytwierdzony był cieniutki muślin, który stwarzał wrażbfenie, żbfe wszystko co dzieje się na scenie jest „za mgłą”, a więc nierealne. Do tego urządzono jeszcze wygodnie pomieszczenia jako przebieralnie dla występujących pań i panów. W amatorskich spektaklach brali udział prawie wszyscy, zarówno rodzina, bliżbfsi i dalsi kuzyni, jak i zaproszeni goście. Na spektakle przychodzili coraz liczniej przyjeżbfdżbfający „kąpielnicy” oraz mieszkańcy miasteczka. Głównym organizatorem tych zabaw teatralnych był niezwykle w tym kierunku uzdolniony Władzio Tyszkiewicz. On potrafił wszystko zorganizować, a pomysłów mu nigdy nie brakowało. To on rozdawał role, wymyślał tematy dla żbfywych obrazów, wyszukując je z różbfnych książbfek i galerii obrazów. ż0aż0aPrzeważbfały najczęściej tematy historyczne. Zajmował się teżbf kupowaniem materiałów na kostiumy i pilnował szycia ich przez garderobiane. Czasami zdarzało się, żbfe hr. Józef sprowadzał zawodowy teatr na sezon letni z Warszawy. Wtedy spektakle odbywały się dla szerszej publiczności, wstęp był płatny, a dochód przeznaczano na cele dobroczynne.ż0aPodczas sezonu, co tydzień w specjalnie na ten cel przeznaczonym budynku, urządzano bale dla publiczności. ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aCz. 1 Landwarów ukazała się w nr 27 Listu oceanicznego (marzec 2005), cz. 2 Kretynga w nr 31 (lipiec 2005).ż0aż0ahttp://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_8290.shtmlż0aż0ahttp://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_9519.shtmlż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇkurhaus.jpgˇtyszk1.jpgˇtyszk2.jpgˇˇtyszk4.jpgˇˇˇˇˇˇPołąga, zabytkowy Kurhaus. Mieszkał tu Józef Tyszkiewicz z rodzina zanim zbudowano pałac, fot. J. Sokołowska-GwizdkaˇPołąga na starych pocztówkachˇPołąga, pałac od frontu, fot. J. Sokołowska-GwizdkaˇˇPołąga, reprezentacyjny hall w pałacu Tyszkiewiczów, fot. J. Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇ6ˇ8ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇkurhaus.jpgˇtyszk1.jpgˇtyszk2.jpgˇˇtyszk4.jpgˇˇˇˇˇˇ400ˇ350ˇ400ˇˇ400ˇˇˇˇˇˇ279ˇ521ˇ280ˇˇ275ˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042210608ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12643ˇ1145547771ˇ8ˇ1147195266ˇ8ˇ4ˇ22ˇ2006ˇRaj dla Głupca. Doris McCarthy.ˇZnam wiele części Kanady, równieżbf i te, które malowała Doris McCarthy. Jednak za każbfdym razem, kiedy mam przyjemność nurzania się w jej obrazach powracam tam, gdzie byłem i widzę te same rzeczy tak, jak ich nigdy wcześniej nie widziałem, bardziej teżbf rozumiem to, co tylko wydawało mi się, żbfe znam. ż0aPeter Gzowskiż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, kwiecień 2006, nr 40ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ***image2:center***ż0aż0a***image4:center***ż0aż0aż0a Spotkanie z Doris McCarthy to dużbfe przeżbfycie. Pogodna, ciepła, serdeczna 95-cio latka, pełna pomysłów na żbfycie i twórczego zapału podróżbfniczka, uczennica malarzy ze słynnej kanadyjskiej Grupy Siedmiu mieszkająca w urokliwym, bajkowym domu, w ogrodzie położbfonym na klifach Scarborough z widokiem na Jezioro Ontario, uważbfana jest za jedną z najlepszych malarek krajobrazu w Kanadzie. Znana teżbf jest jako pisarka, która wydała kilka książbfek opartych na swojej biografii i żbfyciowych obserwacjach. Ci, którzy ją znają mówią, żbfe poprzez sztukę oraz swoją osobowość potrafi dotrzeć i dotknąć środka człowieka, pozostawiając niezapomniane emocje. Coś w tym jest. Nasze spotkanie z Doris pozostanie nam na zawsze w pamięci.ż0aż0a Doris McCarthy urodziła się 7 lipca 1910 roku w Calgary w Albercie. W 1913 roku jej rodzice wraz z trzyletnią córeczką przenieśli się do Toronto i zamieszkali w rejonie Beaches. W wieku 5 lat Doris rozpoczęła naukę w Williamson Road School. Od 1921 roku uczęszczała do Malvern Collegiate Institute w Toronto. Wtedy zaczęła pisać dziennik i postanowiła, żbfe przez całe żbfycie notować będzie swoje obserwacje i przeżbfycia. Pragnęła zostać pisarką, wyobrażbfała sobie, żbfe pisanie łączy się z podróżbfami, a dzięki nim możbfna poznać bogactwo świata. Ale w wieku 15 lat, w ostatniej klasie szkoły średniej, zapisała się na lekcje plastyki w ramach sobotnich kursów dla młodzieżbfy w Ontario College of Art i zapałała chęcią malowania. Wicedyrektor szkoły, którym był wówczas jeden z malarzy Grupy Siedmiu – Arthur Lismer, zauważbfył młodą, utalentowaną artystkę i pod koniec roku Doris otrzymała pełne stypendium pozwalające jej na studia w College’u. ż0aż0a(Podczas nauki malarstwa Doris zetknęła się teżbf z innymi malarzami z Grupy Siedmiu. Oprócz Arthura Lismera byli to J. E. H. McDonald, A.Y. Jackson i Lawren Harris). ż0aż0aW 1929 roku Arthur Lismer zaoferował jej, aby raz w tygodniu uczyła w Toronto Art Gallery. Dzielenie się swoimi umiejętnościami i spojrzeniem na świat, było dla niej cennym doświadczeniem, które kontynuowała przez całe żbfycie. Gdy w 1930 roku z wyróżbfnieniem ukończyła Ontario College of Art, dalej prowadziła klasy dla dzieci w Art Gallery, a od 1932 roku rozpoczęła pracę nauczycielki historii sztuki w Central Technical School. Szkole tej pozostała wierna przez 40 lat, uczyła w niej ażbf do 1972 roku. Po przejściu na emeryturę, w wieku 62 lat wyruszyła na pierwszą kanadyjską arktyczną wyprawę. Miała w pamięci widok góry lodowej, którą po raz pierwszy zobaczyła z pokładu statku, gdy w 1936 roku wracała ze studiów w Anglii (ukończyła Central School of Arts and Crafts w Londynie) i widać ten widok i ciągła ciekawość świata i nowych miejsc nie dawały jej spokoju. Potem były kolejne wyprawy. Gdy w 2004 roku próbowałam się z nią umówić na rozmowę, usłyszałam, żbfe bardzo chętnie, tylko kiedy? Artystka jest bardzo zajęta. Latem maluje w studio nad Georgan Bay, potem jedzie na Baffin Island należbfącej do Terytorium Nunavut, a jesień ma zamiar spędzić... na Syberii, gdyżbf ma tam być plener malarski. No i w przygotowaniu jest teżbf wycieczka po Kanadzie, w której mogą wziąć udział wszyscy młodzi adepci sztuki oraz ci, którzy chcą poznać tę niesamowitą osobę. Aby w wieku 94 lat, mieć tak wypełniony czas, wkładać kapelusz, brać płótno i wyruszać na daleką Północ, nie często się zdarza. Swoje przeżbfycia związane z wyprawami do kanadyjskiej Arktyki Doris zawsze utrwalała na płótnie. I tak powstała jedna z najbardziej znanych i cenionych serii malarskich pod tytułem „Fantazje góry lodowej".ż0aż0a Życie na emeryturze nie musi się dłużbfyć. Jakby mało było tego wszystkiego, co robiła Doris McCarthy w dziedzinie sztuki, ukończyła ona studia literackie na UofT. W 1989 roku z wyróżbfnieniem zdobyła tytuł Bachelor of Arts in English. Spełniło się teżbf marzenie i została pisarką. W książbfkach przekazała to, co chciała, aby po niej pozostało. Pokazała, żbfe żbfycie z pasją i radością, mimo trudności, dążbfenie do wytyczonego celu, realizacja swoich marzeń i dawanie siebie innym, mogą być sensem żbfycia i nie muszą być pustymi słowami. Jej rady skierowane do młodych artystów, którzy dopiero wstępują na drogę sztuki, zawierają dużbfo żbfyciowej mądrości. – Aby zostać artystą – pisała Doris McCarthy - potrzebna jest pewna doza talentu. Ale sam talent nie wystarcza. To, co jest najbardziej potrzebne, to napęd, skupienie się na pracy, a potem ciężbfka praca. I ze średnim talentem możbfna stać się artystą. Trzeba jednak kochać swoją pracę oraz zaakceptować trudności i walkę. ż0aż0a Jako autorka książbfek, opartych o własną biografię, początkowo oczarowała czytelników szczerymi opowieściami młodej artystki wyrastającej w Toronto. Kolejne książbfki stopniowo przynosiły coraz większy bagażbf doświadczeń i żbfyciowych spostrzeżbfeń. Nie na próżbfno tytuł jej ostatniej książbfki brzmi – „Doris McCarthy – mądrość 90 lat”. ż0aż0a A co było napędem twórczym dla Doris? Zapewne przyroda, kontakt z naturą. Przez całe żbfycie poszukiwała natchnienia w przyrodzie, a podróżbfe stały się jej pasją. W pierwszą podróżbf wyruszyła w lipcu 1937 roku. Wtedy zwiedziła zachodnią część Kanady. Potem były dalsze wyprawy. Podczas pierwszego „sabbatical” w latach 1950-51 przez 14 miesięcy przebywała w Europie, zwiedziła Włochy, Hiszpanię, Francję, Anglię. Drugi okres przerwy przypadł jej w 1961 roku. Wyruszyła wtedy na samotną roczną turę po takich krajach jak Japonia, Hong-Kong, Nowa Zelandia, Singapur, Tajlandia, Kambodżbfa, Indie, Afganistan, Iran, Irak, Turcja, Grecja, Egipt i Izrael. Zawsze w podróżbfy Doris malowała, głównie krajobraz. Ale takżbfe fotografowała. Jako nauczycielka historii sztuki, utrwalała wiele wspaniałości tego świata dla swoich studentów. W latach 50. i 60. było to bardzo ważbfne, gdyżbf studenci nie posiadali wówczas do dyspozycji tak różbfnorodnych albumów, które są obecne dzisiaj. Mówiło się o niej, żbfe poznawała i utrwalała różbfne kierunki w sztuce (różbfne „-izmy”), które pojawiały się w tym czasie na świecie. Zawsze chciała pokazywać uczniom to, co aktualnie działo się w sztuce. Jako malarka krajobrazów, namalowała każbfdą prowincję i terytorium Kanady. A najbardziej ukochana była dla niej daleka północ, widoki gór lodowych w pełnym słońcu, najrozmaitsze odcienie i barwy śniegu, tajemnicze półcienie bieli. Doris McCarthy zawsze twierdziła, żbfe nie chce być modną malarką. Chciała być dobrą malarką, dobrą na jej własnym polu, którym był krajobraz. Możbfe dlatego tak potrzebny był jej dom z malowniczym, inspirującym i niesamowitym widokiem z góry na otwartą przestrzeń Jeziora Ontario. I dlatego tak o niego walczyła, wbrew opiniom innych i finansowym realiom.ż0aż0a „Raj dla Głupca” od 67 lat jest jej domem, studiem i inspiracją oraz wspaniałym miejscem pracy, wypoczynku i spotkań z ludźmi. Ta 2,5 akrowa posesja otoczona dolinkami, położbfona wzdłużbf łańcucha widowiskowych klifów Scarborough, łącząca cechy naturalne i kulturalne, jest unikalnym miejscem dziedzictwa narodowego Ontario. ż0a Doris kupiła kawałek nieużbfytków nad jeziorem w 1939 roku za 1250 dolarów. Jej matka uważbfała to za wielką ekstrawagancję. Młoda nauczycielka sztuki, ma kupować „łąkę pastewną na klifach” za więcej niżbf wynosiła jej ówczesna roczna pensja? Nie do pomyślenia. To jest jedynie „raj dla głupca”. I tak jużbf pozostało. ż0aż0a Jednak historia tego miejsca, poczucie odległego czasu, który ukształtował teren i jego piękno, wielokrotnie inspirowało malarkę i pisarkę. Jak głosi tabliczka przed wejściem na teren „Raju dla Głupca”: „posesja ta mieści się na ekologicznie wrażbfliwym i znaczącym geologicznie terenie klifów Sacarborough, które posiadają osiadłości po lodowcach, sprzed ponad 70 tys. lat, pochodzące z końca epoki pleistocenu. Być możbfe jużbf 8 tys. lat p.n.e. mieszkali tu Aborygeni”. Kolejna informacja o tych terenach pochodzi dopiero z XIX w. Wiadomo, żbfe w 1833 roku osiedlił się tu i założbfył farmę szkocki emigrant James McCowan i żbfe nazwał to miejsce „Springbank” – „Brzeg źródeł”, ze względu źródła, które przebiegały od starej linii brzegowej jeziora Irokezów, położbfonego na północy. Doris Mac Carthy kupiła najbardziej wysuniętą na wschód część „Springbank”. Posesja McCowana miała 35 akrów, a jej część - 2,5 akra.ż0aż0a Pierwszy budynek na terenie posesji Doris, został wzniesiony w 1940 roku. „Raj dla Głupca” służbfył na początku jako tylko miejsce weekendowych wypadów. Ale od 1946 roku, kiedy Doris przeprowadziła się tam na stałe, stał jej domem i studiem artystycznym. Z czasem zakątek ten się rozbudował i wypiękniał. Tylko niedoścignione widoki na Jezioro Ontario, zmieniające się o każbfdej porze dnia i roku, ciągle są te same. ż0aż0a W 1999 roku Doris McCarthy przekazała „Raj dla Głupca” wraz z 500 tys. dolarów na jego utrzymanie Ontario Heritage Foundation. Artystka będzie tam mieszkać, dopóki będzie żbfyć, ale posesją zarządza jużbf Fundacja, a w przyszłości stanie się ono miejscem spotkań dla artystów wszelkich dziedzin oraz miejscem działalności związanych z dziedzictwem Ontario. Doris McCarthy ma jeszcze jedno studio nad Georgan Bay. W 1959 roku wraz z innym artystą kupiła dwa cottage. Spędza tam miesiące letnie. ż0aż0a Doris McCarthy zjednuje sobie ludzi ciepłem i zrozumieniem, które z niej emanuje. Przyjaźń z artystką utrwaliła na taśmie filmowej Wandy Wacko, mieszkająca wówczas w Jasper w Albercie, była studentka, z którą się spotkały po latach w 1977 roku. Film dokumentalny z 1983 roku pod znamiennym tytułem „Doris - serce malarki”, zjednał sobie szeroki krąg odbiorców. - Jako towarzysz podróżbfy – wspominała artystkę Wandy Wacko - Doris zawsze nadawała szybkie tempo i zawsze z pasją patrzyła na przód, do kolejnej kartki. Jest niezwykle szczodrą nauczycielką, zawsze chętnie dzieliła się wszystkim co miała, co umiała i wiedziała: polityką, religią itd.ż0aż0a Niezwykła kariera Doris McCarthy obejmuje więcej niżbf 70 lat kanadyjskiej historii sztuki. Obrazy i sztuka liturgiczna jest podziwiana w wielu galeriach i muzeach. Na każbfde otwarcie jej wystawy przychodzi zwykle od 700 do 900 osób. Doris była teżbf pierwszą kobietą prezydentem OSA (Ontario Society of Arts), prezydentem Kanadyjskiego Związku Malarzy Akwarelą i członkiem Królewskiej Akademii Sztuki (Royal Canadian Academy of Arts). Wykształciła wielu wybitnych artystów i wciążbf jest mentorem dla wielu uznanych twórców, a takżbfe dla młodego pokolenia. Jest kluczową postacią na scenie artystycznej kraju od lat 20. Jej wkład w główne kierunki rozwoju sztuki XX wieku jest niezaprzeczalny. Wychowała teżbf kilka pokoleń artystów. ż0aż0a Została wielokrotnie nagrodzona. W 1983 roku ogłoszono ją kanadyjską kobietą roku, a w 1886 roku dostała Order of Canada za wkład w społeczność artystyczną Kanady. Otrzymała teżbf 5 honorowych doktoratów i honorowe członkostwo Ontario College of Art and Design. W listopadzie 1999 została pierwszą honorową artystką McMichael Canadian Collection of Art, a 11 marca 2004 UofT Scarborough Campus otworzyło Galerię Doris McCarthy, która pokazuje ponad 300 współczesnych prac artystki (w tym kilka prac podarowanych galerii). ż0a ż0a Patrząc na obrazy Doris McCarthy, nasuwa się skojarzenie, żbfe Kanada jest bardzo pięknym krajem, bogatym w swoją naturalność, ciągle do końca nie odkrytym, z wieloma plenerami, zakątkami, terenami o różbfnych klimatach, z nie zniszczoną przez człowieka przyrodą. Patrząc na obrazy artystki, chciałoby się podążbfać jej śladem. ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0aDoris McCarthy: „A Fool in Paradise, an Artist Early Life” (Toronto 1990), „The Good Wine” (Toronto 1991), „Ninety Years Wise” (Toronto 2004).ż0awww.dorismccarthy.comż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇdoris1.jpgˇdoris2.jpgˇdoris3.jpgˇdoris4.jpgˇˇˇˇˇˇˇDoris McCarthy, fot. Jacek GwizdkaˇDoris McCarthy, Joanna Sokołowska-Gwizdka i Jacek Gwizdka w gościnnym domu malarkiˇRaj dla Głupca, fot. Jacek GwizdkaˇRaj dla Glupca, fot. Jacek Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ26ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇdoris1.jpgˇdoris2.jpgˇdoris3.jpgˇdoris4.jpgˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇ335ˇ300ˇ533ˇ300ˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006042210726ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 12794ˇ1146493462ˇ9ˇ1146813076ˇ9ˇ5ˇ5ˇ2006ˇPrezent dla dzieci na Dzień Dzieckaˇ Z radością informujemy, żbfe po roku przerwy Polonia Przyszłości powraca do swojej tradycji i organizuje - po raz piąty (mały jubileusz!) - Rejs po jeziorze Ontario statkiem "Enterprise 2000" z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka 2006.ˇImpreza odbędzie się w niedzielę, 28 maja, w godz. 11.00- 15.00 (wstęp na statek od godz. 10.00).ż0aż0a***image3:center***ż0aż0a W programie jest rejs po jeziorze Ontario, smaczny lunch przygotowany przez załogę statku, malowanie buzi, gry, zabawy, a takżbfe wiele innych atrakcji. Do tańca będzie przygrywał nam niezawodny DJ, nasz kolega organizacyjny Tomek Kniat.ż0aż0a Mamy ciekawy program gier i zabaw, w którym pomagać nam będzie specjalistka od tych spraw Maryla Bulzacka, prowadząca zajęcia dla dzieci w Mississauga Central Library. ż0aż0a I wspaniała gratka - występ znakomitych dzieci w MAVO Academy of Arts and Music, prowadzaonej przez Magdę Papierz i Wojtka Gawendę z Kabaretu pod Bańką!ż0aż0a Dzieci uczestniczą w imprezie za darmo - jest to nasz prezent dla nich na Dzień Dziecka. Bilety dla dorosłych kosztują 45 dolarów (wliczony jest w to obiad dla każbfdej osoby na pokładzie) i możbfna je będzie kupować od 10 maja w księgarniach "Gazety":ż0aż0a• w Toronto, 215 Roncesvalles Ave. (tel. 416-532-3230, wew. 23)ż0a• w Mississaudze, 3105 Winston Churchill Blvd. (tel. 905-569-7662)ż0a• w "Blue Mark Travel", 3378 Lakeshore Blvd., 3378 Lakeshore Blvd West, (tel. 416-255-5000)ż0a• w Centrum Polonijnym "Husarz", 1906 Dundas St. E. Unit 3 & 4 Mississauga, Plaza Chopin, pomiedzy 427 i Dixie, (tel. 905-277-5171). ż0aż0aTam teżbf należbfy pobierać bilety bezpłatne dla dzieci. Pamiętajmy, żbfe liczba miejsc jest ograniczona i bilety są dostępne wyłącznie w przedsprzedażbfy.ż0aż0a Zgodnie z przepisami Kapitanatu Portu, w zabawie mogą wziąć udział dzieci w wieku powyżbfej lat 4, które jużbf nie użbfywają wózków. Jeden rodzic możbfe opiekować się nie więcej niżbf dwojgiem dzieci. Pamiętajmy, żbfe rodzice dzieci odpowiedzialni są za ich bezpieczeństwo przez cały czas rejsu. ż0aż0a Impreza jest możbfliwa dzięki pracy społecznej wielu osób z Polonii Przyszłości, ale takżbfe dzięki pomocy finansowej sponsorów. Pełna lista ofiarodawców będzie opublikowana po zakończeniu imprezy.ż0aż0a Po informacje prosimy dzwonić - tel. (416) 253-4412 oraz (905) 278-9901.ż0aż0a Zapraszamy całe rodziny na dzień zabawy w święto wszystkich dzieci!ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik prasowy ż0aPolonii Przyszłościż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇstatek_dla_dzie_2006_plakat_002.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ21ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇstatek_dla_dzie_2006_plakat_002.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ309ˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006050511021ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13098ˇ1148028735ˇ9ˇ1148028735ˇ9ˇ5ˇ19ˇ2006ˇRóbmy swojeˇ Kiedy spojrzeliśmy ostatnio na listę tego, co Polonia Przyszłości zrobiła przez prawie 10 lat swego istnienia - trzeba przyznać, żbfe zrobiło to na nas samych spore wrażbfenie. ˇDziesiątki akcji pomocy, nowe i przez nas wymyślone inicjatywy, których nikt przedtem ani potem nie podejmował - a wszystko to w grupie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, działających w zgodzie i z przyjemnością. ż0aż0a Przy okazji wielu imprez i akcji - wystaw Solidarnościowych (były dwie), koncertów, spotkań i opłatków "przewinęło się" przez nasze żbfycie dziesiątki wspaniałych osób, tak jak my kochających pracę społeczną i mających na celu jedno - zrobić coś dobrego i pożbfytecznego dla innych. ż0aż0a Niektórzy przychodzą do nas na nasze imprezy, inni tylko czasem dają o sobie znać.ż0aż0a Pomyśleliśmy na ostatnim naszym zebraniu, żbfe warto zebrać tych, którzy myślą podobnie razem i wykorzystać ten niezwykły potencjał drzemiący w ludziach, by robić jeszcze więcej, szerzej, lepiej.ż0aż0a I tak powstał pomysł spotkania "Róbmy swoje". Skąd nazwa? Jest to w zasadzie reakcja na sytuację w Polonii zorganizowanej. Zawsze działaliśmy aktywnie i ostro mimo tylu niechętnych nam działaczy polonijnych. I tak chcemy robić dalej. ż0aż0a Nie chcemy aby do naszej pracy społecznej wkradała się polityczna paranoja tutejszych wojen i zła. Mamy dosyć tłumaczenia, żbfe nie jesteśmy więlbłądem - słuchania przypisywanych nam intencji rozbijania tego, czy tamtego. ż0aż0a Nie interesuje nas ani władza, ani stanowiska - lubimy pracować i działać społecznie w sposób sensowny, nie zawsze taki sam jak wszyscy inni. Dlatego poświęcamy masę własnego czasu (i nie tylko), by zrealizować kolejny projekt - i sprawia nam to radość.ż0aż0a Chcemy więc to robić, jak dotąd, ale przy pomocy i współudziale jeszcze innych, nowych ludzi, pracować razem, "robiąc swoje". ż0aż0a Czym będzie to "swoje"? Liczymy na inspirację takżbfe spoza kręgu naszych członków. Ma to być taka sesja typu "burza mózgów".ż0aż0a Czym to spotkanie na pewno ma nie być? Okazją do awantur, niemiłych scysji - czyli tego, co często odbywa się na różbfnych polonijnych forach. Nie zapraszamy więc krzykaczy, wichrzycieli, tych, którzy przyjdą, aby psuć, zamiast budować. Prosimy, aby nie przychodzili - wielu z nich znamy, ale są na pewno inni. Niech zostaną w domu.ż0aż0a Zapraszamy natomiast ludzi dobrej woli, pełnych energii, chęci bezinteresownej pracy społecznej, pomysłów, albo takich, którzy chcą się przyłączyć do realizacji pomysłów innych.ż0aż0a Każbfdy ma coś do wniesienia - czasem samotne osoby, mające niską samoocenę, mogą przydać się bardzo w pracy zespołowej. Te osoby takżbfe zapraszamy, szczególnie serdecznie. Tu możbfna znaleźć nie tylko coś sensownego do zrobienia, ale takżbfe poznać przyjaciół-zapaleńców.ż0aż0a Nie będzie polityki - uprzedzamy, żbfe nie ma co liczyć na dyskusje o Polonii i jej konfliktach. Nie po to się zbieramy.ż0aż0a Spotkanie odbędzie się w piątek, 9 czerwca, o godz. 19.30, w Restauracji Waves przy 2749 Lakeshore Blvd West (niedaleko Royal York). Tam niegdyś organizowaliśmy spotkania otwarte naszej organizacji. Przy kawie, czy czymś do zjedzenia, będziemy mogli spokojnie podyskutować o tym, jak działać, co robić, aby dalej realizować dotychczasowe cele lub wytyczać nowe. My sami mamy sporo ciekawych pomysłów, a Państwo na pewno mają wiele innych.ż0aż0a Jużbf zapowiedziało swój udział w spotkaniu sporo ciekawych osób.ż0aż0a W przyszłym tygodniu w "Gazecie" opublikujemy listę naszych dokonań - po to, aby ci, którzy mniej nas znają, poznali naszą działalność bo właśnie o nią tu chodzi.ż0aż0a Jeżbfeli ktoś z Państwa ma pytania, prosimy o kontakt z nami - mbonikowska@gazetagazeta.com lub 416-433-5066.ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik prasowyż0aPolonii Przyszłościˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ4ˇ50ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006051900450ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13166ˇ1148816859ˇ9ˇ1149888793ˇ9ˇ6ˇ8ˇ2006ˇRóbmy swojeˇ Jak zapowiadliśmy w zeszłym tygodniu, prezentujemy Państwu listę tego, co Polonia Przyszłości zrobiła przez prawie 10 lat swego istnienia. Wiele z tego to nowe i przez nas wymyślone inicjatywy, których nikt przedtem ani potem nie podejmował - a wszystko to w grupie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, działających w zgodzie i z przyjemnością. Nie wszystkie te akcje kontynuujemy (a możbfe warto byłoby niektóre wskrzesić...).ˇ Przy okazji wielu imprez i akcji - wystaw Solidarnościowych, koncertów, spotkań i opłatków "przewinęło się" przez nasze żbfycie dziesiątki wspaniałych osób, tak jak my kochających pracę społeczną i mających na celu jedno - zrobić coś dobrego i pożbfytecznego dla innych. ż0aż0a Niektórzy przychodzą do nas na nasze imprezy, inni tylko czasem dają o sobie znać.ż0aż0a Pomyśleliśmy na ostatnim naszym zebraniu, żbfe warto zebrać tych, którzy myślą podobnie razem i wykorzystać ten niezwykły potencjał drzemiący w ludziach, by robić jeszcze więcej, szerzej, lepiej.ż0aż0a I tak powstał pomysł spotkania "Róbmy swoje". Skąd nazwa? Jest to w zasadzie reakcja na sytuację w Polonii zorganizowanej. Zawsze działaliśmy aktywnie i ostro, mimo tylu niechętnych nam działaczy polonijnych. I tak chcemy robić dalej. ż0aż0a Nie chcemy aby do naszej pracy społecznej wkradała się polityczna paranoja tutejszych wojen i zła. Mamy dosyć tłumaczenia, żbfe nie jesteśmy wielbłądem - słuchania przypisywanych nam intencji rozbijania tego, czy tamtego. ż0a Nie interesuje nas ani władza, ani stanowiska - lubimy pracować i działać społecznie w sposób sensowny, nie zawsze taki sam jak inni. Dlatego poświęcamy masę własnego czasu (i nie tylko), by zrealizować kolejny projekt - i sprawia nam to radość.ż0aż0a Chcemy więc to robić, jak dotąd, ale przy pomocy i współudziale jeszcze innych, nowych ludzi, pracować razem, "robiąc swoje". ż0aż0a Czym będzie to "swoje"? Liczymy na inspirację takżbfe spoza kręgu naszych członków. Ma to być taka sesja typu "burza mózgów".ż0aż0a Czym to spotkanie na pewno ma nie być? Okazją do awantur, niemiłych scysji - czyli tego, co często odbywa się na różbfnych polonijnych forach. Nie zapraszamy więc krzykaczy, wichrzycieli, tych, którzy przyjdą, aby psuć, zamiast budować. Prosimy, aby nie przychodzili - wielu z nich znamy, ale są na pewno inni. Niech zostaną w domu.ż0aż0a Zapraszamy natomiast ludzi dobrej woli, pełnych energii, chęci bezinteresownej pracy społecznej, pomysłów, albo takich, którzy chcą się przyłączyć do realizacji pomysłów innych.ż0aż0a Każbfdy ma coś do wniesienia - czasem samotne osoby, mające niską samoocenę, mogą przydać się bardzo w pracy zespołowej. Te osoby takżbfe zapraszamy, szczególnie serdecznie. Tu możbfna znaleźć nie tylko coś sensownego do zrobienia, ale takżbfe poznać przyjaciół-zapaleńców.ż0aż0a Nie będzie polityki - uprzedzamy, żbfe nie ma co liczyć na dyskusje o Polonii i jej konfliktach. Nie po to się zbieramy.ż0aż0a Teraz, kiedy jużbf wiedzą Państwo, czym zajmowaliśmy się przez te 10 lat - łatwiej będzie sformułować swoje pomysły i sugestie do wspólnego działania. Zapraszamy do spotkania i przedyskutowania ich z nami.ż0aż0a Spotkanie odbędzie się w piątek, 9 czerwca, o godz. 19.30, w Restauracji Waves przy 2749 Lakeshore Blvd West (niedaleko Royal York). Tam niegdyś organizowaliśmy spotkania otwarte naszej organizacji. Przy kawie, czy czymś do zjedzenia, będziemy mogli spokojnie podyskutować o tym, jak działać, co robić, aby dalej realizować dotychczasowe cele lub wytyczać nowe. My sami mamy sporo ciekawych pomysłów, a Państwo na pewno mają wiele innych.ż0aż0a Jużbf zapowiedziało swój udział w spotkaniu sporo ciekawych osób.ż0aż0a Jeżbfeli ktoś z Państwa ma pytania, prosimy o kontakt z nami ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0ambonikowska@gazetagazeta.com lub 416-433-5066.ż0aż0a•••ż0aż0aDziałalność Polonii Przyszłościż0aż0aSpotkania Cykliczne / Regularne wydarzenia: ż0aż0a1. Aktywna działalność przy zbiórce pieniędzy na akcję Komisji Charytatywnej KPK "Uratować Życie" - zebraliśmy ponad 10.000 dol. ż0a2. Bezpłatne rejsy dla dzieci statkiem Enterprise 2000 po jez. Ontario z okazji Dnia Dziecka ż0a3. Wspólne uczty z okazji Święta Dziękczynienia w Bronte Creek Provincial Parkż0a4. Akcje wysyłki paczek dla potrzebujących i dla domów dziecka w Polsce, m.in. do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla dzieci niepełnosprawnych ruchowo i z rodzin dysfunkcyjnychż0a5. Spotkania "Opłatek" dla Polonii z udziałem artystów i gości; wspólne śpiewanie kolędż0a6. Nietypowe sylwestry (np. "W Naturze" z kuligiem i ogniskiem w Bruce's Mill Conservation Area lub typu potluck w Cawthra Estate i Cawthra Community Centre)ż0a7. Pomoc dla Klubów Niewidomych Rowerzystów i Niewidomych Żeglarzy w polskim środowisku. ż0a8. Uruchomienie szerokiej akcji pomocy niewidomym w Polsce.ż0a9. Cotygodniowe edycje strony na temat działalności organizacji wydawane w polskim dzienniku "Gazeta"ż0a10. Witryna internetowa www.poloniaprzyszlosci.orgż0a11. Festyny uliczne Polish Constitution Day on Roncesvalles Ave. z udziałem polityków kanadyjskich - całodzienne koncerty, druk materiałów dwujęzycznych o Konstytucji 3 majaż0a12. Święto Niepodległości (11 listopada) i 13 grudnia (rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w 1981 r.) spotkania pod Pomnikiem Ofiar Katyniaż0a13. Bale z prezentacją zespołów muzycznych i tanecznych z innych grup etnicznych (m.in. meksykańska, fińska, argentyńska, japońska, itp)ż0a14. Wykłady i spotkania na tematy przydatne dla Polonii - zdrowie, ubezpieczenia, finanse itp. ż0a15. Wspólne wyjścia do kina z Komisją Kulturyż0a16. Zbiórka książbfek do biblioteki domu seniora Copernicus Lodgeż0a17. Działalność Klubu Szachowego "Polonia" - turnieje, nauka dla dzieci i młodzieżbfyż0a18. Wydarzenia kulturalne organizowane w celu zebrania funduszy na cele charytatywneż0a19. Organizowanie wycieczek oraz wspólnych wypadów (na ryby, na grzyby, winiarnie w regionie Niagary, Kaszuby)ż0a20. Klub Filmu o Historii Polski - prezentacje filmów dokumentalnych i dyskusje w każbfdą trzecią środę miesiąca w Restauracji "Fregata"ż0a21. Pikniki Polonii Przyszłości  (Piknik Piłkarski, Piknik z Góralami)ż0a22. Biegi o Puchar Przewodniczącego PPż0a23. Klub Pozytywnie Myślących - comiesięczne spotkaniaż0aż0aWydarzenia i akcje specjalne:  ż0aż0a2006ż0aż0a• Zebranie pieniędzy i zakupienie trzech tandemów dla tworzonego na wzór torontoński klubu dla niewidomych rowerzystów we Wrocławiu.ż0a• Wspolnie z Radiem Polonia ufundowanie tandemu dla osieroconej i niewidomej Magdzi z Wrocławia. ż0aż0a2005ż0aż0a• Zorganizowanie pod patronatem honorowym Konsulatu RP w Toronto i przy współudziale Mississauga Central Library dwujęzycznej wystawy dla uczczenia 25. rocznicy powstania Solidarności pt. "Narodziny wolności" - "The Birth of Freedom". Jej uroczyste otwarcie miało miejsce 17 września 2005. Wystawa trwała do 7 listopada 2005. Jej efektem były artykuły w prasie kanadyjskiej oraz godzinny program o Solidarności w kanadyjskiej TV. Wystawa została zaprezentowana takżbfe w Oshawie i w Windsor oraz na koncercie Macieja Jaśkiewicza na cześć Solidarności w Toronto.ż0a• Zebranie pieniędzy wśrod Polonii i przekazanie 37 lasek składanych dla niewidomych na Górny Śląsk. ż0aż0a2004ż0aż0a• Zorganizowanie wielokulturowego święta pod nazwą "United Europe Day" dla uczczenia wstąpienia Polski i dziewięciu innych państw do Unii Europejskiej (w Sunnyside Pavilion)ż0a• Zaproszenie i zorganizowanie pobytu oraz serii koncertów (m.in. na otwarcie wystawy sztuki w Metro Hall w Toronto) chóru młodzieżbfowego "Redemptoris Mater" z Sanktuarium Matki Bożbfej Nieustającej Pomocy z Torunia w dniach 10-24 stycznia 2004.ż0aż0a2003ż0aż0a• Zainicjowanie i prowadzenie programu "Zaadoptuj polską rodzinę z Gruzji"; tworzenie stałego kontaktu między rodzinami z Kanady a potrzebującymi rodzinami z Białorusi i Ukrainyż0aż0a2002ż0aż0a• Święto Niepodległości w Mississauga Central Parkway Mall, połączone z występami polonijnych artystów i festiwalem polskich filmówż0a• Zaprojektowanie, wydruk i sprzedażbf pocztówek-cegiełek aby wspomóc akcję Komisji Charytatywnej KPK "Uratować Życie"ż0a• Całkowite sfinansowanie leczenia chorego na gruźlicę dziecka z Gruzji ż0aż0a2001ż0aż0a• Zorganizowanie dwujęzycznej wystawy "Zamach na wolność" w Mississauga Central Library z okazji 20. rocznicy wybuchu stanu wojennego; uroczyste otwarcie z udziałem gościa z Polski - Kornela Morawieckiego 13 grudnia 2001; zorganizowanie konkursu na najlepszą witrynę internetową o stanie wojennym (nagroda 1000 dol.). Efekt - artykuły w prasie kanadyjskiej, m.in. w Toronto Star.ż0a• AKCJA POMOCY POWODZIANOM w Polsce ż0aż0a2000ż0aż0a• Pomoc w akcji wyborczej polskich kandydatów do władz municypalnych - 2000 (Chris Korwin-Kuczyński, Peter Milczyn i Jerry Golec z Mississauga); zebrano 1.610 dolarówż0a• Współorganizacja konferencji "Polonia w nowym tysiącleciu" (2000) z Zarządem Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiejż0a• Roczny program "Przeciwdziałanie przestępczości w środowisku młodzieżbfy polskiej" pod auspicjami National Crime Prevention Centre, mający na celu zapobieganie przestępczości wśród młodzieżbfy polonijnej ż0aż0a1996-1999 ż0aż0a• Inicjatywa i współorganizacja konferencji "Polonia Naszych Marzeń" (1999) z Lucjanem Conradem i Zarządem Głównym KPKż0a• Zaproszenie i organizacja występów wybitnego dziecięcego chóru i zespołu tanecznego "Scholares Minores Pro Musica Antiqua" z Poniatowej w Polsce - koncerty w Konsulacie RP, w Centrum Kultury im. Jana Pawła II i dla Kanadyjczyków w Church of Holy Trinity w Torontoż0a• Zainicjowanie stworzenia i współorganizacja Okręgu Mississauga Kongresu Polonii Kanadyjskiejż0a• Roczny program "Przeciwdziałanie przestępczości w środowisku polskim w rejonie Toronto-Mississauga" pod auspicjami National Crime Prevention Centre (1999); Publikacja materiałów programu w dwu językach.ż0a• Pomoc dla powodzian 1999 (wizytacja terenów powodziowych i zakup sprzętu dla 3 szkół w gminie Święta Katarzyna, paczki na święta wielkanocne)ż0a• Kolejne edycje Zgaduj-Zgaduli - tematy: literatura (1997) i historia Polski (1998) z wartościowymi nagrodami: (I nagroda 2000 dol. - Gazeta, II nagroda - bilet lotniczy do Polski - LOT) ż0a• Konkurs Rysunkowy dla dzieci "Jak wyobrażbfam sobie Polskę" ż0a• Sporządzenie petycji do władz Ontario w sprawie obowiązku alimentacyjnegoż0a•II edycja Konkursu Literackiego PP o "Złoty Długopis" - na opowiadanie i listż0a• Akcja zbierania podpisów pod petycją o zniesienie wiz dla Polaków przyjeżbfdżbfających do Kanady, wręczenie petycji poseł Jean Augustine 3 maja 1998, akceptacja petycji, przedstawienie w Izbie Gminż0a• Zorganizowanie grupy polskiej biorącej udział w akcji budowy Adventure Playgroundw High Parkuż0a• Interwencja przy strajku w Canada Breadż0a• Udział PP w Unity Parade 1 lipca w Canada Day, organizowanej przez Tony'ego Ruprechta (1998)ż0a• Współorganizacja Wiosny i Jesieni Poetyckiej; Patronat nad Kawiarnią Literacką "Pod Sufitem"ż0a• Konkurs Fotograficzny pt. "Najlepsze Zdjęcie z Wakacji"ż0a• Uczczenie przystąpienia Polski do NATO - jedyna otwarta dla całej Polonii uroczystość pod Pomnikiem Katyńskimż0a• Poparcie polskich kandydatów i praca przy wyborach miejskich 1997 (C. Korwin-Kuczyński, P. Milczyn)ż0a• Działalność sportowa - klub piłkarski Polonia 99, drużbfyny siatkówki, wsparcie finansowe drużbfyn, wynajem sal gimnastycznych dla Poloniiż0a• Poparcie dla AWS w czasie wyborów samorządowych w Polsce w 1998 rokuż0a• "Studio PP", cotygodniowe audycje Radia Polonii Przyszłości - AM 530 - prowadzenie Małgorzata Bonikowska, Jacek Bonikowski, Seweryn Reszka, współpraca Zbigniew Bełz (1998-1999). ż0aż0aZapraszamy do www.poloniaprzyszlosci.orgż0aˇautoˇautoˇ18ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ43ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060811143ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13259ˇ1149358145ˇ8ˇ1150148401ˇ8ˇ6ˇ9ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Życie pod zaciemnieniem. ˇTeresa Fabijańska-Żurawska jest wybitnym historykiem sztuki od szeregu lat związanym z zamkiem w Łańcucie, specjalistką w dziedzinie pojazdów konnych, badaczem-odkrywcą, autorką szeregu publikacji naukowych. Jej pełne ciepła i rodzinnego sentymentu wspomnienia, pokazują źródła naukowych zinteresowań na tle polskiej historii, z ważbfnymi faktami, często nie znanymi,a sprawdzonymi i udokumentowanymi.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, maj 2006, nr 41ˇ***image1:left*** Od początku okupacji zapanowały ciemności. Te z nakazu hitlerowców i te wypływające z konsekwencji wojny. Elektrownia miejska została rozebrana na części i wywieziona, czy teżbf na miejscu ukryta przez jej pracowników, by nie dostała się w ręce niepowołane i nie poszła na armaty. Powszechnie obowiązywało zaciemnienie wszystkich możbfliwych okien, źródeł światła. Wyprodukowano nawet specjalny papier w ogromnych arkuszach i zwojach na rolety czarne, grube, nie przepuszczające ani smugi światła. Pilnowała tego policja i sypano wysokie kary, a nawet groziło więzienie, tortury w Gestapo, czy śmierć. Miasto tonęło więc w kompletnych ciemnościach i naturalnie obowiązywała godzina policyjna o dwudziestej.ż0aż0a Siedzieliśmy w domu w Hrubieszowie przy jednej lampie naftowej wokół sześcioosobowego stołu. Każbfdy coś robił. Mama cerowała skarpety babci, nasze pończochy, grube i wełniane dolne niewymowne, których był deficyt. Przerabiała i łatała nasze okrycia, ponieważbf szybko wyrastaliśmy i zdzierali chodząc ciągle w tym samym. Mundurki były zakazane. ż0aż0aWspomniałam jużbf o koncesji na sprzedażbf papierosów, którą mama otrzymała, ale de facto zajmował się tym Witek. On to wystawał w kolejkach do hurtowni monopolistycznej spółki HERBEWO (od początkowych liter nazwisk trzech wspólników), działającej jeszcze przed wojną. Kto nie żbfył w tych czasach, ten nie będzie wiedział, jaka to była ważbfna sprawa dla palaczy, a większość ludzi, zwłaszcza mężbfczyzn paliła. Nigdy nie zapomnę tej kolejki pod kioskiem, którym była drewniana, ładnie zaprojektowana budka wielkości małego namiotu, z dachem namiotowym zakończonym ozdobną sterczyną. W połowie ścianek były witryny zamykane z zewnątrz okiennicami. Nie było tam ani piecyka, ani miejsca do zagospodarowania. Ot, taki letni kiosk na lody użbfywany tylko latem. Ale z tym większego problemu nie było, ponieważbf papierosów otrzymywał brat minimalną ilość. Mimo to nie uniknięto reglamentacji. Rzucała się ta wygłodniała masa obszarpanych, biednych zgłodniałych nikotyny i bijąc się, rozpychając szturmem zdobywała jak najdogodniejszą pozycję, aby tylko nie utracić tych dziesięciu sztuk najmocniejszych papierosów. Drżbfące, zmarznięte dłonie wyciągały się i chowały gniotąc cenną zdobycz. Stawali w kolejce jeszcze, i jeszcze raz, teraz jużbf spokojni i syci. Pogodzeni, a nawet uśmiechający się do siebie, jakby żbfyczliwsi dla całego świata. Sprzedażbf ta nie zajmowała więcej niżbf godzinę, dwie dziennie. Zarobek wprost proporcjonalny do całego przedsięwzięcia. Nie wiem, czy wystarczył na opłacenie mieszkania, opał i naftę, tej z jakiegoś powodu czasem brakowało i wtedy zdani byliśmy na cuchnący karbid. Czy ktoś z młodych możbfe sobie wyobrazić sześcioosobową rodzinę zmuszoną do wdychania cuchnąco - duszących spalin, małej, ledwie rozświetlającej mrok swym czerwonym, żbfarzącym płomykiem karbidówki? ż0aż0a A przecieżbf to wokół twej lampy naftowej, czy karbidowej skupiało się nasze żbfycie, nasze rozmowy, czytanie, odrabianie lekcji, uczenie innych młodych (Ela dawała lekcje), przyjmowanie gości, gry i zabawy, nasze pasje, zdobywanie wiedzy. Toczyło się normalne żbfycie, chociażbf ograniczone, zniewolone warunkami zewnętrznymi, ale wspaniałe i wzniosłe duchowo, intelektualnie, pełne inspiracji, nadziei na koniec wojny i powrót ojca. ż0aWierzyliśmy w to głęboko i modliliśmy się gorliwie.ż0aż0a Uwielbiałam okresy, kiedy była z nami babcia Mania (mama mamy), bo zawsze przygotowała nam, a przede wszystkim mnie, sukienki przerabiane z maminych i Elinych, plotła mi warkoczyki (tylko ona potrafiła mi dogodzić) nie szarpiąc za włosy, wiązała kokardy, a dla wszystkich dzieci robiła przepyszne mleko makowe do kisielków i galaretek owocowych. Z babunią było radośniej spokojniej i nawet chłopcy mniej się kotłowali. Babunia cały czas coś robiła dla nas smacznego. Mama teżbf w tych dniach wyglądała lepiej, śmiała się i opowiadała coś ze swojego dzieciństwa. Dużbfo ze sobą rozmawiały. A jeśli nie chciały abyśmy my - dzieci rozumiały, przechodziły nagle na język francuski.ż0aż0a Babuni poświęcę osobny rozdział, bo była to wielka osobowość, dama z urodzenia i w każbfdym calu. Wielkoduszna, wyrozumiała, ciepła i czuła, a jednocześnie zahartowana psychicznie i zaradna. W tym czasie przebywała najczęściej w Wiszniowie u Lili Banaszkiewiczowej (córki cioci Niusi Piątkowskiej, siostry mamy). Rodziły się wtedy kolejne dzieci: Maryla, Andrzej (Ijunia i Eni) oraz Zosia. ż0aż0a Gdy nie było babuni, podporą naszej rodziny stawała się doroślejsza Ela. Filar nie tylko psychiczny, ale i moralny. Wymagająca od młodszego rodzeństwa dyscypliny, wykonywania obowiązków i bycia w domu na czas. Bardzo nie lubiła zwłaszcza moich wybiegów do sąsiadów i to od niej miałam ksywkę „latawiec”. Nie powiem, żbfebym się tym przejmowała. Ciekawość żbfycia ludzi, którzy mieszkali obok, ich obyczajów, przyznaje, trochę odmiennych od naszych, właśnie mnie pociągała. Eli zakazy i skarżbfenie do mamy nie pomagały. Do pokornych nie należbfałam.ż0aż0a Ela była bardzo zajęta. Uczyła się i pracowała w placówce Polskiego Czerwonego Krzyżbfa prowadzonej przez doktora medycyny, Władysława Kuczewskiego, pełniącego równieżbf bardzo istotną dla ludności rolę lekarza powiatowego. Pod konie wojny zabił go Ukrainiec, który udał pacjenta. Cóżbf to za stratę poniosło całe społeczeństwo. Wypisywał dla swego zabójcy ostatnia receptę. Zginął 28 grudnia 1943 r. Sroga zima, chłód i ziąb niepowstrzymany tłumów dorosłych i dzieci Polaków i Ukraińców w oddaniu hołdu temu wielkiemu człowiekowi, któremu tak wielu, tak wiele zawdzięczało.ż0aż0a Zziębnięta w moim przykrótkim paletku przerobionym jeszcze w 1939 roku z mamy płaszcza i w chuście szydełkowej, uczestniczyłam w pierwszym w żbfyciu pogrzebie, wstrząśnięta, przejęta do szpiku kości. Nie był to zwykły pogrzeb. Ta manifestacja patriotyczna wyrażbfała sprzeciw wojnie, Niemcom, zniewoleniu, bezprawnemu panoszeniu się na polskiej ziemi, nienawiści wznieconej i podsycanej przez okupanta.ż0aż0a Ale to był zaledwie początek. To co najgorsze miało dopiero nadejść.ż0aż0a*ż0aż0a Wojska niemieckie koncentrowały swe siły wzdłużbf linii Bugu. Codziennie transporty przejeżbfdżbfały przed naszymi oknami. Zdarzało się, żbfe zabierano nam jeden pokój z niezależbfnym wejściem na kwaterę dla oficera. Mama mówiła biegle po niemiecku, co było dobrze przyjmowane. Niemieccy wojskowi zachowywali się wtedy uprzejmie i załatwiali sprawę spokojnie. Mieliśmy okazję oglądać ekwipunek jednego z bardzo przystojnych oficerów, jakiegoś Ober, zapewne arystokraty, który jechał na front ciężbfko przestraszony, pierwszy raz. Był przerażbfony mrozami, chociażbf puchowy, błękitny śpiwór nie powinien był go peszyć. Po południu gdzieś wyszedł, powiedział mamusi, żbfe wróci wieczorem. Moi bracia i ich koledzy zaraz zabrali się do sprawdzania co ma w bagażbfu, przymierzali jego pasy z kaburami i w ogóle rozdokazywali się, jakby nie było wojny. Mama mało nie zemdlała. Błagała, żbfeby nie ruszali niczego, żbfe lada chwila możbfe wrócić, ale do moich braci te argumenty nie docierały. Żeby takich rzeczy uniknąć, mama pisała na drzwiach kartkę: „uwaga ! tyfus!” i to pomagało. Przynajmniej Niemców nie musieliśmy jużbf nocować.ż0aż0a Nowa wojna szykowała się ewidentnie. Żyliśmy strachem. Na szczęście istniał jużbf kontakt z ojcem, który po wzięciu do niewoli przez Sowietów w nocy z 17 na18 września 1939 roku w okolicach Równego, czy Dubna i po siedmiu tygodniach wożbfenia po terytorium Rosji (w towarowych wagonach zaplombowanych, na mokrych liściach zamiast jakiegokolwiek posłania) – odnalazł się w Stalagu, w obozie jenieckim w Saksonii, w miejscowości Oschatz między Lipskiem, a Dreznem.ż0aż0a Pierwsza wiadomość – kartka od ojca przyszła w styczniu 1940 r. Równocześnie chyba poszukiwania przez Polski Czerwony Krzyżbf potwierdziły tę radosną dla nas wiadomość. Ojciec żbfyje.ż0aż0a Dość regularnie kursowały listy na specjalnych, podwójnych składanych blankietach, ocenzurowane przez władze niemieckie, wojskowe. Na połowie pisał tata, na drugiej odpowiadała mama. Istniały teżbf takie karty otwarte. Zachowało się tej naszej wspólnej korespondencji ponad tysiąc dwieście, z sześciu lat wojny, z przerwami, gdyżbf poczta zamierała. O tym chciałabym bardziej szczegółowo napisać przy okazji powrotu ojca z niewoli.ż0aż0a Mama posługiwała się swoistym językiem – szyfrem. Pisała po polsku, bo było wolno, ale pewne wiadomości przemycała w taki sposób, żbfe tylko ojciec mógł zrozumieć. Wiosną 1941 r. atmosfera AK zmieniała się z tygodnia na tydzień, żbfe wszyscy oczekiwali nie wiedząc jednak dokładnie, co się stanie. Byliśmy w najbardziej niebezpiecznym miejscu. W prostej linii parę kilometrów od Bugu i przestrzeń otwarta. Nie mieliśmy dokąd uciekać. Czekaliśmy więc na to, co się stanie.ż0aż0a 22 czerwca pamiętnego roku nikt nie położbfył się spać. Sąsiedzi przenieśli się do rodzin, gdzie uważbfali, żbfe będzie bezpieczniej. Pusto wokół i tylko my sami w naszym mieszkaniu na pierwszym piętrze, wgapieni w weneckie okno, podnieceni oczekiwaniem. Noc czuwania i zachwytu. Bezchmurne niebo zaczyna świtać. Coraz jest jaśnie, pierwszy brzask. Trzecia nad ranem. Nagle niebo zapełniło się płomienistymi kulami, które zakreślają parabolę i spadają na ziemię wołyńską wydając głuchy, mocny pomruk. Wybuchy jużbf seryjne, najpierw coraz mocniejsze, potem jakby słabsze i z większej odległości. Patrzyliśmy na to zjawisko z takim niemym podziwem, żbfe o strachu nikt z nas nie myślał. Widok wspaniały! Punkt obserwacyjny najlepszy z najlepszych. Trwało to cztery godziny. ż0aż0a Nie było odwetu. Sowieci zaskoczeni, a możbfe celowo, puścili Niemców w głąb. A ci szli i szli bez oporu. Gdyby dali odwet, byłoby po nas.ż0aż0a Zrobiła się cisza, a mama siadła do pisania listu do ojca, do Oschatz użbfywając takich słów: ż0a„…to, co miało być, jużbf przeszło, dzisiaj w nocy. Jest siódma rano, spokój i wszystko dobrze...”.ż0aż0a Ten spokój był jednak pozorny i na krótko. Efektem niemieckiej inwazji na ZSRR był wielki niepokój i wzmożbfony ruch taborów wojskowych, które z Zamościa, przez Hrubieszów, dokładnie przed naszym oknem przesuwały się na wschód. Kolumny samochodów z wojskiem, czołgi, działa pancerne, kuchnie polowe i cały transport potrzebny wojsku. Moi bracia, jak to chłopcy, przyglądali się z zainteresowaniem, możbfe nawet z podziwem. Tego jeszcze nie widzieli w żbfadnej encyklopedii i na żbfadnym znaczku pocztowym. Julek siedział ciągle w oknie i liczył. Od czasu do czasu wykrzykiwał: „…naliczyłem sześćdziesiąt, ale one jeszcze jadą”. I jechały.ż0aż0a Nie było jużbf granicy na Bugu. Ożbfyły kontakty ludności cywilnej z obu stron. Kwitł przede wszystkim handel wymienny. Na wygon, gdzie było dużbfo miejsca dla ciężbfarowych samochodów, przyjeżbfdżbfały zagrabione ze sklepów towary takie, jak kołdry, koce. Kupowała je ludność za pieniądze niemieckie, okupacyjne lub wymieniając za żbfywność i bimber.ż0aż0a Nazwa „wygon” pewnie wzięła się stąd, żbfe część nieużbfytków pokryta zieloną trawą i chwastami m.in. ptasim rdestem i gęsiówką, służbfyła do wypasu niezliczonych stad gęsi należbfących do właścicieli domków jednorodzinnych, rozsiadłych półkolem. Miało to typowo wiejski charakter, malowniczy i archaiczny. Niektóre domy kryła strzecha ze słomy, przed wejściami ogródki mieniły się barwnością różbfnych kwiatów. Słoneczniki i malwy dominowały wysokością i pięknie odbijały kolory na białym tle ściany. Ten zaciszny zakątek, zamienił się w grząskie, błotne targowisko.ż0aż0a Druga część Pobereżbfan nadawała się tylko do zjeżbfdżbfania na sankach. – Dużbfe, lejowate, kacze doły, mogły być pozostałością po pierwszej wojnie światowej, lub wyrobiskami gliny. Dziwne to było ukształtowanie. Dzisiaj teren ten jest zabudowany. Od Zamościa jadąc widzi się po obu stronach ciągłą zabudowę długiej, kilkukilometrowe ulicy. Dom, w którym przyszło nam przetrwać okupację i pierwszy rok, stoi i ma się dobrze. Jest zadbany, balkon otrzymał dekoracyjną balustradę i dzięki niej dalej wyróżbfnia się urodą, zgrabnej, przedwojennej architektury.ż0aż0a Od początku okupacji ludność cywilna była w różbfny sposób zastraszana. Łapano znienacka młodzieżbf gimnazjalną, która nosiła obowiązujące przed wojną mundurki, a zimą płaszcze. Guziki u nich stały się powodem represji. Żandarmi prowadzili takiego chłopaka do punktu w urzędzie niemieckim, gdzie w brutalny sposób obcinano błyszczące guziku wraz z tkaniną, niszcząc w ten sposób jedyne okrycie. Spotkało to Witka. Byłam z nim wtedy i nie opuściłam biegnąc szybko za nim, eskortowanym przez dwóch Niemców. Szarpał się, więc go boleśnie przytrzymywali, jak boleśnie świadczyły pozostawione sińce. Po ceremonii obcięcia guzików – puścili. Ale ja jużbf zdążbfyłam mamę zawiadomić i poszła do niego. ż0aż0a Dziewczęta nosiły granatowe berety ze znaczkami: książbfka i kaganek oświaty – odznaki noszone przez uczennice obowiązkowo. Na lewych rękawach mundurka dziewczęta i chłopcy nosili tarcze z numerem szkoły. Pole niebieskie oznaczało - gimnazjum, pole czerwone - liceum. Te emblematy wyróżbfniały i identyfikowały uczniów pod kątem szkoły – nie miały, żbfadnej wymowy ani politycznej, ani patriotycznej. Ale okupantom tak przeszkadzały, żbfe zdzierali je na ulicach, budząc lęk niewinnej młodzieżbfy. Nikt nie wiedział, o co właściwie chodzi. Zapewne chodziło o zastraszanie i podporządkowanie ludności cywilnej. Szefem Gestapo był sadysta, powszechnie zwany Blondynkiem. Aresztowania, represje, znęcanie się coraz gwałtowniejsze, coraz bardziej okrutne spowodowały akcję partyzantów i likwidację tego okrutnika. Odwetem za karę były jeszcze większe aresztowania i znęcanie się nad zakładnikami.ż0aż0a Codziennie wywieszano listy, kilkunastu lub kilkudziesięciu osób rozstrzelanych, listy zakładników, którzy nigdy nie wrócili do rodzin, codziennie były jakieś obwieszczenia represjonujące ludność cywilną. Wreszcie w 1942 r. zaczął się pogrom ludności żbfydowskiej. W Hrubieszowie było bardzo dużbfo Żydów. W zgodzie żbfyły obok siebie trzy nacje wyznające inną religię. Katolicy mieli swój kościół parafialny, dawniej klasztorny pod wezwaniem św. Mikołaja, a na tej samej ulicy vis-a-vis prawosławni chodzili do pięknej cerkwi ufundowanej przez rząd carski w 1873 r. Żydzi wyznania mojżbfeszowego mieli swoją synagogę w centrum, niemal przy rynku. Mieszkali wszędzie, chyba tylko na przedmieściu Pobereżbfany ich nie było, gdyżbf ta część miała charakter swoisty, bardziej rolniczy niżbf miejski. Życie handlowe, oprócz ciągu sklepów na schodach, u wjazdu do Rynku (za okupacji wielobranżbfowy, najelegantszy magazyn Gajzera) - skupiało się na placu targowym i w uliczce wąziutkiej z ciągiem jatek zwanych „sutki”. Właściwie mieściły się tam różbfne sklepiki i kolonialne i rybne.ż0aż0a Przypominały one handlowe dzielnice miast w południowych krajach Europy. Drzwi obok drzwi, żbfeliwne wzmocnione kutymi sztabami, zamknięte na kłódki. Nie miały witryn. Towar rozwieszano na hakach po otwarciu. Wylewał się na zewnątrz obfitością i różbfnorodnością. Możbfna było kupić tam wszystko: od landrynek, lizaków, czekolady, korzeni, bakalii do koszyków, szczotek i wyrobów blacharskich.ż0aż0a Malowniczość tego zaułka niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju, uzupełniały postaci kupców żbfydowskich w czarnych chałatach i myckach na rozwichrzonych włosach. Przeważbfnie byli to ludzie starsi. Kobiety – przekupki siedziały w innym miejscu, gdzie było kilka drewnianych straganów. Rozkładały tam worki pełne rozmaitych, kasz, grochu, fasoli, suszu owocowego, obok leżbfały warkocze cebuli i czosnku. Tę różbfnorodność płodów urodzajnej ziemi hrubieszowskiej uzupełniały ogromne słoje z ogórkami kiszonymi i… pijawkami. Zawsze mnie okropnie brzydziły. Obrazu tego nie zmieniła nawet zimowa pora roku, ponieważbf na zimno była rada. Kupcowe handlowały na siedząco, pod spódnicą chowały żbfeliwne sagany pełne rozżbfarzonych węgli drzewnych, przynoszonych z piekarni i z takim „piecykiem” wytrzymywały nawet kilkustopniowy mróz. Na głowach miały rude peruki, ręce chroniły rękawiczkami, które nie miały końców palców, żbfeby łatwiej było liczyć pieniądze. ż0aż0a Zapamiętałam takżbfe specyficzną woń, jakby swąd z węgielków mieszał się z zapachem śledzi w beczkach, zamorskich korzeni, rodzinnego makagigi i waniliowych karmelków. Dziwne, jak zapach możbfe wtopić się w obraz i wtedy jedno z drugim jest jużbf nierozłączne. ż0aż0a Kres temu folklorowi miasteczka położbfyli hitlerowcy najpierw tworząc getto, później dokonując zagłady ludności żbfydowskiej. Stało się to w 1942 roku. Wszystkim wyznawcom Mojżbfesza kazano się przenieść do dzielnicy zwanej Wójtostwo, która znajduje się po wschodniej stronie, za Huczwą. Opuścili więc swoje domy, według współcześnie wydanych opracowań (Grzegorz Rąkowski, Polska egzotyczna II, wyd. Pruszków 2000, s. 240), w maju i w czerwcu 1942 roku skupiono tam ok. 10 000 Żydów z całego powiatu. Wywożbfono ich potem do obozu zagłady w Sobiborze. Na hrubieszowskim kirkucie rozstrzelano ok. 500 osób.ż0a ż0a Opustoszałe domy w Rynku i okolicy oddano miastu do zagospodarowania. W jednej z kamieniczek zorganizowano szkołę, jeżbfeli dobrze pamiętam, na cztery klasy na parterze. Tam uczyłam się do końca piątej klasy. Warunki były trudne, salki małe, ciasne, ciemnawe i zimne. Na lekcje religii chodziliśmy do kaplicy grobowej przy szkolnym kościele św. Stanisława Kostki. Ziąb i wilgoć wyciągały nas na cmentarz. O, jak dobrze było w promieniach słońca pogrzać się pod murem, bodaj przez chwilę i pochrupać prażbfony groch. ż0aż0a Pewnego dnia na skwerze przed kościołem, zniszczonym kompletnie, pojawiła się ogromna góra mebli, raczej gratów starych i zniszczonych, z pociętymi i wyprutymi materacami, z których wysypywało się końskie włosie, sprężbfyny i trawa morska. Prócz kanap, stołów, krzeseł, foteli leżbfały gary, sprzęt kuchenny i na samym szczycie tego stołu możbfe przeznaczonego do podpalenia, znajdowała się beczka drewniana, dość dużbfa. Wyglądała normalnie, jak te w sklepach po śledziach, ale od wewnątrz miała gęsto nabite gwoździe. Mówili, żbfe służbfyła do spuszczania krwi, aby przyrządzić koszerne jedzenie. Czy to prawda? ż0aż0a Codziennie patrzyliśmy na nią snując naturalnie różbfne wizje. Trzeba powiedzieć, żbfe chociażbf dzieci nie wiedziały co stało się z ludnością żbfydowską, bały się o swoje rodziny, o nauczycieli, o siebie. Lęk towarzyszył nam każbfdego dnia, przecieżbf wieści były straszne. Ciągle ginęli ludzie.ż0aż0a Zimą 1943 r. Niemcy przeprowadzili wysiedlenia polskich wsi, na ich miejsce sprowadzając osadników niemieckich z różbfnych państw europejskich. Działania tej akcji zostały zatrzymane dzięki ruchowi oporu, który w hrubieszowskim był bardzo silny.ż0aż0a Armia Krajowa od końca 1942 r. zaczęła przeprowadzać akcje bojowe w terenie. Nieszczęściem dla Polaków byli nacjonaliści ukraińscy podjudzani przez Niemców. Na tych południowo-wschodnich terenach oni stali się wrogami. W 1943 r., gdy pojawiły się bandy UPA przybywające zza Bugu, nasiliły się mordy polskiej ludności. Przeciwstawili się temu zbrojnie polscy partyzanci. Zaczęły się wzajemne akcje wyniszczające całe wsie, i polskie i ukraińskie. Apogeum tego nastąpiło w marcu 1944 r.ż0aż0a Z naszego okna widzieliśmy codziennie po kilka pożbfarów. Jasno robiło się w naszym mieszkaniu. Płonęły budynki mieszkalne, zabudowania gospodarcze, stodoły, plony, bydło i cały dobytek. Zabijano bestialsko kobiety i dzieci.ż0aż0a W kwietniu przywieziono Traczuka, polskiego gospodarza, naszego sąsiada, w którego domu bawiłam się często, bo miał córkę w moim wieku. Żona jego co niedzielę chodziła do kościoła na sumę. Czy był mróz czy słota, wkładała czarne karakułowe futro i tak paradowała przez Pobereżbfany. Traczuka wraz z innymi gospodarzami wzięto na tak zwany „forszpan” czyli przymusowe roboty transportowe. Musiał stawiać się wyznaczonego dnia, o podanej godzinie i przepracować na rzecz okupanta ileś tam godzin, dniówkę. Zdarzało się to regularnie i nie było niczym podejrzanym. Tak się stało i tym razem, ale po raz ostatni.ż0aż0a Pojechało ich nie wiem, kilkunastu, możbfe mniej, jak zwykle na określone roboty. Nie znam okoliczności, ani szczegółów i nikt o tym dotąd nie napisał, więc zrelacjonuję, co wtedy mówiono i co widziałam. Zwęglony kadłub ciała ludzkiego, brązowy i przypominający kłodę drewna. Nie było rąk ani nóg, ani głowy. Zawinięty w brudną płachtę leżbfał na podłodze w kuchni. Traczukowa rozpoznała mężbfa po łacie przy zajęciu spodni, którą sama niezbyt starannie przyszyła. Przyciśnięty paskiem skórzanym strzęp ubrania stał się znakiem rozpoznania, identyfikacji. Człowiek bez głowy, nóg i rąk. Spalony w stodole w Masłomęczu. Warstwa ludzi, warstwa słomy i dużbfa stodoła z drewna. Co za pochodnia! Co za głowa to wymyśliła – kto zbrodniarzem, kto katem? ż0aż0a Zginęli zwykli chłopi, rolnicy półmiejscy, półwiejscy. Pojechali do pracy z rozkazu okupanta, nie do walki. Nigdy nie słyszałam aby ktokolwiek później o tym mówił.ż0aż0a Ciśnie się jednak historyczne pytanie: ile było takich stodół, ilu spalono Polaków? ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0a(Masłomęcz w powiecie hrubieszowskim stał się słynny, ze względu na odkrycia wykopaliskowe sprzed 25 lat. Odkryto tu osadę Gotów z II-IV w. n. e. Pojawili się oni 180 lat po Chrystusie i właśnie tu, nad Huczwą zbudowali potężbfna cywilizację. Znali technikę powlekania metalu innym metalem, budowali piętrowe domy z kanalizacją, znali jedwab. Jedną z tajemnic Gotów jest dziwny rytuał pochówku, z wkładaniem do grobów niekompletnych ciał. Na odkrytym w Masłomęczu cmentarzysku, zdecydowaną większość ciał stanowiły kobiety i dzieci. Archeologowie określili tę pozbawioną męskiej populacji społeczność mianem - „Amazonki z Masłomęcza”). ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇp__teresa1.jpgˇp__teresa2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇMama z małą Elą, Zamość 1925ˇEla - moja siostra Elźbieta z Fabijańskich Świdzinska, nasz psychiczny filar w czasie okupacjiˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇ50ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇp__teresa1.jpgˇp__teresa2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ581ˇ584ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawska ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060910150ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13260ˇ1149360664ˇ8ˇ1150032212ˇ9ˇ6ˇ9ˇ2006ˇRaj utracony, raj odzyskanyˇInformacja o interesującej wystawie w Montrealu.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, maj 2006, nr 41ˇW dniach od 8 marca do 21 maja 2006 r. w Montrealu miała miejsce szalenie ciekawa wystawa Polonii „Dialog”, na której pokazano szerokiej kanadyjskiej publiczności, oprócz współczesnej twórczości polskich artystów (Wojtek Szwey, Andrzej Kubat, Alfred Halasa, Tomasz Walenta, Dorota Dyląg, Janusz Migacz, Klara Pokrzywko, Piotr Królikowski i Beata Nowacka), fragment historii związanej z losami polskiej arystokracji osiadłej w Quebecu. Jużbf przed wejściem do sali wystawowej, możbfna było zobaczyć fotografie i biogramy polskich malarzy, rzeźbiarzy, grafików i fotografików oraz obejrzeć interesujący film (wyprodukowany przez Queen Art Films i Gaspacho Films), pod znamiennym tytułem „Raj utracony, raj odzyskany”, powstały w trzech wersjach językowych polskiej, francuskiej i angielskiej. ż0aż0a W sali wystawowej znalazły się eksponaty z prywatnych zbiorów arystokratycznych rodzin. Polaka odwiedzającego wystawę możbfe ogarnąć sentyment i nostalgia, gdy na kanadyjskiej ziemi zobaczy filiżbfankę króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, czy srebrną czarkę, należbfącą niegdyś do Adama Mickiewicza. Z filmu „Raj utracony, raj odzyskany” emanuje takżbfe sentyment minionego czasu. Widzimy mapę dawnej Polski i ogromne latyfundia, bogato wyposażbfone pałace oraz roześmiane twarze elegancko ubranych pań i panów na starych fotografiach. Obraz ten kontrastuje z zawieszoną nad gablotami symboliczną małą walizką, w której zmieścili wszystko co mogli zabrać ze sobą byli właściciele wielkich posiadłości, pozbawieni swoich gniazd rodowych, często dziedziczonych przez setki lat z pokolenia na pokolenie. Z rozmów z Joanną z Wolskich Potocką, Różbfą z Plater-Zyberk Siemieńską (Liksna, Pilica) i jej mężbfem Wilhelmem Siemieńskim z Chorostkowa, Sewerynem Światopełk-Czetwertyńskim (Żołudek, Milanów) i jego żbfoną Denise z Elie Światopełk-Czetwertyńską, Magdaleną Skarżbfyńską - wnuczką Józefa Mehoffera czy Elginem Scottem, w połowie Kanadyjczykiem, mówiącym piękną lwowską polszczyzną, ożbfenionego z ś.p. Marią Tarnowską z Malinia, poznajemy zawikłane losy arystokracji i wchodzimy w ten specyficzny, polski klimat za oceanem. ż0aż0a W okolicach Montrealu znalazły się po wojnie m.in. rodziny Tarnowskich, Potockich, Radziwiłłów, Siemieńskich, Plater-Zyberk, Światopełk-Czetwertyńskich, Zamoyskich, Tyszkiewiczów. Wiele z nich osiedliło się w Rawdon, miejscowości położbfonej ok. 80 km od Montrealu, z dwoma sztucznemi jeziorami, wśród malowniczych wzgórz i pagórków. Tamtejszy krajobraz ma coś z Polski, z obrazów Wyspiańskiego, Wyczółkowskiego, Fałata, z widoków polskiego Podkarpacia i okolic Krakowa. Spadkobiercy tradycji, żbfyjący na pograniczu dwóch jakżbfe różbfnych światów, spotykają się, pielęgnują wspomnienia, przechowują pamiątki. To z ich inicjatywy powstała ta piękna, sentymentalna wystawa pokazująca, żbfe my Polacy „nie gęsi” i swoją arystokrację mamy. Potomkowie tych znakomitych rodów, potrafili ciężbfko pracować, przetrwać, przekazać dzieciom polską historię. Bo przecieżbf jak uczono od pokoleń - „szlachectwo zobowiązuje”. ż0aż0aż0aż0a***image9:center***ż0aż0a***image6:center***ż0aż0a***image7:center***ż0aż0a***image4:center***ż0aż0a***image5:center***ż0aż0a***image3:center***ż0aż0a***image1:center***ż0aż0a***image2:center***ż0aż0afotografie eksponatów: Jacek Gwizdkaż0aż0aż0a***image8:center***ż0aż0aż0aKsiążbfka jest ciekawą opowieścią o polskich i kanadyjskich losach rodziny książbfąt Światopełk-Czetwertyńskich, właścicieli m.in. "pałacyku Różbfy" w Warszawie, podstępnie odebranego przez polski rząd w latach 50. i sprzedanego Stanom Zjednoczonym. Na miejscu dawnego pałacu stoi w tej chwili amerykańska ambasada.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇczarka.jpgˇczarnecki.jpgˇfilizanka.jpgˇkossak.jpgˇlawrowski.jpgˇmehofer2.jpgˇmehoffer1.jpgˇokladka_002.jpgˇraj.jpgˇˇSrebrna czarka Adama Mickiewicza ze zbiorów Mycielskich w Wolsztynie i Tarnowskich w Maliniu. Irena Mycielska z Wolsztyna była matką Marii Tarnowskiej z Malinia - żbfony Elgina Scotta. Stąd te cenne pamiątki zdobią dziś dom rodzinny Scottów w Rawdon.ˇAnonim, Śmierć Hetmana Czarnieckiego, XIX w, obraz olejny ze zbiorów Seweryna i Denis Światopełk-Czetwertyńskich z Rawdon .ˇFiliżbfanka króla Stanisława Augusta Poniatowskiego pochodząca ze zbiorów Mycielskich w Wolsztynie i Tarnowskich w Maliniu, udostępniona na wystawę przez Elgina Scotta z Rawdon.ˇObraz olejny Juliusza Kossaka, ze zbiorów Różbfy i Wilhelma Siemienskich z Rawdon.ˇWłodzimierz Lawrowski, autoportret, XIX w.olej na plótnie, ze zbiorów Joanny z Wolskich Potockiej z Rawdon.ˇJózef Mehoffer, ze zbiorów wnuczki artysty - Magdaleny Skarżbfyńskiej z Rawdon.ˇJózef Mehoffer, ze zbiorów wnuczki artysty - Magdaleny Skarżbfyńskiej z Rawdon.ˇˇˇˇ2ˇ47ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇczarka.jpgˇczarnecki.jpgˇfilizanka.jpgˇkossak.jpgˇlawrowski.jpgˇmehofer2.jpgˇmehoffer1.jpgˇokladka_002.jpgˇraj.jpgˇˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ342ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇ211ˇ267ˇ424ˇ473ˇ509ˇ600ˇ296ˇ533ˇ93ˇˇ2ˇJoanna Sokolowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060910247ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13261ˇ1149376325ˇ8ˇ1150032179ˇ9ˇ6ˇ9ˇ2006ˇNotatki spod Monte CasinoˇFragmenty niepublikowanego pamiętnika Józefa Poniatowskiego, redaktora naczelnego "Orła Białego" na Bliskim Wschodzie i we Włoszech oraz Ministra Spraw Krajowych w gabinecie dr Stanisława Ostrowskiego w Londynie.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, maj 2006, nr 41ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ˇ[…] Staraliśmy się o ten wyjazd od kilku tygodni. Mieliśmy wyjechać 8.V., ale potem przyszło zarządzenie, podobno generała Andersa, żbfebyśmy przyjechali 13, bo akcja zacznie się 15. ż0aż0a Wyjechaliśmy tedy w sobotę i koło 10 rano znaleźliśmy się w II rzucie Korpusu, o 2 km od Venefro, w Sekcji Polowej Propagandy i Kultury. Zameldowaliśmy się u ppłk. Michniewicza. Przyjął nas uprzejmie, wyjaśnił bardzo ogólnikowo sytuację i nieco zamroził wiadomością, żbfe gen. Anders nie tylko nie chce teraz zajmować się prasą czy korespondentami, ale jest przeciwny jeżbfdżbfeniu do oddziałów. Okazało się ponadto, żbfe jest to skutek niepowodzenia w pierwszym natarciu. ż0aż0a Mamy pojechać do punktu opatrunkowego. Wita mnie kierownik punktu, porucznik - lekarz K. Opowiada, jak piekielną mieli robotę przez parę poprzednich dni. Przez ich ręce przeszli prawie wszyscy ranni Korpusu - ponad tysiąc. Było po kilkadziesiąt operacji dziennie. Prawie każbfdy potrzebuje co najmniej transfuzji krwi. Na trzy dni przed natarciem, Niemcy ostrzelali ich punkt zabijając dwóch lekarzy i kapelana. Stali wtedy o 3 km dalej, jużbf blisko dolnego końca Inferno, ale po tym wypadku musieli się przenieść. Dr K. przyznaje, żbfe nie jest pewne, czy Niemcy chcieli trafić w szpital. Wisiała wprawdzie wielka płachta z czerwonym krzyżbfem, ale była dość wyblakła, a wąwóz ostrzeliwują stale, bo wiedzą, żbfe to ważbfna droga komunikacji. Przy tym, o parę godzin wcześniej udało im się „zmacać” i zapalić znajdujący się opodal skład amunicji.ż0aż0a W czasie naszej rozmowy, przysłuchujący się początkowo kapitan o okrągłej twarzy, odchodzi na bok, zakłada stułę i udziela ostatnich Sakramentów leżbfącemu obok rannemu. Potem zdejmuje stułę i wraca do nas.ż0aż0a Mamy wracać, ale czekamy pół godziny, ruch pod górą wciążbf zamknięty. ż0aż0aNam radzi pułkownik udać się przed północą z mułami niosącymi prowiant do 16. baonu, nie ma nic przeciw temu, żbfebyśmy dotarli do którejś z leżbfących na linii kompanii. Mułów jest kilkadziesiąt, wszystkie objuczone, poganiacze Cypryjczycy, podobno doskonale pracują, nasz oficer i dwóch żbfołnierzy. Noc ciemna, księżbfyc wzejdzie za parę godzin. Rozświetlają ciemności tylko błyski wystrzałów i wybuchów, czasem przetnie niebo łuk świetlnego pocisku. Ogień zresztą nie jest zbyt gęsty i nadal trudno zrozumieć, kto i do kogo strzela. Zdaje się, żbfe to tzw. ogień nękajacy – dwie strony kładą wiązki pocisków tu i tam, zwłaszcza gdzie znając teren, przewidują bądź nieprzyjacielską baterię, bądź skupiska ludzi czy transportów.ż0aż0a Idziemy jeszcze kilkaset kroków drogą w lewo, ku dolinie Maioli. Potem skręcamy od niej scieżbfką wspinajacą się zboczem na wzgórze Castiglione. Tempo marszu dość szybkie biorąc pod uwagę ciemność, pod górę i ciągłą potrzebę wyplątywania nóg lub głów z drutów telefonicznych. Czasu tracić nie należbfy bo jednak co noc na tych ścieżbfkach muły i ludzie giną, o czym świadczy dość często straszliwy zapach padliny. Palić tu jużbf nie wolno, hałasować - jak najmniej. O kilka metrów przed tą zachodnią krawędzią, zresztą dość łagodnie zbiegającą, ostatnie dwa schrony, jużbf najbliżbfsze nieprzyjaciela, wyjątkowo zakryte i z góry, z jednego z nich wyłazi kpt. Biegunowski, zastępca dowódcy batalionu, przebywający od paru dni z 2. kompanią.ż0aż0a Kompania leżbfy tu 3 dni. Zapytuję kapitana o warunki. Nie mają ze sobą ani koców, ani płaszczy. Spać w tych warunkach możbfe tylko ten, kto jużbf jest potwornie zmęczony. Prowiant przywożbfą w nocy mułami do batalionu, stamtąd - na ramionach. O ciepłej strawie nie ma mowy, o wodzie do mycia - równieżbf. Pytam, czy te przypadkowe strzelaniny, tam i ówdzie padające pociski nie dały się we znaki, czy teżbf kogo z kompanii uszkodziło. „Proszę zobaczyć”, odpowiada po prostu kapitan. Prowadzi mnie o 20 m w lewo od swego schronu: półotwarte stanowisko, na środku mała grządka zruszonej ziemi i kamieni, zatknięty nawet jakiś krzyżbfyk, o ile dobrze dojrzałem... ”Tu spoczywa podchorążbfy i strzelec, siedzieli w tym schronie, pocisk trafił sam schron, nie było co ratować”. Idziemy o kilkadziesiąt metrów w tył. Kapitan szuka węchem i dotykiem i łatwo znajduje”. Tu takżbfe pochowaliśmy dwóch, ale to o dzień wcześniej od tamtych”.ż0aż0a Trzeci grób widziałem na wstępie do kompanii. A więc w ciągu trzech dni bez większych działań, w oczekiwaniu, na odcinku podobnym do innych, kompania miała pięciu czy sześciu zabitych nie licząc rannych. Najbardziej uskarżbfają się na moździerze. Ale w dzień dają się takżbfe we znaki niemieccy strzelcy wyborowi.ż0aż0a Oprowadza nas po terenie swej kompanii i zarazem opowiada. Po żbfołniersku, po prostu. Bierze mnie coraz większy dla tych ludzi podziw. Pytam, czy zmęczenie i stałe napięcie nerwów nie odbiera im zdolności do walki, czy nie łudzą się, żbfe po paru jeszcze takich dniach ktoś ich zluzuje i pójdą na wypoczynek, czy rozumieją, żbfe to dopiero wstęp, żbfe przyjdzie największy wysiłek, w którym na nich właśnie przypadnie rola natarcia. To wszystko dobrze wiedzą. Wiedzą, żbfe zadanie przez ich poprzedników przed paru dniami wykonane nie zostało, więc musi być wykonane przez nich. Spodziewają się każbfdej nocy rozkazu nacierania na Widmo i dalej na San Angelo. Nastrój twardego realizmu, coś wręcz przeciwnego do ”słomianego ognia”, o który tak często i chyba niesłusznie jesteśmy pomawiani. ż0aż0a Pomimo ciemności, horyzont rysuje się dość ostro, widać powyginaną linię wzgórz. Kapitan wyjaśnia: Maiola i ten grzbiet za nią, z naszej lewej strony - to region Karpackiej. Lewa krawędź tego grzbietu, za siodłem - to Monte Cassino, a to najwyżbfsze wzniesienie na prawym końcu - to 593. Między nim i dalej w prawo, jużbf przed nami położbfonymi San Angelo, 593 i in., w przedłużbfeniu Maioli to Gardziel Śmierci. W tym samym kierunku leżbfy Masseria Albaneta - ruina pośrodku dolinki łączącej rejony działania obu dywizji. Jeszcze sporo w prawo wznosi się Monte Cairo, ale szczytu z powodu ciemności nie widzimy. Zupełnie jużbf po prawej ręce leżbfy Castel Belmonte, a jużbf prawie z tyłu - Cifalos, skąd właśnie teraz strzela niemiecka artyleria. Ogień stamtąd najbardziej zdeprymował nasze bataliony 18 i część 13 na Widmie tragicznej nocy 11/12 maja, bo chłopcy myśleli, żbfe są pod własnym ogniem.ż0aż0a Rzeczywiście, ogień artylerii, co prawda niezbyt gęsty, słyszymy ze wszystkich czterech stron. Z jednej własny, z trzech - nieprzyjacielski. Przypomina mi się bitwa pod Świszczowem w końcu lipca 1920 r., gdy takżbfe ogień był naokoło, ale tam rzeczywiście trzeba się było przemykać i wyślizgiwać będąc wewnątrz przeważbfających sił nieprzyjacielskich. Jest jużbf prawie pewne, żbfe tej nocy zacznie się natarcie. Rzeczywiście o 6 rano zaczyna się koncert. Muszę jednak przyznać, żbfe przynosi mi trochę rozczarowania. Spodziewałem się więcej. Uprzedzano mnie wprawdzie, żbfe na skutek interferencji fal głosowych huk jest mniejszy niżbf wynikałoby z dodawania wszystkich jego źródel, ale przypuszczałem, żbfe przynajmniej jest zupełna ciągłość huku, żbfe nie będzie w nim przerw. Jakkolwiek nerwy były napięte przez samą świadomość, żbfe oto o kilka kilometrów jużbf się toczy walka na śmierć i żbfycie, straszliwa próba naszego Korpusu, od której zależbfeć możbfe jego sława i uzyskanie nowego atutu dla sprawy polskiej, ale teżbf i utracenie na długo zdolności bojowej - zapowiadało się narazie, żbfe ten dzień będzie osobiście dla mnie prawie zmarnowany. Widoku z tej grupy schronów rozrzuconej w obszernym gaju oliwnym - żbfadnego, zresztą wiadomo, żbfe i dalej go nie ma, bo wszystko zadymione. Jużbf znacznie wcześniej przyszła wiadomość, żbfe jeszcze w czasie nawały artyleryjskiej, zaraz po 7 rano Kresowa zdobyła nie tylko resztę Widma, ale o wiele ważbfniejsze Colle San Angelo, jedną z pozycji kluczowych.ż0aż0a W miarę jednak upływającego czasu nastroje wyraźnie rzedły, chociażbf nic konkretnego nie mówiono. Dowiedziałem się, żbfe najciekawiej jest siedzieć w schronie podsłuchu radiowego i tam teżbf przeważbfną część dnia spędziłem. Zastałem tam jużbf Wańkowicza, który mając niezawodny instynkt dziennikarski utknął w tym podsłuchu od rana, siedział kamieniem pilnie notując. To słuchanie jest rzeczywiście fascynujące, ale mimo bardzo jeszcze dobrego tonu czołgistów wyczuwało się wyraźnie, żbfe optymizm poranny był trochę przedwczesny. Koło południa Niemcy odebrali San Angelo, po paru godzinach nasi znowu tam częściowo wleźli, ale oczyszczenie wzgórza się nie udawało, straty od moździerzy były coraz większe, Karpacka teżbf nie mogła ruszyć dalej. Batalion 6 majora Różbfyckiego dotarł na 200 m od Albanety i dalej nie mógł się ruszyć. Płynęły długie godziny bez oczekiwanego sukcesu. Przychodzi zapowiedź: o godz: 13.40 piechota rusza do natarcia na Albanetę, tymczasem okazuje się, żbfe w ogniu nie możbfe się ruszyć. Staje się konieczne przybliżbfenie jeszcze tych paru czołgów, lecz nie mogą się ruszyć, bo przed nimi kilkudziesięciometrowy pas gęsto zaminowany. Saperzy z początku oczyszczali przejście, ale zrobił się taki ogień, żbfe leżbfą pod czołgami i nie chcą wyłazić. Przez dobre pół godziny trwa wymyślanie na tych saperów, bo od oczyszczenia drogi dla czołgów zależbfy bardzo dużbfo, przecieżbf Albaneta to pępek niemieckich pozycji. Słyszę rozkaz Drelicharza: „Ruszcie czołgiem, żbfeby wystraszyć tych sukinsynów, żbfe ich przejedziecie”. Po chwili meldunek: „Ruszyliśmy, ale ci spryciarze powłazili pod stojący obok czołg z urwaną gąsienicą. Ich dowódca ppor. C. powołuje się na rozkaz pułk.S., żbfe saperów należbfy oszczędzać. Nic, tylko wziąć kija i wyganiać te cholery”. ”Strzel mu w łeb lepiej, to inni wyjdą”. O ile mi wiadomo, to zwrócono się wreszcie zupełnie poważbfnie do gen. Ducha o zezwolenie na zastrzelenie oficera dowodzącego saperami. Zezwolenie zostało podobno udzielone, ale zanim z niego skorzystano wyjaśniło się, żbfe czołgiści trochę przesadzali, bo siedząc w czołgach nie doceniali bardzo silnego ognia moździerzy i spandauów uniemożbfliwiających pracę saperów. Ci ostatni próbowali pracować, ale co który głowę podniósł - strzelcy wyborowi nieprzyjaciela widocznie takżbfe rozumiejący sytuację, brali go na cel. Paru dostało, trudno się dziwić, żbfe reszta wolała się chować.ż0aż0a Ku wieczorowi zaczęły napływać wiadomości o śmierci wyżbfszych oficerów, Jurny nastrój czołgistow teżbf zaczął nieco opadać. Czuć było zmęczenie, nawet w głosie Drelicharza (nazajutrz został ranny). Brakło im amunicji, mieli jużbf kilku rannych, praca w nieustannym ogniu wyczerpuje. Wezwano z tyłu inny szwadron na zmianę, ale Drelicharz wybłagał, by go nie wycofywano - chce doprowadzić swe zadanie do końca.ż0aż0a Na wieczór zaczęło się wszystko uspakajać bez rozstrzygającego wyniku dla którejkolwiek strony. Widmo było nasze, ale San Angelo i 575 m na odcinku Kresowej, a 595, 567 i Albaneta na odcinku Karpackiej pozostawały częściowo lub w całości w rękach Niemców. A nasze straty jużbf były ciężbfkie i zmęczenie żbfołnierza - potworne.ż0aż0a Nazajutrz obiecywałem sobie od wczesnego rana siedzieć na podsłuchu. Tam przybyliśmy o 10.20 - prawie w tej samej minucie gen. Anders otrzymał meldunek, żbfe przed paru minutami patrol 12 pułku ułanów wszedł do klasztoru Monte Cassino. Okazało się takżbfe, żbfe w nocy i nad ranem wzięto Albanetę, 595 i 567. W chwilę potem widzieliśmy gen. Andersa udającego się na nabożbfeństwo, które z tego tytułu zarządził. ż0aż0aKoło namiotu ppłk. Michniewicza spotykam go wraz z ppłk. Bąkiewiczem i dowiaduję się od nich, żbfe za chwilę jedzie do zdobytego klasztoru grupa amerykańskich dziennikarzy w towarzystwie polskich oficerów. Błagam, by mnie przyłączyli. Ppłk. M. powiada, żbfe nic nie ma przeciw temu, ale muszę się starać o samochód. ż0aż0a Wyruszyliśmy po 1. Było z 10, a możbfe i tuzin Amerykanów, z nimi ppłk. Bąkiewicz, paru oficerów informacyjnych, z prasy Bau, Mossin i ja, filmowcy: Jaszcz, Lipiński, Bazarewski, jeszcze jakiś jeden major z kilku żbfołnierzami i chorągwią do wy(nieczytelne) klasztorze, jeden kapelan i ktoś tam jeszcze.ż0aż0a Dojechaliśmy do tzw. car parku - po prostu łączka u podnóżbfa góry. Dalej idzie jużbf tylko wąska i trudna ścieżbfka pod górę do drugiego, górnego car parku. Ruch na niej, oczywiście, jednostronny, a właśnie w dół prowadzą wziętych w klasztorze jeńców: trzy partie po 10. Młodzi chłopcy, bardzo widocznie zmęczeni, zarośnięci, sami spadochroniarze. Podobno w nocy ponad stu wyszło z klasztoru, który jużbf był odcięty i poszło poddać się Anglikom, by nie dostać się w polskie ręce.ż0aż0a Poszli, ale naszych łazików nie puszczają. Decydujemy się iść pieszo. Droga ciężbfka, coraz to trzeba wymijać to łaziki, to grupy robotników włoskich, to patrole sanitarne, to niosących nosze z rannymi, albo trupy owinięte w koce. Trupy leżbfą takżbfe od czasu do czasu, o ile są owinięte, to wyglądają jak jakieś na pocztę przygotowane przesyłki, tylko buty z jednej strony sterczą. Gorzej gdy (nieczytelne) owinięte, albo nawet przykryte, bo wówczas rozkładają się i strasznie pachną.ż0aż0a Ścieżbfka - jużbf wyłącznie dla pieszych i możbfe od biedy mułów, nieco powraca, potem skręca przez siodło w lewo i znowu się podnosi. Jesteśmy tu jużbf na terenie, który nieprzyjaciel możbfe obserwować i ostrzeliwać. Pada zarządzenie, żbfeby iść w odstępach 20 kroków jeden od drugiego. Mijamy nieco krzaków, widzimy jużbf klasztor, a raczej jego ruinę, wyjątkowo nie zadymioną, tak blisko, jak jeszcze się tej groźnej kupy gruzów nie widziało. Ścieżbfka zwraca jednak jeszcze w prawo, biegnie równolegle z krawędzi, za którą leżbfą miski Maioli, ażbf osiągamy wielki murowany budyneczek słynny z czasu walk Karpackiej „Domek lekarza”, uwija się trochę ludzi, a przed domkiem leżbfy przy ścieżbfce rzędem pół tuzina trupów z niezasłoniętymi twarzami.ż0aż0a Za laskiem droga dość stromo się podnosi – to jużbf wejście (nieczytelne) Monte Cassino. Nad nami wznosi się imponująca ściana stosunkowo mało naruszona – to jedyna ocalała północna ściana klasztoru.ż0aż0a Pnę się na wzgórze i sapiąc spotykam gdzieś w połowie wzgórza na kilkadziesiąt metrów przed murem - Wańkowicza. Nie jestem jego adoratorem, złości mnie jego blaga i interesowność, kłóciliśmy się często o sprawy redakcyjne, ażbf się prawie obraził - a jednak przyznać muszę, żbfe tym razem opanował mnie podziw, jak poprzedniego dnia na widok tych żbfołnierzy wnoszących na górę żbfywność i amunicję. Z jego tuszą i w jego wieku, to naprawdę wyczyn sportowy. ż0a Ścieżbfka wzdłużbf ściany wyprowadza nas na zasypany gruzami plac zachodniej strony klasztoru, gdzie grzbiet jest najłagodniejszy. Sterczy tam jeszcze kilka pni drzew i ruiny jakichś zabudowań. Klasztor od tej strony wygląda opłakanie - potworne rumowisko. Po lewej stronie wejście do jakiegoś tunelu, zapewne niegdyś po prostu korytarza. Stoi tam paru naszych saperów. O parę kroków przed kupą jakichś gruzów pomieszanych z puszkami od konserw itp. - coś się żbfarzy. Zapytani saperzy wyjaśniaja, żbfe to jeszcze Niemcy zapalili.ż0aż0a Patrol z chorągwią musi się wydrapać na szczyt rumowiska, by zawiesić chorągiew na którymś z najwyżbfszych punktów. Drapię się za nimi, co jednak nie jest łatwe, ani całkiem bezpieczne, bo trzeba się dostawać po stromych i wciążbf usuwających się pod nogami gruzach, a ponadto nikt nie wie, czy teren nie jest zaminowany. Toteżbf z całej grupy liczącej ze 30 osób wydrapało się na górę zaledwie 7-8. Spośród Amerykanów widzialem na górze dwóch, Bau i Mossin zostali na dole, Wańkowicz, oczywiście, takżbfe... Samo zawieszenie chorągwi polskiej, a obok, ale trochę niżbfej - brytyjskiej odbyło się właściwie bez żbfadnej uroczystości, nikt nawet nie krzyknął „Baczność”.ż0aż0a Widać z góry dobrze obszerny arkadowy dziedziniec wewnętrzny, poważbfny i harmonizujący, ale mocno zniszczony. Figura założbfyciela klasztoru i zakonu, św. Benedykta, stoi żbfałośnie na ziemi bez głowy i ręki. Na przeciwległej ścianie – mały proporczyk ułanów, którzy pierwsi tu weszli. Poza tym - gruzy, gruzy, gruzy.ż0aż0a Zastanawiałem się, jak się to stało, żbfe pomimo wszystko taki zwykły murowany, choćby i solidnie, budynek mógł choćby w stanie zburzonym uchronić załogę zarówno w czasie tylu ciężbfkich bombardowań lotniczych (nieczytelne) artyleryjskich. Jak nazajutrz zeznawał dca załogi, Niemcy prawie nie mieli tam strat od ognia.ż0aż0a Na dole zastałem zaledwie kilka osób. Część jużbf pomaszerowała z powrotem, gdy byliśmy w klasztorze, jakiś pocisk padł przy ścieżbfce, którą niedawno przechodziliśmy, a ponadto odgłosy walki artyleryjskiej od pólnocy jakoś się ożbfywiły i ostatecznie nikt dobrze nie wiedział, kto skąd i do kogo strzela. Nie widziałem takżbfe Baua i Mossina, którzy, jak się potem okazało, chodzili jeszcze po różbfnych wewnętrznych zakamarkach. Sądząc, żbfe jużbf poszli, a będąc z nimi związany wspólnym łazikiem, musialem się spieszyć. Poszedlem więc tylko jeszcze wzdłużbf głównego korytarza, u wejścia do którego żbfar jeszcze nie wygasł, zajrzałem do jednego z bocznym zakamarków i wycofałem się. Słyszalem, żbfe w jednym z bocznych korytarzy siedzą trzej ranni Niemcy jeszcze nie ewakuowani, ale nie mogłem się przemóc, by iść ich oglądać. Wziąłem spod muru klasztornego odłamek pocisku na pamiątkę i zabralem się do powrotu. Gdzieś na początku lasku spotkałem Baranowskiego, który mi powiedział, żbfe czeka na resztę filmowców i żbfe Bau i Mossin zapewne jeszcze nie wyszli. Nie chcialem jużbf jednak wracać, by się nie rozminąć. Gdy szedłem ścieżbfką poprzeczną wzdłużbf Onufrio - ogień się jeszcze ożbfywił, a trzy pociski padły o kilkadziesiąt metrów poniżbfej podstawy klasztoru Zauważbfyłem obok ścieżbfki bardzo rozłożbfonego trupa - chyba Anglika lub Amerykanina, jeszcze sprzed nadejścia na odcinek naszych oddziałów. Kamienie ścieżbfki w wielu miejscach silnie pokrawione. Gdy dochodziłem do „Bramki”, słychać było bliskie serie kmów. Tłumaczyłem sobie, żbfe to nasi likwidują ostatnie pozostałe wzgórze 575, ale nie bardzo mi się to podobało. Odcinek pomiędzy „Domkiem Lekarza” a „Bramką” jużbf nie tylko Amerykanie, ale i nasi żbfołnierze przebywali biegiem. Koło „Domu Lekarza” teżbf jakiś ruch bardziej gorączkowy niżbf przedtem. I ta seria karabinów maszynowych jakby gdzieś o paręset metrów, w dolinie Maioli. Później się okazało, żbfe kontrataku na Albanetę nie było, ale San Angelo, wbrew poprzednim wiadomościom, nie bylo jeszcze w całości zdobyte jak i 575, a więc bitwa toczyła się od naszej ścieżbfki chyba nieco ponad kilometr. ż0aż0a Zszedłem do dolnego car-parku koło piątej, a w kilka minut potem zjawili się takżbfe filmowcy oraz Bau i Mossin. W II rzucie zastałem Rubla, zadowolonego z 3-dniowego pobytu w 1 pułku artylerii lekkiej. Przyniosłem przywiezioną z Neapolu butelkę whisky oraz zachowany z Campobasso kawałek wędzonki i z Wackiem, Bornholzem i Rublem popiliśmy nieco pod to całe piękne zwycięstwo.ż0aż0a Następnego dnia pojechaliśmy z Rublem do sztabu Karpackiej szukać okazji do jakiejś wycieczki. Szczęśliwie się udało, dostaliśmy łazika i pojechaliśmy obejrzeć pole bitwy na wzgórzu 598, zdobytym poprzedniego dnia rano, na parę godzin przed klasztorem.ż0aż0a Tym razem udało się dojechać, ażbf do górnego car-parku, co oszczędziło nam dużbfo zmęczenia i czasu, zwłaszcza żbfe Rubel ma jedną nogę słabą (po złamaniu) i chorobę przestrzeni. Swoją drogą podziwiałem, jak łazik piął się po tej wściekle stromej serpentynie, ale sie piął.ż0aż0a My tymczasem doszliśmy normalnie do „Bramki”, stamtąd ścieżbfką pod górę i niezadługo znaleźliśmy się pod grzebieniem, zza którego nacierali nasi ułani. Czuć tam było jeszcze silnie atmosferę niedawnej walki. Kamienie zarzucone cześciami umundurowania, odłamkami pocisków i granatów ręcznych, gilzami, niewypałami, częściami broni. Tu i ówdzie leżbfało jeszcze kilka trupów. Oto dwaj nasi żbfołnierze spaleni przez leżbfący obok, jużbf zniszczony, niemiecki miotacz płomieni. Jeden leżbfąc szczerzy z wypalonych ust złote zęby, drugi, prawie na czarno zwęglony, pół siedzi w jakimś strasznym skurczu. A oto pokazują tzw. bunkier niemiecki. Dziura w skale dość głęboka, przykryta zo(nieczytelne) tylko szczelina szerokości 20-30 cm, ale skierowana ku górze. Żeby z tego strzelać, trzeba wyleźć, albo co najmniej mocno się wychylić.ż0aż0a Ze wszystkiego widać, żbfe tu, gdzie stoimy, musiała się odbywać rzeczywiście walka prawie wręcz, na niezmiernie bliską odległość. Po ziemi leżbfą liczne zawleczki od ręcznych granatów - rzucanych przecieżbf nie dla ćwiczenia. Oglądamy szereg stanowisk, gdzie leżbfeli Niemcy, gdy jużbf nasi zajęli sam szczyt - są to wnęki możbfe o metr lub dwa za krawędzią skalną okalającą szczyt, a więc o kilka lub kilkanaście metrów od stanowsik, gdzie jużbf byli nasi. Jedni leżbfeli po jednej, drudzy po drugiej stronie wysokiej na kilkadziesiąt cm krawędzi i rzucali do siebie granatami nie mogąc się podnieść, bo każbfde wychylenie się oznaczało śmierć.ż0aż0a A za krawędzią z prawej strony - dość stromy spadek w dolinę, pośrodku której bieleje spora ruina, obok której stoi parę unieruchomionych czołgów - to właśnie Masseria Albaneta, klucz całej pozycji. Oczywiście, łatwo powiedzieć: klucz, ale przecieżbf nikt by się tam długo nie utrzymał mając nieprzyjaciela na 593 i na San Angelo widocznym z drugiej strony. A więc kluczem są te trzy punkty łącznie, czy teżbf dla otwarcia tej górskiej bramy potrzebne są trzy klucze. Ale zdobywanie Albanety, gdy jeszcze ani S. Angelo ani 593 nie były opanowane w zupełności, to rzeczywiście, na oko sądząc, zadanie dla szaleńców. Dlatego tyle kosztowało i dlatego mogło się udać tylko pod osłoną nocy i czołgów.ż0aż0a Strzelanina jużbf tego dnia była znacznie odleglejsza, dymy wykwitały na zboczach Monte Cairo, gdzieś w kierunku Passo Corno - bardziej w lewo od Piedimonte. ż0aż0a Po długiej, a żbfałosnej wędrówce dotarliśmy wreszcie do dolnego car-parku wyglądając jakiejś okazji. Tym razem udało się, bo nie wiadomo dlaczego dwaj Anglicy, którzy byli z nami, a zjechali w dół jużbf przeszło godzinę temu, jeszcze nie odjechali i uprzejmie zaproponowali nam miejsce. Dowieźli nas do sztabu III dywizji. Tam zjedliśmy podwieczorek w towarzystwie gen. Ducha i ppłk. Piątkowskiego i dostaliśmy łazika na dalszy powrót. ż0aż0a Nazajutrz kończył się nasz tygodniowy wypad. Rano pojechaliśmy jeszcze do I rzutu podziękować za opiekę i pomoc, na obiedzie spotkaliśmy majora Czapskiego i kapitana Gierata, którzy przyjechali osobowym samochodem i z nimi wróciliśmy bez przygód do Neapolu.ż0a ż0aż0a ***image2:center***ż0aż0aJózef Poniatowski (1897-1995) ekonomista, redaktor naczelny „Orła Białego” na Bliskim Wschodzie i we Włoszech (1942-1944), Minister Spraw Krajowych w gabinecie dr Stanisława Ostrowskiego w Londynie.ż0aż0aFragmenty pamiętnika z lat wojennych wybrał i przygotował Florian Śmieja.ż0aż0aRedakcja dziękuje państwu Zofii i Florianowi Śmiejom za udostępnienie fragmentów nie publikowanego pamiętnika ojca i teścia - Józefa Poniatowskiego. ż0aż0a ż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇkrol_iraku_i_tata.gifˇjp_w_mund.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇJózef Poniatowski i kilkunastoletni król Iraku Fajsal, fot. arch. rodzinne Zofii z Poniatowskich i Floriana Smiejów.ˇJózef Poniatowski w mundurze, fot. arch. rodzinne Zofii z Poniatowskich i Floriana Smiejów.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ4ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇkrol_iraku_i_tata.gifˇjp_w_mund.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ399ˇ370ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ269ˇ588ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJózef Poniatowski, oprac. Florian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060910704ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13262ˇ1149377246ˇ8ˇ1150032145ˇ9ˇ6ˇ9ˇ2006ˇŻycie piosenką usłaneˇRozmowa z Jasią Jasińską - artystką teatru Hemara w Londynie. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, maj 2006, nr 41ż0aż0aż0a***image1:center***ˇJoanna Sokołowska-Gwizdka: Skończyła pani przed wojną szkołę muzyczną we Lwowie. Kto panią uczył?ż0aż0aJasia Jasińska: Uczyłam się w prywatnej szkole Malwiny Reis(s). Zapamiętałam ją jako okropną dziwaczkę, bo jeszcze w latach 1938-39, sztywno nosiła staromodne wówczas suknie z długim trenem. W szkole miałam wspaniałego profesora, Włocha (nie pamiętam jak się nazywał). Grubas, źle mówił po polsku, ale wiedział jak ustawić mój głos. Był na prawdę nadzwyczajny. Bardzo teżbf chciał mnie uczyć i zwabić do Konserwatorium wspaniały człowiek, Adam Sołtys - wielki dyrektor Konserwatorium we Lwowie, ale ja byłam wówczas w tej prywatnej szkole i się nie zgodziłam. A potem wybuchła wojna.ż0aż0aJSG: Kim Pani się bardziej czuje, śpiewaczką czy aktorką?ż0aż0aJJ: Od urodzenia jestem i tą i tą, tak myślę. Zawsze fascynowała mnie piosenka aktorska, natomiast opera mnie nigdy nie pociągała, wydawała mi się sztuczna. Przed wojną występowałam we Lwowie na różbfnych scenach, ale nie operowych. Wystąpiłam teżbf w koncercie na dwa fortepiany, ale fortepian nie był moją pierwszą miłością, instrument traktowałam uzupełniająco. ż0aż0aJSG: Czy w pani rodzinie były tradycje teatralno-muzyczne?ż0a ż0aJJ: Matka miała bardzo piękny głos i sama sobie śpiewała. W tym okresie, nie możbfna się było uczyć śpiewu, to byłby skandal. Grać na fortepianie wypadało, ale nie śpiewać na scenie. Gdy miałam 6 lat matka wysłała mnie do szkoły muzycznej na lekcje fortepianu. W domu był fortepian, ojciec trochę grał. Ale ja ciągle śpiewałam, śpiewałam i nie mogłam przestać. Więc później matka w tajemnicy „szmuglowała” mnie do tej właśnie szkoły Malwiny Reis(s)ówny, abym się uczyła śpiewu.ż0aż0aJSG: Po wybuchu wojny jeździła pani z zespołem Henryka Warsa od Odessy po Syberię.ż0aż0aJJ: Tak, jużbf Rosja mnie zabrała, jużbf nie miałam nic, ani domu, ani matki, ani Lwowa, ani Polski, nic. W naszym zespole był Eugeniusz Bodo, który doskonale mówił po rosyjsku. Ja nie miałam pojęcia o rosyjskim, śpiewałam jakąś polską piosenkę, chyba walczyka. W Odessie z naszym zespołem występowali teżbf Żydzi, śpiewający przed wojną w różbfnych barach i kawiarniach. Nie rozmawiali po polsku, tylko w swoim języku - jidisz. Pamiętam z tych wędrówek po Rosji straszny głód i mróz. Nie byliśmy wprawdzie w żbfadnym obozie, czy łagrze, ale teżbf było nam ciężbfko. Obdarci, w łachmanach, ubranie, które mieliśmy zniszczyło się, nowego nie było skąd wziąć. Ja nie miałam butów, to znaczy miałam wierzch, ale zdarła się podeszwa. A tu 40-to stopniowy mróz. Odmroziłam sobie wtedy stopy i do dziś mi dokuczają. Ale nawet w najgorszych momentach wiedzieliśmy, żbfe mimo zimna i głodu, okrężbfną drogą – idziemy, idziemy do Polski. I to nas trzymało.ż0aż0aJSG: Dlatego z taką radością przyłączyliście się do polskiej armii - Drugiego Korpusu gen. Andersa. Przeszła z nią pani cały szlak bojowy, umilając żbfycie polskim żbfołnierzom w tym trudnym czasie. ż0aż0aJJ: Generał Anders był bardzo kochanym człowiekiem i bardzo dobrym. Jak magnes nas trzymał i opiekował się nami. Był teżbf uroczym, pięknym mężbfczyzną. Miał piękne oczy, twarz i głos. Wojsko go uwielbiało, jak mówił, to wszystkie oczy zwrócone były tylko na niego. Byłam blisko niego, lubił mój śpiew. Kiedyś siedziałam z nim i jego świtą na wyścigach konnych w Bagdadzie. Darłam się w niebogłosy, tak przeżbfywałam to co się działo na torach. Wtedy generał mi powiedział, żbfebym z tym poczekała do wieczora, na koncercie będę mogła się wykrzyczeć do mikrofonu. Generał potrafił żbfartować, flirtować, ale zawsze był generałem i wszyscy to wiedzieli. ż0aż0aJSG: Jak wyglądał taki koncert dla żbfołnierzy?ż0aż0aJJ: Ja często o tym myślę i pamiętam bardzo wyraźnie. Na pustyni 2 tysiące żbfołnierzy, siedzą na piasku. Przyszli prosto z frontu (dowiedziałam się od generała). Jest ciemna noc, nic nie widać, tylko gwiazdy na niebie, scena z desek, mikrofon, harmonia, jedna żbfarówka i w kompletniej ciszy słychać głos. To ja śpiewam dla nich. ż0aż0aJSG: Swój pierwszy recital miała pani podczas wojny w Tel-Awiwie.ż0aż0aJJ: Tak, ja katoliczka, wychowana w klasztorze francuskim „Sacre Coeur” we Lwowie, na swoim pierwszym recitalu śpiewałam po hebrajsku. Miałam dobry słuch, to mi pomogło nauczyć się tego języka. W Tel-Awiwie chodziłam na lekcje śpiewu, miałam bardzo dobrą nauczycielkę. Ale na mój pierwszy recital, nie przyszło wiele osób, to była wojna.ż0aż0aJSG: A potem były Włochy. ż0aż0aJJ: Ref-Ren miał swój zespół, ja byłam w innym zespole, razem z Renatą Bogdańską, przyszłą żbfoną generała i jej pierwszym mężbfem Gwidonem Boruckim. Borucki miał bardzo ładny głos i wyszukane maniery. Był kochany i zawsze uśmiechnięty.ż0aż0aJSG: Po zakończeniu wojny znalazła się pani w Londynie i związała się pani z teatrem Hemara. Jak zapamiętała pani tę legendę kabaretu? ż0aż0aJJ: Hemar był bardzo trudny, uszczypliwy, złośliwy i wymagający. Wszystko musiało być tak, jak on chciał i każbfdy musiał się temu podporządkować. Kiedyś Malicz powiedział, żbfe „po scenie chodzą same Hemary”. To o czymś świadczy. Ale on nas wiele nauczył. Zwracał uwagę na piękny język, piękną składnię i jak w dramatycznym teatrze, wszystko musiało mieć swoje miejsce. Pamiętam jak zwracał mi uwagę – nie takim pięknym głosikiem śpiewaj, Jasiuniu. Bał się, żbfe publiczność zwróci uwagę na mój „piękny głosik” i umkną wtedy jego intelektualne teksty, bał się o każbfde słowo. ż0aż0aJSG: Wtedy Hemar był drugi raz żbfonaty z Caroll Anną Eric, która chyba nie rozumiała tych wszystkich polskojęzycznych intelektualnych i politycznych zawiłości.ż0aż0aJJ: Na pewno był nie wygadany, nie mógł z żbfoną porozmawiać o wszystkim. Często po spektaklach czekał na mnie w ciemności. Potem spacerowaliśmy, a on opowiadał i opowiadał o sobie. Kiedyś tak się zagadaliśmy, żbfe minęła 10 wieczorem i zamknęli nas w parku. Myślałam, żbfe pęknę ze śmiechu, gdy go zobaczyłam, jak przełazi przez kraty. ż0aż0aJSG: Jaka publiczność przychodziła na wasze przedstawienia?ż0aż0aJJ: W Londynie publiczność była bardzo przyjemna, ale wymagająca. Nie mogło być tzw. chałtury, o nie. Była to wybrana publiczność, bo nie wszyscy rozumieli polityczne aluzje, ciężbfki humor i trudny język. ż0aż0aJSG: Jak wspomina pani Anglię? ż0aż0aJJ: Kocham Anglię i bardzo lubię Anglików. Po 11 latach pobytu w Londynie jestem obywatelką brytyjską. Ale Anglia, to był dla nas bardzo trudny okres. Powtarzaliśmy sobie „dojdziemy, możbfe nie wszyscy, ale dojdziemy”.ż0aż0aJSG: Do czego dojdziecie?ż0aż0a JJ: Do Polski, oczywiście. ż0aż0aJSG: W 1958 roku przyjechała pani wraz z mężbfem Stanisławem Lipińskim do Kanady. Pani mążbf był filmowcem.ż0aż0aJJ: Tak. Poznaliśmy się w Egipcie. On był wychowany w Paryżbfu i tam kończył szkołę filmową. Potem przyjechał do Polski. Podczas wojny tak jak ja znalazł się w Drugim Korpusie gen. Andersa. Filmował w najbardziej niebezpiecznych miejscach, przy samej linii frontu. Tylko on z kamerą i asystent. Kręcił teżbf filmy we Włoszech, pod Monte Casino, blisko akcji. Współpracował ze znanym przed wojną reżbfyserem - Michałem Waszyńskim.ż0aż0aJSG: Występowała pani w latach 60. i 70. w Toronto, śpiewała pani na koncertach dla polskich kombatantów, dla marynarzy. Wiele osób przyjechało z Londynu i panią znało. Była pani ukochaną artystką wszystkich tych, którzy przeszli szlak bojowy. ż0aż0aJJ: Tak rozeszła się szybko plotka, żbfe tu jestem.ż0aż0aJSG: Gdy w latach 90. Maria Nowotarska wraz z zespołem Salonu Muzyki i Poezji wystawiała lwowskie spektakle, była Pani honorowym gościem. Nagrany na płycie głos Hemara zapowiadał pani występ w Londynie, a potem z taśmy możbfna było usłyszeć pani głos. ż0aż0aJJ: Tak pamiętam. Słuchałam, tego, co śpiewałam w Londynie ze wzruszeniem. Mój syn i wnuk podali mi kwiaty. To było dużbfe przeżbfycie. ż0aż0aJSG: Czy Pani tęskni za Lwowem? ż0aż0aJJ: Właściwie jużbf nie tęsknię. Jużbf jestem przerobiona. A możbfe to takie uśpienie? Amnezja? ż0aż0aJSG: Czy pani rodzina teżbf pochodziła ze Lwowa? ż0aż0aJJ: My pochodzimy z wielkiego majątku koło Złoczowa. Nasz herb to Rawicz – „panna na niedźwiedziu”. Ziemie zostały nadane jeszcze przez króla Sobieskiego. Przepiękny pałac bolszewicy zniszczyli podczas pierwszej wojny światowej. Mama mnie tam zabierała, gdy byłam dziewczynką. O ile pamiętam tylko stryj tam urzędował, ojciec nie chciał pojechać. Był naukowcem. Studiował w Wiedniu. Znał języki: grekę, łacinę, naturalnie niemiecki. Ja się modliłam po niemiecku i bony miałam Niemki. Mój ojciec kochał Wiedeń. Opowiadał, jakie tam wymyślali żbfarty i zabawy. Studenci wszędzie są tacy sami. A mama pochodziła z Przemyślan. Uważbfała, żbfe to troszkę niżbfej niżbf Złoczów. Mama była blondynką, a ojciec był szczupły i ciemny. Wyglądał troszkę na Turka, albo Tatara, w każbfdym razie na Azjatę. Ja urodziłam się we Lwowie, rodzice jużbf tam mieszkali. Ojciec chciał być bliżbfej tej nowej, tworzącej się Polski. Nasz dom, projektowany przez kolegę ojca Karola Stryjeńskiego, (który projektował gmach Politechniki), mieścił się na ulicy Listopada. To była piękna dzielnica. Podczas wojny wszystko zginęło, fotografie, dokumenty, pamiątki. Nigdy nie przyjechałam do Lwowa. Pracowałam w Radio Wolna Europa i to było niebezpieczne. ż0aż0aRozmowa odbyła się 13 sierpnia 2005 roku w apartamencie artystki przy Yonge i Eglinton w Toronto, uzupełniona 23 maja 2006 r. ż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0a_____________________________________________________ż0aż0aż0a Po wybuchu wojny wielu znakomitych artystów i muzyków, masowo uciekających przed Niemcami, znalazło się we Lwowie. Rosjanie jeszcze wtedy obchodzili się z artystami-uciekinierami dość tolerancyjnie. Legitymacja artysty często ratowała żbfycie. Ale za dużbfo ich było, by obsadzić miejscowe teatry. W grudniu 1939 r. przybyła z Moskwy komisja, która na podstawie dekretu Rady Komisarzy Ludowych urządziła w mieście weryfikację artystów. Polakom zezwolono na działalność dwóch teatrów i trzech orkiestr - pod dyrekcją Ref-Rena, Jerzego Gerta i Henryka Warsa. Zespoły te miały jeździć po całej Rosji od Odessy ażbf po Syberię, żbfeby „propagować polską kulturę”. W zespole „Tea-Jazz” Henryka Warsa znalazła się urodzona we Lwowie młodziutka śpiewaczka Jasia Jasińska. Byli w nim równieżbf Eugeniusz Bodo (konferansjerka i wykonywanie piosenek), Renata Bogdańska, Gwidon Borucki, Albert Harris późniejszy autor piosenki „Warszawo, Ty moja Warszawo”. To przymusowe tournée zespołu po najdalszych zakątkach ZSRR cieszyło się ogromną popularnością, szczególnie wśród Polaków. Dla artystów był to jednak czas spędzony w towarowych wagonach, na platformach rozklekotanych ciężbfarówek, na prowizorycznych estradach. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej artyści zespołu Warsa wstąpili do armii w Tocku, dostali tam mundury i zaprowiantowanie. W Drugim Korpusie gen. Andersa byli jużbf inni artyści - Lawiński, Krukowski, Zosia Terné i Jadwiga Andrzejewska. W kwietniu 1942 r. nastąpiła ewakuacja przez Morze Kaspijskie do Persji. W Teheranie z połączenia zespołów Warsa, Konarskiego („Ref-Rena”) i kilku innych trup muzyczno-teatralnych powstał reprezentacyjny teatr wojskowy „Polska Parada” - The Polish Parade. Dowództwo armii powierzyło kierownictwo muzyczne Warsowi, literackie - „Ref-Renowi”. Zespół podlegał Oddziałowi Propagandy i Oświaty, którym kierował Józef Czapski i jego zastępca Jerzy Giedroyć. Oprócz Polskiej Parady przy armii Andersa działał teżbf Teatr Dramatyczny kierowany przez Jadwigę Domańską (głównym reżbfyserem był Wacław Radulski) i teatr polowy Kazimierza Krukowskiego. Jasia Jasińska występowała głównie w Teatrze Dramatycznym, z którym przeszła szlak bojowy Drugiego Korpusu od Bagdadu do Włoch poprzez Iran, Irak, Palestynę, Egipt, Tel-Aviv i Jerozolimę. W Tel- Avivie kontynuowała studia wokalne, jako „najpiękniejszy kapral Drugiego Korpusu”. Działalność artystyczna w Armii Andersa miała ogromne znaczenie. Nie tylko podtrzymywała na duchu, ale i była ważbfnym elementem propagandowym dla sprawy Polski. Na przedstawienia przychodzili przedstawiciele międzynarodowych korpusów dyplomatycznych, armii amerykańskiej, angielskiej czy francuskiej, a takżbfe koronowane głowy jak król Grecji czy Persji. Występy obywały się niejednokrotnie w bardzo trudnych warunkach , w różbfnych w miastach i miasteczkach, w pobliżbfu pól bitewnych, na pustyni, niekiedy w 50-stopniowym upale, na samochodowych platformach i estradach zbudowanych ze skrzynek po amunicji, często dla wielotysięcznej i to nie tylko polskiej widowni.ż0a ż0a Po wojnie Jasia Jasińska przez 11 lat mieszkała w Londynie. Na początku brała tam lekcje śpiewu, gdyżbf warunki na pustyni i suche powietrze nie sprzyjały głosowi. Potem dużbfo występowała w radio i w telewizji, współpracowała z radiem BBC i Radiem Wolna Europa. Koncertowała z wieloma z orkiestrami, występowała gościnnie w Madrycie i Paryżbfu. Ale głównie współpracowała z Teatrem Mariana Hemara. Na scenie teatru debiutowała w 1951 roku „Gołąbku niepokoju”. W tym samym roku we wrześniu zagrała rolę tytułową w rewii „Strach na wróble”. Prasa pisała o niej, żbfe jest znakomitą interpretatorką wielu specjalnie dla niej napisanych piosenek (np. Noc świętojańska). Do legendy emigracyjnych wydarzeń Teatru Hemara przeszła rewia „Lost Property”, z zapamiętanym przez publiczność „Bolerem” Ravela w jej wykonaniu. Brała udział w spotkaniach lwowskich jak np. podczas uroczystych obchodów XXXV rocznicy obrony Lwowa w 1953 roku przy katedrze Westminsterskiej w Londynie, razem z artystami Lwowa (Marianem Hemarem, Władą Majewską, Gwidonem Boruckim, Ludwikiem Lawińskim). Odnosiła dużbfo sukcesów i była dostrzegana przez prasę. W 1963 roku Marian Hemar zaprosił „trzy budryski” (Janinę Jasińską, Lolę Kitajewicz i Władę Majewską) do udziału w swoim programie w ramach trwającego przez pięć wieczorów festiwalu autorskiego w Ognisku Polskim. Jasia Jasińska mieszkała jużbf wtedy w Kanadzie. W roku 1958 bowiem wraz z mężbfem filmowcem Stanisławem Lipińskim przeniosła się za ocean i zamieszkała w Toronto. Brała czynny udział w żbfyciu Polonii kanadyjskiej. Pamiętano ją z wojskowej sceny gen. Andersa, znano z Londynu. W 1995 roku wystąpiła w programie kabaretowym Salonu Muzyki i Poezji z Toronto p.t.„We Lwowie”, a w 2000 r. jako gość specjalny w „Wielkiej Rewii”, równieżbf spektaklu Salonu Muzyki i Poezji.ż0aż0a Za krzewienie kultury polskiej na obczyźnie została odznaczona przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej w Londynie Złotym Krzyżbfem Zasługi. ż0aż0aJoanna Sokołowska-Gwizdkaż0a ż0aż0aWykorzystane materiały pochodzą z: artykułów Diany Poskuty-Włodek „Szwajcarski paszport na Sybir. Głośne żbfycie i cicha śmierć Eudeniusza Bodo” i „Życie makami usłane. Rzecz o Gwidonie Boruckim” oraz z książbfki Anny Mieszkowskiej „Ja kabareciarz. Marian Hemar od Lwowa do Londynu”, wyd. Muza 2006.ż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇjasia.jpgˇjasiajasinska1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇJasia Jasinska w swoim apartamencie przy Yonge i Eglinton w Toronto, sierpien 2005, fot. J. Sokolowska-GwizdkaˇJasia Jasińska, fot. arch. artystkiˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ20ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇjasia.jpgˇjasiajasinska1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ507ˇ505ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060910720ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13354ˇ1149870743ˇ9ˇ1149871347ˇ9ˇ6ˇ9ˇ2006ˇTo był super Rejs!!!ˇ Po kilku dniach ohydnej pogody, kiedy wydawało się, żbfe tradycja naszych rejsów, kiedy zawsze jest pięknie, zostanie złamana, okazało się, żbfe nad naszą doroczną imprezą czuwa jednak dobry duch. Piąty Rejs po jeziorze Ontario statkiem "Enterprise 2000" z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka 2006 - w niedzielę, 28 maja udał się znakomicie, a pogoda nam wspaniale dopisała.ˇ;Ponad 200 osób popłynęło tego dnia odnowionym, ślicznym statkiem Enterprise 2000 po jeziorze Ontario, a my, organizatorzy zapewniliśmy dzieciom zabawy i atrakcje przez cały czas trwania rejsu, czyli od godz. 11.00 do 15.00. Były tańce, zabawy, konkursy, mnóstwo śmiechu i radości, a podstawowa zasada -"dzieci nie siedzą, tylko cały czas są aktywne" została wprowadzona bezwzględnie w żbfycie.ż0aż0a Zajęcia z dziećmi prowadziła Maryla Bulzacka ze sponsorującej rejs Mississauga Central Library (gdzie prowadzi takżbfe zajęcia dla dzieci), wraz z niżbfej podpisaną i Tomkiem Kniatem, który z górnego pokładu kierował stroną muzyczną i zapewniał nam muzykę jako rasowy DJ. ż0aż0a Konkursy kończyły się wręczaniem nagród, dla zwycięzców bardzo atrakcyjnych i wcale niemałych. Kupowaniem i wybieraniem ich przez dni poprzedzające rejs zajmowała się Daria Koralewska i jej siostra Anita Chojnacka.ż0aż0a Nie zabrakło teżbf konkursów dla rodziców - tatusiowie heroicznie walczyli o nagrodę robiąc pompki. Dwóch finalistów zremisowało i musieliśmy rozstrzygnąć konkurs walką na ręce. Zwycięzca otrzymał certyfikat na dwa bilety na mecz w Mississaudze reprezentacji Polski i Kanady w siatkówce pań, ufundowany przez Panoramę Travel & Tours. Mamusie musiały poznać nowy sprzęt do ćwiczeń - takie hoola hoop na nogę. Nie było łatwo, ale spisały się znakomicie. A dzieciarnia wiernie kibicowała rodzicom.ż0aż0a Na górnym pokładzie buzie przepięknie malowały dzieciom Basia Goss, Eva Potoczna i Brook Pietrzak. Malunki były niezwykle wymyślne i kolorowe.ż0aż0a A przez cały rejs pomagali nam organizacyjnie Leszek Kociuba i Leszek Górnik i oczywiście niezastąpione siostry Daria Koralewska i Anita Chojnacka. Wszyscy spisali się na piątkę.ż0aż0a Wygłodzonym przez bieganie i zabawy dzieciom smakował obfity lunch, a potem pyszne ciasta ofiarowane nam przez Benna's Bakery & Deli z 135 Roncesvalles Ave. T oraz Pioneer Deli z 747 Don Mills Rd.ż0aż0a Były dodatkowe atrakcje:ż0a• dwa występy niezwykle utalentowanych dzieci z MAVO Academy of Arts and Music, które wystąpiły w programie aktorskim i tanecznym pod kierunkiem Magdy Papierz i trenera tańca Daniela Kańczuka. Dzieci i te młodsze i te starsze pokazały znakomity warsztat, wielką swobodę i umiejętności, które zdobyły w czasie zajęć w MAVO. Oto dzieci, które wystąpiły na statku:ż0aVictoria Musiał, Julia Kluga, Julia Konowrocka, Karolina Podkówka, Marta Chorobik, Karolina Gawlik, Julia Marko, Justyna Dołęga, Michał Pugacewicz, David Chorobik, Martyna Płowiec, Aneta Kosińska, Julia Kluga, Nicole Koszela, Daniel Koszela. Gratulacje i dziękujemy Wam, MAVO!ż0aż0a• spotkanie z Dianą Czainski, osobą niewidzącą, i jej wspaniałym czarnym psem Diablo. Dzieci z wielkim zainteresowaniem słuchały opowieści Diany o tym, jak jej przyjaciel i przewodnik pomaga jej funkcjonować na co dzień, oglądały jak jest posłuszny i wykonuje każbfde polecenie na służbfbie - było to bardzo wartościowe pod względem edukacyjnym doświadczenie,ż0aż0a• teatrzyk kukiełkowy o trzech świnkach przedstawiony przez Marylę Bulzacką.ż0aż0a Z dziobu statku możbfna było obserwować piękne widoki w Toronto, robić zdjęcia i poczuć się jak na wakacjach.ż0aż0a Bardzo cieszyły nas miłe słowa uznania uczestników rejsu. Tak, na pewno w przyszłym roku będzie kolejny rejs.ż0a ż0a Rejs sponsorowały poza tym Gazeta, Dundee Securities, Panorama Travel & Tours, Polonia Centre (Windsor) i Nova Printing.ż0aż0a Wszystkim, którzy włożbfyli tyle czasu i wysiłku, całkowicie społecznie, żbfeby sprawić naszym dzieciom radość - DZIĘKUJEMY!ż0aż0aMałgorzata P. Bonikowskaż0aRzecznik prasowy ż0aPolonii Przyszłościż0aż0a***image1:center***ż0a   ż0a***image2:center*** ż0a  ż0a***image3:center*** ż0a  ż0a***image4:center*** ż0a  ż0a***image5:center*** ż0a  ż0a***image6:center*** ż0a  ż0a***image7:center*** ż0a  ż0a***image8:center***  ż0a ż0a***image9:center*** ż0a  ż0a***image10:center***ż0aż0aż0aFot. Ludwik Dziwisż0aż0aż0aWięcej zdjęć na stronie Polonii Przyszłości - Albumy fotograficzne (Fot. Daria Koralewska-Kubiak)ż0aż0aˇautoˇautoˇ18ˇrejs1.jpgˇrejs2.jpgˇrejs3.jpgˇrejs4.jpgˇrejs5.jpgˇrejs6.jpgˇrejs7.jpgˇrejs8.jpgˇrejs9.jpgˇrejs10.jpgˇZasłuchane, aktywne i pełene radościˇMalowanie buziˇBędziemy przeciągać linę - grupa maluchówˇMAVO Academy of Arts and Music w tańcuˇLunch był pysznyˇMucical chairs to zabawa bardzo ekscytująca - grupa starszaków, prawie finałˇKonkusr dla Tatusiów - były pompkiˇZwycięzca musiał pokonać na rękę drugiego finalistę - wygrał Tatus z prawejˇMaluchy w Musical ChairsˇMarylka Bulzacka pokazuje, co dzieci mają robićˇ10ˇ41ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇrejs1.jpgˇrejs2.jpgˇrejs3.jpgˇrejs4.jpgˇrejs5.jpgˇrejs6.jpgˇrejs7.jpgˇrejs8.jpgˇrejs9.jpgˇrejs10.jpgˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ300ˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006060901041ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13635ˇ1152618589ˇ8ˇ1152712631ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Powrót ojca z niewoli.ˇż0aż0aTeresa Fabijańska-Żurawska jest wybitnym historykiem sztuki, od szeregu lat związanym z zamkiem w Łańcucie, specjalistką w dziedzinie pojazdów konnych, badaczem-odkrywcą, autorką szeregu publikacji naukowych. Pełne ciepła i rodzinnego sentymentu wspomnienia,zarysowane na tle polskiej historii, z często nieznanymi, a ważbfnymi faktami historycznymi, pokazują źródła jej naukowych zinteresowań.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aˇ***image1:right*** Znowu urwał się kontakt z naszym ojcem, podobnie, jak to było na początku wojny. Codziennie wieczorem klękamy w jadalnym i modlimy się. Mama głośno odmawia litanię Loretańską do Matki Boskiej w intencji ojca by żbfył, by do nas wrócił. Wszystkie niedziele i święta chodziliśmy na mszę św. do kościoła św. Mikołaja, parafialnego i przyjmowaliśmy komunię św. w intencji powrotu naszego taty. Coraz częściej dręczyły mnie sny. Wyraźnie widziałam powracającego ojca, który mnie tulił mocno, czułam jego obecność i... budziłam się w środku nocy z rozpaczliwym płaczem. ż0aż0aByło nam coraz trudniej ze wszystkim. Był rok 1943. Niemcy zachowywali się nerwowo. Z Warszawy napływały same złe wieści. Aresztowany został mamy wuj Aleksander Andrzejkowicz. Mówiono o wywożbfeniu inteligencji polskiej do Oświęcimia. Jeszcze nikt nie wiedział u nas co to jest Auschwitz. Na głównych ulicach Hrubieszowa Niemcy zgarniali przypadkowych ludzi z łapanek, pakowali siłą do ciężbfarówek i wywozili na roboty do Rzeszy. Była to praca przymusowa, bardzo ciężbfka i pod nahajami. Dla młodych organizowali obozy pracy tzw. „junaki”. Co jakiś czas odbywał się komisyjny pobór i tylko choroba mogła uratować. Mama drżbfała zarówno o Elę, jak i o Witka. Ela wprawdzie pracowała legalnie w Polskim Czerwonym Krzyżbfu, ale każbfde wyjście na ulicę groziło łapanką, a te odbywały się znienacka i w godzinach, gdy ludzie wychodzili z pracy. W małym i słabo zabudowanym Hrubieszowie praktycznie nie było możbfliwości ucieczki toteżbf każbfdy szczęśliwie przeżbfyty dzień był dla nas cudem.ż0aż0a W zimie 1944 r. nasiliły się partyzanckie walki polsko-ukraińskie. Niemcy celowo podjudzali, aby odwrócić uwagę od siebie, bo jużbf nie byli zwycięzcami. Złość, desperacja rodziła nienawiść tak wielką, żbfe wzajemnie Polacy i Ukraińcy - wczoraj sąsiedzi i pobratymcy - teraz najwięksi wrogowie wyniszczali się do cna. Bestialskie mordy, tylko za przynależbfność narodową czy religijną, wyrzynanie się wzajemne, palenie całych wsi, w marcu osiągnęły szczyt. Nie było dnia bez łun od południa i wschodu, które złowrogo rozświetlały niebo i budziły lęk łącznie z pytaniem: kiedy i nas podpalą? - Wiosna 1944 r. między Huczwą a Bugiem przyniosła spaloną ziemię, ruiny domów, zwęglone sady, zrujnowane gospodarstwa, zabite bydło. Wypędziła resztki oszalałych, bezdomnych ludzi. Do dzisiaj ślady tego horroru są widoczne. 1 tylko zadumać się wypada nad pięknymi opisami pióra znanego profesor, z pochodzenia hrubieszowianina - Wiktora Zina: „Była taka wieś nad Bugiem, piękna jak kolorowy, dobry sen. Były tam rozstawione w rytmie i porządku chałupy kryte strzechami. (...) Przed każbfdą zagrodą stała kapliczka pośród liliowych bzów lub biało kwitnącej kaliny. Każbfde podwórze nakrywał parasol dorodnego drzewa, lipy lub jesionu. (...) Żyli tam ludzie w trudzie, ale i w dostojeństwie, które daje modlitwa i praca. (...) Bratobójcze walki sprawiły, żbfe z tego miejsca, pamiętającego odwieczny rytm żbfycia wielu pokoleń, pozostały ledwie kikuty kominów, zarośnięte ścieżbfki i kępy niedopalonych krzewów. Wyrąbano nawet krzyżbfe, wdeptano w ziemię kapliczki”. (Wiktor Zin, Opowieści o polskich kapliczkach, Ossolineum 1995).ż0aż0aż0aż0a***ż0aż0a Koniec listopada 1944 r. i „andrzejkowe” wróżbfby. Lejemy wosk do miednicy z zimną wodą. Wszyscy przejęci, skupieni. Kolejno każbfdy wylewa swój los. Na białej ścianie odczytujemy z cienia co wyszło. Nie jest to proste. Figurą woskową trzeba kręcić we wszystkie strony i najczęściej nic nie wychodzi. Namówiliśmy mamę, żbfeby spróbowała. Teraz z powagą, w ciszy przyglądamy się bezkształtnej masie. Obracamy w palcach ostrożbfnie, żbfeby nie połamać miękkiego wosku i... oto wychodzi nam sylwetka mężbfczyzny nieco przygarbionego, z plecakiem na plecach, w wysokich butach i w czapeczce z małym daszkiem. Wyrazista i nad podziw czytelna. Nie do wiary! - Mama śmieje się i mówi: „któżbf to???” - Zapanowała głęboka cisza, ale po chwili wszyscy byliśmy rozbawieni. ż0aż0aSypały się dowcipy moich braci, zwłaszcza uszczypliwe na temat mojej przyszłości matrymonialnej. Miał to być fircyk - korniszon. Nigdy tego zestawienia słów nie zrozumiałam. A czy to się spełniło - opowiem później.ż0aż0aż0a***ż0aż0a Mimo terroru i niebezpieczeństwa w Hrubieszowie powstały tajne komplety nauczania średniego. Dużbfo młodzieżbfy uczyło się, a nauczycielami byli przedwojenni profesorowie gimnazjalni. Jużbf w 1943 roku zaczęła działać Armia Krajowa. Mój najstarszy brat Witek ubrał się w ojcowski, peowiacki mundur polowy: spraną bluzę, sznurowane spodnie, włożbfył furażbferkę i poszedł do lasu. (Przysięga żbfołnierzy - akowców odbyła się 25 września 1943 r. w Hrubieszowie, oczywiście w konspiracji. Przyjmował Kazimierz Stachowiak pseudonim „Ludwik”. Dowódcą zgrupowania AK Obwodu Hrubieszowskiego był wówczas Marian Gołębiewski, pseudonim ”Korab”. Te wiadomości otrzymałam od brata jużbf w latach 90-tych XX w.).ż0aż0aż0a***image4:right*** Któregoś dnia Witek przyszedł w biały dzień do domu, od strony lasu Bohorodycy i łąk, z bagnetem za pasem, jak gdyby nigdy nic. Przyszedł pokazać się, żbfe żbfyje i pewnie zjeść, chociażbf nie bardzo było co. Jedliśmy wtedy na okrągło zacierkę, jeśli była mąka od Wacka Banaszkiewicza z Wiszniowa, placki na sodzie, latem kukurydzę i bób. Czasem kupowaliśmy od sąsiadów jabłka, wtedy była szarlotkowa uczta, ale te szarlotki były bez tłuszczu i bez cukru, z szarej, zanieczyszczonej mąki. Piło się herbatę z suszonych skórek z tychżbfe jabłek, których charakterystyczny zapach unosił się zawsze w mieszkaniu. Lubiłam go i do dzisiaj miło mi się kojarzy.ż0aż0a Bez Witka czuliśmy się mniej bezpieczni. On nam zapewniał byt, zastępował w jakimś sensie Ojca, był naszym opiekunem. Zawsze coś zdobył: mleko, mąkę, z której sam upiekł chleb u sąsiadów w dużbfym piecu chlebowym i niezapomniane podpłomyki – płaskie placuszki z ciasta chlebowego, które piekło się przy jeszcze żbfarzących węgielkach drzewnych, zanim chleb poszedł do pieca, dla wypróbowania czy odpowiednia jest jego temperatura. Były więc zawsze podpieczone i to był ich urok, niepowtarzalny zapach i jedyny smak. Łamało się ich okrągławy kształt i jadło ciepłe, kruche z masłem, o ile ono było. Wtedy smakowały najlepiej. Witek miał w 1944 roku osiemnaście lat, jak w tej piosence partyzanckiej o sercu w plecaku, był chyba najmłodszym partyzantem w swoim oddziale. Bardzo martwiliśmy się o niego.ż0aż0a Tymczasem zbliżbfał się do nas front. Słychać było głuche pomruki dział sowieckich, ziemia jęczała. Robiło się coraz straszniej. Niemieccy żbfołnierze kopali rowy w podwórzach. Miały zdaje się służbfyć na działa przeciwlotnicze. Tymczasem posłużbfyły nam jako schronienie przed odłamkami w czasie bombardowań w lipcu 1944 roku.ż0aż0a Byliśmy jużbf z Julkiem po szkole, lato było upalne, błękitne niebo, jaskrawe słońce i susza. Nie wiem, czy to Niemcy na odchodnem, czy Sowieci nacierając, bombardowali tory kolejowe co parę metrów. Samoloty nadlatywały seriami, po kilka. Najpierw słyszało się głuche buczenie coraz to nasilające się, później przeciągły, rozdzierający uszy huk, wycie, nagle zniżbfały się tużbf nad nami i za chwilę serią bomb częstowały polską ziemię. Świst, wybuch, jęk ziemi, fontanny kamieni, odłamków, brzęk szkła i... cisza. Do dzisiaj na warkot samolotu reaguję gęsią skórką.ż0aż0a Bomby spadały przeważbfnie na wygon robiąc tam ogromne leje. Odłamki rozpryskiwały się w promieniu kilkuset metrów. Ranna została pani Janka Malinowska, strasznie śmieszna stara panna, Eli koleżbfanka z PCK. Przybiegła do nas między nalotami z głową zabandażbfowaną białymi szmatami, gdy właśnie zaczął się kolejny nalot. Skoczyłyśmy we trzy do rowu: Ela w jednym kąciku, ja przytulona z psem Sońką, jamniczką zostawioną nam przez uciekinierów ze wschodu, w drugim kątku, a panna Janka na środku z tą białą głową. Kazałyśmy jej przykryć głowę stołkiem, po którym wskakiwałyśmy. ż0aż0aPosłuchała. A Mama z Babcią siedziały cały czas w malinach i nigdzie nie chciały się ruszać, o żbfadnych dołkach nie myślały. Julek siedział na jabłonce i obserwował ostrzał z samolotów i chyba walkę powietrzną, bo ciągle wrzeszczał z zachwytem - ale dostał! Wszystkie okna były pootwierane, żbfeby szyby nie wyleciały, ale u sąsiadów i w oficynie nikt o to nie zadbał i słychać było brzęk tłukącego się szkła. ż0aż0aPamiętam, żbfe te naloty trwały cały dzień. Nie wiem czy jeden, czy więcej. Na pewno jedną noc spaliśmy w lochu na kartofle, który Wojtysiakowie mieli w podwórzu. Loch okazał się na tyle dużbfy, żbfe zmieściliśmy się: Babcia, Mama, Ela, Julek i ja. Sąsiadów gdzieś wyniosło. Nie było żbfywego ducha. Nad ranem zaległa martwa cisza. A gdy słońce jużbf było na niebie posłyszeliśmy ruską mowę: ”kuda, chody siuda”, „sało u was zdes?”, „wodka, wodka”! - wylegliśmy z lochu. Widok był swojski. Ruscy sołdaci, przyjaźni ludziom miejscowym poszukiwali chleba, słoniny, wódki. Byli brudni, głodni i śmierdzieli dziegciem (dobrze znany nam zapach, gdy mieliśmy świerzb). Myli się pod studnią mydłem, które miało dziwne niebieskie kropki. Myśmy mydła nie widzieli jużbf od dłużbfszego czasu, zapasów nie było, więc podarowany kawałek, prostokątną kosteczkę przyjęliśmy z wdzięcznością.ż0aż0a Pokazali się ludzie, wylegli z ukryć, poprzynosili żbfołnierzom wszystko, co mieli. Znalazł się chleb i słonina. Nasza wdzięczność dla nich wtedy nie miała ceny. Byli to wyswobodziciele od tych znienawidzonych, butnych, okrutnych Niemczurów. Sowieccy żbfołnierze mieli białe i czarne nici, dobre, mocne, do przyszywania kołnierzyków i guzików. Dawali nam swoje zapasy, które przydały się później. Jeszcze długo po wojnie tekturowe gwiazdki z resztkami tych nici Ela przechowywała w swoim igielniku wraz z ruskim naparstkiem. Takie były prezenty powitalne od wyzwolicieli.ż0aż0a Trzeba to powiedzieć, gwoli prawdy, żbfe od razu zrobiło się radośniej i jużbf nie było tego paraliżbfującego lęku o żbfycie. ż0aż0a Dowództwo AK uznało, żbfe czas wyjść z lasu. Rzucone hasło „na Warszawę” miało być zrealizowane. Ogłoszono dzień powitania Akowców w mieście Hrubieszowie. Tłumy wyległy na ulice. Kto żbfyw niósł kwiaty, by rzucić je do stóp naszym bohaterom.ż0aż0a- Ależbf, co to? - w każbfdym załomie, na podwórzach, w bocznych uliczkach stały ruskie, zamaskowane gałązkami zieleni czołgi. Lufy skierowane na główną ulicę. Ludzie szeptali: „ zagrzmią na wiwat, a potem na pewno pojadą za naszymi na Warszawę”. Domysły te okazały się płonne. Dziarscy nasi chłopcy, w zwartych szeregach wyszli z lasu i maszerowali radośni, odważbfni, szczęśliwi, żbfe będą mogli otwarcie walczyć z wrogiem, być współwyzwolicielami własnej Ojczyzny.ż0aż0a I wtedy stało się coś strasznego. Czołgi wyjechały na nich. Nie uwierzyli własnym oczom i szli dalej, naprzód. Jeden zginął. Wtedy z okrzykiem „zdrada”! rzucili się do ucieczki, gdzie kto mógł. Widzieli to zgromadzeni wzdłużbf ulic mieszkańcy.ż0aż0a Relacja Wiktora Fabijańskiego pseudonim „Kaśka”, później „Jeremi”: „Maszerowaliśmy do Hrubieszowa zgodnie z uzgodnieniami między dowództwami AK i wojsk sowieckich. Obiecano nam umundurowanie, dozbrojenie i przewiezienie do obrzeżbfy Warszawy. Mieliśmy zakwatero-. wać się chwilowo w koszarach w Hrubieszowie. Nasze 3 bataliony liczące około 1400 żbfołnierzy masztowały drogą Trzeszczany - Hrubieszów. Przed Hrubieszowem otrzymaliśmy meldunek, żbfe Hrubieszów jest zastawioną pułapką, czekają tam na nas okopane CKM-y i czołgi. Wtedy dowódca naszego Zgrupowania zarządził odwrót i wycofanie się w lasy na północnym zachodzie powiatu hrubieszowskiego. Czołgi dogoniły nas wieczorem. Śniadanie mieliśmy zgotowane o 8-ej rano przez ludność w Trzeszczanach, gdzie owacyjnie nas przyjmowano. Oddziały pospiesznie się wycofywały. Ja z rozkazu szefa mojej kompanii przesiadłem się na konia naszego dowódcy por. ”Osterwy” czyli Zygmunta Ochmana i na tym koniu jeździłem z patrolem do późnej nocy. Potem konia musiałem oddać i dołączyłem do plutonu „CKM” por. „Zycha” czyli Janusza Grody. Czołgi nie od razu ruszyły za nami. Na przedzie mieliśmy dwa działka przeciwpancerne. Nikt nie zginął”. - Chwała Bogu! Ale nikczemność i zdrada były oczywiste. Nie mieliśmy jużbf złudzeń co do naszych „wyzwolicieli”.ż0aż0a W Warszawie wybiła „Godzina W”. Stało się to 1 sierpnia o godz. 17.00, 1944 r. Wojska sowieckie były wtedy na Pradze i stały nad Wisłą pół roku patrząc, jak ginie Warszawa. Specjalnie czekali ażbf stolica się wykrwawi, ażbf padnie ostatni powstaniec, ażbf Niemcy zburzą jej domy systemem sznurowym, całymi ciągami zabudowy, ulica po ulicy, kamienica po kamienicy i powstanie jedno wielkie gruzowisko...ż0aż0a Powstanie Warszawskie trwało 63 dni. Heroizm mieszkańców i walczących Akowców sięgnął zenitu. Wydawało się, żbfe nie ma jużbf żbfywych wśród tych ruin. Ale, gdy okupanci kazali ludności wyjść z piwnic, lochów, schronów, gruzowisk - okazało się, żbfe cudem jakimś wiele osób ocalało. Wygnano ich z Warszawy do obozu w Pruszkowie. Ciocia Milusia, mamy siostra, nasza rodzinna mistyczka, przez cały czas powstania była w Warszawie. Przetrwała najgorsze i razem z uchodźcami dzieliła smutny los. Została wywieziona do Austrii, gdzie jużbf do końca wojny przebywała w nieznanym nam bliżbfej klasztorze w dolinie Linzu. Jako absolwentka matematyki na uniwersytecie w Petersburgu, przed wojną przyjechała do Warszawy i pracowała w wolnej Polsce w banku PKO na Żoliborzu. W dwudziestoleciu międzywojennym stanęła tam zabudowa mieszkaniowa. Ciocia miała własnościowe mieszkanie na rogu ulic Mickiewicza i Zajączka. W czasie działań wojennych najpiękniejszy pokój został uszkodzony pociskiem. Odbudowane mieszkanie zajęli przypadkowi ludzie. Trzeba było pracować ćwierć wieku, by je odzyskać drogą wpłaty czy spłaty za podobny lokal nieproszonym lokatorom. Ciocia czuła się warszawianką i po II wojnie wróciła do stolicy, tyle, żbfe niezadługo zmarła na białaczkę. Podziwialiśmy Jej wiedzę, wiarę w lepszą przyszłość Polski. Uwielbialiśmy Jej opowieści, anegdotki, którymi bawiła nas w czasie okupacji, gdy przyjeżbfdżbfała na swoje urlopy do Hrubieszowa, Czumowa, czy, jużbf po wojnie, do Zamościa.ż0aż0a Niemców nie bała się i w ogóle była ogromnie odważbfna, rodzinna, o głęboko zakorzenionym patriotyzmie, nie pozbawionym dużbfej dawki mistycyzmu. Umiała interpretować wszelkie znane w Polsce przepowiednie i miała niezłomną wiarę w wolną Polskę, na prawdę wolną. W którymś roku wojny pojechała sama do Czumowa na Bożbfe Narodzenie, by, jak sama mówiła „wykurzyć Niemców” za pomocą snopka zbożbfa ustawionego w Wigilię w rogu salonu. Taka ludowa wróżbfba. I stało się. Ale w ostatnim roku okupacji kontakt z Ciocią Milusią się urwał. Byliśmy przecieżbf po dwóch stronach Wisły, a to znaczyło w dwóch różbfnych światach.ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0a Przyszedł rok 1945. Upalny czerwiec. Jeszcze nie koniec szkoły podstawowej. Niespodziewanie przyszła depesza z Zamościa o radosnej treści: „Wujcio Pocio wrócił”. Wysłała ją siostrzenica naszego Taty, Jadzia Kosińska. Był dzień 14-ty czerwca. Dokładnie, jak przepowiedział duch. Na drugi dzień nie poszliśmy do szkoły, bo witaliśmy lekko przygarbionego pana z plecakiem na plecach, w wojskowej, amerykańskiej kurtce, wysokich sztylpach, w zielonej, małej czapeczce z małym daszkiem. Sylwetka dokładnie powtórzona z pamiętnego odlewu woskowego, wywróżbfona w „andrzejkowy” wieczór. Cóżbf powiedzieć? - Przecieżbf to nie zbieg okoliczności...ż0aż0a Pamiętam dobrze moje pomieszanie, nieśmiałość, wręcz wewnętrzny paraliżbf. Nie mogłam pojąć, żbfe ten dziwnie wyglądający pan, pochylony i przedwcześnie postarzały to mój ukochany, wyczekiwany, wypłakany Tatuś, zupełnie nie podobny do tego z fotografii przedwojennej, którą mama nam ciągle pokazywała. Po sześciu latach nieobecności nie mogłam przytulić się, ucałować, objąć. Nie byłam jużbf małą dziewczynką, byłam podlotkiem, za dużbfym, by wziąć na ręce i za małym, by zarzucić ręce na szyję. Stałam onieśmielona i patrzyłam na to rodzinne powitanie, a w głowie mi szumiało. Czułam, żbfe chwila jest ważbfna, żbfe dzieje się coś wielkiego, czego nie umiałam okazać. Pamiętam, żbfe po powitaniach wszyscy usiedliśmy i zaczęły się opowieści. Tata mówił nam o swojej niezwykłej podróżbfy przez Europę i Polskę. Jakżbfe musiała ta droga się dłużbfyć... od 16 kwietnia, gdy opuścili obóz w Oschatz do 7 czerwca - końcowego etapu pociągiem do Zamościa. 1 wreszcie był ze swoją ukochaną Lolusią i czwórką młodzieżbfy, której na ulicy pewnie by nie rozpoznał po sześciu latach niewidzenia.ż0aż0a Potrzebowałam czasu, by oswoić się z nową dla mnie sytuacją, by dotarło nareszcie do mojej świadomości, żbfe mam Ojca żbfywego, który wrócił do nas i będzie się teraz nami opiekował.ż0aż0a Szczęśliwy to dzień i szczęśliwe te dzieci, które przeżbfyły powrót ojca z wojny. Ileżbf rodzin czekało na darmo! - ileżbf dzieci dowiedziało się, żbfe ich ojciec wprawdzie żbfyje, ale do nich nie wróci, bo ma jużbf drugą żbfonę, drugą rodzinę, drugą ojczyznę.ż0aż0a Dzisiaj dopiero zrozumiałam, jaki to musiał być dramat wewnętrzny, jaka rozterka: wrócić do zniewolonego komunistyczną niewolą Kraju, czy pozostać za granicą np. w Anglii i tam czekać zmiany losu Polski. - Czekać na cud lub trzecią wojnę, a możbfe działać z dala na rzecz Polski - Ojczyzny jedynej?ż0aż0a Ojciec mój, nie zważbfając na złowieszcze prognozy swoich towarzyszy niedoli jenieckiej, na ich żbfarty, wręcz kpiny i manifestowaną pogardę, żbfe wraca pod reżbfim, by pomóc Sowietom budować go w Polsce - miał jeden argument, okazało się bardzo trudny do pojęcia, a przecieżbf tak prosty. „Jest jużbf po wojnie - powiedział - wracam do mojej rodziny. Czekają na mnie, liczą, potrzebują mnie. Żona i czworo uczącej się młodzieżbfy. Muszę być z nimi, dla nich pracować, wykształcić moje dzieci, przecieżbf to mój obowiązek społeczny. Mam teżbf w kraju Matkę i siostrę. Muszę się nimi zaopiekować. Nie pojmuję żbfycia inaczej”. I wrócił!ż0aż0a Europę przemierzał odcinkami: koleją i pieszo. Wszędzie ruiny, zbombardowane mosty, zatarasowane drogi, żbfadnej normalnej komunikacji. Dla piechura pozostały tylko dwie pewne nogi i plecy do dźwigania skarbów w plecaku. A tymi skarbami były listy od nas do Ojca pisane na przestrzeni tych lat, spora i ciężbfka paczka ok. 600. Był teżbf album z fotografiami obozowymi, numery gazety - miesięcznika stalagowego „Zza drutów”, szkatułka drewniana własnej roboty - prezent dla żbfony i maszynka do krojenia chleba - cud cywilizacji europejskiej - bez deski, bo ta była jużbf za ciężbfka. W albumie kryła się jeszcze jedna pamiątka - świętość: obrazek Matki Bożbfej Częstochowskiej (wielkości pocztówki) z uszkiem z nitki do zawieszenia nad pryczą. ż0aż0aWedług tego wizerunku młody jeniec - Polak namalował dużbfy, piękny obraz do kaplicy obozowej Polaków. Było uroczyste jego poświęcenie i zachowała się fotografia malarza. Młody, ładny chłopak, jakżbfe utalentowany. Możbfe Częstochowska wzięła go w swą opiekę?ż0aż0a***ż0aż0a Tatulku mój, ile wycierpiałeś, ile się natrudziłeś, ile namęczyłeś – Ty wielki patrioto, polski PEOWIAKU (P.O.W.—Polska Organizacja Wojskowa), ułanie belwederski I pułku Szwoleżbferów Józefa Piłsudskiego, żbfołnierzu polski, któryś walczył dzielnie rozbrajając okupantów w Kijowie 1920 roku. Pomagałeś ustanawiać porządek i polską, władzę na Wołyniu za co odznaczono Cię Złotym Krzyżbfem Walecznych. Ty, mężbfny, kochający Ojczyznę i nas tak bardzo, żbfe wybrałeś trudniejszą niepewność niżbf angielski dobrobyt. Spieszno Ci było do Twojej kochanej Lolusi i czcigodnej Mateńki oraz naszej czwórki. Dzień po dniu pokonywałeś drogę do Polski w upale i w deszczu, po gruzach i zgliszczach, głodny i wyczerpany - ale jakżbfe wytrwały! Umiałeś być dzielnym.ż0aż0a Piłsudskiemu teżbf niosłeś zamojską ziemię w urnie na kopiec do Krakowa. Szedłeś pieszo codziennie przemierzając drogę od dworu do dworu lub od plebani do plebani, by na czas dojść do stolicy Piastów i Jagiellonów. Przechowuję, jak relikwię świętą, Twoją książbfeczkę z tej wędrówki, w której czerwone i fioletowe pieczęcie poświadczają ślad Twoich stóp.ż0aż0aż0aż0a***image6:center***ż0aż0a***image5:center***ż0aż0aż0aż0aDROGA WOJSKOWA JÓZEFA WITA FABIJAŃSKIEGO ż0aż0aUrodzony 15 czerwca 1899 r. w Miękowiźnie powiat Garwolin z matki Władysławy z Taczanowskich i Aleksandra Fabijańskich. Po nagłej śmierci ojca w 1908 r. wyjechał z rodziną do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie uczęszczał do gimnazjum. W końcu 1917 r. wstąpił do P.O.W., a w dn. 5 kwietnia 1918 r. złożbfył przysięgę. Początkowo należbfał do sekcji oświatowej i z aparatem projekcyjnym objeżbfdżbfał polskie kolonie. Dnia 7 czerwca 1919 r. wstąpił jako ochotnik do 1 Pułku Szwoleżbferów 5 szwadronu detaszowanego por. Brochwicz-Lewińskiego. Później był w sztabie 1 Dywizji Legionów w oddziale operacyjno-informacyjnym jako szef kancelarii. Po zakończonej wojnie 1920 r., w której brał udział w Kijowie i na Wołyniu został odznaczony Krzyżbfem Wołynia - Waleczności i Niepodległości. Dnia 27 czerwca 1921 r. na prośbę matki został zwolniony z wojska. Podjął dalszą naukę w Warszawie specjalizując się w kierunku buchalteryjno-handlowym na prywatnych kursach. Widocznie finansiści byli poszukiwani, bo ojciec otrzymał kilka propozycji, ale nie w Warszawie, gdzie miał ochotę pozostać i jeszcze się kształcić. Przyjął stanowisko dyrektora prywatnej fabryki St. Kowerskiego w Zamościu. Potem były lata kryzysu i propozycja organizowania i kierowania Bankiem Spółdzielczym Rolników w Hrubieszowie. To trwało do wybuchu wojny.ż0aż0a Jako rezerwista ojciec został powołany dopiero 9 września na zgrupowanie do Tomaszowa Lubelskiego. Pojmany przez wojska sowieckie w nocy z 17 na 18 września na terenie Wołynia, w okolicach Równego przebywał w niewoli sowieckiej na terenie Rosji (wożbfony w bydlęcych wagonach na mokrych liściach przez 7 tygodni). Drogą wymiany jeńców pomiędzy ZSRR a Niemcami, dostał się do międzynarodowego obozu na terenie Saksonii w miejscowości Oschatz, położbfonej między Dreznem a Lipskiem i tam w różbfnych Stalagach przebywał do kwietnia 1945 r.ż0aż0a Po powrocie do Polski, do Zamościa, pracował najpierw w PKO, później w prywatnej fabryce wódek Ostera, a po jej likwidacji w Zakładach Sieci Elektrycznej w Zamościu, zawsze na stanowisku związanym z finansami, księgowością, dawniej nazywało się to buchalterią.ż0aż0a Zmarł w Zamościu, będąc jużbf na emeryturze dn. 6 września 1972 r.ż0aż0aż0aPOWROTNA DROGA Z OBOZU W OSCHATZ DO ZAMOŚCIA ż0aż0aNa zachowanej kartce wielkości zeszytu, złożbfonej we czworo tak, by mieściła się w kieszeni munduru, Ojciec mój, Józef Wit Fabijański spisywał dzień po dniu przebyty etap, zaznaczając jednocześnie czy szli pieszo, czy jechali. Z pogrzebu Francuza, którego musieli po drodze pochować wynika, żbfe opuścili obóz nie tylko Polacy. Jak było ich dużbfo? - trudno wiedzieć. Dlaczego krążbfyli wokół Oschatz zmieniając kierunek raz na wschód, raz na zachód w gruncie rzeczy nie przybliżbfając się do Kraju. Nie wiadomo, cóżbf to była za strategia? - Rozumiem, żbfe mogły być przeszkody natury komunikacyjnej, dróg, mostów, transportu - wszak trwały jeszcze działania wojenne. Koniec wojny nie był ogłoszony. - Możbfe więc historykom II wojny św., badaczom wojskowości taki fakt udokumentowany zapisem jednego z jeńców, będzie przydatny, możbfe coś wyjaśni? - Na załączonej mapie zakreślone miejscowości wykazują jakiś bezsens tej wędrówki, przedłużbfania udręki i niepewności. Karmienie żbfołnierzy złudzeniem, żbfe wracają do ojczyzny...ż0aż0aPrzytaczam dosłownie ten kuriozalny dziennik podając jedynie nazwy miejscowości w ich brzmieniu z mapy wydanej w Polsce w 1959 r.ż0aż0aż0aPOWRÓTż0aż0a16.IV godz. 11-ta wyjazd z Oschatzu przez Strehlę do lasu Jakobsthal pod obóz w Zeithain (po drugiej stronie Łaby).ż0aż0a21.IV.godz. 21-sza wyjazd z lasu brzegiem Łaby (Elby) przez Riesę do wsi Zekwitz w niedzielę, godz. 4-ta po obiedzie.ż0aż0a23.IV rano godz. 8-ma wymarsz pod Oschatz do Weisdorfu.ż0aż0a25.IV.godz.16.30 wymarsz do linii frontowej amerykańskiej pod Wurzen i skierowanie na Grimmę.ż0aż0a26.IV. godz. 9-10-ta przeprawa przez Muldę. Oblanie wolności butelką wina; godz.13-ta przybycie do koszar.ż0aż0a29.IV. Msza św. polowa na placu.ż0aż0a17.V. odjazd z Grimmy za Muldę godz. 10-ta i marsz do Dübrieczen (?).ż0aż0a18.V. marsz przez Wernsdorf do Torgau - tam nocleg.ż0aż0a19.V. Triestewitz (Zielone Świątki) - przerwa na pogrzeb Francuza.ż0aż0a21.V. dalszy marsz do Falkenbergu.ż0aż0a22.V. marsz dalszy na Kirchhaln-Doberlung z postojem nocnym.ż0aż0a23.V. marsz Einsterwaldei nocleg w Biltten.ż0aż0a25.V. wymarsz w kierunku Cottbus (Chociebożbfa) i nocleg.ż0aż0a26.V. godz. 18-ta przybycie na stację i załadowanie do pociągu, odjazd nocą.ż0aż0a27.V. przybycie do Sorau o godz. 17-tej. Dłużbfszy postój i wyjazd w nocy z 29 na 30 maja do Głogowa w godz. południowych.ż0aż0a1.VI. wyjazd godz. 18-ta przez Rawicz do Oleśnicy. Postój przez noc i wyjazd do Lublińca.ż0aż0a3.VI nocleg i wyjazd do Częstochowy. ż0aż0a4.VI Częstochowa, godz. 10-ta.ż0aż0a5.VI godz. 19-ta wyjazd do Kielc, nocleg.ż0aż0a6.VI. godz. 5-ta wyjazd do Skierniewic i dalej do Rozwadowa.ż0aż0a6.VI/7.VI nocleg na dworcu.ż0aż0a7.VI godz. 5-ta wyjazd do Lublina, przesiadka na pociąg do Zamościa.ż0aż0a7.VI godz. 18-ta przybycie do Zamościa – (koniec DROGI PRZEZ MĘKĘ, przyp. T.F.Ż.)ż0aPowrót do Mateńki i Januszki z Jadzią.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇteresa3.jpgˇteresa6.jpgˇteresa7.jpgˇteresa9.jpgˇteresa2222.jpgˇteresa1112222.jpgˇˇˇˇˇJózef Wit Fabijański, jeniec stalagu IVG w Oschatz, nr 13694ˇPolska kaplica w niemieckim obozie jenieckim Oschatz w SaksoniiˇTen młody żbfołnierz o nieznanym mi nazwisku namalował obraz do ołtarza kaplicy obozowej w Oschatz. Wzorem był mały obrazek z Matką Boską Częstochowską należbfacy do mojego ojca, Józefa Wita FabijańskiegoˇMój najstarszy brat, Wiktor Fabijański, ur. 31.01. 1926 roku w Zamościu, w Armii Krajowej ps. "Kaśka" i "Jeremi", łącznik w HrubieszowieˇJózef Wit Fabijański w listopadzie 1939 roku w OschatzˇJózef Wit Fabijański, fotografia wykonana przed II wojną światową, w 1939 rokuˇˇˇˇˇ7ˇ23ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇteresa3.jpgˇteresa6.jpgˇteresa7.jpgˇteresa9.jpgˇteresa2222.jpgˇteresa1112222.jpgˇˇˇˇˇ380ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇ586ˇ243ˇ469ˇ530ˇ543ˇ546ˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071200723ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13636ˇ1152621285ˇ8ˇ1152703523ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇRozmowy z Florianem Śmiejąˇż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇW maju w Polsce miała miejsce pormocja książbfki Marcina Kurka i Justyny Ziarkowskiej "Rzeczywiste i możbfliwe" z udziałem jej bohatera, Floriana Śmieji. Na książbfkę składa się pięć rozmów przeprowadzonych w 2004 roku - pierwsza 16 kwietnia we Wrocławiu, a ostatnia 1 maja w Siółkowicach. Autorzy we wstępie odwołują się do myśli Kanta: "To co oczywiste, nie zawiera w sobie nic więcej niżbf to co możbfliwe". Ale tytuł pochodzi z fragmentu wypowiedzi profesora Śmieji: "Niektóre obrazy pamiętam jużbf tylko cześciowo i powinienem pewnie zrobić sobie jakieś rekolekcje i zastanowic się, które z nich są rzeczywiste, a które tylko możbfliwe".ż0aż0a- Jest to lektura niezwykle pouczająca - napisano w recenzji książbfki (Nasze Zabrze Samorządowe 5/2006) - z której wyłania się nie tylko los Człowieka, Górnoślązaka, ktory od dzieciństwa przebywa poza swoją "małą" i "wielką" Ojczyzną. Wyłania się teżbf wiele wizerunków świata, ludzi, ich poglądow, zdarzeń małych i wielkich, które opatrzone są refleksją i ustawicznym zadziwianiem nad rzeczywistoscią. W przypadku tej lektury warto przywołać myśl Miłosza, żbfe obcowanie z tekstem, to swoiste obcowanie z "głosami wielu epok i wielu pokoleń równocześnie".ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇrzeczywiste_i_mozliwe_okladka.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ11ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇrzeczywiste_i_mozliwe_okladka.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ369ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ600ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071200811ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13637ˇ1152622562ˇ8ˇ1152703552ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇMigawki (3)ˇż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aż0a***image1:center***ˇNa uniwersytecie w Rzeszowie 29 i 30 maja 2006 odbyła się konferencja poświęcona emigracyjnej prozie polskiej. Jej ozdobą była Nina Taylor-Terlecka, która ze swadą i animuszem prezentowała poglądy Tymona, jednego z czołowych działaczy emigracji żbfołnierskiej, którego pisma stały się przedmiotem dużbfego zainteresowania. Parę lat temu odwiedziłem Ninę w jej oksfordzkim domu oglądając bogactwo rękopisów i druków, które szczęśliwym trafem znalazły się w gestii tak znakomitego i oddanego kustosza.ż0a ż0aż0aż0a 8 czerwca 2006 na katowickim cmentarzu, na którym spoczywają prochy wielkich śląskich działaczy, Wojciecha Korfantego i Jerzego Ziętka, spotkała się gromadka przyjaciół publicysty i pisarza Wilhelma Szewczyka, by uczcić 15-lecie jego śmierci. Duszą upamiętnienia była jego córka Grażbfyna, profesor germanistyki, a uświetnił ją ks. metropolita Damian Zimoń. Skorzystałem z okazji, by zmarłemu takżbfe oddać cześć. Lojalni przyjaciele cenią Szewczyka za jego rolę odważbfnego orędownika śląskich wartości i tarczy chroniącej ludzi kultury w trudnych czasach.ż0aż0a ż0aż0a Powrót Józefa Piłsudskiego do wolnej Polski był spontaniczny. Najważbfniejsze ulice i place z dnia na dzień zmieniły nazwy. Kult marszałka z prywatnego, wnet stał się oficjalny. Mało kto wie natomiast, żbfe były enklawy wiedzy, gdzie komendant utrzymywał swoje honorowe miejsce. Profesor Włodzimierz Wójcik jużbf w 1978 roku zdumiał czytelników ukazaniem postaci Józefa Piłsudskiego w książbfce “Nadzieje i złudzenia”, a następnie w 1996 w tomie “Pisarz i komendant”.ż0a Z pisarzy emigracyjnych upodobał sobie szczególnie Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Stanisława Balińskiego, Józefa Wittlina oraz Zofię Romanowiczową.ż0aż0a ż0aż0a Kiedy ucztowałem w katowickiej restauracji włoskiej oferującej nieznane mi dotąd specjały italskiej kuchni, przyszedł Andrzej Czajkowski, pomysłodawca i autor publikacji “Po naszymu” i wręczył mi pięknie wydany wielki słownik śląsko-niemiecko-angielski. Siedząca akurat obok mnie dr Jolanta Tambor, napisała we wstępie do niego, żbfe słownik jest ważbfną pozycją i stanowi dalszy krok do kodyfikacji gwary. “Na taką publikację czekali Ślązacy w wielu zakątkach świata, do których zagnał ich los”. A pani Jolancie należbfy wierzyć, gdyżbf była niedawno w Toronto, wróciła z wojażbfu do Chin, a wybiera się do Uzbekistanu.ż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇnina_taylor-terlecka.jpgˇrzeszow_3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇNina Taylor-Terlecka i Florian Śmieja, Oxford 2004ˇod lewej: prof. F. Śmieja (Kanada), prof. W. Wójcik (Uniwersytet .Śląski) i prof. Z. Andres (Uniwersytet Rzeszowski) na konferencji w Rzeszowie w maju 2006ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ53ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇnina_taylor-terlecka.jpgˇrzeszow_3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ317ˇ333ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071200853ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13638ˇ1152625513ˇ8ˇ1152754574ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇ"Miejsce" Krzysztofa Kasprzykaˇrozmowa z torontońskim poetą, dziennikarzem i pedagogiem.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇJoanna Sokołowska-Gwizdka: Jesteś znany jako autor dwóch piosenek śpiewanych w czasie strajku w 1980 roku i pare lat po nim : „Piosenka dla córki” i „Postulat 22”. Pewnie wtedy nie sądziłeś, żbfe jużbf zawsze będziesz z nimi kojarzony. ż0aż0aKrzysztof Kasprzyk: Tak, rzeczywiście. „Piosenkę”, napisałem głównie ze względów osobistych i nie przypuszczałem, żbfe przylgnie ona do mnie na tyle lat. W zeszłym roku, z okazji 25-lecia Solidarności, młody dziennikarz zatytułował tekst rozmowy z moją córką i ze mną - „Autor piosenki odnaleziony”. Tytuł niedwuznacznie sugeruje, żbfe się gdzieś zagubiłem. Możbfe tylko w tym sensie, żbfe od 22 lat mieszkam w Kanadzie. Ale co mają powiedzieć inni, wciążbf tworzący w Polsce, a z racji układów politycznych czy towarzyskich, niemal w niej nie istniejący.ż0aż0aJSG: Czy pamiętasz, kiedy zacząłeś pisać wiersze?ż0aż0aKK: Pierwsze wiersze „popełniłem” mając lat 10, a poważbfniejsze podejście nastąpiło w ostatnich latach liceum i na studiach. Piszę rzadko i nie podlegam żbfadnym naciskom, ani wydawców, ani tzw. opinii. Mam swoje własne tempo wyniesione z 21 lat dojrzewania w sopockim lesie. Czas i doświadczenia odkładają się we mnie jak słoje drzewa – zgodnie z rytmem pór roku.ż0aż0aJSG: Właśnie ukazał się Twój kolejny (piąty) tomik pt. „Miejsce”, w którym pojawiły się wiersze z lat 1997-2006, dotykające spraw żbfycia, przemijania i pełne podsumowań. Wiele z nich dedykujesz teżbf konkretnym osobom. Czy tomik ten jest dla Ciebie swoistym albumem z fotografiami wspomnień?ż0aż0aKK: Pisanie jest generalnie wspominaniem, ale podczas przygotowywania zestawu wierszy z ostatniego tomiku na promocję w Polskim Konsulacie w Toronto odkryłem, żbfe zacząłem zaklinać czas. Otóżbf jest tam powtarzające się często słowo „będę”, z odmianami „będziesz”, „będziemy”.... Możbfe to przeczucie zbliżbfającego się okresu schyłkowego, czas rozliczania się ze swoim miejscem tutaj, na Ziemi. ż0aż0a Dedykacje są ukłonem wdzięczności w stosunku do mojej rodziny i moich przyjaciół, wrażbfliwych i porządnych ludzi, którzy coraz mniej pojmują dlaczego tak bardzo zmieniła się i Polska i świat, i to niekoniecznie w dobrym kierunku. Mam czasami podobne zdanie bo na zakończenie wieku XX, w jednym z wierszy napisałem: „zamiast serc topnieją lodowce”.ż0aż0aJSG: Piszesz wiersze i liryczne i filozoficzne. Czym jest dla Ciebie poezja?ż0aż0aKK: Częścią żbfycia, przeżbfywania. Spojrzeniem na świat. Wyciąganiem z siebie tej iskry Bożbfej, ktorą pojmuję jako swoisty przywilej, wzbogacenie duchowe. Dar, który otrzymałem po to, aby go chociażbf częściowo zwrócić ludziom, m.in. poprzez pisanie.ż0aż0aJSG: Urodziłeś się w 1946 roku Quackenbrück w Niemczech. Czy przeszłość Twoich rodziców miała wpływ na to, żbfe nie wahałeś się poprzeć strajkujących stoczniowców?ż0aż0aKK: Moja mama uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, ojciec był w dywizjonie 308 w Anglii. Po Powstaniu mama znalazła się w obozie jenieckim – Oberlangen, który wyzwolili Maczkowcy. Ojciec służbfył w tym czasie w angielskiej jednostce inwazyjnej (był w pierwszej fali D-Day) i jak dowiedział się o polskich kobietach w obozie, wskoczył w jeepa i tam podjechał. Niestety nigdy nie dowiedziałem się jak wyglądało ich spotkanie, pierwsze spojrzenie, gest... Mama zmarła kiedy miałem 18 lat i gdy dopiero zaczynała narastać między nami mocna przyjaźń, taka jaka powinna zaistnieć pomiędzy rodzicami i wchodzącymi w dojrzałość dziećmi. Byłem zbyt długo za dziecinny, a to nie stawarzało potrzebnego zaufania. Ojca z kolei cechowała skrytość i nie ujawnianie swoich uczuć. Po wielu latach, rok przed jego śmiercią (zmarł w 1995), zdołałem na szczęście pogodzić się z nim.ż0aż0a Ich miłość była tragiczna, co pogłębiały warunki realnego socjalizmu, codzienne napięcia i nieustanna krzątanina wokół spraw podstawowych. Czuli się upokorzeni – walczyli o wolną Polskę, a wylądowali w quasi niepodległym, w znacznej mierze zsowietyzowanym państwie wasalnym. Współczułem im od momentu, gdy zacząłem pojmować jak się muszą w takiej sytuacji czuć, ale tak naprawdę rozumiem ich dopiero teraz, a ich jużbf nie ma. Warto więc przypatrywać się uważbfniej swoim „starym”, od najmłodszych lat.ż0a ż0a Urodziłem się w cichym miasteczku niemieckim, gdzie ojciec mój był vice komendatem z ramienia okupacyjnej armii angielskiej. Po zdemobilizowaniu i poniżbfeniu w Anglii – nieraz gorzko i wściekle wspominał niedopuszczenie Polaków do Parady Zwycięztwa – w 1947 roku wylądowaliśmy, nomen omen, w Sopocie, w którym znaleźliśmy się po trzech latach jużbf na stałe. Jestem do dziś niesłychanie wdzięczny rodzicom za to, żbfe tam osiedli. Sopot, a dokładniej jego las, na krawędzi którego przez 21 lat mieszkałem, stał się moim głównym skrzydłem duchowym, które niesie mnie przez świat. Drugim skrzydłem były nauki i postępowanie rodziców, ktorzy posiali we mnie pewne ziarna na całe żbfycie. Dlatego nie miałem wahań, gdy poparłem strajk w 1980 roku, wiedziłem, żbfe powinienem tam się znaleźć.ż0aż0aJSG: Byłeś przez szereg lat zaangażbfowany w kulturalny ruch studencki, w Gdańsku i w Warszawie, a za zorganizowanie międzynarodowego sympozjum „Film i literatura latynoamerykańska” otrzymałeś w 1975 roku nagrodę „Polityki” im. S. Allende. Czy myślałeś wtedy, żbfe osiedlisz się kiedyś na stałe na amerykańskim kontynencie? ż0aż0aKK: O mało się nie osiedliłem w 1973 roku, bo wraz z moją dziewczyną planowaliśmy wyjazd do Stanów, ślub i rozpoczęcie tam żbfycia. Los zdecydował inaczej, kazał mi zaczekać, bardziej dojrzeć. Możbfe dlatego nie jestem dziś tak bardzo sfrustrowany Ameryką i mam właściwy dystans, do niej i do Polski. Równieżbf do samego siebie.ż0aż0aJSG: Skończyłeś geografię na Uniwersytecie w Gdańsku oraz podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Jesteś autorem szeregu artykułów pisanych zarówno dla prasy krajowej, jak i emigracyjnej, uczysz teżbf geografii w szkole średniej w Toronto. Który zawód jest Ci bliżbfszy?ż0aż0aKK: Moim podstawowym zawodem jest uczenie, któremu poświęciłem się, w profesjonalny sposób, dopiero w Kanadzie. Najpierw w szkole przy Polskim Konsulacie w Toronto a potem, od lat pięciu, w Katolickim Wydziale Oświaty. Obecnie uczę drugi rok w żbfeńskiej szkole, tzw. „wdzięczątka” i jestem.... „błogosławiony pomiędzy niewiastami”. Pisanie jest drugim, nieregularnym nurtem mojej pracy.ż0aż0aJSG: Czy masz jakieś artystyczne lub literackie marzenie, które chciałbyś zrealizować?ż0aż0aKK: Tak, promocję mego tomiku w Sopocie. I być możbfe się uda – wstępnie jest przewidziana na 1 września 2006. Następnie znalezienie czasu, chęci i możbfliwości na opisanie swych podróżbfy po Europie, które w tym roku odbędę po raz piąty. ż0aż0aJSG: Jakie są Twoje wnioski wynikające z tych licznych podróżbfy i obserwacji świata?ż0aż0aKK: Zmierzamy na świecie w tym kierunku, w jakim od wielu lat zmierza Kanada – wielokulturowość ze sporą swobodą własnego ja i swoich korzeni i z poszanowaniem tworzącego się dobra wspólnego. Możbfemy tego nie lubić, nie zgadzać się z wieloma zasadami lub przejawami, ale nie da się tego ani przeskoczyć ani ominąć. Będzie to jeszcze trwało bardzo długo i prawdopodobnie wielu ludzi będzie zepchniętych na margines, dopóty, dopóki bogacze i samodzierżbfawcy nie otrzeźwieją i nie pojmą, żbfe nie ma innej drogi jak powszechna współpraca i umiar. Pokłady nienawiści i agresji w człowieku są przerażbfające. A takżbfe jakiejś bezmyślności i samodestrukcji. Wystarczy się rozejrzeć wokół i zauważbfyć jak niszczymy świat innych istot żbfywych, mimo religijnego zapału, rozległych systemów edukacji, i wręcz obsesji na punkcie praw i prawa. Tworzymy coraz więcej rozwiązań, które niestety często niczego nie rozwiązują. Gorzej, stwarzają nowe problemy, tworzą biurokratyczne narośle i zabijają ducha i sens ludzkiej pracy.ż0aż0aJSG: Wyjechałeś z kraju w 1981 roku. Od 1985 roku mieszkasz i pracujesz w Toronto. Jak z perspektywy lat patrzysz na decyzję opuszczenia kraju? Czy zapuściłeś korzenie w Kanadzie? Czy czujesz, żbfe tu jest Twoje „Miejsce”?ż0aż0aKK: Decyzja niewracania była podjęta z powodu zaangażbfowania się przeciwko niejakiej WRON-ie, a potem pobiegły lata, człowiek się zestarzał, przyzwyczaił i nabył nowego spojrzenia na żbfycie. Czasem, gdy patrzę na to co się w Polsce wyprawia (jestem od pięciu lat co roku w Polsce, a poprzez Internet, kontakty mailowe i telefoniczne niemal na bieżbfąco z tym co się w kraju dzieje) cieszę się, iżbf osiadłem w Kanadzie. Świat jest moim miejscem. Proces nieunikniony, tylko nie w stylu bogatych, zglobalizowanych wujków, dla których najważbfniejszymi rzeczami w żbfyciu są profit i władza, co niestety udziela się wielu innym ludziom, takżbfe w naszym środowisku. To są najwięksi narkomani współczesności i najbardziej niebezpieczni, bo w szalonym tempie niszczą innych, zabierając im tożbfsamość. Moją tożbfsamością jest polski język, kultura, historia, które staram się dodawać do tworzącej się tożbfsamości kanadyjskiej. ż0aż0aż0aż0aKrzysztof Kasprzyk – urodzony 10 września 1946 w Quackenbrück w Niemczech. W 1971 ukończył studia geograficzne (Uniwersytet Gdański), a w 1973 podyplomowe dziennikarstwo (Uniwersytet Warszawski). Pracował w studenckim ruchu kulturalnym (1967 – 1978), w klubach „Żak” w Gdańsku i „Riviera - Remont” w Warszawie, organizując imprezy, spotkania i sympozja ogólnopolskie i międzynarodowe, głównie z dziedziny filmu, muzyki i sztuk plastycznych. Za organizację międzynarodowego sympozjum „Film i literatura latynoamerykańska” otrzymał w 1973 roku nagrodę Polityki im. S. Allende.ż0aż0a W sierpniu 1980 brał udział w strajku w Stoczni Gdańskiej i napisał dwie znane piosenki strajkowe: Postulat 22 i Piosenka dla córki. W lipcu 1981 wyjechał do Berlina Zachodniego, gdzie zastał go stan wojenny. Współorganizował Grupę Roboczą Solidarność, którą przez dwa lata prowadził i założbfył miesięcznik Przekazy (1982 – 1984). W marcu 1984 otrzymał stypendium na Uniwersytecie St. Francis Xavier w Antigonish (Nowa Szkocja), gdzie przez rok studiował historię Kanady i literatury kanadyjskiej.ż0aż0aWe wrześniu 1985 roku osiedlił się w Toronto, gdzie pracuje aktualnie jako nauczyciel w liceum kanadyjskim i sobotniej szkole przy polskim Konsulacie w Toronto. ż0a ż0a Opublikował szereg artykułów w prasie krajowej i emigracyjnej oraz wydał cztery tomiki poetyckie: Centrum peryferii (Wyd. Morskie, Gdańsk, 1981), Stan zagrożbfenia (Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto, 1986), Panopticum (Mordellus Press, Berlin, 1997) i Zbiór (Omnibus Printer, Toronto, 1999). ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇmoje3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇKrzysztof Kasprzyk podczas wieczoru autorskiego w konsulacie polskim w Toronto, czerwiec 2006, fot. A. Bartulaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ26ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇmoje3.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ534ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071201126ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13639ˇ1152626000ˇ8ˇ1152703212ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇWierszeˇz tomiku "Miejsce", wyd. Fraza, Rzeszów 2006ż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aˇ***image1:center***ż0aż0aż0aż0az wiatru ż0aż0aznad Atlantyku tchnienie ż0aszczeliną mego oknaż0apiosenka tułaczy po morzach nieznanych ż0aż0apewne słowa jakby z polskim akcentemż0awspomnienia lat nizają ż0aw bałtyckiej muszelceż0aż0az zimy zrobił się listopadż0ai grymasi nieustannież0awystukując przemijanież0aż0adeszcze smętne melancholiiż0akrwawe rzeki opuszczeniaż0anikt jużbf Arki nie buduje.....ż0a ż0aprzez podwórko idzie ż0amłoda dziewczyna ż0ałapie me spojrzenia ż0aż0ai się uśmiechaż0aż0a Toronto 2006ż0aż0aż0aż0aż0aż0awłóknaż0aż0a Kleż0aż0aSto lat samotnościż0aa potem co będzie?ż0aż0aNajgorsze włókna pamięciż0aniewidzialne lecz tak głęboko ż0aprzytwierdzone żbfe każbfdy ruchż0astaje się ofiarowaniem siebież0aż0aMoja matka i ojciec mójż0awciążbf we mnie żbfyjąż0aMoje dzieci - wielka niewiadomaż0aż0aFotografia, z tyłu podpis: Sopot, molo, 1960... ż0aJa czternastoletniż0ausiłuje sobie przypomniećż0ajakim będęż0a ż0aż0a Toronto 2005ż0aż0aż0aż0aż0aż0apodróżbf ż0a ż0aż0aNajpiękniejszą podróżbf ż0amam wciążbf przed sobąż0anieznajoma rękaż0apewnie mnie podeprze ż0aby się otworzył ż0anieskończony ciąg zdarzeń.ż0aż0aTajemnica przechodzeniaż0ana drugą stronę tajemnicyż0akiedy delikatność świataż0aw końcu okażbfe się ż0adelikatnością.......ż0aktórej stale szukałem ż0aż0aToronto 1997ż0aż0aż0aż0aż0aż0aż0a w poszukiwaniu wizjiż0aż0a Jurkowi Janiszewskiemuż0aż0aSiedzę w łóżbfku oparty plecami o ścianęż0aCzytam dzienniki Sandora Maraiż0aJest rok 1944 i jeszcze mnie tu nie maż0aSzpak pogwizduje tęsknie na poręczy balkonuż0aNadchodzi moja pięćdziesiąta dziewiąta wiosna.....ż0a...... opornież0a ż0aJestem sam z kawałkiem ciszy którą ż0audało mi się znaleźć na skraju centrum Toronto ż0aJeden z cudów w mym żbfyciuż0aOne się nie zdarzają zbyt często.....ż0aż0aZa plecami czai się oddech jeziora Ontarioż0aczęsto jest zupełnie puste jakby kpiło ż0az nerwowego zabiegania ludziż0aCztery lata temu na dworcu Atocha w Madrycież0apiłem chłodne białe wino przegryzając oliwkami ż0asardynkami i sercem karczocha gawędzącż0az Andaluzyjczykiem i potomkiem Maurów ż0apoznanymi w pociągu z Barcelonyż0aByliśmy całkowicie zachwyceni sobą i na alkoholu ż0awznosiliśmy się coraz wyżbfej jak ludzie nagleż0awypchnięci eksplozją ze swojego żbfyciaż0ajedenastego marca zeszłego roku...... ż0aWczoraj setki świec na milczących peronachż0a ż0aDobiega mnie zapach kawy z kuchniż0aJest sobota dwunastego marca za godzinęż0aidę do polskiej szkoły by zajrzeć w twarzeż0amoich uczniów i znaleźć maleńką iskierkę niepokoju.....ż0aż0aż0a Toronto marzec 2005ż0aż0aż0aż0aż0aż0a wiadomość ż0aż0aWidziałem jesień w oczach odchodzących kobiet ż0aszaleństwo barw minionej namiętności ż0aZapach lata leniwie pełzł przy ziemiż0aunosząc wiadukt nad tęsknotamiż0anieuchwytnymi dla mężbfczyzn ż0aktórzy sobotnią pracą zmęczeni w metrzeż0aprzytulali głowy do kobiecych ramion ż0aż0aTalerz dziecko chleb telewizor ż0aNoc przerwana pospieszną pieszczotą ż0ajutro znów do pracyż0aa pamiętaj abyś dzień święty święcił... ż0akiedy ci pozwolą ż0aż0aTak dobrze jest żbfe niczego nie musisz zmieniać ż0aW najlepszym kraju na świecież0anie publikują statystyk skoków pod pociąg ż0aPogódź się z żbfyciem łaskawie darowanymż0achoć czasem go za mało czasem za dużbfoż0aa most na przęsłach pod niebo wzniesiony... ż0aCzłowieku! Nie warto ż0aJednak cię kochamy..........ż0aW przyszłym miesiącu obok Humane Societyż0aHuman Society otworzymyż0aż0aToronto 1998ż0aż0aż0aż0aż0aż0awreszcie ż0aż0aż0azza zakrętu nagle ojciec się wyłoniłż0aidąc środkiem nurtuż0aż0atwarz spokojna ż0ajak wtedy ż0agdy w parę godzin po śmierciż0azeszło z niejż0akilkadziesiąt lat napięciaż0aż0aw osłupieniu wyrwało mi się ż0a„tato”.....ż0aStanął i wyciągnął rękęż0aa ona zaczęła rosnąćż0aprzybliżbfać się ku mnież0aażbf rozwarły się palceż0ai po wodzież0atłumiony oparamiż0agłos się poniósłż0a„Synkuż0aprzyniosłem ci księżbfyc” ż0aż0a Old Mill 2004 ż0aż0aż0aż0aż0aż0awizytyż0a ż0a Jurkowi Misiornemuż0aż0aWszystko jest prawdopodobnież0akwestią przypadkuż0aż0aWyjechałem z krajuż0aktóry okropnie bolałż0acodziennościąż0aa sypał się na głowęż0aniemal bezszelestnież0aż0aNie planowałem ucieczkiż0aNie kusiło mnie ż0alepsze żbfycie ż0aW zasadzie zadecydował ż0apewien generał......ż0aż0aZ ulgą spostrzegłem żbfeż0amożbfna dalej być sobąż0aOddech nie był jużbf ż0atak rwany i płytki ż0aż0aCóżbf, możbfe mi teraz ż0anawet za wygodnie...... ż0aCenię pewien spokój możbfliwośćż0azgłębiania różbfnorodności innychż0aRegularnie odwiedzam miejsca ż0aw których uśmiecham się ż0ado siebie sprzed latż0aż0aPotem staję przyglądam się ludziom ż0aI dalej bardzo mnie boli......ż0a ż0a Toronto 2004ż0aż0aż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇjacek_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇfot. Jacek Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ48ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇjacek_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ266ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇKrzysztof Kasprzykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071200948ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13654ˇ1152670939ˇ8ˇ1152703392ˇ8ˇ7ˇ12ˇ2006ˇRubai – Jatyˇż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, czerwiec 2006, nr 42ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇIż0aUnikaj nauki, religii i praważ0aZaznaj co buziaczek, śpiew i zabawa ż0aNim los bezlitosny przeleje twą krewż0aLej krew winną w puchar i pij - zaznaj żbfycia zew.ż0aż0aII ż0aGdy jutrzenka lewą ręką ku niebu sięgałaż0aGłos karczmarza wezwał mą duszę ospałą:ż0a"Wstawajcie i spijajcie wsze winne nektaryż0aJak długo strumień żbfycia wam zrasza puchary".ż0aż0aIIIż0aKur zapiał i tłumy przy karczemnych ścianachż0aWaliły we wrota: "Otwórzcie się dla nas!ż0aWszak wiemy jak krótko tutaj przebywamyż0a A gdy odchodzimy, jużbf nie wracamy".ż0aż0aVIIż0aWśród dźwięku pucharów, w takt wiosennej nutyż0aOpadł szary całun zimowej pokuty ż0aPamiętaj: Ptak czasu na skrzydłach wzniesionyż0aKróciutką ma trasę – w jedną tylko stronę. ż0aż0aXIż0aChleb, Wiersze, Wino i Ty – i cóżbf mi więcej trzeba? ż0aPustynny się padół stał ścieżbfką do nieba ż0aRozedrgana twym śpiewem i zroszona winem ż0aPustynia zmieniła się w rajską krainę. ż0aż0aXXż0aAch ma droga, tą czarą wszystko zmogęż0aPrzeszłości żbfale i przyszłości trwogęż0aJutro? Jutro po mnie zatrze śladż0al wepchnie w klątwę tysięcy przeminionych lat. ż0aż0aXXIIIż0aWszystkiego co nam dane użbfyjmy garściamiż0aZanim nasze prochy się zejdą z prochamiż0aNim będziemy bez wina, bez pieśni, bez słońcaż0aBez nas - i tak bez końca.ż0aż0aXXVż0aMędrcy, Święci, Prorocyż0aCo tak pięknie śpiewacie o Dwóch Światów mocyż0aWasze słowa wiatrem rozproszoneż0aWasze usta prochem wypełnione. ż0aż0aXXVIż0aOpuść mędrców, ich czcze słowa - stary Chajam czekaż0aJedno jest tylko pewne - żbfe żbfycie uciekaż0aNie zmieni tej prawdy najzgrabniejsze słowoż0aŻe kwiat który uwiądł nie kwitnie na nowo.ż0aż0aXXVIIż0aKiedy byłem młody słuchałem bez sporów ż0aWielkich argumentów Świętych i Doktorów ż0aI tak się przejąłem ich argumentamiż0aŻe wyszedłem jak wszedłem – tymi samymi drzwiami. ż0aż0aXXXIż0aOd wnętrza Ziemi ażbf po Niebios wrotaż0aWzrok z tronu Saturna w nieskończoność miotamż0aI wielu zaznałem prawd objawienia ż0aPrócz tyczących się śmierci oraz przeznaczenia. ż0aż0aXLż0aWiecie przyjaciele, żbfe jużbf od dawnościż0a Zagrodziłem drogę starusze – mądrościż0a I od tego czasu dni radosne płynąż0a Bo za nową żbfonę wziąłem Córę Wina.ż0aż0aLXIXż0aZa to żbfem im służbfył o każbfdej godzinież0aJaka me bożbfyszcze dały mi podziękę?ż0aMoje dobre imię zatopili w winież0aZaś resztę honoru - sprzedali za piosenkę.ż0aż0aLXXż0aPrzysięgłem skruchę gdy wstydu doznałemż0aLecz - byłem trzeźwy kiedy przysięgałem?ż0aGdy przyszła wiosna z różbfą spiętą we włosachż0aMa skrucha wyschła jak poranna rosa.ż0aż0aż0aż0aZapewne istnieją kompletniejsze tłumaczenia Chajama, lecz ja przełożbfyłem tych kilka strof głównie dla wlanej przyjemności, z nadzieją wszak, żbfe potrafię je przekazać czytelnikom. Pierwsza zwrotka tłumaczona jest z francuskiego, reszta z angielskiego. Byłem kiedyś w arabskiej restauracji pod nazwą "Omar Chajam", choć był on Persem, a nie Arabem. Właściciele restauracji mieli dobry gust - dołączali do jadłospisów parę wersów perskiego barda, co mi dało okazję do przypomnienia sobie tego kochanego, dekadenckiego, wyrafinowanego Chajama. Po powrocie do domu wziąłem się do odszukania egzemplarza „Rubayad”, który otrzymałem kiedyś w prezencie i niezbyt dokładnie przejrzałem. Jakoś przychodzi czas na wszystko; zanurzyłem się więc w oparach sprzed tysiąca lat, zapomniałem o XX wieku i o Toronto. Byłem przez chwilę w przedniej kompanii.ż0aż0a Wziąłem się do tłumaczenia spędziłem ten wieczór z uczuciem rzadko doznawanej satysfakcji. Chajam, piewca zmysłów, który nigdy nie popadł w trywialność, arystokratyczny umysł przy karczemnym stole, jak markiz de Sade, nie dał się opanować zmysłom, lecz sam nimi zawładnął. Antymistyk, osiągnął wyżbfyny równe mistykom. Sceptyk, nie dał się załamać naporom zwątpienia, jak ci Grecy, którzy wyrazili swój protest wobec bezsensu istnienia odejściem od żbfycia, by stać się mnichami bez religii. Anatol France w nieśmiertelnej "Thais" opisał uroczyście i z humorem spotkanie prawdziwego mnicha - Pafnucego - z fałszywym mnichem, ascetą - sceptykiem. Chajam bynajmniej nie zaprzecza ciasnocie żbfycia zmysłowego i stąd jego strofy tchną dyskretnym smutkiem. On bierze żbfycie „za łeb” i rozgrywa je jego własnymi kartami. "Nie możbfemy zmienić rzeczywistości, więc użbfyjmy jej” - głosi Omar; to samo Polinezyjczycy wyrażbfają przysłowiem: „Jedz żbfycie, bo inaczej żbfycie zje ciebie". Po polsku nazwalibyśmy system Chajama: "złapał Kozak Tatarzyna”.ż0aż0a Chajam był egocentrycznym egzystencjalistą. Szukał szczęścia (tyle, o ile) nie w Bogu, jak mistycy, nie w kobiecie, jak trubadurzy, ale w sobie. Możbfe dlatego osiągnął owe tajemnicze szczyty, które niektórzy giganci osiągnęli w samotności - Mojżbfesz. Szekspir...ż0aż0aA propos Mojżbfesza, wielki p«m francuski pisał:ż0aż0aDieu, Tu m'as cree puissant et solitaireż0aLaisse moi me reposer aux trefonds de la terre.ż0aż0a(Bożbfe, który mi dałeś w samotności siłęż0aDaj mi dla wypoczynku Twą ziemię - mogiłę).ż0aż0aCiekawym byłoby porównanie „Rubai-jatów" z „Carmina Burana"; autorzy tej drugiej nie byli sceptykami. Oba dzieła wyśpiewują radość zmysłowego żbfycie, lecz gdzieś po drodze następuje rozwód. Średniowieczni mnisi europejscy, pełni rubasznej siły, sięgali ku innym źródłom, ludowym, pogańskim, plemiennym...ż0aż0aTam nie było dekadenckiej arystokracji.ż0aż0aMożbfna by sobie zadać pytanie, czy poezja Chajama sięgnęłaby wyżbfszych szczytów, gdyby opiewał "nieskończoność" miast „ciasnoty”? Niekoniecznie. Dla poezji nie istnieje ciasnota, jakikolwiek byłby to temat. Pamiętamy Leopolda Staffa: "Życiodajne łajno.. ty w sobie sił, posiadasz rodzajną”.ż0aż0aż0aż0aż0atekst ukazał się 10 lat temu w torontońskim „High Parku”ż0aż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇherald2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, Herald, drzeworytˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ18ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇherald2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ456ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇOmar Chajam w tłumaczeniu i z komentarzem Wilka Markiewiczaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006071200618ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 13973ˇ1154702353ˇ9ˇ1174666353ˇ4ˇ8ˇ4ˇ2006ˇBrzeg ˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Trzydzieści procent. Raz trochę mniej, raz trochę więcej, ale około trzydziestu procent Polaków popiera PiS i to się nie zmienia od dawna. Na ten wynik nie mają żbfadnego wpływu ani sukcesy tej partii, o których wciążbf mówią premierzy, mały i dużbfy. Mały premier to ten z Gorzowa, bo tak go nazwał poseł Cymański i to do niego przylgnęło, chociażbf jest wyżbfszy od brata Jarosława i premierem jużbf nie jest. W każbfdym razie sukcesy, o których mówią premierzy nie zmieniły sondażbfy, tak samo jak porażbfki, o których mówią wszyscy. Bez względu na to co się dzieje, PiS ma swoje trzydzieści procent. Mniej więcej. ż0aż0a Ani cyrkowe sztuczki wokół ordynacji wyborczej, ani ustawa o służbfbie cywilnej likwidująca konkursy na wyżbfsze stanowiska w administracji równieżbf niczego nie zmieniły. Gdyby brat premier mianował ministrem gospodarki morskiej swojego kota i przepchał przez Sejm ustawę, żbfe białe jest nie tylko czarne, ale nawet fioletowe, teżbf to niczego nie zmieni. Będą mieli swoje 30 procent. Mniej więcej. ż0aż0a Skoro jużbf wiadomo, żbfe żbfadne działania PiS-u nie wpływają na sondażbfe, potrzebne są jakieś działania Platformy, która takżbfe ma swoje trzydzieści procent. Mniej więcej. Ale cóżbf, jeśli chodzi o działanie Platforma nie potrafi niczego zdziałać, nawet wtedy, gdy Kurski daje im w prezencie aferę bilbordową. Wygląda na to, żbfe dobiliśmy do brzegu, gdzie dalej nie ma biegu.ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ36ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080401036ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14003ˇ1155072649ˇ8ˇ1155129942ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇKonkurs na dramat inspirowany myślą Jana Pawła IIˇCentrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie organizuje konkurs na dramat inspirowany żbfyciem, myślą, twórczością Jana Pawła II. ż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aˇKonkurs ma dwie części: otwartą i zamkniętą. W pierwszej pula nagród wynosi 20 000 zł, w drugiej - 15 000 zł. ż0aż0aDodatkowo zaproszeni autorzy (w tym poeci i prozaicy młodego pokolenia) otrzymają 3 000 zł za przystąpienie do konkursu i napisanie tekstu do części zamkniętej. Zaproszenie do jury zechcieli przyjąć: prof. Maria Prussak, dr hab. Dariusz Kosiński, dr Tomasz Kubikowski, o. prof. Jacek Salij i Wojciech Tomczyk.ż0aż0a Termin nadsyłania prac mija 15 listopada 2006 r. Teksty biorące udział w konkursie zamkniętym należbfy przysyłać do dnia 31 stycznia 2007 r. ż0aż0aWięcej informacji: ż0aMichał Mizeraż0aKomisarz Konkursuż0aSekretarz Juryż0aż0ae-mail: dramat@centrumjp2.plż0atel. kom. 609 126 165ż0awww.centrumjp2.warszawa.plż0aorazż0ahttp://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/27275.htmlż0aż0aIdea konkursu na dramat zrodziła się z przekonania o potrzebie podjęcia myśli Jana Pawła II takżbfe w sferze działań artystycznych. Poznanie, zgłębienie, popularyzacja i wreszcie twórcze rozwinięcie tej spuścizny to główne cele działalności Centrum Myśli Jana Pawła II. Dramat, łączący dwie ważbfne dziedziny kultury: literatury i teatru, i dziś rości sobie ambicje nie tylko do opisywania rzeczywistości, ale i do jej diagnozowania czy oceniania. Takżbfe do wyszukiwania nierozwiązywalnych sprzeczności, paradoksów, tragicznych węzłów ludzkiej egzystencji. ż0aż0aŻycie i działalność Papieżbfa-Polaka miały bezpośredni wpływ na dzieje świata, Europy i Polski, a takżbfe na losy pojedynczych ludzi. Jesteśmy szczególnie ciekawi, jak ludzie kultury patrzą na samą postać Jana Pawła II, na stosunek Polaków do jego nauczania, czy dostrzegają zmiany społeczne, mentalne, obyczajowe, religijne i kulturowe, jakie dokonały się za sprawą jego pontyfikatu. Stąd nasza chęć sprowokowania ludzi pióra do refleksji nad żbfyciem, myślą i działalnością Jana Pawła II.ż0aż0aOd portretu postaci ciekawsza będzie dla nas szeroka panorama społeczna, ciekawsze będą obserwacje natury historycznej, społecznej, obyczajowej i mentalnej niżbf typowa hagiografia. Oczekujemy pogłębionej refleksji na temat możbfliwego wpływu Papieżbfa-Polaka na codzienne żbfycie Polaków, ich postawę obywatelską, rodzinną i osobistą. A możbfe ten wpływ bywa przeceniany, możbfe jest powierzchowny, możbfe sięga głębiej niżbf możbfe to uchwycić kilkuletnia obserwacja? W każbfdym razie mamy do czynienia z pewnym fenomenem społecznym, socjologicznym i religijnym, który wręcz domaga się, by stać się wielkim tematem literatury i teatru.ż0aTemat konkursu i jego problematyka nie powinna teżbf przesłonić myślenia o strukturze i języku dramatu. Ciekawa i wartka akcja, sprawnie napisane dialogi, oryginalna anegdota to dopiero punkt wyjścia. Celem jest nowatorska budowa tekstu, ciekawa i oryginalna polszczyzna, bliżbfsza współczesnej poezji niżbf potocznemu językowi. Słowem: eksperyment – tak, ale językowy, prowokacja- tak, ale w odniesieniu do tradycyjnej struktury dramatu. ż0aż0aRównocześnie pragniemy poddać praktycznej próbie dyskusję na temat kondycji współczesnego teatru (i współczesnej literatury) w Polsce. Po okresie narzekań na brak przejawów istnienia nowoczesnej dramaturgii w języku polskim ujawniła się ogromna ilość nowych tekstów scenicznych. Takżbfe dyrektorzy teatrów coraz odważbfniej wprowadzają na afisze dramaty polskich pisarzy. Dziwić możbfe jedynie brak w tych tekstach szerszej perspektywy spojrzenia na fenomen ludzkiego żbfycia niżbf jednostkowa, prywatna, często patologiczna i wykrzywiona wizja człowieka. Ta perspektywa, która obok prywatnego, intymnego żbfycia człowieka, obejmuje takżbfe jego relacje z innymi ludźmi, stosunek do natury, do Boga (bogów), do podstawowych wymiarów żbfycia (jak praca, cierpienie, miłość, twórczość), towarzyszy całej myśli Jana Pawła II. To chyba dobry moment na zweryfikowanie jakości tego zjawiska.ż0aż0aż0aCentrum Myśli Jana Pawła II w Warszawież0aż0a„Bogu dziękujcie (…) Ducha nie gaście”. (por. 1 Tes 5, 18-19) Tak piętnaście lat temu 9 czerwca 1991 r. na lotnisku Okęcie żbfegnał się z Warszawiakami Jan Paweł II. Dzisiaj słowa te nabierają szczególnego znaczenia i z jeszcze większą wyrazistością wskazują nam kierunek działania. ż0aż0a Centrum Myśli Jana Pawła II jest instytucją kultury m.st. Warszawy powołaną w 2005 roku decyzją Prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Działalność Centrum zainaugurowana została 1 kwietnia 2006 roku.ż0aż0a Miejsce i powody, dla których powołane zostało Centrum Myśli Jana Pawła II rozstrzygają o charakterze tego projektu, który realizowany będzie z dużbfym rozmachem i ,mamy nadzieję, cieszyć się będzie prestiżbfem nie tylko w Warszawie i Polsce, ale takżbfe wśród opinii międzynarodowej. CMJPII obok działalności prowadzonej w Warszawie rozwijać będzie współpracę z osobami i instytucjami w Polsce i za granicą.ż0a ż0a Celem realizowanego projektu jest powołanie Centrum w różbfnorodny sposób prezentującego osobę i myśl Papieżbfa, które stanie się punktem odniesienia dla każbfdego, zainteresowanego tym tematem. Oznacza to, żbfe prace Centrum odpowiadać powinny na potrzeby i oczekiwania różbfnorodnych grup od uczniów do naukowców. Punktem wyjścia autorów projektu jest - podzielane przez większość Polaków - przekonanie o wyjątkowości tego pontyfikatu i jego ogromnym znaczeniu dla Polski. Z czasem widoczne to będzie jeszcze wyraźniej, a zainteresowanie Papieżbfem, nie tylko w Polsce, będzie wzrastać. Jużbf teraz na całym świecie istnieje wiele bardzo różbfnorodnych instytucji noszących imię Jana Pawła II. ż0aż0aWarszawskie Centrum powinno stanowić swego rodzaju zaplecze teoretyczne dla takich instytucji, dzięki czemu stanie się miejscem atrakcyjnym do odwiedzania i studiów, szczególnie dla osób z zagranicy.ż0aż0aZakres działania:ż0aż0a Realizując cele statutowe i uchwałę Rady Miasta Stołecznego Warszawy CMJPII prowadzić będzie działalność w czterech wymiarach:ż0aż0a- stypendialnymż0a(fundusz stypendialny dla uczniów i studentów kształcących się w Warszawie, a w przyszłości takżbfe stypendia dla pracowników naukowych oraz studentów z zagranicy)ż0aż0a- naukowo - edukacyjnymż0a(studia podyplomowe poświecone Janowi Pawłowi II konferencje, szkoły letnie, seminaria, projekty badawcze, pomoce dydaktyczne, wydawnictwa)ż0aż0a- popularyzatorskim ż0a(konkursy, nagrody, wystawy, imprezy masowe, projekty medialne i multimedialne, opracowanie propozycji turystycznych dla Warszawy związanych z Papieżbfem)ż0aż0a- archiwalnym ż0a(pozyskiwanie i gromadzenie materiałów związanych z Karolem Wojtyłą – Janem Pawłem II organizacja Biblioteki Papieskiej, na którą składać się będą prace Karola Wojtyły-Jana Pawła II oraz ich wielojęzyczne tłumaczenia, prace poświecone Papieżbfowi, komentarze i analizy, artykuły popularnonaukowe, archiwum wielojęzycznej prasy codziennej z artykułami o Papieżbfu – wszystkie materiały w maksymalnym stopniu gromadzone powinny być w formie elektronicznej).ż0aż0a Prace Centrum nie będą koncentrować się wyłącznie na pamiątkach i miejscach związanych z osobą Papieżbfa, lecz na twórczym wykorzystaniu i prezentowaniu dziedzictwa żbfycia i myśli Jana Pawła II. Oznacza to, żbfe CMJPII w większym stopniu będzie instytucją ukazującą nauczanie papieskie w kontekście współczesności, jako odpowiedź na aktualne wyzwania. Chcielibyśmy podjąć próbę kontynuowania i rozwijania dorobku „niezwykłego pontyfikatu”, a nie tylko jego archiwizowania. Stąd symbolicznym momentem dla inauguracji początku merytorycznej pracy Centrum była rocznica odejścia Jana Pawła II.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ21ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMichał Mizeraˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910521ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14004ˇ1155075167ˇ8ˇ1155129990ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇStratford Shakespeare Festival i Shaw Festival w Niagara-on-the-LakeˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aˇ „Stradford Festival to jeden z największych teatrów, bo pod nazwą »festival« w rzeczywistości kryje się teatr. Sezon teatralny trwa mniej więcej od kwietnia do listopada. ż0aż0aStratford to gigantyczna maszyna, istnieje tam słynna szekspirowska scena wzorowana na autentycznym Teatrze »Glob«, gdzie na widowni zasiada trzy i pół tysiąca ludzi. ż0aż0a(...) Teatr jest ogromny, ma cztery sceny, produkuje dwanaście, czasem piętnaście premier rocznie, a samo miasteczko Stratford liczy zaledwie dwadzieścia tysięcy ludzi. Wszystko odbywa się na zasadzie ruchu turystycznego. Ci, którzy wiedzą, żbfe istnieje coś takiego, ściągają z całego kontynentu północnoamerykańskiego. (...)ż0aż0a Na tej samej zasadzie działa Niagara-on-the-Lake położbfona dokładnie w miejscu, gdzie rzeka Niagara wpada do Jeziora Ontario. (...)ż0aż0a Oba teatry zresztą konkurują ze sobą tak jak w Anglii Oxford i Cambridge. (...) Mimo żbfe oba te organizmy położbfone są z dala od wielkich miast i działają na zasadzie setek tysięcy widzów przyjezdnych, są instytucjami nadającymi ton i budzącymi respekt. To wyjątkowa sytuacja, bo w samym Toronto, które jako cała aglomeracja ma możbfe cztery, pięć milionów mieszkańców – istnieje ponad sto pięćdziesiąt teatrów, z tego wiele uznanych i interesujących”. ż0aż0a(Tadeusz Bradecki, reżbfyser, który od lat współpracuje z anglojęzycznym teatrem w Kanadzie, fragm. wywiadu przeprowadzonego przez Izabelę Przyłuską. Zob. Z „Iwoną, księżbfniczką Burgunda” (i nie tylko) w Niagara-on-the-Lake [w:] „Akcent” 2002, nr 3, s. 200, cyt. za Ewą Bagłaj, Dwie biało-czerwone. Obraz Kanady w literaturze polskiej od II wojny światowej, praca mgr, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2004). ż0aż0aż0aFestiwal Szekspirowski 2006 w Stratford Ontario, trwa od 6 maja do 29 października, dyrektor artystyczny Richard Monette.ż0aż0aFestival Theatre, 55 Queen Street, Stratford.ż0aż0a1. William Shakespeare: Coriolanus (Koriolan), reżbfyseria Antoni Cimolino, w roli tytułowej Colm Feore – od 6 maja do 23 września.ż0aż0a2. Lionel Bart (muzyka, słowa): Oliver!, musical wyprodukowany na Broadwayu przez Davida Merricka i Donalda Albery’ego, reżbfyseria i choreografia Donna Feore, w roli tytułowej Tyler Pearse – od 24 kwietnia do 29 października.ż0a ż0a3. William Shakespeare: Much Ado About Nothing, (Wiele hałasu o nic), reżbfyseria Stephen Ouimette, występują Gary Reineke, Paul Soles, Adrienne Gould BCC, Lucy Peacock – od 13 maja do 22 października. ż0aż0a4. William Shakespeare: Twelfth Night, reżbfyseria Leon Rubin, występują Brian Bedford, Diane d’Aquila – od 30 lipca do 28 października. ż0aż0aż0aAvon Theatre, 99 Downie Street, Stratford. ż0aż0aż0a1. Tennessee Williams: The Glass Menagerie (Szklana menażbferia), reżbfyseria Miles Potter, występują Steven Sutcliffe, Seana McKenna, Sara Topham BCC – od 13 maja do 22 października. ż0aż0a2. Dion Boucicault: London Assurance, reżbfyseria Brian Bedford, występują Keith Dinicol, Jean-Michel le Gal BBC – od 20 maja do 21 października.ż0aż0a3. Richard Rodgers (muzyka), Oscar Hammerstein II (słowa), James A. Michener (adaptacja nagrodzonej nagrodą Pulitzera noweli “Tales of the South Pacific”): musical South Pacific, reżbfyseria i choreografia Michael Lichtefeld, występują Cynthia Dale, Theodore Baerg – od 1 maja do 28 października. ż0aż0a4. Molière (1622 – 1673): Don Juan, reżbfyseria Lorraine Pintal, w roli tytułowej Colm Feore, w dwóch wersjach językowych – po angielsku od 1 sierpnia do 10 października, po francusku od 12 do 20 października. ż0aż0aż0aTom Patterson Theatre, 111 Lakeside Drive, Stratford.ż0aż0aż0a1. William Shakespeare: Henry IV - Part 1, reżbfyseria Richard Monette, w roli tytułowej Scott Wentworth – od 15 maja do 24 września. ż0aż0a2. John Webster (1580-1635): The Duchess of Malfi, reżbfyseria Peter Hinton, w roli tytułowej Lucy Peacock – od 22 maja do 23 września. ż0aż0a3. Henryk Ibsen: Ghosts, w nowej wersji Richarda Harrisa, w przekładzie J. Basial Cowlishawa, reżbfyseria Stephen Ouimette, występują Peter Donaldson, Adrienne Gould – od 25 lipca do 23 września. ż0aż0aż0aStudio Theatre, Corner of George and Waterloo streets.ż0aż0aż0a1. Djanet Sears: Harlem Duet, reżbfyseria Djanet Sears, występują Barbara Barnes-Hopkins, Walter Borden – od 20 czerwca do 22 września. ż0aż0a2. Robert Hewett: The Blonde, the Brunette and the Vengeful Redhead, reżbfyseria Geordie Johnson, występuje Lucy Peacock – od 27 czerwca do 24 września. ż0aż0a3. Peter Hinton: Fanny Kemble, reżbfyseria Peter Hinton, występuje Domini Blythe – od 18 lipca do 23 września. ż0aż0a4. Pierre Corneille (1606 – 1684): The Liar [2], przekład Ranjit Bolt, reżbfyseria Matthew Jocelyn, występują Laura Condlin, Lawrence Haegert – od 9 sierpnia do 23 września. ż0aż0a http://www.stratfordfestival.ca/ż0aż0aż0aż0aFestiwal Bernarda Shaw 2006 w Niagara-on-the-Lake, trwa od 30 marca do 19 listopada, dyrektor artystyczny Jackie Maxwell. ż0aż0aż0a1. Bernard Shaw: Arms and the Man, reżbfyseria Jackie Maxwell – od 30 marca do 29 października.ż0aż0a2. Cole Porter: High Society, reżbfyseria Kelly Robinson – od 26 kwietnia do 19 listopada.ż0aż0a3. Arthur Miller: The Crucible, reżbfyseria Tadeusz Bradecki – od 3 czerwca do 14 października.ż0aż0a4. Bernard Shaw: Too True To Be Good, reżbfyseria Jim Mezon – od 9 maja do 7 października. ż0aż0a5. Lillian Groag: The Magic Fire, reżbfyseria Jackie Maxwell – od 11 czerwca do 8 października. ż0aż0a6. Henryk Ibsen: Rosmersholm, reżbfyseria Neil Munro – od 5 lipca do 7 października. ż0aż0a7. Antoni Czechow: Love Among The Russians, reżbfyseria Eda Holmes - od 10 czerwca do 24 września.ż0aż0a8. Ruth i August Goetz: The Heiress, reżbfyseria Joseph Ziegler - od 12 kwietnia do 7 października.ż0aż0a9. O'Brien: The Invisible Man, reżbfyseria Neil Munro - od 13 maja do 29 października. ż0aż0a10. Noel Coward: Design for Living, reżbfyseria Morris Panych - od 15 czerwca do 18 listopada. ż0aż0aAdres:ż0a10 Queen's Paradeż0aNiagara-on-the-Lake, Ontarioż0a(800) 511-7429ż0ahttp://www.shawfest.com/2006/web/ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ5ˇ55ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJ. Sokołowska-Gwizdka (oprac.)ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910555ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14005ˇ1155075472ˇ8ˇ1155132184ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇX Festiwal Szekspirowski w Gdańskuˇ2-12 sierpnia 2006ż0aWybitne spektakle Szekspirowskie z całego świata, warsztaty, koncerty, wystawy, konkursy, wykłady, spotkania z twórcami, dyskusje, promocje książbfek i happeningi uliczne – 2 sierpnia rozpoczyna się X Festiwal Szekspirowski w Gdańsku.ż0aż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ Festiwal Szekspirowski w tym roku świętuje swoje Dziesiąte Urodziny, więc tegoroczna edycja, której towarzyszy akcja „10-lecie Europejskiego Szekspira w Gdańsku”, będzie miała szczególny charakter. Jużbf od dziesięciu lat próbujemy pokazywać trójmiejskiej (i nie tylko) publiczności najciekawsze realizacje sztuk Szekspira z różbfnych stron świata. Dotychczas pokazaliśmy: 24 sztuki Szekspira (w tym 12 razy „Hamlet”!), 59 spektakli z 21 krajów (w tym ażbf 12 z Wielkiej Brytanii), 33 spektakle polskie (w tym 9 z Warszawy), 47 teatrów zagranicznych, 17 teatrów z Polski. W Gdańsku gościli przez te lata wybitni reżbfyserzy, m.in.: Peter Brook, Oskaras Koršunovas, Eimuntas Nekrošius, Roberto Ciuli i Robert Sturua. Próbą zapisania dekady historii Festiwalu Szekspirowskiego będzie książbfka „Gdańsk jest teatrem. Dziesięć lat Festiwalu Szekspirowskiego 1997 – 2006” pod redakcją Jana Ciechowicza, która ukażbfe się specjalnie na tegoroczny Festiwal.ż0aż0a Z radością donosimy, żbfe jubileuszowa edycja Festiwalu będzie dłużbfsza niżbf zwykle i obfitująca w różbfnorodne wydarzenia artystyczne. Będzie teżbf miała nową, międzynarodową formułę, wzbogaconą o Międzynarodowy Konkurs na Najlepszy Spektakl Szekspirowski. Po raz pierwszy swoją nagrodę dla najlepszego przedstawienia Festiwalu będzie teżbf mogła przyznać publiczność. Do Gdańska przybędą w tym roku naprawdę wybitne Szekspirowskie realizacje z różbfnych stron świata. W międzynarodowym konkursie na najlepszą inscenizację szekspirowską zaprezentujemy dziesięć spektakli m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Korei, Niemiec, Islandii, Anglii, Polski, Rosji, Turkmenistanu.ż0aż0a Spektakle głównego nurtu będą oceniane przez specjalnie powołane, międzynarodowe jury, którego werdykt zostanie ogłoszony ostatniego dnia X Festiwalu. O nagrody będą ze sobą rywalizować głośne zespoły. Po raz kolejny będziemy gościć grupę z Niemiec. Tym razem będzie to głośny Münchner Kammerspiele z „Otellem” w inscenizacji światowej sławy reżbfysera, współtwórcy „nowej fali flamandzkiej”, Luka Percevala. Jedną z głównych postaci w tym spektaklu gra gwiazda niemieckiego kina Julia Jentch, laureatka Złotego Niedźwiedzia za tytułową rolę w filmie „Sophie Scholl - ostatnie dni”, w którym stworzyła wstrząsający portret jednej z najsłynniejszych bohaterek walki z nazistowskim reżbfimem w Niemczech. Jentsch jest znana jeszcze z dwóch innych głośnych i kontrowersyjnych filmów – „Upadek” o losach Hitlera oraz „Edukatorzy” (obraz uznano za manifest pokolenia zbuntowanego przeciw neoliberalnej globalizacji).ż0aż0a Zaprezentujemy równieżbf „Wieczór Trzech Króli” w reżbfyserii Silviu Purcarete, rumuńskiego artysty, cieszącego się międzynarodowym uznaniem, twórcy głośnego „Tytusa Andronikusa” pokazywanego na naszym Festiwalu osiem lat temu. Reżbfyser przybędzie osobiście do Gdańska, choć znany jest z tego, żbfe rzadko opuszcza swoje miejsce zamieszkania, czyli Paryżbf. Egzotyczną adaptację „Snu nocy letniej” przywiezie Teatr Yohangza – to przedstawienie zostało uznane za najlepsze w roku 2003 w Korei Południowej. Dynamiczne i barwne widowiskowo, odwołując się do koreańskich wierzeń w mityczne postaci goblinów Tokebi, zabiera widzów do orientalnego świata magii, pełnego energetycznego tańca, ekspresywnego śpiewu i… popisów perkusyjnych. Niewątpliwym hitem Festiwalu będzie takżbfe niezwykła, baśniowa adaptacja „Romea i Julii” Teatru Vesturport z Islandii. Spektakl z Reykjaviku „Romeo & Juliet - Love is in the Air” to niezwykłe, eksperymentalne, żbfywiołowe widowisko wykorzystujące... elementy cyrkowej akrobatyki i popisy clownów. Spektakl stał się prawdziwym wydarzeniem m.in. na londyńskim West Endzie, gdzie wzięły w nim udział takie gwiazdy jak: Vanessa Redgrave, Sir Derek Jacobi i Timothy Dalton.ż0aż0a Po raz kolejny przyjedzie do Gdańska Teatr Lit Moon z Santa Barbara, który spotkał się z ogromnie ciepłym przyjęciem festiwalowej publiczności w 2004 roku. Styl teatru z Kalifornii określany jest przez krytyków jako łączący „surowość teatru fizycznego z klasycznym tekstem”. Tym razem amerykańska grupa pokażbfe inscenizację „Ryszarda II” w reżbfyserii Johna Blondella, który traktuje sztukę Szekspira jako tragedię polityczną o śmierci królów, o nadużbfyciach władzy. „Burzę” zaprezentuje natomiast włoski teatr Lunaria z Katanii. Czeka nas takżbfe egzotyczny monodram z „Króla Leara” w wykonaniu aktora z Turkmenistanu – Anny Mele.ż0aż0aBardzo istotnym filarem programu X Festiwalu Szekspirowskiego będą takżbfe polskie przedstawienia. Pokażbfemy spektakl wyróżbfniony w Konkursie na najlepszą inscenizacje szekspirowską sezonu artystycznego 2005/2006 - „Romeo i Julię” Teatru Jeleniogórskiego w reżbfyserii Krzysztofa Rekowskiego (Jury nie przyznało w tym roku nagrody głównej, Złotego Yoricka). Towarzyszyć mu będzie, goszczący na festiwalu po raz kolejny, zespół Teatru Modrzejewskiej z Legnicy z „Otellem” oraz najnowsza inscenizacja Teatru Wybrzeżbfe w Gdańsku – „Tytus Andronikus” w reżbfyserii Moniki Pęcikiewicz.ż0aż0a Program festiwalu obejmuje równieżbf spektakle przygotowane przez studentów lub absolwentów akademii teatralnych z Polski i Anglii. Zaprezentujemy przedstawienia dyplomowe studentów London Metropolitan University w reżbfyserii Giana Carlo Rossiego i studentów warszawskiej Akademii Teatralnej.ż0aż0a Poza pokazami spektakli w ciągu jedenastu festiwalowych dni odbędą się takżbfe warsztaty teatralne i artystyczne, sesje naukowe, parady i happeningi uliczne, koncerty i wystawy. Program edukacyjny obejmie w tym roku: dziewięć warsztatów teatralnych oraz trzy warsztaty kreatywne: fotograficzne, artystyczne (technika murales), dziennikarskie. Będzie działała Letnia Akademia Teatru i Dramatu (wykłady, dyskusje, sesje naukowe). Rozszerzymy zasięg akcji „Bliżbfej teatru”, udostępniającej młodzieżbfy województwa pomorskiego wydarzenia Festiwalu. Będziemy takżbfe wydawać codzienną gazetkę festiwalową.ż0aż0aSzczegóły: www.teatr-szekspir.gda.plż0aż0aorganizator: Fundacja Theatrum Gedanense, Długi Targ 11/13, 80-828 Gdańsk, tel/fax: 3013411, info@ftg.pl; ż0aż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇsen-korea3.jpgˇotello-niemcy.jpgˇlir-turkmenistan.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇ"Sen nocy letniej" w wykonaniu teatru z Koreiˇ"Otello" w wykonaniu teatru z Niemiecˇ"Król Lir" w wykonaniu teatru z Turkmenistanuˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ13ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇsen-korea3.jpgˇotello-niemcy.jpgˇlir-turkmenistan.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇ267ˇ554ˇ600ˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇBarbara Świąderˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910613ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14006ˇ1155076476ˇ8ˇ1155130366ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇPolsko-litewski tomik wierszy Barbary Gruszki-ZychˇBarbara Gruszka-Zych urodziła się w Czeladzi. Skończyła filologię polską. Studiowała teżbf teologię. Poetka, reporterka, pracuje jako dziennikarz w tygodniku „Gość Niedzielny”, współpracuje z innymi tytułami prasowymi, dała się poznać jako krytyk literacki.ż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇDebiutowała w wieku 14 lat, w młodzieżbfowym piśmie „Świat Młodych”. W dwa lata później w tygodniku „Na Przełaj” ukazały się jej pierwsze utwory poetyckie.ż0aż0aAutorka tomików poetyckich: Napić się pierwszej wody; Teren prywatny; Nic się nie stało (dwa wydania); Pali się mój próg; Zapinając kolczyki; Podróżbf drugą klasą; Sprawdzanie obecności; Miegu su tavimi po oda – Śpię z tobą pod skórą.ż0aż0aO jej twórczości pisali m.in. Czesław Miłosz, ks. Jan Twardowski, Ewa Lipska, Tadeusz Nowak, reżbfyser Krzysztof Zanussi. Jej wiersze były nagradzane w konkursach - im. H. Poświatowskiej i im. Zbigniewa Herberta, w konkursie na wiersz miłosny miesięcznika „Twój Styl”. Były tłumaczone na angielski, francuski, niemiecki, włoski, rosyjski, litewski i arabski.ż0aż0aWydała książbfki: Mało obstawiony Święty. Cztery reportażbfe z Bratem Albertem w tle, zbiór reportażbfy Zachowaj jako... Za jeden z reportażbfy przyznano jej tytuł honorowy „Przyjaciel Ubogich Dzieci miasta Katowice”, zaś po tekście Dziewczynka z kluczem na szyi opisane w nim dziecko znalazło rodzinę zastępczą. ż0aż0aBarbara Gruszka-Zych była stypendystką wiedeńskiej fundacji „Janineum” i Fundacji Jana Pawła II w Rzymie. ż0aż0aCzesław Miłosz o poezji Barbary Gruszki-Zych:ż0aBardzo śmiała poezja kobieca, przyznająca się do swojej kobiecości, czyli chłonięcia świata przede wszystkim zmysłami.ż0a ż0aWiersze (część) pochodzą ze zbioru: Barbara Gruszka-Zych, Miegu su tavimi po oda – Śpię z tobą pod skórą, po polsku i po litewsku - w przekładzie Birutė Jonuškaitė, Wyd. Nemunas, Kaunas - Kowno 2006, s. 144.ż0aż0aTomik ten był przedstawiony wśród najciekawszych litewskich pozycji wydawniczych na Międzynarodowych Bałtyckich Targach Książbfki na Litwie w lutym 2006. Wydany w dwóch językach tomik ma szansę zapoczątkować nową serię prezentującą polską literaturę piękną sąsiednich krajów.ż0aż0aż0aBarbara Gruszka-Zychż0aż0aMiłośćż0aż0aktoś rozbiłż0anade mnąż0adzban pełen ogniaż0aż0aż0a***ż0aż0akocham a siedzęż0akocham a czytamż0akocham a myślęż0ajakbym nie umiała kochaćż0aż0aż0a***ż0aż0anic się nie stałoż0atylko dlaczego patrzymy na siebież0az ustami rozchylonymiż0ajak do pocałunkuż0aż0aż0a***ż0aż0amartwe dni kiedy cię nie widzęż0az ciekawością patrzę na siebież0aco ty we mnie widziszż0aż0aż0a***ż0aż0atak często myślę o tobież0ażbfe jużbf nie wiemż0aczy beze mnie jesteśż0aż0aż0a***ż0aż0azrzucam wszystkie suknież0awszystkie wahaniaż0agasną światłaż0apali się mój prógż0aż0aż0a***ż0aż0atrzymam twoją dłońż0apatrzę w oczyż0ażbfadnych pocałunków toastów i świecż0asamo świetoż0aż0aż0a***ż0aż0atu gdzie nas ubyłoż0awzbiera nastepne latoż0abez jednej skazyż0ana krysztale liściż0aż0aż0a***ż0aż0aprzed odjazdem pociaguż0aw second handzież0achciałam kupić użbfywaną sukienkęż0az która jakaś dziewczyna oddałaż0aszalone latoż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇfoto_z_okladki_bgz.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇB. Gruszka-Zych, fotografia z okładki polsko-litewskiego tomiku, fot. R. Mieczkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ24ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇfoto_z_okladki_bgz.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ299ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇRomuald Mieczkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910624ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14007ˇ1155076895ˇ8ˇ1155130306ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇSztuka podróżbfowania ˇMożbfe na co dzień nie zawsze zdajemy sobie sprawy z tego, żbfe nasze żbfycie jest jedną wielką podróżbfą. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aˇ Dotyczy to zarówno tak zwanych wielkich, a więc: artystów, pisarzy, uczonych, inżbfynierów-wynalazców, jak teżbf całkiem zwyczajnych ludzi. Historia ludzkości znaczona jest podróżbfą, której synonimem są nazwiska ludzi tej miary, co Ibrahim Ibn Jakub, Marco Polo, Krzysztof Kolumb, Vasco da Gama oraz zwykłych śmiertelników, a więc: kupców, wędrownych cieśli, kosiarzy, domokrążbfców; beduinów, romów, emigrantów politycznych czy ekonomicznych. O roli podróżbfy – tym razem roli podróżbfy literackich – Jarosław Iwaszkiewicz wypowiadał się następująco: Dla ludzi piszących, poetów, literatów, nie ma jak podróżbf. Nie tylko zmiana środowiska, ale sam ruch wagonu, stuk kół o szyny jużbf wywołują w umyśle pewnego rodzaju fermenty. Pomysły sypią się, rytm wiersza gada – i ostatecznie zamiast podziwiać i oglądać jakieś cudzoziemskie cuda – podróżbfujący pogrążbfa się we wspomnienia, a ze wspomnień powstają fikcje, nie mające nic wspólnego z otaczającą go rzeczywistością, a jednak dzięki tej rzeczywistości powstałe. Nieco inne aspekty pożbfytków podróżbfowania podnosił Kazimierz Wierzyński w cyklu esejów pod wymownym tytułem „Cygańskim wozem”. Wyznawał: „Przelatywałem Atlantyk jedenaście razy, ale nic mi to nie dało. Ogromne samoloty, stu pasażbferów, ciasnota, nuda. (...) Samochód to takżbfe podstępny przewodnik po świecie. Takżbfe supremacja maszyny nad człowiekiem, takżbfe odcięcie od rzeczywistości. (...) Właściwie świat nadaje się, by chodzić po nim piechotą. Wtedy jest dostępny i namacalny od oczu do podeszwy. Najbardziej nostalgiczne wspomnienia mam ze szkolnych czasów, z wędrówek (...)”. ż0aż0aTym tropem myślowym szli inni skamandryci: Antoni Słonimski jako autor tomików Droga na Wschód i Z dalekiej podróżbfy, czy Stanisław Baliński jako twórca wierszy Wieczór na Wschodzie. Baliński, emigrant mieszkający od czasu wojny w Londynie, zżbferany tęsknotą za Polską marzył o zwyczajnych spacerach ścieżbfkami polnymi ojczystej ziemi. ż0aż0aW swoim Dzienniku notował: „Tak bardzo chciałbym iść nawet z obolałym kolanem, nawet lekko kulejąc przez jakąś ścieżbfkę polską i widzieć jako cel tej włóczęgi białawe brzozy”. Ale dość cytatów. Widzimy z nich, żbfe są tam zawarte podróżbfne doznania i zaledwie wybrane tylko opinie ludzi nam współczesnych. A jak bywało dawniej? Słowacki, Mickiewicz, Norwid, Kraszewski i setki innych – to pisarze podróżbfnicy. Na wołowej skórze tego nie spisać. Zresztą nie o jakiś rejestr tutaj chodzi... Rzecz najważbfniejsza to wnioski.ż0aż0a Podróżbfowanie jest oglądaniem i przeżbfywaniem świata. To prawda. Nowoczesnymi środkami lokomocji: szybkim samochodem, statkiem oceanicznym, czy samolotem odrzutowym na wysokości dziesięciu lub dwunastu tysięcy metrów. Możbfna jednak czasem zdobyć się na podróżbfowanie rowerem, bryczką, furmanką, nawet pieszo. Zwłaszcza pieszo. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z – użbfywając terminu Zofii Nałkowskiej – „widzeniem dalekim”. W drugim – z „widzeniem bliskim”.ż0aż0a Podróżbfujemy bezustannie nie tylko pokonując czas i odległości w rozumieniu fizykalnym. Czytając na przykład Pana Tadeusza kształcimy naszą wyobraźnię. Przenosimy się w miniony jużbf czas i w inną przestrzeń. Wiadomo: na ziemie litewskie lat 1811–1812, nad równiny nadniemeńskie, „do tych pól malowanych zbożbfem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żbfytem”. Bardziej wykształcony czytelnik wie, żbfe znajduje się w przestrzeni artystycznej i jest zdolny podążbfyć takżbfe za podmiotem twórczym, w tym konkretnym przypadku za poetą, którego uznajemy za jednego z trzech, czy czterech wieszczów. Bada okoliczności powstania utworu.ż0aż0a Biegnie tedy myślą ku Francji, do Paryżbfa, nad Sekwanę, gdzie w latach trzydziestych minionego stulecia, w okresie Wielkiej Emigracji polistopadowej, powstawały artystyczne wizje Mickiewicza... To teżbf jest pyszne podróżbfowanie. Wymaga jedynie wyrwania się – choćby na niedługi czas – z szalonego, nieludzkiego rytmu codzienności, zwolnienia pędu, i spokojnego oddania się lekturze w ciepłym świetle stołowej lampy. ż0aż0a Jakie płyną wnioski z niniejszych wywodów? Chyba takie, żbfe jeśli żbfycie jest podróżbfą, to trzeba pamiętać, iżbf długość możbfliwej do przebycia w żbfyciu drogi zależbfy od mądrze zorganizowanych na tej drodze wygodnych przystanków. Trzeba trochę racjonalizmu, mądrości, rozwagi... Chodzi o to, aby na końcu tej drogi nie żbfałować – na skutek nieracjonalnego pędu za zdobywaniem mnóstwa przedmiotów i „rzeczy” – tego, iżbf nie zauważbfyło się fenomenalnego kształtu liści klonowych, cudownej organizacji żbfycia mrówek, uroku rydza wyłaniającego się z leśnej trawy w lasach w okolicach Siewierza, koloru gila, czy sikorki, która towarzyszy nam w zimowe dni, mądrych liryków Szymborskiej, sugestywnych obrazów Malczewskiego, Chagalla, czy nie słyszało w całej pełni tonów muzyki Vivaldiego... Chwila refleksji nie zaszkodzi.ż0aż0a W szaleńczym pędzie żbfycia, który jest czasem po prostu nierozumnym biegiem obok żbfycia, konieczny jest przystanek; potrzebny, po wyjściu z odrzutowca, swobodny spacer właśnie polnymi ścieżbfkami, po łące, nad strumieniem, „gdzie woda czysta, a trawa zielona...”.ż0aż0a Możbfna takżbfe, nie bacząc na mgłę i mżbfawkę, iść krok za krokiem nad naszą Czarną Przemszą i nieść w sercu tę niezłomną nadzieję, żbfe wcześniej czy później władze regionalne podejmą heroiczną decyzje oczyszczenia tej rzeki, w której przed dziesięcioleciami możbfna się było kąpać i łowić wcale smaczne ryby. Jeżbfdżbfę po Europie i pamiętam, żbfe Ren i Tamiza były niegdyś prawdziwie martwymi rzekami. ż0aż0aW ostatnich latach sytuacja radykalnie się zmieniła. Nad Tamizą spotyka się ludzi z wędkami. Radują ich gesty wskazujące na fenomenalne zdobycze. Człowiek się dziwi, żbfe zazwyczaj chłodni Anglicy mogą tak się zapalać uprawiając wcale szlachetną „sztukę wędkarską” w oczyszczonej jużbf rzece. W roku 1980 mogłem na wysokości Bazylei kąpać się w niegdyś zatrutym Renie. Jestem świadomy tego, żbfe walka z zanieczyszczeniami okazuje się niezwykle kosztowna. To prawda. Prawdą jednak jest i to, żbfe zwalczanie chorób jest jeszcze kosztowniejsze. Wniosek ten okazuje się dość banalny, ale cenny. Wynika on bezpośrednio z uprawianej przeze mnie „sztuki podróżbfowania”... Po Zagłębiu, po Polsce i po świecie.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ36ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWłodzimierz Wójcikˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910636ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14008ˇ1155077103ˇ8ˇ1155130273ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇIlona BiernotˇGaleria Listu oceanicznegoż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aˇ Ilona Biernot - torontońska malarka, portrecistka. ż0aż0aPortretowane przez nią osoby są żbfywe i pełne wyrazu, a obrazy niosą z sobą zaplecze symboli, odniesień, znaków kulturowych, sytuacji, wyobrażbfeń, odczuć i kontekstów na nieskończonej palecie barw. Tło dla portretu stanowią często miejsca bliskie danej osobie, związane z jej kulturą, elementy z przeszłości i teraźniejszości. Multikulturalizm Kanady powoduje wielość i wieloznaczność kontekstów kulturowych i religijnych. Ilona Biernot potrafi odnaleźć bliskie danej osobie pomosty między tymi kontekstami.ż0aż0a Dlatego malarka spędza wiele godzin ze swoim modelem, rozmawia i szuka punktu wyjścia, charakterystycznej cechy, lub zespołu cech określających portretowaną osobę. Potem zaczyna malować, rozbudowując powoli postać i poszerzając obraz o kolejne sfery wyobraźni. Liczne odwołana do malarstwa wywodzącego się z kultury chrześcijańskiej, a takżbfe do prawosławnej ikony, budowanie pomostów nie tylko kulturowych, ale i historycznych, idących w głąb portretowanego obiektu sprawiają, żbfe obrazy Ilony Biernot mają wiele warstw intelektualnych. Dlatego portrety te są niepowtarzalne, wieloznaczne i pełne dynamiki. Ilona Biernot utrwaliła na płótnie m.in. wielu polskich artystów z Toronto. ż0aż0abiernot@sympatico.caż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇbiernot1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇIlona Biernot, "Les in Venice", olej na plótnieˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ42ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇbiernot1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ179ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJ. Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910642ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14009ˇ1155077708ˇ8ˇ1155130239ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇZ wizytą u Wańkowicza ˇPewnej skwarnej niedzieli, zaopatrzony w dokładny plan, wybrałem się pieszo do Glen Cove, miasteczka na Long Island.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aż0a***image1:center***ˇ ż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0a Okazałych rezydencji w tej miejscowości nie dostrzegłem. Widziałem za to setki mniejszych i większych domów jednorodzinnych usytuowanych na łagodnych wzgórzach. Jedynie wzdłużbf głównych arterii stały niewielkie budynki, w których mieściły się sklepy, restauracje, kancelarie adwokackie.ż0aż0a Gdy dotarłem do słupa z tabliczką: Arbor Place, poprawiłem nieco swój wygląd. Tak jakbym za chwilę miał stanąć, oko w oko, z … Melchiorem Wańkowiczem. A przecieżbf z domu oznaczonego numerem “4”, który był celem mojej wycieczki, wyprowadził się prawie 50 lat temu. No, i od 30 lat jużbf nie żbfył.ż0a ż0a Arbor Place okazała się być wyjątkowo krótką ulicą - nie więcej niżbf 50 metrów długości. Stało przy niej zaledwie 5 budynków. Dom, który mnie interesował, był dużbfy, drewniany, ze spadzistym dachem. Jego ściany zewnętrzne pokrywały deski i gont. (Gdy teraz piszę te słowa, nie mogę oprzeć się wrażbfeniu, żbfe miał bardzo dużbfo okien).ż0aż0a Od ulicy oddzielony był niskim drewnianym płotem i rzędem kilkudziesięcioletnich klonów i dębów. Ale na terenie posesji rosły dwa okazałe świerki. Niewątpliwie przykuwały one uwagę Wańkowicza. Spoglądałem więc na nie, tak, jak, i on musiał na nie patrzeć. Zobaczyłem teżbf szare wiewiórki. ż0aż0aNie wykluczone, żbfe widziałem praprapra…wnuki tych, którym kiedyś przypatrywał się polski pisarz.ż0a *ż0a Melchior Wańkowicz, wraz z żbfoną Zofią, od 1939 r. przebywał poza krajem. W styczniu 1949 r. Wańkowiczowie przybyli z Europy do USA. Początkowo zamieszkali w Lakewood, stan New Jersey, u swojej córki i jej rodziny. Melchior pomagał zięciowi w prowadzeniu farmy kurzej. W jednym z listów do Jerzego Giedroycia napisał na ten temat: ż0aż0a “Segreguję, myję i pakuję jajka, bo to robota wymagająca najmniej fachowości. Poza tym palę w piecu i wynoszę śmieci, skrobię kartofle i bezapelacyjnie władam odkurzaczem”.ż0aż0a W latach 1951-1956 Wańkowiczowie mieszkali w Glen Cove. W tym okresie, tak jak i w całym swym żbfyciu, Melchior Wańkowicz był bardzo aktywny literacko. Współpracowal z wydawnictami i prasą emigracyjną (przede wszystkim z londyńskimi Wiadomościami i paryską Kulturą.Pisał artykuly, recenzje, eseje, rozprawy społeczno-polityczne. Ale w tych latach tworzył nie tylko dlatego, żbfe to był jego żbfywioł. Pisał równieżbf po to, aby zarobić. Jego sytuacja finansowa, mimo stypendium pisarskiego wypłacanego (do 1954 r.) przez radio Wolna Europa, była bowiem zła. A w pewnych okresach, nawet bardzo zła. To dlatego Zofia Wańkowicz dorabiała sprzątaniem, a sam pisarz wyjeżbfdżbfał wielokrotnie na długie, czesto wielotygodniowe, objazdy po ośrodkach polonijnych w Kanadzie i USA. Spotykał się wówczas z czytelnikami, sprzedając przy okazji swoje książbfki (niekiedy dawało to przyzwoity dochód), bądź zbierając subskrypcje na wydanie książbfki, którą jużbf napisał, lub nad którą aktualnie pracował (przykładem możbfe być Tworzywo, książbfka o losach Polaków w Kanadzie).ż0aż0a Jeśli chodzi o dokonania pisarskie Melchiora Wańkowicza, to znałem tylko kilka jego esejów. Ale zainteresowałem się nim, jako człowiekiem (stąd ta wizyta na Arbor Place), za sprawą grubego tomu zawierającego korespondencję między wspomnianym Jerzym Giedroyciem, a nim. Twórczość epistolograficzna obu panów jest zupełnie inna. Listy tego pierwszego, dotyczą konkretnych spraw. Należbfą do raczej krótkich. Niewiele w nich jest wynurzeń osobistych. A dowcipów nie zawierają. Możbfna powiedzieć, żbfe cechuje je oschłość. Natomiast listy drugiego epistolografa, z reguły, są długie. Melchior Wańkowicz pisze w nich często o sprawach, które go pochłaniają, którymi żbfyje. Nie brak w nich słów sympatii pod adresem korespondenta; humor gości często. Jego przykładem możbfe być taki np. fragment:ż0aż0a “Jestem jak ten chlop białoruski, który siedząc na brzegu i flegmatycznie żbfując chleb z cebulą, dobrodusznie zachęcał tonącego kuma, krzyczącego o ratunek: “Nie traćcie ż0akumie, darmo siły – opuskajtesia na dno”. ż0a *ż0a Po zlustrowaniu sąsiednich, tonących w zieleni, ulic (Wańkowicz z pewnością po nich chodził), jeszcze raz, ale tym razem bardzo wolno, przeszedłem wzdłużbf Arbor Place. Potem skręciłem na lewo i, po przebyciu nie więcej niżbf 300 metrów, dotarłem do małej stacji Sea Cliff, leżbfącej na trasie Nowy Jork – Oyster Bay. Niewielki budynek, w którym znajduje się kasa i poczekalnia, został wzniesiony w 1888 r.ż0aż0a Jest więc tym, który Melchior Wańkowicz oglądał, gdy udawał się pociągiem do Nowego Jorku. Celem tych wypraw były biblioteki, w których szukał materiałów do pisanych właśnie tekstów. Załatwiał takżbfe sprawy związane z organizacją swoich odczytów i sprawunki zlecone przez żbfonę. Te wizyty w Nowym Jorku każbfdorazowo były bardzo konkretne, gdyżbf bilet w obie strony kosztował 2,20 $. A taki wydatek nie był obojętny dla budżbfetu domowego Zofii i Melchiora Wańkowiczów.ż0a *ż0a W 1958 r. Wańkowiczowie powrócili na stałe do Polski. Na ten krok, obok finansów, wpływ miała tęsknota ich obojga za krajem i przekonanie Melchiora, żbfe emigracja na Zachodzie nie ma przed sobą przyszłości.ż0aż0aż0aż0a(tekst był opublikowany w "Kurierze Plus" w Nowym Jorku).ż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇdom_wankowicza1.jpgˇdom_wankowicza2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇDom państwa Wańkowiczów, fot. D. PawlickiˇDom państwa Wańkowiczów, fot. D. Pawlickiˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ50ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇdom_wankowicza1.jpgˇdom_wankowicza2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ264ˇ261ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇDariusz Pawlickiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910650ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14010ˇ1155078168ˇ8ˇ1155130201ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇMigawki (4)ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aˇPrzez kilka lat byłem asystentem dr Jerzego Pietrkiewicza na Uniwersytecie Londyńskim człapiąc na najwyżbfsze piętro aneksu Szkoły Nauk Słowiańskich przy Russell Square. W czasie naszej współpracy Pietrkiewicz zaczął publikować swoje powieści angielskie. Przypominam sobie, kiedy wydał kolejną powieść “Loot and Loyalty“ o Dymitrze Samozwańcu. Skoro przedzierzgnął się w powieściopisarza angielskiego, zmienił nazwisko na Peterkiewicz, ponoć to miało ułatwić tubylcom czytanie jego nazwiska. Chciał mi podarować egzemplarz nowej książbfki i ruszyliśmy do najbliżbfszej księgarni. Usłużbfny subiekt usłyszawszy “Peterkiewicz” bez zastanowienia się zaprowadził nas do półki na “K”.ż0aż0aż0a*ż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0aDo Kamedułów na jeziorze Wigry zjechali się naukowcy i literaci, dziennikarze i działacze kultury, by spotkać się i porozmawiać na ciekawe tematy. To tam w końcu poznałem profesora Jana Błońskiego, jednego z laureatów nagrody dla najlepiej zapowiadających się młodych krytyków polskich, których nagrodziliśmy w Londynie w 1957 roku. (Oprócz niego nagrody otrzymali takżbfe: Zygmunt Kubiak, Andrzej Kijowski oraz Marian Pankowski).ż0aż0aTam teżbf stałem się bohaterem zabawnego nieporozumienia. Nie wiedziałem, żbfe jestem podobny do Ryszarda Kapuścińskiego. Na Wigrach czekało na niego kilka osób znających go tylko z fotografii. Kiedy nie zjawiał się, zaczęli krążbfyć koło mnie i zagadywać. Koniecznie chcieli zrobić ze mną wywiad. ż0aż0aOpierałem się i znajdywałem różbfne wybiegi. Ale trwała sytuacja niewyjaśniona. ż0aż0aAżbf w końcu zjawił się Ryszard Kapuściński. Zainteresowani odskoczyli ode mnie jak niepyszni. Mówiłem mu później żbfe mnie wzięli za niego i nie mogłem się przed nimi opędzić. Kapuściński wypracował sobie pozycję szczególną, a różbfni pomniejsi chcieli się choćby kąpać w jego blasku i mieć dowód, żbfe otarli się o wybitność, żbfe będą się mieli kim pochwalić.ż0aż0aWróciliśmy pociągiem do Warszawy. Kapuściński szczęśliwy siedział sam w przedziale. Zdawał się rozkoszować nieobecnością pasożbfytów.ż0aż0aNota bene, reportażbfe Kapuścińskiego cieszą się wielką popularnością wśród czytelników. Oby zwracali oni takżbfe uwagę na jego zatroskanie o ambiwalentne przejawy współczesnego żbfycia. Chwała mu za uwagę: “Rosnące bogactwo środków technicznych, elektroniki, wszelkich światłowodów, satelitów, kompaktów i laserów, a jednoczesne zubożbfenie treści, monotonia, ogłuszająca nuda”.ż0aż0aż0a*ż0aż0aż0aW 1991 roku odbyło się w Warszawie pierwsze spotkanie pisarzy polskich z emigracji z kolegami z kraju. Ponieważbf zjazd trwał kilka dni organizatorzy przeznaczyli jeden dzień na wyjazd, jak to określili “na prowincję”. Możbfna było pojechać do Gdańska, Krakowa albo, co ja zrobiłem, do Wrocławia. Towarzyszył mi Tadeusz Nowakowski z radia Wolna Europa, pełen świeżbfych anegdot z wojażbfy z Ojcem św. po świecie.ż0aż0aEmigracja żbfołnierska słynęła m.in. z tego, żbfe pisała i wydała dużbfo wierszy. Na szczęście miała teżbf poczucie humoru.ż0aKiedy Wiktor Trościanko, który naonczas pracował w Wolnej Europie, ogłosił ukazanie się swojego tomiku wierszy “Przeciwko wiatrom”, Tadeusz Nowakowski, jak głosi fama, dopisał na kartce “Do nabycia w każbfdej aptece”.ż0aż0aż0a*ż0aż0aJestem dumny z polszczyzny moich dzieci urodzonych w Anglii. Wracając nocą któregoś lata z wakacji na Opolszczyźnie do Zabrza, zauważbfyłem na szosie w świetle reflektorów jeżbfa.ż0aZatrzymałem samochód i iglastą kulkę, w którą się sympatyczny zwierzak zwinął, wtoczyłem nogą do pudła. Następnie spytałem najstarszą córkę Anię, jak go nazwiemy. Bez zastanowienia się powiedziała: “Jeżbfyk Śmieja”.ż0aż0a *ż0aż0a Przez szereg dekad “polski Londyn” delektowało cięte pióro zadziornej felietonistki Krystyny Cywińskiej. W “Dzienniku Polskim” i “Tygodniu Polskim” brylowała jej ironia i dociekliwość. Zawsze uważbfałem, żbfe brakować nam będzie smaku specyficznej atmosfery “polskiego Londynu” bez wyboru felietonów Krystyny. Ona, niestety, nie zabiegała o to i dziś tylko zachowane, pojedyncze egzemplarze pisma radują naszą duszę. Patrzę w tej chwili na jej felieton “Ojczyzno, gdzie jesteś?” sprzed dziesięciu lat. Wtedy to “Polityka” publicznie spytała dlaczego emigranci nie wracają, a przecieżbf byliby potrzebni. Zacytowała odpowiedzi kilku bardziej znanych ludzi z emigracji. Mrożbfek przebywał wówczas w Meksyku. Jego głos brzmi teraz jeszcze donośnie i warto go zacytować, bo nadal daje do myślenia.ż0aż0a Krystyna Cywińska przypomniała, żbfe Mrożbfkowi przedwojenne wartości, tak mu bliskie, zniszczyło pięć lat okupacji i czterdzieści parę lat komunizmu. Z okupacji naród wyszedł poraniony fizycznie, pokrzywiony moralnie, a przede wszystkim śmiertelnie zmęczony. A komunizm jego zdaniem “uruchomił w Polsce chama”. Tego prawdziwego, naturalnego, który z pochodzeniem społecznym nie ma nic wspólnego. Jego definicją jest arogancja, absolutna pewność, żbfe mu się wszystko należbfy, a nic go nie obowiązuje. W Polsce przedwojennej - pisze Mrożbfek - nie było motłochu, nawet lumpenproletariat, nawet świat przestępczy miał jakieś swoje reguły gry, kodeksy i poczucie honoru. Była ciemnota, ksenofobia, niezgulstwo, ale chamstwo – nie. Cham nie był w modzie. Dopiero komunizm wyzwolił chama. Zniszczył społeczeństwo, które go kontrolowało, i zastąpił je państwem, które nic nie miało przeciwko chamowi, jeśli cham nie miał nic przeciwko niemu… Komunizm odszedł, cham pozostał.pozostał.ż0aż0a*ż0aż0aKs. Stanisław Bełch ślęczał nad edycją łacińskich pism rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Pawła Włodkowica. Bywał on w USA, by zastępować proboszczów wybierających się na urlopy. Parafianie z rewerencją tytułowali go mianem “księdza autora”.ż0aż0a*ż0aż0aPisarz portugalski Ferreira de Castro (1898-1974) napisał długą nowelę “A missão” (Misja), którą przełożbfyłem na język polski i wydrukowałem w PIW-ie w serii Jednorożbfca w 1972 roku. Ale znalazła się przedsiębiorcza osoba, pani Teresa Sobańska-Dąbrowska i zrobiła z tekstu scenariusz teatralny. Sztuka w reżbfyserii Magdy Teresy Wójcik grana była m.in przez Henryka Boukołowskiego w Klubie im. Wł. Pietrzaka.ż0aż0aDowiedziałem się o tym, przypadkowo, odwiedzając Warszawę w 1974 roku. Poszedłem do Paxu. Wywołałem konsternację, bo, rzecz jasna, ani na afiszu, ani na zaproszeniach nie figurowało nazwisko tłumacza. Przepraszano mnie, wręczono bilet na przedstawienie, kwiaty i tysiąc złotych. Mógłbym wraz z Paskiem powiedzieć coś o roli powszechnego pośrednika w kłopotliwych sytuacjach.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇwigry.jpgˇeusel_sq.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇKlasztor Kamedułów na Jeziorze Wigry, stara pocztówkaˇRussell Sq w Londynie i aneksy Uniwersytetu. Czwarty od rogu aneks to Szkola Studiów Słowiańskich, w której uczyli Florian Śmieja i Jerzy Pietrkiewicz. Na zdjeciu z lewej Florian Śmieja, fot. arch. F.S.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ58ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇwigry.jpgˇeusel_sq.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ287ˇ287ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Smiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910658ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14011ˇ1155081375ˇ8ˇ1155130165ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇOjciec chrzestny Aleksanderˇz cyklu: Linie żbfyciaż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ˇUchodził za dziwaka. Unikał mocniejszych trunków, w tym monopolowych. Chwalił natomiast wytrawne wino, które zwano w tych stronach „kwasem”. Był jakby mniej od piosenek, co śpiewano pełną piersią − miał gust wręcz niepojęty − namawiał do wsłuchania się w symfonię, w podnieceniu tłumacząc ku uciesze innych, żbfe w muzyce tej jest szum wiatru i przelewanie się morskich fal, odgłosy przyrody. ż0aż0aKiedy słuchaliśmy razem takiej tajemniczej płyty jakoś nie udało się znaleźć żbfadnych szumów i odgłosów, choć owszem, była w niej jakaś niewytłumaczalna, ale nudnawa dla nas tajemniczość.ż0aż0a Zachowało się zdjęcie: chrzestni rodzice, obok ksiądz Hoppe, który mnie ochrzcił. Stykałem się z nim kilkakrotnie i przyznam, żbfe był dla mnie trochę „podejrzany” jak na księdza − zbyt wesoły, przez cały czas sypiący żbfartami. Raz, kiedyśmy szli na cmentarz, ujrzałem go w kombinezonie pod samochodem, chyba to była pobieda, gwizdał radośnie przy naprawie jakiejś usterki. Czy „prawdziwy” ksiądz mógłby na coś takiego pozwolić?ż0aż0a Bardzo go lubiłem i szczerze żbfałowałem jego wyjazdu z Kalwarii. Jak się okazało po latach − do Odessy, gdzie i pozostał.ż0aż0a Chyba najbardziej oczekiwałem od ojca chrzestnego imieninowych prezentów. Jednego razu dostałem pięknie rzeźbione szachy. Jako dobry szachista, wuj Aleksander wcześnie mnie nauczył w nie grać, ale prawdę mówiąc wolałem inne gry − piłkę, graliśmy teżbf całymi dniami z bratem w pingponga − na stole, który zrobił nam ojciec. Dostawałem teżbf w prezencie książbfki. Do dziś w mojej bibliotece od tamtych czasów obecny jest sfatygowany nieco „Quo vadis” Sienkiewicza. Cieszyłem się teżbf z niemieckiego atlasu świata. Wielokrotnie oglądałem mapy i były to najpiękniejsze obrazy, w których umieszczałem przeżbfycia z przeczytanych książbfek.ż0aż0a Gdzieś na mapie była Polska. Starałem się wyobrazić, co to takiego. Kojarzyła się ona z napisami na starych gazetach ze strychu, na butelkach po „synalce”, w których - wydawało się - czuć zapach podobny do lemoniady, którą przywozili rodzice z miasta. Polska, ta lepsza, i nie nasza, objawiła się później, kiedy zaczęli z odwiedzinami przyjeżbfdżbfać krewni. Lepiej ubrani, bardzo kulturalni. Byli w ortalionowych płaszczach, przywozili cukierki w kolorowych papierkach, młodzi teżbf mieli kolorowe skarpetki. Niewiadomo czemu starsi odjeżbfdżbfając płakali. Chciało się razem z nimi jechać do Polski.ż0aż0a Był teżbf wuj zachłannym czytelnikiem. Prenumerował jako jedyny w okolicy szereg czasopism z Polski, w tym „Trybunę Ludu”, Przekrój”, „Dookoła świata”. Tygodniki oprawiał u introligatora w roczniki. Oglądanie ich było wielką frajdą.ż0aA pracował wtedy w... wytwórni wódek. Był dostawcą produkcji, nie powiem, żbfe poza granice Litwy − czego-czego, a gorzelni w imperium nie brakowało! Pewnego razu obiecał mi, żbfe po zakończeniu roku szkolnego zabierze mnie ze sobą w rejs nad morze. I taka okazja się nadarzyła − trzeba było wyekspediować kilka wagonów wódki do różbfnych miast, kończąc Kłajpedą.ż0aż0a Podróżbf odbywała się w towarowym wagonie, wśród skrzyń z alkoholem, na posłaniu ze słomy i materaców. Jechaliśmy od miasteczka do miasteczka, pozbywając się po drodze części ładunków. Długo staliśmy na bocznicach. Włączano nas do różbfnych zestawów. Przy tej operacji zamykał mnie wuj w naszym wagonie i szedł błagać kolejarzy, żbfeby cofali wagony „miękko”. W pertraktacjach najlepiej skutkowało pół litra. ż0aż0aWuj miał w tym swój interes − dyrekcja przeznaczała określony procent ładunku na tzw. stłuczkę i jeśli okazywała się ona mniejsza, możbfna było w nagrodę część alkoholu zabrać. Jeśli straty przewozowe przekraczały „normę”, czekała długa wołokita , trzeba było wywołać komisje, sporządzać akta.ż0aż0aPo kilku dniach dotarliśmy do celu. Ileżbf usłyszałem po drodze ciekawych opowieści! Rejs był udany. Do dyspozycji wuja pozostawała skrzynka czy dwie alkoholu, otrzymał za to równowartość pieniężbfną. To pozwoliło parę dni spędzić w Połądze. W ten oto sposób na początku lat sześćdziesiątych, dzięki „wódczanemu transportowi” po raz pierwszy zobaczyłem morze.ż0aż0a Wuj Aleksander mieszkał w Nowosiołkach, dwa kroki od Wilna. Na ustroniu, w przepięknej miejscowości. Niedaleko był las z dąbrową, w dole płynęła rzeczka Cedronka. Wartko niosła swe wody przy stacjach drogi krzyżbfowej w Kalwarii, czemu zawdzięczała swą nazwę. Dalej biegła w kierunku Werek, gdzie wpadała do Wilii.ż0aż0a Najbliżbfej domu z czerwonej, przedwojennej cegły, znajdował się staw. Zarośnięty tatarakiem, z kumkaniem żbfab w letnie wieczory. Pluskaliśmy się w wodzie w upalne popołudnia, łowiliśmy koszem karasie. Smażbfone podawano potem je do stołu, pośród winorośli ganku, wisien i jabłoni w sadzie. Stały teżbf tam ule − wuj był wielkim miłośnikiem pszczół. Pszczelarstwa nauczył równieżbf mego ojca, który odtąd żbfył tą pasją i tylko po rozbiórce domu musiał się z nią rozstać, bo zmuszono go do zamieszkania w bloku. Jakżbfe tego żbfałował! Ojciec z wujem posiadali chyba najbogatsze w okolicy pasieki, sprowadzali z Polski fachową literaturę. Z prośbą o porady zwracali się do nich miejscowi pszczelarze, a kilka razy przyjeżbfdżbfali ludzie z odległych zakątków Litwy. Miodobranie zasługuje na oddzielny, pełen barw i słodyczy opis.ż0aż0a Nowosiołki najczęściej odwiedzaliśmy „po kościele”. Po sutym obiedzie dorośli i dzieci szli na spacer do lasu, nad wspomnianą Cedronkę. Mężbfczyźni naginali leszczyny i zrywano orzechy. Bliżbfej jesieni pojawiały się borowiki i rydze, żbfe o innych, bardziej pospolitych grzybach nie wspomnę. Czasem Zenek grał na harmonii. Śpiewano zawsze to samo „Szła dzieweczka”, „O mój rozmarynie”, „Wojenko, wojenko”... Niekiedy ktoś intonował piosenkę po białorusku. Piosenki rosyjskie poszły do innych domów.ż0aż0a Późno wieczorem, zhasani wracaliśmy od Popławskich do Fabianiszek. Całymi rodzinami, wraz z Hrypińskimi, Stankiewiczami, Kołoszewskimi. Większość rodziny, nie licząc tych, którzy wyjechali do Polski, została blisko siebie. Prócz ciotki Broni, która poszła do Nowosiołek, kiedy poznała wuja po jego powrocie z łagrów w Karagandzie i Kutaisi. Ojciec chrzestny mówił o tym niechętnie, jednakżbfe nie obchodziło się bez „zsylnych” opowieści, szczególnie kiedy spotykał się z wujem Bolesławem Piotrowskim z Poszyłajć, z którym razem przebywał zesłańczy szlak. Wtedy na ogół nie pijący chrzestny pozwalał sobie na głębszy. Wuj Bolesław odszedł, a ja tak i nie zdążbfyłem z nim na ten temat porozmawiać, jużbf jako dorosły z dorosłym...ż0aż0a Wracając, szliśmy przez las. Był stary, z głębokimi jarami. Na ich dnie rosły drzewa, których wierzchołki pozostawały u naszych stóp. W obliczu księżbfyca wyglądało to groźnie. Przechodziliśmy koło Magazynki − w czasie wojny były tam magazyny z amunicją, a takżbfe z prowiantem dla wojska. Jedno ze wzgórz miało nazwę Partyzanka. To właśnie o niej najczęściej rozmawiali mężbfczyźni.ż0aż0a Kiedy wychodziliśmy z lasu, zostawało przejść przez zroszone chłodem pola koniczyny oraz łubinu − i zaczynały się Fabianiszki. Część ich w czasie wojny w Indochinach została przezwana „Koreą” − tak jużbf pozostało do końca osiedla i zabudowania go pod koniec lat siedemdziesiątych blokami. My zaś mieszkaliśmy w „Ameryce” − bogatszej części. Nie mogło być inaczej − nasza rodzina przed wojną zwana była z białoruska Panki . Choć i nie było wielkiej eksploatacji, bo zatrudniała służbfby niewiele: paru parobków, jakieś kobieciny do pomocy przy pracach domowych. Ale jadano chleb biały, nie patrząc na ciężbfką robotę czarną. Drewniany dom ojciec po wojnie przebudował, podniósł ściany, gont na dachu został zastąpiony nierdzewną blachą, oszalowane ściany pomalowano na żbfółto. Węgielne deski miały kolor brązowy, okiennice wyróżbfniały się brązowo-białymi pasmami.ż0aż0aAch, jaki był piękny dom!ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aż0aˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ52ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇRomuald Mieczkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910752ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14012ˇ1155081786ˇ8ˇ1155130128ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇKto widział wiatr (fragm.)ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aˇ***image1:center***ż0aż0aż0aW zagródce pana Hoffmana były najpierw tylko dwa króliki. Teraz było ich dziesięć. Chłopców zachwyciło to coś za nic. I chociażbf przyszła im do głowy myśl o możbfliwości jakiegoś rozrostu, to jednak nie spodziewali się, żbfe nastąpi to tak szybko. Mamą została grubaśna królica rasy belgijskiej: Brian i Fat byli naocznymi świadkami przyjścia króliczków na świat. ż0aż0a- O rany, Fat – wykrzyknął Brian. – Jakie one śmieszne, w ogóle nie mają włosów.ż0aż0a- Urosną im – oświadczył Fat. – Jak będą dużbfe, to im urosną.ż0aż0a- A potem one będą miały małe – prorokował Brian. – I te urosną.ż0aż0a- I urodzą małe – dodał Fat.ż0aż0a- I te urosną i będą miały małe.ż0aż0a- Będziemy mieć całą masę królików – orzekł Fat.ż0aż0a- I co z nimi zrobimy? ż0aż0a- Sprzedamy je – odpowiedział Fat. – Tato zapłacił za każbfdego 50 centów. Sprzedamy je.ż0aż0aż0a Tak więc, przez dwa tygodnie chłopcy z niecierpliwością wyczekiwali pojawienia się nowych królików. Ike zwrócił ich uwagę na ciekawą zależbfność: grubaśny królik – małe króliczki. Zjawisko to nie kojarzyło im się wcześniej z przyjściem na świat młodych. Pod koniec miesiąca, kiedy nic się nie pojawiło, Brian postanowił pójść do ojca.ż0aż0a- Tato!ż0aż0a- Tak, urwisku.ż0aż0a- Skąd biorą się króliki?ż0aż0a Ojciec Briana zmierzył syna wzrokiem. Siedział w swoim gabinetowym fotelu. Światło lampy stojącej przy jego łokciu rzucało blask na jego ciemne, rude włosy. W pokoju panowała cisza zmącona jedynie powolnym, miarowym pykaniem jego fajki. Jużbf od jakichś dwóch lat czekał na to pytanie. Musi z nim o tym otwarcie i uczciwie porozmawiać. ż0a ż0a - Wiesz skąd biorą się roślinki?ż0aż0a - Skąd?ż0aż0a - Z ziarenek. Wsadza się je do ziemi i wyrastają z nich roślinki. - Spuścił rękę, by podrapać w ucho Jappy'go, leżbfącego przy fotelu. ż0a ż0a - To, to wiem.ż0aż0a - Wiesz, co? - spytał Bobbie, który wszedł do pokoju.ż0aż0a - Coś, co tłumaczę Brianowi. Ze zwierzętami jest tak samo. ż0aż0a - Naprawdę?ż0aż0a - Co, jest? - spytał Bobbie.ż0aż0a - Małe – odparł Brian. - Mówi mi, skąd biorą się małe.ż0aż0a - Pamiętasz, jak pytałeś mnie o gołębie, kiedyś dawno, będzie z cztery lata temu.ż0aż0a - Nie - odparł Brian.ż0aż0a - Powiedziałem ci wtedy, żbfe gołębie rosną w jajku - w środku jajka - a jajko jest w środku mamy gołębicy, ażbf się nie wykluje. Cały czas jak mama gołębica je wysiaduje, gołąbek rośnie w środku. I wykluwa się, jak jest jużbf dostatecznie dużbfy. ż0aż0a - Ale króliki nie - powiedział Bobbie. - Brian widział jak wychodzą z mamy - powiedział, żbfe widział jak wychodzą...ż0aż0a - Króliki, to co innego. Nie wykluwają się z jajka. Rosną po prostu w matce, a kiedy przychodzi czas, rodzą się. ż0a - Rodzą się - powtórzył Bobbie. ż0a ż0a Gerald O'Connal spojrzał w zadumaną twarzyczkę Briana. Jappy podniósł się i przeciągnął. Wyciągnął głowę i naprężbfył ukośnie tylnie nóżbfki, po czym drobnymi kroczkami wyszedł z pokoju. Wygląda na to, żbfe wyjaśnienia były wystarczające, powiedział do siebie ojciec Briana. Podniósł znowu swój Regina Leader.ż0aż0a - A jak ziarenko dostaje się do środka? – spytał Brian.ż0aż0a - To - och - z tego rośnie króliczek u mamy w brzuchu, urwisku.ż0aż0a - I w niej jest pełno ziarenek?ż0aż0a - Tak - ona - coś takiego.ż0aż0a - A jak nie ma ziarenek, to nic nie urośnie?ż0aż0a Gerald O'Connal odłożbfył gazetę. Patrzył jak Bobbie podpiera sobie podbródek tłuściutkimi rączkami zgiętymi w przegubach, a podwinięte palce opierają się o pulchne policzki. Niebieskie oczy wpatrywały się w twarz ojca. ż0a ż0a - Zgadza się. Tata królik musi posadzić te ziarenka.ż0aż0a - A skąd on je ma?ż0aż0a - Słucham? – One są w nim.ż0aż0a - To dlaczego nie rosną w nim i nie wyjdą z niego? - Brian nie dawał za wygraną.ż0aż0a - Bo nie. Bo muszą rosnąć w mamie królicy.ż0aż0a Brian zamilkł. Popatrzył na ojca z namysłem.ż0aż0a - To to jest tak jak mówi Ike - to on tak to robi jak .....ż0aż0a - Tak, właśnie to robi. Kiedy sadzi ziarenka.....ż0aż0a Natarczywe spojrzenie Briana wprawiało go w zakłopotanie. ż0a ż0a - Możbfna to tak nazwać. – zakończył pan O'Connal.ż0aż0a - Tato, tato? - Bobbie uwolnił z rąk swój podbródek.ż0aż0a - A czy on możbfe posadzić w niej rzepę?ż0aż0a Brian z niesmakiem popatrzył na swojego młodszego brata. ż0aż0aż0aInny fragment książbfki w tłumaczeniu N. Krygier-Michalak drukowany był w numerze 19 Listu oceanicznego - lipiec 2004.ż0ahttp://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_6516.shtmlż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇksiazka.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ7ˇ56ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇksiazka.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ350ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ583ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇW. O. Mitchell. Tłumaczenie: Nina Krygier-Michalakˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910756ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14013ˇ1155082076ˇ8ˇ1155130095ˇ8ˇ8ˇ9ˇ2006ˇNina Krygier-Michalak – tłumaczka z pasjąˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, lipiec 2006, nr 43ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇJoanna Sokołowska-Gwizdka: Powieść „Kto widział wiatr” będąca debiutem pisarskim kanadyjskiego powieściopisarza, dramaturga i satyryka Williama O. Michella wydana po raz pierwszy w 1947 roku od razu stała się bestsellerem. Znalazła się w lekturze szkolnej, na jej podstawie nakręcono film. Jak dotąd nie ukazała się jednak w języku polskim. Dopiero po 60 latach zainteresowało się wydaniem kanadyjskiej powieści w pani tłumaczeniu polskie wydawnictwo MUZA. Jak długo starała się pani zainteresować wydawnictwa w Polsce tą książbfką? ż0aż0aNina Krygier-Michalak: Około 4 lat. Jest to żbfmudny proces zwłaszcza kiedy nie jest się na miejscu, tzn. w Polsce i nie ma się na tamtym rynku ugruntowanej pozycji jako tłumacz. Bywało, oczywiście, żbfe całymi miesiącami nic się nie działo, byłam zajęta inną pracą, sprawami rodzinnymi. Pod koniec 2004 r. wybrałam się na Krajowe Targi Książbfki w Warszawie biorąc ze sobą piękne, albumowe wydanie. I to był ten moment przełomowy. MUZA była jednym z wydawnictw, które obejrzały książbfkę i przywiezione przeze mnie dodatkowe materiały. No i widocznie coś musiało się im w tym wszystkim spodobać.ż0a ż0a Jednym z powodów, dlaczego książbfka czekała na polskiego czytelnika od 60 lat jest zapewne fakt, żbfe sam autor chyba nie za bardzo zabiegał o tłumaczenie jej na inne języki. Za jego żbfycia ukazała się jedynie wersja francuska. Dopiero w ostatnich latach książbfka została przetłumaczona takżbfe na koreański i włoski. Z kolei jeśli nawet Polak będący tłumaczem przeczytał ją w oryginale, to zapewne rezygnował w przedbiegach, bojąc się piętrzących trudności związanych ze znalezieniem wydawcy i perspektywą pracy bardziej prestiżbfowej niżbf zarobkowej.ż0aż0aJSG: Jak podeszli do wydania powieści w Polsce spadkobiercy autora?ż0aż0aNKM: Spadkobierców spuścizny literackiej pisarza, którymi o ile mi wiadomo są jego dzieci: dwóch synów i córka, nie poznałam jeszcze osobiście, chociażbf mam nadzieję, żbfe to wkrótce nastąpi, zwłaszcza po zapięciu na ostatni guzik wszystkich warunków umowy i podpisaniu ostatecznej wersji. Przez te 4 lata byłam w kontakcie internetowym z jednym z synów. Orm Mitchell wykłada literaturę kanadyjską na uniwersytecie w Trenton w prowincji Ontario. Kontakty z nim były sporadyczne i raczej oficjalne, aczkolwiek ostatnio otrzymałam miłe i ciepłe słowa podzięki za upór w dążbfeniu do wydania polskiego tłumaczenia dzieła jego ojca. ż0aż0aJSG: Synowa autora Barbara Michell odkryła, żbfe nie wszystkie wydania były takie same, niektóre znacznie odbiegały od oryginału. Na podstawie którego wydania będzie polskie tłumaczenie? ż0aż0aNKM: Jeszcze nie wiem. Sprawa ta z pewnością wypłynie w toku moich dalszych rozmów z wydawnictwem. Wydanie albumowe, które ukazało się 10 lat temu, faktycznie zawiera dodatkowe paragrafy, które wycięto przy wydaniach mniejszych, kieszonkowych. Osobiście nie sądzę, żbfe te różbfnice zasadniczo zmieniają klimat książbfki czy charakter postaci. ż0aż0aJSG: Dlaczego pani zapragnęła przetłumaczyć tę właśnie powieść? Co według Pani stanowi o jej wartości? ż0aż0aNKM: Nie jestem krytykiem literackim, więc nie wiem według jakich kryteriów dana książbfka zasłużbfyła sobie na miano arcydzieła. „Kto widział wiatr” - nawet jeśli nie uzna się jej za arcydzieło - należbfy z pewnością do tzw. bardzo dobrej literatury. Osadzona w realiach kanadyjskiej prerii lat 30. XX w. opowiada dzieje chłopca zgłębiającego tajniki żbfycia.ż0aż0a Tłem dla przygód chłopca są losy mieszkańców małego miasteczka w prowincji Saskatchewan i roztaczająca się wokół bezbrzeżbfna kanadyjska preria. Co ujmuje w niej najbardziej to prosty, a jednocześnie poetycki i pełen humoru język, którym autor posługuje się zarówno opisując sprawy przyziemne, zwykłe, jak i pokazując sprawy wielkie, takie jak stosunek człowieka do przyrody, czy teżbf problem wolności indywidualnej a odpowiedzialności przed społeczeństwem. To chyba pierwsza rzecz, która bardzo mi się w tej książbfce podoba - umiejętność połączenia kontrastujących ze sobą elementów: powagi z humorem, prozy z poezją, czyli jej uniwersalizm. Dzięki temu książbfka możbfe podobać się zarówno osiemnastolatkowi, jak i osiemdziesięciolatkowi. Druga rzecz to od pierwszych kartek książbfki fascynujący proces całkowitego utożbfsamienia się z głównym bohaterem, który jest przecieżbf dzieckiem i trzeba się czasem uszczypnąć, by zdać sobie sprawę z relacji bohater - czytelnik. Stanowi to, według mnie, o absolutnym autentyzmie powieści. ż0aż0aJSG: Czy trudno jest przenieść na język polski klimat międzywojennej kanadyjskiej prerii w prowincji Saskatchewan i losów poznającego żbfycie młodego chłopca? Czy natrafiła pani na jakieś szczególne trudności podczas tłumaczenia?ż0aż0aNKM: Trudności tłumaczeniowe wynikają między innymi z uproszczonego, czy teżbf lekko gwarowego języka, jakim posługują się niektórzy bohaterowie. Najczęściej jednak to po prostu jest to kwestia innej struktury zdania, czy teżbf zbitek językowych, funkcjonujących w angielskim np. jako przymiotniki, nie mające bezpośrednich odpowiedników w języku polskim, które trzeba zgrabnie rozpisać. „Black-eyed Susan” to w polskim po prostu „czarnooka Zuzanna”, ale spróbujmy przetłumaczyć „three-gaited horse”, koń idący raz stępa, raz kłusem, raz galopem. Jak zrobić z tego przymiotnikowego „konia o trzech chodach”? ż0aż0aJSG: Jak to jest, gdy spędza się wiele czasu z jedną powieścią. Czy „zaprzyjaźniła się” pani z jej bohaterami? Czy oni stali się częścią pani świata?ż0aż0aNKM: Kilka lat po przeczytaniu książbfki pamięta się ciągle przezabawne scenki. Z bohaterem nie tyle się zaprzyjaźniłam, co po prostu, jak jużbf wspomniałam wcześniej, stał się on częścią mnie. Zresztą każbfdy z nas, mimo upływu lat, z łatwością możbfe przenieść się w świat dzieciństwa, świat pierwszych fascynacji zapachami, barwami, smakami, świat zadziwienia i zdumienia. I ta książbfka właśnie ten świat przybliżbfa, czy teżbf jak kto woli, na nowo odkrywa. ż0aż0aJSG: Skończyła pani Studium Języków Obcych na Uniwersytecie Warszawskim, ze specjalnością językoznawstwo stosowane. W Kanadzie pracuje Pani jako tłumacz od 1984 roku. Czy tłumaczenie literatury to pani hobby, pasja? ż0aż0aNKM: I jedno i drugie. Hobby, dlatego, żbfe w kanadyjskich warunkach (choć możbfe i w polskich równieżbf), nie ma możbfliwości poświęcenia się całkowicie tłumaczeniu literatury, zwłaszcza wartościowej. Jest to rzecz wielce nie intratna, a żbfycie ma swoje prawa. Pasja, bo od zawsze fascynowało mnie słowo. Jeszcze kiedy mając 12-13 lat nie znałam żbfadnego obcego języka i namiętnie rozwiązywałam krzyżbfówki i fascynowała mnie zabawa na zasadzie: jak to możbfna inaczej nazwać, czy wyszukiwanie obcych słów - angielskie piwo „Ale”, australijski misio „koala” itp. ż0aż0aJSG: Tłumaczy pani literaturę nie tylko z języka angielskiego na język polski, ale i odwrotnie, z języka polskiego na język angielski. Takim tłumaczeniem był np. zbiór wywiadów Aleksandry Ziólkowskiej-Boehm pt. „Korzenie są polskie”. Na jaki język woli pani tłumaczyć? Proszę opowiedzieć coś więcej o „Korzeniach...”, czy np. trudno jest oddać różbfne polskie zawiłości historyczne w języku angielskim? ż0aż0aNKM: Ogólnie powiedziawszy, łatwiej tłumaczyć z obcego języka na język ojczysty, w którym się wyrosło, ukończyło szkołę. Tłumaczenie odwrotne, z języka ojczystego na obcy, wymaga jeszcze większego nakładu pracy, a ostateczna wersja musi być koniecznie sprawdzona przez tzw. native speaker. Najlepiej, tak jak ja to robię szczególnie przy tekstach literackich, przez osobę nie mającą żbfadnych naleciałości językowych, nie znającą obcych języków i poruszającą się tylko i wyłącznie w obrębie języka angielskiego. ż0aż0aPoza tym proces jest podobny: pierwsza wersja, niezgrabna, siermiężbfna, dosłowna, by nie uronić żbfadnego niuansu. Drugi etap ja nazywam przy tłumaczeniach z angielskiego na polski „przekładaniem z polskiego na nasze”, czyli obróbka językowa, szlifowanie, polerowanie, wygładzanie zdań, prawie tak jak przy obróbce drogocennych kamieni. „Korzenie” to była dla mnie przede wszystkim wielka lekcja historii: ta galeria wybitnych postaci z kanadyjskiego i amerykańskiego podwórka, wielu z pokolenia „niezłomnych” z ogromnym bagażbfem doświadczeń przedwojennych, wojennych i powojennych. Oprócz bardziej znanych postaci jak Czesław Miłosz czy Zbigniew Brzeziński, na kartach książbfki znalazł się m.in. Janusz Żurakowski, wybitny pilot doświadczalny, którego nazwisko trafiło do Encyklopedii Kanadyjskiej. Trudności językowych nie brakowało. Przez długi czas głowiliśmy się z panem Koglerem - ówczesnym dyrektorem Polsko-Kanadyjskiego Instytutu Badawczego, który zlecił mi tłumaczenie - jak najlepiej przełożbfyć na angielski słowo: „niezłomni”. Ja zaproponowałam „indomitable”, on nie był do końca przekonany, ale ostatecznie ta wersja poszła do druku. ż0aż0a „Indomitable” znaczy dosłownie „nieposkromiony, niezwyciężbfony, niepokonany”, ale w angielskim często użbfywa się go z rzeczownikiem „spirit”, „indomitable spirit”, i to właśnie jest to, człowiek niezłomnego ducha. ż0aż0aJSG: Kiedy i z jakiego powodu znalazła się pani w Kanadzie? Czy czuje się tu pani u siebie? ż0aż0aNKM: Z kraju nie wygnała mnie ani bieda, ani prześladowania polityczne. Z mężbfem, Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia, poznaliśmy się we Francji mając po 21 lat. Jego polski był wtedy słaby, mój angielski – żbfaden. Kilka następnych lat to długie, cotygodniowe listy (obydwoje nieźle znaliśmy jużbf wtedy francuski), rzadkie spotkania, tęsknota i.... paszportowa gehenna. Kiedy w wieku 25 lat postanowiliśmy się pobrać, było mi obojętne gdzie jadę: najważbfniejsze było być razem. Z perspektywy czasu widzę jakie miałam szczęście. ż0aż0a Przyjechałam do kraju zamożbfnego, do rodziny mężbfa, która przyjęła mnie z otwartymi ramionami, znającej język polski i pielęgnującej polskie tradycje. Po prawie 30 latach trudno nie czuć się u siebie, w jakimkolwiek chyba kraju. Wszystko zaczyna nas wiązać: rodzina, dzieci, grono przyjaciół, praca, dom, sposób spędzania wolnego czasu, coraz więcej znajomych, wydeptanych ścieżbfek. Z Polską mam bardzo żbfywe kontakty, często odwiedzam tam przyjaciół i rodzinę, przez Internet ciągle słucham różbfnych polskich rozgłośni radiowych.ż0aż0aJSG: Czy jest jeszcze jakaś książbfka, która chciałaby pani przetłumaczyć?ż0aż0aNKM: Tłumaczenie książbfki „Kto widział wiatr” zajmie mi około półtora roku. A potem? Syn autora wspomniał, żbfe jest jakby dalszy ciąg dziejów bohatera, luźno połączony z pierwszym tomem (trochę na zasadzie „Ani z zielonego wzgórza”). Ale najpierw wypadałoby książbfkę przeczytać.ż0aż0aż0aż0aNina Krygier-Michalak jest tłumaczką z zawodu i z zamiłowania. W 1975 roku ukończyła Studium Języków Obcych na Uniwersytecie Warszawskim, ze specjalizacją – językoznawstwo stosowane. Posiada równieżbf tytuł tłumacza dyplomowanego (certified translator) przyznany przez Kanadyjskie Stowarzyszenie Tłumaczy (Association of Translators and Interpreters of Ontario). Posługuje się językami obcymi: angielskim, francuskim, hiszpańskim. W Kanadzie pracuje jako tłumacz od 1984 roku. Jej pionierska praca przybliżbfająca różbfne sprawy z żbfycia politycznego, społecznego, ekonomicznego i kulturalnego, pokazywała różbfnice między Polską i Kanadą. Aby przybliżbfyć Polakom Kanadę, Nina Michalak opracowała dla polskiej sekcji Radio Canada International, 30 krótkich historii, opartych na francuskich i angielskich materiałach źródłowych, dotyczących różbfnych aspektów żbfycia w Kanadzie. Na początku lat 90. na zlecenie Kongresu Polonii Kanadyjskiej oraz Polsko-Kanadyjskiego Ośrodka Naukowo-Badawczego, pracowała nad serią esejów historycznych na temat wkładu Polaków w społeczeństwo kanadyjskie. Jednym z najważbfniejszych projektów było przetłumaczenie wybranych rozdziałów książbfki z okazji 50-lecia Kongresu Polonii Kanadyjskiej, wydanej w 1996 roku (Half a Century of Canadian Polish Congress). Ostatnią większą przetłumaczoną pozycją, jest zbiór wywiadów pióra Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm pod tytułem „Korzenie są polskie”. Przedstawieni w niej zostali wybitni Polacy, mieszkający w Kanadzie i Stanach, tacy jak np. pilot Janusz Żurakowski czy doradca do spraw zagranicznych prezydenta Jimmy’ego Cartera, Zbigniew Brzeziński. (Pierwsze wydanie w 1999 r., drugie w kwietniu 2004). ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇnina_2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇNina Krygier-Michalakˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ5ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇnina_2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ589ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006080910805ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14052ˇ1155308054ˇ9ˇ1174666394ˇ4ˇ8ˇ11ˇ2006ˇTaboretˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Co się teraz robi z ludźmi to ja jużbf nie wiem. Jakieś to wszystko drażbfliwe takie, nerwowe, odezwać się do tego nie możbfna. Antek Żuchwa, sąsiad mój, którego nie cierpię jak psa, jakby kto nie wiedział, kolejny raz podał mnie do sądu. I to za co! Za to, żbfe powiedziałem o nim taboret! ż0aż0a Ten taboret obraził go podobno śmiertelnie. No ludzie! Gdybym ja go chciał naprawdę obrazić to bym powiedział, żbfe jest... albo... Nieważbfne! Nie będę się popisywał, ale naprawdę znam dużbfo wyrazów, które mogłyby go obrazić, ale taboret? ż0aż0a Wszystko przez prezydenta Kaczyńskiego. Żaden nasz prezydent nie był ażbf tak obraźliwy, a przecieżbf i o Wałęsie i o Kwachu, nie mówiąc jużbf o Jaruzelu, mówiło się różbfne rzeczy z wyrazami. I jakoś żbfaden nie leciał z nimi do sądu! A teraz się zacznie... Skoro pan prezydent obrażbfa się o głupiego kartofla, wszyscy zaczną stroić fochy za wszystko, nie tylko za obrażbfanie uczuć chrześcijańskich.ż0a ż0a Ostatecznie możbfna jeszcze zrozumieć prezydenta Kaczyńskiego. Jemu naprawdę potrzebny jest ten cały facet do spraw ochrony i promocji wizerunku od minister Fotygi, bo w stosunku do prezydenta możbfe być obraźliwy pierwszy lepszy wyraz: chociażbfby baryłka, żbfyrafa, kompresor, marmelada, krasnal.ż0a ż0a W stosunku do prezydenta Kaczyńskiego nawet słowo prezydent możbfe być obraźliwe, ale to przecieżbf nie możbfe dotyczyć takiego zwykłego taboretu jakim jest Antek, do cholery! ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ53ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006081101053ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14148ˇ1155909355ˇ9ˇ1174666476ˇ4ˇ8ˇ18ˇ2006ˇWyjścia awaryjne ˇ Czytam książbfkę czy gazetę i wpadnie mi coś w oko - słowo, zdanie, kawałek tekstu. Czasem podkreślę, zanotuję albo wytnę i do koperty. To takie okruchy, które co jakiś czas możbfna na stół wysypać, przesiać i podzielić się z czytelnikiem. Możbfe mu się spodobają i się uśmiechnie, albo obrzuci mnie mięsem, bo go zdenerwują. W końcu raz na miesiąc (dwa?, trzy? - niepotrzebne skreślić) możbfna spróbować.ˇ Liga Polskich Rodzin uważbfa, żbfe warto byłoby wydłużbfyć kadencję prezydenta z obecnych pięciu do siedmiu lat, co - jak mówił wicemarszałek Sejmu Marek Kotlinowski - zapewniałoby ciągłość i stabilizację władzy. Liga rozważbfa takżbfe stworzenie funkcji wiceprezydenta, który mógłby przejąć część obowiązków głowy państwa. "Jużbf w czasie kampanii kandydat na prezydenta zgłaszałby kandydata na wiceprezydenta" - wyjaśnił Kotlinowski. ("Gazeta"). ż0a ż0a *ż0aż0a Z Ewangelii nie możbfna wyprowadzić politycznego modelu społeczeństwa, rządu czy partii. Kościół pozostaje więc społecznością ponadpartyjną, nie identyfikuje się z żbfadną partią i żbfadna partia nie ma prawa go reprezentować. Ma służbfyć dobru całej wspólnoty i otwierać się na wszystkich ludzi dobrej woli. (Ks. Adam Boniecki, "Tygodnik Powszechny").ż0aż0a *ż0aż0a Bilans długiego czerwcowego weekendu: 649 wypadków, 68 zabitych, 892 rannych i 3379 zatrzymanych nietrzeźwych kierowców. (PAP).ż0aż0a *ż0aż0a Czy historia Polski jest tylko historią Polaków? Czy historia Polski jest równieżbf historią naszego obszaru geograficznego i wszystkiego, co się na tym obszarze wydarza? Czy historia Polski jest równieżbf historią pamięci, którą posiadamy? ż0a ("Tygodnik Powszechny").ż0aż0a *ż0aż0a Prawie pięć lat temu w wywiadzie radiowym Lech Kaczyński nazwał byłego szefa kancelarii prezydenta Wałęsy, Mieczysława Wachowskiego "wielokrotnym przestępcą". We wrześniu 2004 r. Sąd najwyżbfszy oddalił kasację wniesioną przez Kaczyńskiego od wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku w sprawie cywilnej i nakazał przeproszenie, zamieszczenie dwu ogłoszeń w Radiu Zet oraz jednego ogłoszenia na jednej z pierwszych trzech stron "Gazety Wyborczej". Prezydent do dziś tego nie uczynił i jak oświadczyła dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Anna Kamińska - "nie zamierza przeprosić pana Mieczysława Wachowskiego". Ten temat jest teraz dogłębnie analizowany i dyskutowany przez prawników, a Wachowski mówi tak: "Lech Kaczyński został skazany prawomocnymi wyrokami zarówno sądu rejonowego, jak i apelacyjnego. Co więcej, ten wyrok zatwierdził Sąd Najwyżbfszy. I oto z czym mamy do czynienia: głowa państwa nie wykonuje prawomocnych wyroków wydanych w imieniu Rzeczpospolitej. Nie chroni go immunitet. Czy Lech Kaczyński możbfe stawiać się ponad prawem? Na pewno nie. Jestem w posiadaniu klauzuli wykonalności tych wyroków i będę dochodził swoich praw nawet w Strasburgu, choć zdaję sobie sprawę, żbfe będzie trudno walczyć o prawdę z ludźmi mającymi władzę". ("Gazeta Lubuska"). ż0a * ż0a ż0a Zaczęło się od księdza Mieczysława Malińskiego, od lat piszącego w "Tygodniku Powszechnym", a teraz okazało się, żbfe takżbfe wieloletniego współpracownika bezpieki. Następnym jest ks. Michał Czajkowski, który przyznał, żbfe w latach 1960 - 1984 był tajnym współpracownikiem Służbfby Bezpieczeństwa PRL. W specjalnym oświadczeniu ks. Czajkowski napisał m.in., żbfe jego "uwikłanie trudno tłumaczyć tylko epoką, naiwnością, lękiem, zbytnią swobodą wypowiedzi. Dałem dowód słabości charakteru. To, co się dzieje od kilku tygodni wokół mojej osoby, takżbfe interpretacje niesprawiedliwe i obraźliwe, traktuję jako zasłużbfoną pokutę. Ale te trudne, bolesne tygodnie to takżbfe czas niespodziewanej i niezasłużbfonej żbfyczliwości ludzkiej". (PAP)ż0a ż0a *ż0aż0a Marek Borowski w odpowiedzi na zarzuty Andrzeja Leppera, żbfe jest bratankiem doradcy Bolesława Bieruta - Jakuba Bermana stwierdza: "Nie zareaguję na tę wypowiedź, bo nie chcę się zniżbfać do takiego poziomu. Powiem tylko panu Lepperowi, żbfe nawet jak się mocno opali, wyperfumuje najdrożbfszą wodą kolońską, zaczesze włosy do góry, założbfy garnitur od Armaniego i buty za 1,2 tys. zł - to słoma z butów i tak mu wyjdzie". ż0a ż0a *ż0a ż0a Z.Marzys w "TP", żbfe ostatnio w Szwajcarii zaczyna coś gnić. "…Jeśli rzeczywiście coś gnije, to nie instytucje, tylko ludzie, którzy coraz mniej przestrzegają dobrych obyczajów i niepisanych zasad. Tej, żbfe uczciwość się opłaca i żbfe pewnych rzeczy nie wypada czynić, nawet jeśli nie są sprzeczne z prawem. Tej, żbfe przeciwnik teżbf ma swoje racje i żbfe warto dążbfyć z nim do ugody raczej niżbf do konfrontacji. Tej wreszcie, żbfe prawo stoi ponad interesem. Jak powstrzymać ten proces? Zapewne nie przez mnożbfenie instytucji kontrolnych, tylko przez wychowanie ludzi". ż0a ż0a *ż0aż0a Dwóch studentów Uniwersytetu Warszawskiego złożbfyło doniesienie do Prokuratury Warszawa Żoliborz o popełnieniu przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego, który fatalnie wykonał hymn Polski podczas zjazdu PiS w Łodzi. Zdaniem studentów, Kaczyński możbfe być pozwany w ramach art. 133 k.k., w którym jest mowa o publicznym znieważbfaniu Narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. ("Polityka").ż0aż0a *ż0aż0a Były jużbf specjalne śledztwa w sprawie Rywina, Orlenu czy PZU. Teraz coraz bardziej serio traktowana jest społeczna inicjatywa powołania specjalnej komisji śledczej do zbadania przyczyn porażbfki polskich piłkarzy na mistrzostwach świata. Roman Kosecki, b. piłkarz, obecnie poseł PO, ogłosił jużbf nawet, iżbf pierwszym kandydatem do przesłuchania jest Michał Listkiewicz, prezes PZPN.ż0aż0a * ż0a ż0a Ukazała się nowa biografia byłego premiera Kanady Pierre'a Eliotta Trudeau obejmująca lata 1919 - 1944 pt. "Młody Trudeau: syn Quebecu, ojciec Kanady". Autorzy książbfki Max i Monique Nemni uważbfają, żbfe popularna mitologia otaczająca premiera nie pokrywa się z faktami dotyczącymi jego przeszłości w tym okresie żbfycia. Nie był wtedy wcale wielkim liberałem, uwielbiał natomiast Hitlera i Mussoliniego, był antysemitą i zwolennikiem katolickiego i niepodległego Quebecu. Oczy zaczęły mu się otwierać dopiero, kiedy zaczął studia w Harvardzie w 1944 r. ("The Gazette"). ż0aż0a *ż0aż0a Sześcioro polskich posłów do Parlamentu Europejskiego napisało list do przewodniczącego PE J.B.Fontellesa, aby wyrazić "stanowczy protest i dezaprobatę z powodu przyjęcia rezolucji w sprawie nasilania przemocy powodowanej rasizmem i homofobią w Polsce". Zdaniem sygnatariuszy listu - "Dokument szkaluje Polskę, Polaków, opierając się na kłamliwie powielanych przez wrogie Polsce media, zmanipulowanych faktach prasowych, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością i prawdą". ("Polityka"). ż0aż0a "…Mamy piękne tradycje lewicowe, choćby PPS. Przecieżbf to była piękna organizacja, która zawierała w sobie wszystko, czego lewicy potrzeba: kulturę, sport, własne obyczaje etc. Jest do czego wracać. Młode pokolenie będzie musiało się zbuntować nie tylko przeciwko temu wszystkiemu, co było kute na cztery nogi, przeciw cwaniactwu, ale takżbfe przeciwko temu, co się działo w zakrystiach. Nowa lewica, jako jeden z efektów klęski myślenia narodowego, jakie właśnie dokonuje się na naszych oczach, musi być znaczącym elementem Polski współczesnej. …Na Śląsku, gdzie mam pewien niezależbfny autorytet i mój głos się liczy, zaczyna się oddolna mobilizacja przed wyborami samorządowymi. W związku z planami zmiany ordynacji, społeczności lokalne zaczynają szukać ludzi, na których możbfna by głosować poza partiami. ż0aż0a A więc coś zaczyna się dziać, na dole, pośród ludzi. W tym widzę nadzieję na to, żbfe Polsce uda się wyjść z endeckiej pomroczności". ż0a(Kazimierz Kutz - "Przegląd").ż0a ż0a *ż0aż0a Posłanka Renata Beger skazana na więzienie z zawieszeniem za fałszerstwa wyborcze nadal twierdzi, żbfe jest niewinną ofiarą spisku i zapowiada apelację, ze Strasburgiem włącznie. Szef Samoobrony Andrzej Lepper nie widzi powodu, by reagować na wyrok i pozostawia skazaną we władzach partii. Tymczasem wśród komentarzy możbfna było przeczytać i taki: "Gdyby R.B. chciała zostać kasjerką w supermarkecie, to roboty by nie dostała, gdyżbf musiałaby okazać świadectwo niekaralności. Dlaczego w IV RP człowiek z wyrokiem nie możbfe pracować w supermarkecie, a możbfe zajmować najwyżbfsze urzędy w państwie?" - dziwi się Jarosław Kurski. ("Polityka"). ż0aż0a *ż0aż0a Krzysztof Zanussi na pytanie o bohaterstwo i uczciwość daje przykład Władysława Bartoszewskiego, który pytany, czy opłaca się być uczciwym odpowiada, żbfe nie opłaca się, ale warto. "Opłaca się" i "warto" to są dwie różbfne rzeczy. On jeden możbfe teżbf powiedzieć, żbfe jego nieskazitelna biografia jest równieżbf kwestią szczęścia czy - w chrześcijańskiej perspektywie - łaski. Do niego nie docierały najrozmaitsze pokusy, ponieważbf jużbf siedział w więzieniu. Natomiast nikt z nas nie wie do końca, jakby się zachował w sytuacji, kiedy byłby zmuszany do heroicznych wyborów. Dlatego trzeba być dziś tak ostrożbfnym w osądzaniu ludzi. ż0aż0a *ż0aż0a "W Polsce świętymi krowami są alkoholicy. Co rusz czytamy w prasie, żbfe biedak się tak napracował, żbfe miał ponad 2 promile alkoholu we krwi i jeszcze 300 km pojechał samochodem. Uznaliśmy, żbfe alkoholizm jest chorobą społeczną. W Polsce jest mnóstwo lekomanów, o czym dopiero zaczyna się mówić. Jesteśmy krajem, który rekompensuje sobie biedę, uciekając w nierealny świat. Niewielka ilość miękkich narkotyków powinna być legalna. Zakazany owoc bardziej smakuje". ż0a (Władysław Frasyniuk "Głos Szczeciński").ż0aż0a *ż0aż0a Dowcip jest bronią, ale nie należbfy karać za nielegalne posiadanie dowcipu. ż0a(Antoni Słonimski).ż0aż0a *ż0aż0a W czwartek przed rozpoczęciem obrad Sejmu, w sejmowej kaplicy zostanie odprawiona msza święta w intencji deszczu, zamówiona przez klub parlamentarny PiS. Ten komunikat odczytał w środę wieczorem sekretarz obrad. Sala zareagowała gromkim śmiechem.ż0a(PAP)ż0aż0a *ż0aż0a "Polska retoryka polityczna powinna być dostosowana do realiów, a nie do wyobrażbfeń. Część elit politycznych posługuje się językiem dinozaurów, a nie językiem Europy 21.wieku… Między Polską a Europą Zachodnią istnieje ogromny rozziew, spowodowany dziesięcioleciami ewolucji, która nie dokonywała się w Polsce. Zachód się zmieniał, a Polska nie. Polscy politycy jakby nie dostrzegają tej przepaści, przemian jakie się dokonały. Chcą toczyć dialog z Europą tak, jakby była na innym etapie rozwoju, niżbf jest faktycznie". ż0a(Stefan Meller, b.szef polskiej dyplomacji - "Fakt").ż0a ż0a *ż0aż0a Dorota Szwarcman pisze, żbfe w Białej Wodzie koło Szczawnicy stoi stara owczarnia, którą parę lat temu kupił Wieńczysław Kołodziejski, malarz z Nowego Targu. Odrestaurował, zamieszkał i tam są wspaniałe koncerty. Grywa Nigel Kennedy i cała niemal czołówka polskiego jazzu. A pod sufitem Owczarni napisany jest wierszyk: ż0a Trzymajmy się, bracia, w kupie,ż0a Niechaj wiara w nas nie gaśnie,ż0a A co mamy w sercu, nie w dupie,ż0a To to jest Polska właśnie.ż0a ˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ52ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJerzy Duńskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006081810952ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14151ˇ1155910266ˇ9ˇ1174666431ˇ4ˇ8ˇ18ˇ2006ˇKręć się, kręć wrzeciono ˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Pan prezydent na wakacjach, pan premier na wakacjach, Sejm na wakacjach, Polska na wakacjach? Skąd! Nie możbfna spuścić pary ze społeczeństwa, żbfadnego oddechu, luzu, każbfdy dzień musi przynieść w zębach nazwisko jakiegoś T.W. albo OZI.ż0a ż0a Osobowe Źródło Informacji - człowiek sprowadzony do trzech liter to jużbf nie człowiek, a lustracyjne młyny wciążbf mielą i mielą, ażbf przemielą wszystkich na OZI. Z każbfdej mąki będzie chleb, jeśli doda się odpowiednią ilość drożbfdżbfy konfabulacyjnych. ż0aż0a Prawie codziennie pochlipuje z ekranu telewizora skrzywdzona Zyta. Ze szczęścia. Miło popatrzeć jak się kobita cieszy, żbfe SB zrobiło z niej fałszywą Beatę. SB nigdy nie fałszowało - bije się w piersi funkcjonariusz, absolutnie nigdy - potwierdza jego zwierzchnik, to wykluczone żbfebyśmy rejestrowali fałszywych agentów - dodaje zwierzchnik zwierzchnika. A Zytę sfałszowali. Tak jak papiery premiera Jarosława. To jużbf drugi przypadek. I ostatni. Chyba, żbfe zaczną lustrować Gosiewskiego. Zyta i premier - to wyjątek, stąd te łzy szczęścia. Innym pozostają zwykłe łzy. ż0aż0a A żbfeby społeczeństwo nie znudziło się Zytą, w końcu to nie "Klan", żbfeby ją oglądać bez końca, mamy Delegata z Watykanu. Jak on zacznie płakać - to dopiero będzie widowisko. Możbfe nawet oglądalność nie spadnie dłużbfej niżbf tydzień, a potem jeszcze lista księdza Zaleskiego... Oj, będzie się działo! ż0aż0a Pan prezydent na wakacjach, pan premier na wakacjach, Sejm na wakacjach, a tu się kręci! Jak się dobrze rozkręci, potem kręci się samo. ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ11ˇ7ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006081801107ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14272ˇ1156528252ˇ9ˇ1174666514ˇ4ˇ8ˇ25ˇ2006ˇPozoryˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Powoli, ale nieubłaganie wakacje zbliżbfają się ku wrześniowi, pan premier kończy jużbf urlop, urlop jakżbfe ważbfny dla całego społeczeństwa. Ten urlop uświadomił nam przecieżbf, żbfe nasz premier ma mentalność kobiety. ż0aż0a Kobieta, jak wiadomo, jest z natury podejrzliwa a najmniejsze zaufanie ma dla osoby najbliżbfszej, czyli mężbfa. Pan premier mężbfa nie ma, wobec tego nie ma zaufania dla nikogo, wliczając w to swojego kota, który jak każbfdy mążbf, chodzi własnymi drogami. ż0aż0aWłaśnie z braku zaufania wynika pracoholizm premiera. On musi wciążbf trzymać rękę na pulsie: instruować, kontrolować i rozliczać. Dla kogoś takiego urlop to koszmar i gdyby nie współczesna technika pozwalająca na telekonferencje, radionarady i wydawanie poleceń przez Internet, premier nigdy by na wakacje nie wyjechał. Bez tego wszystkiego przenigdy! Tak jak kobieta bez telefonu komórkowego. Jeśli wyjedzie musi zadzwonić do domu, chociażbf trzy razy dziennie. Co najmniej. ż0aż0a Dzięki temu ma poczucie kontrolowania sytuacji, chociażbf to pozory, bo każbfdy słomiany wdowiec zna tysiące sposobów na to, żbfeby to poczucie w małżbfonce utrzymać a robić swoje. Tak samo jak podwładni premiera. Dlatego pomimo telekonferencji, radionarad i Internetu ani nasz premier, ani nasza żbfona nie zostawią nas dłużbfej jak na dwa, trzy tygodnie. ż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ1ˇ48ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006082510148ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14409ˇ1157554823ˇ9ˇ1174666555ˇ4ˇ9ˇ6ˇ2006ˇKraj Dziwnych Kroków ˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Grupa Monty Pytona wymyśliła Ministerstwo Dziwnych Kroków i zdobyła sławę, jest więc prawie pewne, żbfe nasi wielcy mali bracia równieżbf zdobędą światową sławę za wymyślenie Kraju Dziwnych Kroków. Inne państwa bacznie obserwują nasze kuriozalne próby poruszania się w świecie współczesnym i nie kryją rozbawienia, bo naprawdę jest na co popatrzeć. ż0aż0a Te wszystkie osobliwe podskoki, fikołki, czołgania i stąpania po kruchym lodzie śmieszą nie tylko zawsze skorych do zabawy Francuzów, ale nawet ponurych z natury Niemców. ż0aż0a Ale każbfda zabawa ma swój koniec, ekipa rządząca jużbf okrzepła i rezygnuje z dziwnych kroków na rzecz jedynie słusznego i powszechnie lansowanego sposobu poruszania, jakim jest marsz do przodu tyłem. ż0aż0a Tak, przeszłość jest napędem odrzutowym ekipy rządzącej, stąd grzebanie w żbfyciorysach Herberta, Wałęsy czy Grassa i nawet, gdy w nich nie znajdzie się niczego szczególnego daje odrzut na kilka tygodni bez jakżbfe beznadziejnych pytań o przyszłość w rodzaju: służbfba zdrowia, autostrady, reforma finansów, które rządzących przeraźliwie nudzą. ż0aż0a Dlatego oglądanie tego, co było jest im niezwykle potrzebne, a żbfe przy okazji plączą się nie tylko nogi, ale i myśli, to naprawdę nie ma wielkiego znaczenia. Potknięcie nie jest groźne, gdy maszeruje się tyłem do przodu. Najwyżbfej możbfna upaść na… W kaczym razie… sorry… w każbfdym razie nie na głowę. ż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ56ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006090601056ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14451ˇ1157727601ˇ9ˇ1174666612ˇ4ˇ9ˇ8ˇ2006ˇNa skrótyˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Społeczeństwo demokratyczne jest głupie, wie o tym każbfda partia rządząca, dlatego popiera się tylko taką demokrację, która narodowi nie zaszkodzi, czyli ograniczoną. Tylko dlatego PiS majstruje przy ordynacji wyborczej, żbfeby wyborcy nie zrobili sobie krzywdy niechcący. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego doszłoby gdyby wyborca wybrał tego kandydata, na którego głosował. Kto ma najwięcej głosów zostaje wybrany - to jest proste, głupie i nie do przyjęcia. Skomplikowana ordynacja do czegoś tak absurdalnego nigdy nie dopuści, dając nam do wyboru opcję znaną od biznesmena Forda, u którego możbfna było kupić samochód w każbfdym kolorze pod warunkiem, żbfe był czarny.ż0a ż0a Doszło?! To jest właśnie przykład skrótu myślowego, a nie paplanina ministra Macierewicza o agentach na posadach ministrów spraw zagranicznych, która jest co najwyżbfej skrótem gębowym. Minister wyartykułował, bowiem tylko to, co mu leżbfy na żbfołądku bez udziału mózgu, a żbfe jego żbfołądek różbfni się od żbfołądków większości ludzi, nie leżbfy tam niestrawiony obiad tylko niestrawiona komuna i agenci SB, wyszedł mu skrót gębowy właśnie. Bez sensu, bo ten skrót nie doprowadził do żbfadnego celu, jak każbfdy skrót zresztą. ż0aż0a Jużbf mój św. pamięci dziadek Świecznik wiedział, dlaczego tylko trzej królowie doszli do Betlejem. Czwarty nie doszedł, bo szedł na skróty właśnie. ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ58ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006090801058ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14461ˇ1157736059ˇ8ˇ1157979314ˇ9ˇ9ˇ11ˇ2006ˇZupa rybna i wierszeˇLitewskie poezjowanie.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aˇNa Litwie ukazują się cztery tygodniki kulturalne (my nie mamy żbfadnego). W maju i czerwcu, oprócz Litewskiej Wiosny Poezji - międzynarodowej imprezy ogólnokrajowej, odbywają się mniejsze święta poezji. Wszystko dla trzech i pół miliona mieszkańców kraju.ż0aż0aBirute Jonuskaite, wiceprezeskę Związku Pisarzy Litwy na wiosnę rzadko widzą w domu. Jeździ z literatami krajowymi i zagranicznymi na spotkania poetyckie w różbfne części kraju.ż0aż0a Opowiada o historii, tłumaczy, czyta swoje wiersze. Z nią podczas Litewskiej Wiosny Poezji odwiedziłam wioski i miasta od Wilna przez Tauragie, po Vente nad Zatoką Kurońską. W bibliotekach, domach kultury, nawet pod gołym niebem - w Rusne, na brzegu Niemna, nie tylko elita intelektualna, ale zwyczajni ludzie przychodzą słuchać wierszy. Do tego wspólne śpiewanie, tak jak w prawie nadbałtyckim Rusne i zupa rybna, purre z grochu, czyli wielki piknik. – Jeśli tu na prowincji przestaniemy się integrować wokół poezji, teatru, to zginie kultura – mówią starsze panie z koła literackiego „Zingsniai“ („Kroki”) w Taurage. Tu ludzie lubią wiersze. I promują swoich „małoojczyźnianych” twórców, bo wiedzą, żbfe dzięki nim „przechodzą do historii”. Dużbfo miejsca żbfyciu kulturalnemu w małych ośrodkach poświęcają pisma literackie. - Dwa tygodniki są organami ZPL: Literatura ir menas (Literatura i sztuka) oraz Nemunas (Niemen) – opowiada Birute. - Dwa następne to 7 meno dienos (7 dni sztuki) i Siaures Atenai (Ateny Północy).ż0aż0aż0aMER POETAż0aż0aUtene to tylko 33 tys. mieszkańców, a samorząd sponsoruje wydawnictwa poetyckie. Ostatnio przyznał kilka tysięcy litów na mój tomik polsko-litewski wydany w Kownie. Nie ma co się dziwić, skoro mer Alvydas Katinas sam pisze wiersze. ż0aż0aCorocznie Utene organizuje Międzynarodowy Festiwal Poetycki, którego apogeum jest prezentacja utworów gości na dziedzińcu Liceum Plastycznego. W tym roku twórcy z Gruzji, Rosji, Polski, Szkocji mieli spotkania w całej okolicy. W Aniksciai, w kaplicy, gdzie mieści się Urząd Stanu Cywilnego, kilka miejscowych pań kupiło różbfe po 5 litów dla wybranych poetów. W Visaginas (50-tys. mieście stworzonym na potrzeby elektrowni atomowej w Ignalinie) funkcjonuje imponujące Centrum Kultury. Uteńskiemu festiwalowi towarzyszyła wystawa fotogramów poetów rosyjskich: Jesienin, Okudżbfawa, Wysocki. Zwiedzający oglądali ich z uwielbieniem. Gdzie jeszcze tak ceni się piszących wiersze? Chyba w Rosji. Obok – codzienność i trendy masowej kultury. Miejscowy twórca, Kestutis, na co dzień celnik, chce być w poezji tak sławny, jak w muzyce król popowej estrady, Rytis Cicinas, kreujący się idol, który chodzi w szatach, jeździ limuzyną, ale zaspokaja niskie gusty. Ciekawe, żbfe piszący wiersze jest gotów do chałturzenia, byle zdobyć poetycką popularność.ż0aż0aż0aDZIWNY BYŁż0aż0aNedzinge, kraina Dzuków, 15 km od Wareny. Tu chwalą się poetą Antanasem Kalanaviciusem. Akurat obchodzą jego urodziny. To święto całej wioski.- Nasze ziemie piaszczyste, nawet zające chodzą w okularach – śmieje się tutejszy poeta Stasjus Stacevicius. - Do głosowania chodzi 300 osób – mówi wójt. Przy drodze 10-klasowa szkoła dla 105 uczniów, z 8 wsi. Obok pomnik: gęsie pióro, dzieło poprzedniego wójta – kowala. Poświęcony pamięci „ich” poety Kalanaviciusa. ż0aż0aUrodził się w 1945 roku, zmarł na zawał w 1992 roku. Mieszkał w chałupie pod lasem, był niezależbfny, chodził w „skórze”, pisał dobre wiersze. Wydano je dopiero po śmierci. Pani Maria przygotowała przedstawienie, jak Antanas pomagał matce zbierać zioła. Młodzieżbf recytuje jego wiersze: kuny ciemności/wypijają/żbfółtka pełni. Są wójt, dyrektor szkoły, nauczyciele, starszyzna wsi. Czytam kilka swoich wierszy. ż0aż0aSłuchacze żbfywo reagują. Irena Maciuileviciene, emerytowana nauczycielka języka litewskiego, dziękuje mi polsku za udział w święcie. W świetlicy wyjaśnia, skąd zna nasz język: - Mam mężbfa polskiego, z Matulewiczów. On zawsze miły: w rękę całuje, drzwi otworzy – opowiada. Przy pomniku, w drewnianym domku muzeum etnograficzne i izba pamięci poety. Jego marynarka, nożbfe, które wyrabiał, ulubiona herbata. – Uczyłam go tańczyć, żbfeby lepiej się czuł na zabawach, ale nie wychodziło – wspomina przy stole pani Maria. – Dziwny miał głos, dziwny był. Dyrektor szkoły podkreśla, żbfe pamięć o poecie, to pamięć o tej ziemi. 20 lat przeżbfył na Syberii, gdzie zesłano rodziców. – W Przypieśniach Kalanaviciusa jest prawda o Nedzinge: chaber/nie przyda się do chleba/ale bez niego/ zbożbfe zardzewieje – tłumaczy a vista Birute. ż0aż0aNawet ludowe pieśni Dzuków, które intonują zebrani, mówią o pisaniu: Przez całą noc nie spałem, po podwórku chodziłem, otwierałem drzwi i zamykałem, nie dałem spokoju podłodze, chciałem budzić dziewczynę, wierszami chciałem ją zbudzić, pisałem całą noc, ale złamałem pióro i dopiero dziewczyna się obudziła. Na pożbfegnanie – cmentarz w lesie. Na grobie Kalanaviciusa składamy przyduszone upałem konwalie. ż0aż0aCzłowiek/kwiatów krótkotrwałych – przypomina się jego haiku.ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇdsc01769.jpgˇdsc01975.jpgˇfoto-znwi_086.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇCzytanie wierszy nad Niemnem podczas Litewskiej Wiosny Poezji, ˇBarbara Gruszka-Zych (z lewej) i Birute Jonuskaite podczas czytania wierszy na uteńskim festiwaluˇSzkolne przedstawienie w Nedzinge poświęcone "ich" poecieˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ17ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇdsc01769.jpgˇdsc01975.jpgˇfoto-znwi_086.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇ300ˇ300ˇ299ˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇBarbara Gruszka-Zychˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110317ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14462ˇ1157736862ˇ8ˇ1157979266ˇ9ˇ9ˇ11ˇ2006ˇ„Duch Atlantydy” Jarosława Abramowa-Newerlego ˇSzkice o literaturze polskiej w Kanadzie (5).ż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ˇ***image1:center***ż0aż0aż0aO polskich akcentach w teatrze kanadyjskim pisał w 1987 r. Adam Tomaszewski (Adam Tomaszewski, Ze sceny i estrady, Toronto 1987). Długo jednak nie powstał dramat w języku polskim, dający obraz Kraju Klonowego Liścia z perspektywy naszej emigracji. Dopiero Duch Atlantydy (1994) Jarosława Abramowa-Newerlego zapełnił tę lukę.ż0aż0a „Dlaczego tak późno? Odpowiedź najprostsza z możbfliwych: zabrakło talentów i gdyby przypadek sprowadził Gombrowicza nie do Argentyny, do Buenos Aires, ale do Toronto, Montrealu czy Ottawy wynik możbfe byłby podobny. »Gdybanie« takie ma jednak tę wadę, żbfe właśnie pomija specyfikę miejsca i okoliczności, w jakich przyszło tu żbfyć Polakom, pisarzom polskim, których na gruncie kanadyjskim spotkała przygoda trudno porównywalna z losem innych emigrantów. Nie jest sprawą tylko talentu, choć z pewnością jest to czynnik niebagatelny, ale przede wszystkim biografii, żbfe szansa jaką dla twórczości stanowił kraj wielokulturowy, kraj dialogu, ojczyzna »dożbfywotnich emigrantów«, wedle dowcipnego określenia Marka Kusiby, otworzyła się tak późno. Ale jednak się otworzyła”. (Jerzy Święch, Pomyślane przelotem..., s. 36).ż0aż0a Co ciekawe, wątek kanadyjski pojawił się w twórczości Abramowa-Newerlego na długo wcześniej, nim pisarz zaczął myśleć o emigracji. Dwadzieścia lat przed swoim wyjazdem w sztuce pt. Derby w pałacu wyrzuconemu ze swej posiadłości hrabiemu Dembopolskiemu kazał osiedlić się w stolicy prowincji Ontario.ż0aż0a „Pamiętam, jak błądziłem palcem po mapie Kanady, w której nigdy nie byłem, wahając się między paroma miastami. Najpierw chciałem dać Winnipeg, ale w końcu zwyciężbfyło Toronto dzięki dźwięczniejszej nazwie (...) później (...) właśnie w tym Toronto wylądowałem. I tak jak mój hrabia w Derbach w pałacu poznałem los emigranta”. (Jarosław Abramow-Newerly, Granica sokoła..., s. 13).ż0aż0a Los ten poznał nie tylko z autopsji. Bowiem materiał dla sztuki odnalazł on, podobnie jak w omawianych wcześniej książbfkach Kładka przez Atlantyk i Pan Zdzich w Kanadzie, pośród „samych swoich”. Akcja rozgrywa się w polskiej dzielnicy Toronto, na ulicy Roncesvalles, którą mieszkańcy nazywają żbfartobliwie Rączymi Wałami lub Rączą Wólką.ż0aż0a „Na każbfdego z moich bohaterów składa się co najmniej kilkanaście prototypów-autentyków, których kiedyś spotkałem. Oczywiście wszystkich odpowiednio przemieszałem, z każbfdego coś biorąc, z siebie równieżbf. Musiałem spędzić w Kanadzie osiem lat, wiele samemu zrozumieć, zobaczyć i poznać, aby ten inny świat opisać. (...) Podobnie jak w moich kanadyjskich opowieściach o panu Zdzichu, starałem się zachować wierność faktom. Wprowadziłem wiele autentycznych nazw i nazwisk (...)”. (Tamżbfe).ż0aż0a Bohaterowie to ludzie różbfnych narodowości. Większość reprezentuje Polonię, ale jest teżbf Włoch, Indianin, Chińczyk, Żyd i Ukrainiec.ż0aż0a „Chcąc przedstawić barwną mozaikę, jaką jest to miasto, kazałem niektórym postaciom mówić w ich ojczystym języku, licząc, żbfe taka »chińszczyzna« wytrzyma próbę sceny. Teatr to nie tylko słowo, ale równieżbf gest, dźwięk, rekwizyt, obraz – wszystko to, co tworzy magię sceny”. (Tamżbfe).ż0aż0a O tym, jak wielką wagę przywiązuje autor do scenografii świadczą zaskakujące rekwizyty w poprzednich jego sztukach – konie w pałacu, kukły na dworcu, namiot w łaźni, szpital w ogrodzie czy ogromna szafa zamiast drzwi. ż0aż0a „Taka sceneria potrzebna mi była nie dla absurdu zawieszonego w uniwersalnej próżbfni, ale dla stężbfenia rzeczywistości. Niecodziennym podkreślałem codzienność”. (Tamżbfe).ż0aż0a Odpowiednikiem szafy, z której w Klik-klaku wyłaniają się kolejni mężbfowie Kornelii jest w Duchu Atlantydy dawna „buczernia” (sklep mięsny, ang. butcher – rzeźnik), a potem magazyn, który bohaterowie przerabiają na Wielokulturowe Centrum Sztuki „Remstar”. Przygotowania do hucznego otwarcia są okazją do spotkań przedstawicieli starej i nowej emigracji zaangażbfowanych w przedsięwzięcie, którego celem jest „promieniować na inne mniejszości, z których składa się Kanada”. (Tamżbfe, s. 14).ż0aż0a Kontakty między nimi stają się „smutną komedią omyłek, wzajemnym licytowaniem się w cierpieniach i jakżbfe marnych radościach, klęskach i sukcesach” (Jerzy Święch, op. cit, s. 35), co ma odzwierciedlać stosunki panujące w społeczności Rączych Wałów. Abramow-Newerly nieustannie, choć jak gdyby mimochodem porównuje te dwie emigracje: wcześniejszą prawdziwą, bo „z ducha” z tą ostatnią, która jest nią tylko z nazwy. Młodych łączy wspólna cecha – sprowadziła ich do Kraju Klonowego Liścia wizja Eldorado, chęć zrobienia błyskotliwej kariery na tej ziemi obiecanej. Od nowa powtarzają lekcję, którą starsze pokolenie ma jużbf za sobą. Jak każbfda kolejna fala emigracji muszą zdobyć doświadczenie na własnej skórze. Pytanie tylko, o co ci nowi, liczący przede wszystkim na żbfyciowy fart, wzbogacą dorobek swych poprzedników? Bowiem w ocenie tych ostatnich wyglądają raczej blado:ż0aż0a „Te nowe po SOLIDARITY na łatwy chleb idą. Nie chce im się tyrać jak nam (...) Chytre są” (Jarosław Abramow-Newerly, Duch Atlantydy.., s. 1) – to głos Józefa Rydla.( Skojarzenie z dramatem Wyspiańskiego nie jest przypadkowe. Duch Atlantydy, wzorem innych sztuk Abramowa-Newerlego, odsyła do klasyki dawnej (Dziady, Wesele) oraz nowszej (Miazga, Transatlantyk, Ślub).ż0aż0a Należbfy on do trzeciego pokolenia osadników; jego pradziad karczował kanadyjską puszczę. Weteran bitwy pod Monte Cassino, ciężbfką pracą doszedł do obecnego majątku – jest właścicielem sieci sklepów wędliniarskich „Baca Delicatesssen”. Zna cenę, jaką trzeba zapłacić za powodzenie w żbfyciu i ma prawo czuć się pełnoprawnym obywatelem wielokulturowej, zasobnej Kanady, która takim jak on zawdzięcza swoje dzisiejsze oblicze. Do Rydla należbfy lokal, w którym ma powstać galeria sztuki nowoczesnej. Wynajmuje go polonijnym artystom nieodpłatnie, kierowany żbfywym sentymentem do kraju przodków. „Remstar Center” ma pomóc uganiającym się za pracą i zyskiem rodakom odzyskać równowagę między przyziemnymi interesami a duchowością:ż0a „(...) musimy to zrobić dla siebie, żbfeby do reszty nie zbaranieć. (...) Pytasz, kto przyjdzie. My. My przyjdziemy. Do siebie. Wrócimy do normy, oderwiemy się od posadki-posadzki (...) za młotek i przerabiamy tę kiełbasiarnię. To nasza ostatnia szansa”. (Tamżbfe, s. 11).ż0aż0a W ten sposób główny inicjator przedsięwzięcia, artysta plastyk Rem, przypomina Kubie, „lingwiście-komparatyście”, jakie ideały przywiodły ich wszystkich do Kanady. To pragnienie odnalezienia własnego raju pchnęło ich za ocean. Dla doktora lingwistyki porównawczej jest nim „własna wieżbfa Babel. Wszystkie języki świata”, które studiuje ... w chwilach wolnych od pracy przy czyszczeniu szpitalnych podłóg. W Polsce nic nie stało na przeszkodzie rozwojowi jego kariery naukowej, zarabiał dodatkowo jako autor tekstów popularnych piosenek. Nie wyjechał więc z konieczności czy istotnej potrzeby, jak czynili to wcześniej uchodźcy polityczni. Raczej „ucieka od siebie, chce spalić mosty nie z krajem, lecz z ludźmi, z którymi nie potrafił żbfyć dalej”. (Jerzy Święch, op. cit, s. 35).ż0aż0a Teorie, którymi uzasadnia swoją emigrację, pokazują go jako ofiarę własnych złudzeń. Kiedy otwiera się przed Julią, młodą aktorką o wysokich aspiracjach zawodowych, mówi o swej wierze w „Remstar” i Remigiusza. Chce, by to centrum odegrało w Kanadzie podobną rolę jak „Kultura” Giedroycia w Europie Zachodniej.ż0aż0a „Daję mu szansę. Nawet w tym sklepie. Jeśli nie wielokulturowość i przenikanie, to co? (...) Rzeź? Kolejna jatka? Kocioł bałkański jużbf wrze”. (Duch Atlantydy, s. 35).ż0aż0a Dziewczyna jednak domyśla się prawdy, z której on sam możbfe nie do końca zdaje sobie sprawę:ż0aż0a „Albo zwiałeś od siebie, albo od żbfony i udajesz błędnego rycerza. Nowego Don Kichota. Wymachujesz »Kulturą« i wpierasz we mnie, żbfe ty to oni. Rżbfniesz dziedzica. Oni mieli swój cel, a ty słowniczek, wieżbfę Babel. NO, MY DEAR. ż0aż0aAMERICAN DREAM cię zżbfera. Ja chcę być gwiazdą, ty nią byłeś, ale liczysz na więcej, a Remstar buduje kosmodrom i właśnie ma zamiar odpalić. Taka jest prawda. Nieco upierdliwa, ale uczciwa. Innej nie ma”. (Tamżbfe, s. 40).ż0aż0a Julia wie o tym, bo sama – mając w Polsce angażbf w najlepszym teatrze – zaryzykowała próbę wybicia się za oceanem. Tymczasem kariera gwiazdy filmowej, o jakiej marzy, oddala się coraz bardziej. Póki co, utalentowana artystka zarabia w reklamówkach, wbita w kostium gąski z wielkim brzuchem-atrapą. Skromna klitka, którą wynajmuje przy dawnej „buczerni” teżbf ma się nijak do amerykańskich standardów. Dlatego Julia nie chodzi na przedstawienia do Jane Mailet Theatre – teatru w centrum Toronto, wynajmowanego na gościnne występy bardziej reprezentacyjnych zespołów przyjeżbfdżbfających z Polski.ż0aż0a „Rozleciałabym się. A i przed kolegami wstyd. Julia. (gest fruwania) Nie z Szekspira. APARTMENT teżbf niezbyt. Jak na Kanadę”. (Tamżbfe, s. 47). ż0aż0a Swój „amerykański sen” od dawna próbuje realizować Remigiusz, a zakładana galeria ma pomóc mu wreszcie zabłysnąć. Przecieżbf po to tu przyjechał.ż0aż0a „Muszę być naj, naj. Wspiąć się na sam szczyt.” (Tamżbfe, s. 20). ż0aż0a W nieustannych sprzeczkach z żbfoną, której w nowej ojczyźnie powodzi się znakomicie, odkąd uzyskała doktorat i otworzyła prywatny gabinet stomatologiczny, wypływa ten sam problem. Ona zarzuca mu, żbfe nie umie przestawić się na rodzaj twórczości, który tu się podoba. Dlatego zamiast błyszczeć, od dziesięciu lat jest na dnie. On wzbrania się przed pójściem na komercję, zarzuca Tamarze zaślepienie dolarami:ż0aż0a „Ona tylko tym mierzy wielkość. (gest liczenia pieniędzy) Byle się sprzedawało. A ja nie chcę! Nie zrobisz ze mnie straganiarza!”. (Tamżbfe, s. 21).ż0a ż0a Tamara interpretuje jego rozgoryczenie po swojemu. Odcina się:ż0aż0a „A widzisz, jak to miło. Być dodatkiem. Teraz ty jesteś mężbfem dentystki. Role się odwróciły na tym kontynencie.” (Tamżbfe, s. 18). ż0aż0a Skarżbfy się Kubie:ż0aż0a „On mógł mieć w pracowni modelki, a ja nie mogę mieć w OFISIE nawet kolegi od leczenia przewodowego, bo jużbf krzyk! Taki ścisły nadzór był dobry w PRL, ale nie tu! Tu wolny kraj, kochany! Kobiety są INDEPENDENT”. (Tamżbfe).ż0aż0a W rozmowach większość z kilkunastu (ażbf) postaci dramatu obnażbfa pustkę, z którą sobie nie radzi. Obiecująca z polskiej perspektywy Kanada, po drugiej stronie Atlantyku okazała się trudnym wyzwaniem. Testem na wytrzymałość w nowych warunkach żbfycia:ż0aż0a „Kanada to sprawdzian. Nikogo nie obchodzi, kim byłeś. Tu jesteś nikim. (...) Musisz zmartwychwstać. Urodzić się po czasie”. (Tamżbfe, s. 10). ż0aż0a Szukając swego miejsca w Kraju Klonowego Liścia, bohaterowie przymierzają się wciążbf do nowych ról. Powiada Kuba:ż0aż0a „Wszyscy jesteśmy kameleony. Nie wiemy, w jaką skórę wejść”. (Tamżbfe, s. 51). ż0aż0a A reprezentacyjna, zawsze modnie ubrana i uczesana Tamara, stwierdza:ż0aż0a „Tu bez formy ani rusz. CHEESE (szczerzy zęby w uśmiechu) To ułatwia żbfycie”. (Tamżbfe, s. 25). ż0aż0a Ten obowiązkowy good looking, którego esencją jest wieczny uśmiech jak gdyby przyklejony do ust, choć wymaga nieustannej czujności, bardzo ułatwia żbfycie. „Nikt duszy nie wybebesza”. (Tamżbfe, s. 51). ż0aż0a Tymczasem każbfdy z bohaterów nosi w sobie jakąś tajemnicę. Za fasadą samozadowolenia kryją się w ich duszach upiory przeszłości. Przechowane w pamięci, przewieźli je wbrew własnej woli na drugi brzeg oceanu. Bo nie da się uciec od samego siebie. Przekonują się o tym w noc Halloween, kiedy to – paradoksalnie – zostaną zmuszeni do zrzucenia masek. ż0aż0aWyzwolone z ich wnętrza upiory zmienią te niby Zaduszki w torontońskie Dziady i Wesele zarazem. Lady Simpson, główna fundatorka Centrum Kultury, zaproszona na happening z okazji jego otwarcia, nieoczekiwanie odkrywa przed Kubą twarz jego dawnej kochanki z Polski, Różbfy. Okazuje się, żbfe nie udało mu się spalić za sobą mostów. Dawna „dziewczyna z majowym bzem”, jak określił ją w słowach piosenki, równieżbf wyjechała za granicę. By zapomnieć o aborcji, do której niegdyś ją nakłonił. O tym, żbfe Kuba mieszka w Toronto, dowiedziała się przypadkiem.ż0aż0a „Uświadomiłeś mi, żbfe nie da się... (gest odcięcia) Coś zostaje. Nawet jak się wyrwie z siebie wszystko. Dosłownie i w przenośni. (...) Zrozumiałam, żbfe coś zostało. Nie pomogły oceany i kontynenty”. (Tamżbfe, s. 110). ż0aż0a Bowiem wszystko się na tym świecie łączy. Dokładnie tak, jak w przygotowanym na otwarcie show, gdzie w odrealnionym chocholim korowodzie podążbfają: Ksiądz, Młoda Para, mężbfczyzna z wózkiem dziecięcym i Sekretarz z Szoferem niosący na barkach trumnę. Marsz weselny miesza się z pogrzebowym, a bohaterowie spektaklu skandują w różbfnych językach: „Zaślubiny! Narodziny! Śmierć!”ż0aż0a Tytuł dramatu autor świadomie skojarzył z duchem Jałty, do czego przyznaje się w Słowie od autora:ż0aż0a „Zauważbfyłem, żbfe wciążbf się snuje dopadając nas w różbfnych miejscach. Mnie nawiedzał i w Toronto i w San Diego. Tutaj, na tym kontynencie zrozumiałem, żbfe nigdy się od niego nie uwolnię”.ż0aż0a Rozumie to równieżbf Kuba, któremu ukazał się najpierw duch Stalina, a potem Stalina z Churchilem. Obaj palili fajki i z uśmiechem „trzymali się przyjaźnie za ręce”.ż0aż0a „Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Toronto, a duch straszy. I Atlantyk nie pomógł.(...)ż0aż0a Bo wszystko się wiążbfe, o, tak! (splata ręce jak haki) Tak, rozumiesz? Nawet jak nam się zdaje, żbfe dawno pogrzebane na dnie oceanu (podchodzi do pnia i uderza siekierą). Tylko w rzeźni możbfna coś odciąć. Na amen. W żbfyciu tak nie ma. Niestety”. (Tamżbfe, s. 95 i 146).ż0aż0a Słucha tego Julia, która później zrywa męczący i nie dający jej poczucia bezpieczeństwa związek z żbfonatym Carlem, reżbfyserem reklamówek. Decyduje się wracać do Polski. Bo Kanada nie zapewni nikomu tego, czego nie potrafi on osiągnąć we własnym kraju, nie wyleczy z kompleksów ani nie rozwiążbfe zaległych problemów.ż0aż0a Duch Atlantydy, podobnie jak dramat Wyspiańskiego, kończy się patem. W dniu uroczystego otwarcia centrum, dopracowanego w najdrobniejszych szczegółach, organizatorzy uświadamiają sobie z przerażbfeniem, żbfe nikt nie przyjdzie, bo... w tym czasie hokeiści grają o mistrzostwo Kanady. ż0aż0a „Okazuje się, żbfe tylko tradycję kiszonych ogórków i kiełbasy da się zachować. Trzeba będzie znów otwierać BUCZERNIĘ” – stwierdza z rezygnacją Kuba. (Tamżbfe, s. 152). ż0a Sytuacja wraca więc do punktu wyjścia. Ale czy na pewno nic się nie zmieniło? „My przyjdziemy. Do siebie” – obiecywał Rem. A teraz Rydel, któremu do tej pory posługiwanie się mową ojców przysparzało wiele trudności, poprawia językoznawcę nieskazitelną polszczyzną:ż0aż0a „Sklep mięsny, chciał pan powiedzieć. Wędliniarnię. Po polsku »Delikatesy Baca.«”. (Tamżbfe). ż0aż0a Dzieło Abramowa-Newerlego to odtrutka na stereotypy. Choć umieszczenie akcji w konkretnym zakątku Toronto sugestywnie oddaje koloryt lokalny miejsca, nie obraz dzielnicy jest tu celem numer jeden. Sceneria kanadyjskiej metropolii pomaga uzyskać prawdę i realizm przedstawionego świata. Tak jak w innych swoich utworach, wzorem Wańkowicza pisarz stawia w centrum zainteresowania to, co polskie. Wartość Ducha Atlantydy tkwi przede wszystkim, jak zauważbfa Jerzy Święch, w katarktycznej funkcji, która polega na „wyzwoleniu się z okowów polskości, jak – sit comparare licet – w Transatlantyku Gombrowicza”. (Jerzy Święch, op. cit, s. 36). ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇduch1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇOkladka sztuki Jaroslawa Abramowa-Newerlego wydanej w Kanadzie przez Designhouse Inc.w 1994 roku, ilustracje Tadeusz Biernot i Leszek Szurkowski.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ26ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇduch1.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ519ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇEwa Bagłajˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110326ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14463ˇ1157737311ˇ8ˇ1157979207ˇ9ˇ9ˇ11ˇ2006ˇBukowe sanktuariumˇKażbfdy wie, żbfe kiedy wchodzi się do Katedry na Wawelu, przechodzi człowieka dreszcz wzruszenia i rodzaj uniesienia.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aˇPodobne wrażbfenia odnosiłem zwiedzając Bazylikę Świętego Piotra w Watykanie, Katedrę Notre-Dame w Paryżbfu, katedry w Chartres i w Kolonii, Katedrę Świętego Pawła w Londynie. Wiele innych. Cudownych dzieł ludzkiej maestrii zrodzonych z myśli o sprawach wyżbfszego rzędu... ż0aż0a A przecieżbf są teżbf pomniki, które budują w naszej duszy podobne uniesienia, które dają nam wrażbfenie bliskiego obcowania z istotą Najwyżbfszą, powodują nasze uduchowienie i uwznioślenie. Są blisko nas, czasem obok nas. Nie zawsze je zauważbfamy, nie zawsze doceniamy. O co chodzi?... Po prostu o drzewa, które – uformowane w pewne konfiguracje – tworzą swoiste sanktuaria. W nich jest teżbf możbfliwa łączność z Absolutem.ż0aż0aNie mam na myśli szczególnie egzotycznych krajów i usytuowanych w niej dorodnych puszcz z fenomenalnym drzewostanem. To zbyt dalekie. Nie zawsze osiągalne. Rzecz idzie o te obszary, które nas na co dzień otaczają. Od kilku dziesięcioleci związany jestem z lasem. Nie wyobrażbfam sobie żbfycia w regionie, w którym panuje niedostatek drzew, krzewów, łąk. Czy ja jestem wyjątkiem? Ależbf nie...ż0aż0a Adam Mickiewicz ze wzruszeniem wspominał na obczyźnie swoje „domowe drzewa”, nadniemeńskie łąki, biel łanów gryki. Rzecz to całkiem zrozumiała. Oddalenie i związana z tym bolesna nostalgia – robiły swoje. A przecieżbf my mamy domowe drzewa na co dzień. To prawdziwy luksus. Lasy dębowe, bukowe, eleganckie brzeziny. Ileżbf w tym zdrowia, ale i poezji, którą bezustannie znajdywali tam najznamienitsi lirycy, tacy na przykład, jak Staff, który w wierszu Szum drzew dostrzegał urzekającą muzykę, jaką niesie przyroda:ż0aż0aNajpiękniej ta piosenka śpiewa,ż0aKtórą się w sen kołyszą drzewa.ż0aKiedy w powiewie liść szeleściż0aI ucho jak milczenie pieści.ż0aPosłuchaj miła tego szumu,ż0aWpiszę go tobie do albumu. ż0aż0a Z tą poezją w sercu spaceruję tedy po naszych „domowych” lasach. Kazimierz Górniczy, Maczki, Grodziec, Gródków, Psary, Łagisza. To właśnie tutaj, jeśli się wnikliwie spogląda na świat, możbfna znaleźć urocze zakątki, godne literackiego utrwalenia. Tym razem pozwolę sobie głosić pochwałę buka. Dlaczego? Zobaczymy. Wiemy, żbfe buk zwyczajny osiąga wysokość 40 metrów. Rośnie na półkuli północnej, a więc w naszym regionie. Widać go w północno-zachodniej części Polski. Sięgnął takżbfe ku Litwie. Stał się drzewem dostojnym, czego poetyckim wyrazem jest wprowadzenie go do naszej epopei narodowej. To buki właśnie były pierwszymi odbiorcami cudownego koncertu Wojskiego, wykonanego z czuciem i prawdziwą maestrią na rogu: ż0aż0a„Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki / Powtarzały je dęby dębom, bukom buki”. W górach buk sytuuje się w reglu dolnym.ż0aż0a Kazimierz Tetmajer w Pieśni o Jaśku zbójniku dawał do zrozumienia, żbfe buk był drzewem bliskim sercu góralskiego ludu. Pisał: „Z Orawskiego Zamku chłopcy pozierają, / czy się popod Tatry buczki ozwijają?” W ludowych piosenkach Podhala powtarzają się w różbfnych wersjach znane nam wszystkim słowa: (...) Hej, bo mi się bucyna, zacyno łozwijać, zacyno łozwijać... „W młodopolskiej poezji buk zyskał nobilitację Karol Brzozowski w wierszu Stara przędza pisał: „W stawie się czarne przeglądają buki / Księżbfyc z gwiazdami drżbfy na szybie wód”.ż0aż0a Sławię buki ponieważbf towarzyszą mi od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Urzeka mnie gładka, srebrzystoszara kora, wdzięczny krój jajowatych liści. Godzinami mogę przyglądać się miseczkom owocowym, które mają dwa trzykanciaste orzeszki, nazywane bukwią. Mało kto zapewne wie, żbfe są jadalne po uprażbfeniu. Zawsze w tartakach rozpoznawałem bukowe drewno: ciężbfkie, twarde, różbfowawe, łatwo łupliwe; pamiętam słynne sklejki służbfące do robót w ramach praktycznych zajęć szkolnych, bukowe beczki, klepki podłogowe, gięte meble o wdzięcznych kształtach. Jednak chodzi nie tylko o pożbfytki ekonomiczne. Idzie o doznania serca. Takie doznania przynosi moja – i przecieżbf nasza – bukowa aleja w Grodzieckim Lesie, na przecięciu leśnych dróg, tużbf pod Łagiszą, pod Jazowem. Zimą drzewa przypominają wymyślne rzeźby, latem tworzą zielony baldachim, czy teżbf rodzaj monumentalnego stropu świątyni. Tam możbfna odpocząć, zebrać myśli, uporządkować psychikę. ż0aż0a Zimą w tym zakątku trwało wycinanie wiatrołomów świerkowych. Wiedziałem jednak, żbfe piła i siekiera nie tknie kompleksu bukowego, który w naszym rejonie jest czymś szczególnie cennym. To prawdziwy zabytek przyrody klasy wysokiej. Spacerując romantycznymi ścieżbfkami leśnymi z moją wnuczką Julią i „drugim” dziadkiem, Danielem obserwuję dzień po dniu jak ten zakątek staje się prawdziwą ptasią filharmonią. Zanurzając się w świat przyrody zawsze na nasze romantyczne spacery brałem ze sobą dzieci, dziś jużbf w grę wchodzi pokolenie wnucząt. Niech od najwcześniejszych miesięcy żbfycia chłoną żbfywioł natury, której częścią jest człowiek. Wówczas szkolne godziny „wychowania ekologicznego” nie będą martwe. Ożbfyją we wspomnieniach. Podziwiając od wielu lat bukowe sanktuarium, dzisiaj nie siedzę jednak z założbfonymi rękami. Przywożbfę z Gorzenia Górnego, z Zegadłowiczowego gniazda, małe samosiejki buka czerwonego. Możbfe zadomowią się w Sosnowcu, czy Łagiszy? Zobaczymy... ż0aż0aWczesną wiosną miliony młodych listków ciekawie spoglądały na świat – tworząc rodzaj delikatnej koronki. Rozliczne pąki wychylały się ku ludziom, którzy do lasu przynoszą żbfar gorących serc i baczą pilnie, aby nie zaprószyć w nim ognia, grożbfącego jego unicestwieniem... Teraz liście jużbf pięknie się rozwinęły i tworzą pyszny baldachim, przez który przedzierają się figlarne promyki słońca. Strzeżbfemy naszych domów, muzeów, obiektów kultu religijnego, strzeżbfmy tedy takżbfe naszych lasów, naszego wspólnego dobra i piękna. Są one przecieżbf fundamentalnym komponentem naszej egzystencji.ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ39ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWłodzimierz Wójcikˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110339ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14464ˇ1157737929ˇ8ˇ1157979164ˇ9ˇ9ˇ11ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Academia Zamoscensis.ˇTym razem piszę o Zamościu i szkole okresu stalinowskiego. Tak wiele się zmieniło od tej pory, żbfe myślę o przekazaniu pokoleniu moich wnuków, jak wyglądała wtedy szkoła i jaką wychowawczą organizacją było harcerstwo w wydaniu przedwojennym. Ponieważbf obecne szkoły średnie stały się zagrożbfeniem tak dla uczniów, jak i dla nauczycieli - uważbfam, żbfe powrót do sprawdzonych metod wychowawczych mógłby pohamować głupią przemoc i wybryki z nudów. Zamieszczonych w moich wspomnieniach pieśni patriotycznych dzisiaj jużbf nikt nie zna, widać zaniedbanie rozwoju duchowego, zanik wrażbfliwości na piękno przyrody, miłości do krajobrazu i zabytkowej architektury. Wydaje mi się, żbfe prawdziwa, rzetelna wiedza historyczna możbfe przynajmniej pomóc odciągnąć dobrą młodzieżbf od wpływu tej zagubionej moralnie i zboczonej z prawej drogi. Moją intencją jest więc nie tylko samo wspominanie, jak to pół wieku temu było, ale wyciąganie z tego wniosków do realizacji na teraz.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ ż0aż0aPierwsze lata po wojnież0aż0a Po powrocie z niewoli, ojciec zabrał nas do Zamościa, gdzie była jużbf ciocia Janka, siostra ojca i babcia - Mateńka. Początkowo zmuszeni byliśmy zamieszkać w jednym z domów posesji ojca, ale nie w tym ukochanym. Dwa niewielkie pokoiki i zimno-wilgotna kuchnia z wejściom bezpośrednim ze dworu. Mamo przestała się poruszać. Ostry ischias (rwa kulszowa, przyp. red.) tak biedną zaatakował, żbfe nie mogła wstać z łóżbfka. Miała wtedy dopiero 46 lat. Ojciec chorować zaczął na wrzody (karbunkuł), które wysypywały się na karku, bardzo bolesne i usztywniające, paraliżbfujące wszelkie ruchy. Miał tyle samo lat, co mama. Oboje bardzo cierpieli. Pracę dostał w PKO mieszczącym się w tzw. Centralce, czyli tam, gdzie przed wojną, ale pensja była tak mała, żbfe nie mogliśmy się z niej utrzymać. Było głodno. Od września zaczęliśmy wszyscy chodzić do szkoły średniej. My z Elą do żbfeńskiego Liceum im. Marii Konopnickiej, bracia do Liceum im. hetmana Jana Zamoyskiego. Obie szkoły mieściły się wówczas w ogromnym, zabytkowym gmachu Academii Zamoscensis z bardzo dobrymi tradycjami. ż0aż0a Pierwsze powojenne Święta Bożbfego Narodzenia obchodziliśmy w ciasnocie z bardzo kłującą choinką z jałowca, która musiała stać na kufrze. Jedno spanie było na biurku taty wciśniętym w kąt, drugie na wyrku pod oknem. W drugim pokoju na zsuniętych łóżbfkach mieścili się rodzice ze mną i Elą, dopóki siostra nie wywalczyła sobie własnego pokoju w naszym domu. ż0aż0a Przyjmowaliśmy gości - serdecznych przyjaciół rodziców. A byli nimi ks. dziekan Zawisza, proboszcz kolegiaty zamojskiej i pani Irena Czaplicka, więzień Auschwitz. Państwo Czapliccy mieszkali przed wojną po sąsiedzku i zawsze zapraszali nas wszystkich. Dom podobny do naszego był na kształt dworu z dużbfymi pokojami, ładnie urządzonymi. ż0aż0aPamiętam wiszące na choince marcepany w różbfnych kształtach, jak bombki, Podniesiono mnie wysoko i pozwolono wybrać coś, co mi się najbardziej podoba. Wskazałam na długą laskę w złotym opakowaniu. W środku były karmelki. Długo zjadałam ją po kawałku. Takie nieistotne szczegóły pozostają w pamięci - nie wiadomo dlaczego. Pamiętam teżbf pierwsze imieninowe prezenty od pani Czaplickiej. A tymi cieszyłam się ogromnie.ż0aż0a Srebrny pierścionek z oczkiem w kolorze miodu nosiłam z dumą, podobnie, jak granatową wstążbfkę do moich warkoczyków.ż0aż0a Mama wyjechała na kurację do Buska Zdroju. Chodziliśmy wtedy na obiady do Caritasu, gdzie dawano jednodaniowe posiłki dla ubogich. Zaliczaliśmy się co takich. W domu jedliśmy na okrągło pęcak. Do dzisiaj nie mogę na niego patrzeć. Po ośmiu tygodniach leczenia, witaliśmy mamę stojącą na własnych nogach. Stał się cud, żbfycie wróciło do normy. Poza tym obrodziły jabłonie, piekło się więc postną szarlotkę bez cukru i z szarej mąki, ale to i tak było wspaniale. Zupa owocowa zastąpiła znienawidzony pęcak. ż0aż0aNajważbfniejsze było to, żbfe wszyscy się uczyliśmy, a szkoły nasze miały znakomitych profesorów i oddanych pedagogów. ż0aż0aBraci moich uczył znany i powszechnie lubiany prof. Michał Pieszko - historyk i geograf. „Cześć marszałkowi - krzyczeli chłopcy chórem - globus i pałka to symbole marszałka! Cześć, cześć, cześć!” I dopiero wtedy wolno było usiąść, bo trzeba dodać, żbfe za moich czasów zawsze wstawało się na powitanie profesora dla okazania szacunku (o, gdzie te obyczaje?) oraz odmawiano modlitwę na początku pierwszej lekcji i na końcu ostatniej. Dodatkowo takżbfe na lekcjach religii. Drugim popularnym pedagogiem był prof. Miller, założbfyciel zamojskiego ZOO, które powiększone istnieje do dzisiaj.ż0a ż0a Dyrektorem gimnazjum męskiego był wówczas prof. Michał Bojarczuk, a w naszym żbfeńskim pani Maria Kaczyńska, później pani Hanna Porębska. ż0aż0a Wybitnymi profesorkami naszymi były: pani Lucyna Kniaziowa wspaniała polonistka i uwielbiana wychowawczyni. ż0aż0aNiesłychanie skromnie ubrana, przeważbfnie na granatowo. Miała ciemne włosy uczesane gładko w wałek pod spód ujęty w siatkę dla idealnego porządku. Jej szaro-niebieskie oczy przenikały na wylot dogłębnie każbfdą z nas, po prostu czytała w naszych głowach, sercach i duszach. Nie sposób było zapomnieć mądrości tych oczu. Była w nich prawość, czystość, uczciwość, powaga i dobroć zarazem. Lubiła młodzieżbf i rozumiała ją. Dzisiaj, z perspektywy czasu podziwiam Jej takt i umiejętność przekazywania wartości literatury polskiej w okresie, gdy zacierano wszystko, co patriotyczne, wszak rozpoczął się jużbf reżbfim stalinowski. Ile kosztowały Ją zdrowia wizytacje o charakterze politycznym z tendencją, by nauczyciela lub szkołę skompromitować, jak bardzo denerwowała się o nas i za nas - wiedziałyśmy to po charakterystycznej, czerwonej plamie na szyi. Zdaje się, żbfe nasza klasa nigdy nie zawiodła.ż0aż0a Drugą osobowością pedagogiczną była madame Maria Markuszewska, romanistka. Uczyła nas trudnej wymowy języka francuskiego z lusterkiem, co pomagało korygować układ ust. Bezlitośnie wyśmiewała nieudolne „siur”, „dziur”, „żbfe ne se pa”, „żbfe ne we pa”. Sama znała język znakomicie. Była po Sorbonie i po wielu latach spędzonych we Francji. ż0aż0aDystyngowana dama, wyprostowana, lekko uśmiechnięta z buzią w ciup, uczesana starannie w koczek z tyłu i niezmiennie w granatowym „mundurku”. Była po prostu wzorowa! Uczyła nas przy każbfdej okazji dobrych manier i kultury na co dzień. Na lekcjach francuskiego wałkowałyśmy w kółko „Quand trois poules vont aux champs, la premiere va devant...” Zabawy szkolne w gronie własnym urozmaicone były małymi przedstawieniami kostiumowymi, trwały dla klas najmłodszych tylko do godziny 20-tej. Moją wychowawczynią na początku była pani Aurelia Pieszkowa, żbfona prof. Michała Pieszki. ż0aż0aUczyła nas robót ręcznych: szycia na maszynie, kroju i innych umiejętności kobiecych, które przydały się w żbfyciu.ż0aż0a W szkole panowały wtedy obyczaje jak na przedwojennej pensji. Obowiązywał strój granatowy tj. spódniczka o dowolnym kroju i średniej długości oraz bluza, a na uroczystości biała z długimi rękawami bluzka. Do tego nosiło się granatowe berety. Były teżbf w powszechnym zastosowaniu fartuszki czarne i granatowy: jedne o specjalnym kroju z plisowanymi falbankami (wzór przedwojenny) wkładane na coś w rodzaju mundurka; inne bardziej rozpowszechnione i praktyczne - to fartuchy z długimi rękawami, zapinane na mankiet, z przodu zapięcie na całej długości, paseczek w pasie i biały przyszywany kołnierzyk, zawsze świeżbfutki.ż0aż0a Stroje te wymagały ciągłego prasowania i prania kołnierzy, lecz mimo to, większość dziewcząt takie nosiła. Ja donaszałam po Eli przerobioną trochę spódniczkę i bluzę z białym kołnierzem. Byłam bardzo dumna z mojej nowej szkoły i nowych koleżbfanek. Tą z pierwszej ławki, tużbf przed katedrą profesorską, została z wyboru Alisia (Alicja) Treflerówna. Trochę grubasińska, ale ładna szatynka miła i wesoła, która mnie zaakceptowała z miejsca. Podziwiałam jej dwa długie, lśniące warkocze, które zaplecione nad uszami spływały grubymi sznurami i kończyły się dyndającymi granatowymi kokardami w okolicach pasa. Alisia okazała się pilną, solidną, inteligentną dziewczynką i dobrą koleżbfanką. Czasy najpierw wspaniałe, entuzjastyczne pozwalały nam na harcerstwo, zbiórki, ogniska, szkolne msze św. w kościele pod wezwaniem Św. Katarzyny, zaraz koło naszej budy. ż0aż0aPierwsze powojenne i jedyne na długie lata święto 3-go Maja obchodzone było z wielkim wzruszeniem i zaangażbfowaniem patriotycznym. Uczniowie wszystkich szkół oraz ludność z całego Zamościa zebrana na rynku starego miasta - przeżbfywaliśmy entuzjazm. Powiewały wtedy tylko biało-czerwone flagi, a jedna, zatknięta na szpicu wieżbfy ratusza miejskiego prostowała się powiewem wiatru rozciągając w niebo całą swoją wielometrową długość, jakby wołała: „patrzcie, oto znów jestem. Zwyciężbfyłam!” Łzy napływały do oczu, zwłaszcza, żbfe w oficjalnym przemówieniu wciążbf słychać było powtarzane często słowa: SUWERENNA! NIEPODLEGŁA! WOLNA! Był to rok 1946. A podczas uroczystej akademii w szkole Baśka Kowałko recytowała przepiękny wiersz I. Gałczyńskiego „Dwie flagi”, a w nim słowa przyprawiające o dreszcz w placach: „... i nigdy nie będziesz biała, nigdy nic będziesz czerwona, będziesz zawsze biało-czerwona, hej! biało-czerwona. Czerwona, jak puchar wina, biała, jak śnieżbfna lawina”. Jakżbfe szybko zapomniano o rozmowie polskich flag. ż0aż0a Naszą ostoją było harcerstwo - to z lat 1945-49, które nawiązywało do czasów przedwojennych i było oparte na angielskim skautingu według założbfyciela i jego twórcy - Baden Powella. Uczyłyśmy się piosenek harcerskich zawsze żbfywych, w rytmie marsza, lirycznych, śpiewanych przy ogniskach i cudownych, nastrojowych, głębokich modlitw, które przenikały leśną ciszę na wieczornych apelach obozowych i schodziły do mruczanda kończącego się uściskiem splecionych na krzyżbf dłoni - symbolicznego gestu jedności.ż0aż0aż0aO, Panie Bożbfe, Ojcze naszż0aw opiece swej nas miej.ż0aHarcerskich serc Ty drgnienia znasz,ż0aDopomóc zawsze chciej.ż0aWszak Ciebie i Ojczyznę,ż0aMiłując chcemy żbfyć,ż0aHarcerskim prawom w żbfycia dniach ż0aWiernymi zawsze być.ż0aż0aż0aA jeszcze w Hrubieszowie nauczyłam się na zbiórkach chorału Kornela Ujejskiego. ż0aż0aż0aZ dymem pożbfarów, z kurzem krwi bratniej, ż0aDo Ciebie Panie bije ten głos.ż0aSkarga to straszna, jęk to ostatni,ż0aOd takich modłów bieleje włos.ż0aż0aMy jużbf bez skargi nie znamy śpiewu.ż0aWieniec cierniowy wrósł w naszą skroń.ż0aWiecznie, jak pomnik Twojego gniewuż0aSterczy ku Tobie błagalna dłoń. ż0aż0aO, Panie, Panie, ze zgrozą świata ż0aOkrutne dzieje przyniósł nam czas. ż0aSyn zabił matkę, brat zabił brata, ż0aMnóstwo Kainów jest pośród nas.ż0aż0aAleżbf o Panie, oni niewinniż0aChoć naszą przyszłość cofnęli wstecz.ż0aInni szatani byli tam czynniż0aO, rękę karaj, nie ślepy miecz.ż0aż0aż0aPiszę z pamięci zdumiona, żbfe słowa te tkwią we mnie ponad sześćdziesiąt lat.ż0aż0a Poza pieśniami i wierszami uczono nas sprawności umysłowej, fizycznej, wielu umiejętności tzw. radzenia sobie w trudnych żbfyciowych sytuacjach. Odwaga, prawość rzetelność, spostrzegawczość, solidność i solidarność - to cnoty, które wówczas były w najwyżbfszej cenie. Jednym słowem - tamto harcerstwo było organizacją wychowawczą, patriotyczną, dającą wiedzę, wiele sprawności i umiejętności żbfyciowych, ale równieżbf ogromną radość i wiele atrakcji. Uczyłyśmy się wiązać węzły, musiałyśmy umieć tropić, odnajdywać drogę w lesie, nieść pomoc, w wypadkach. Później nawet skończyłam kurs sanitarny i zastałam druhną higienistką, co przydało się nie tylko w Żabczycach na Śląsku, na obozie w 1949 r. ale w ciągu całego żbfycia. ż0aż0a Do niewątpliwych atrakcji należbfały kiermasze, na które przygotowywałyśmy same różbfne zabawki, bibeloty, serwetki, koszyczki itp. przedmioty własnej roboty, by po ich sprzedażbfy uzyskać pieniądze na organizację obozu letniego. Uwielbialiśmy wszyscy wieczorne ogniska na stadionie zamojskim, przygotowywane wspólnie z harcerzami z Liceum męskiego im. hetmana Jan Zamoyskiego. Pomyślane były jako widowiska pełne humoru i śpiewu przy płonącym, ogromnym ognisku. Przychodziło na nie całe społeczeństwo miasta. W zimie „ogniska” odbywały się w pomieszczeniach szkolnych z kominkiem elektrycznym niby żbfarem.ż0aż0a Zdążbfyłam wziąć udział w dwóch obozach, które wspominam z sentymentem. Pierwszy odbył się na Pomorzu, w Damnicy koło Słupska, w przepięknych lasach Pomorza Środkowego. Do morza daleko i do jezioru Damno równieżbf, za to świerki imponującej struktury zaczynały swe gałęzie na ziemi, a strzelały w gorę piramidalnie na kilkanaście metrów. Cudo przyrody! ż0a ż0a Wieziono nas, cały pociąg towarowy pełen harcerek i harcerzy z Lubelszczyzny, przez trzy doby. Wagony były brudne, nasz po piachu, który sypał się w oczy, włosy i w jedzenie. Miałyśmy sienniki wypchane słomą, wkoło stały ławki, które strasznie nam przeszkadzały, bo w rezultacie nasze głowy musiały zostać pod nimi. Przy różbfnych manewrach na bocznicach i przy zmianie toru przewracały się na nas. Ale to jeszcze nic. Gdzieś w połowie drogi zaczął padać deszcz. Wagon zaczął przeciekać. Strużbfki wody ściekały pod nasze sienniki. Wieziona w workach mąka, kasza i cukier zamokły, a my brudne, głodne, zmęczone, ale szczęśliwe dojechałyśmy na miejsce.ż0aż0a Same stawiałyśmy ogromne namioty na sześć osób. Budowałyśmy z otrzymanych od leśników tarcic prycze i półki pod plecaki. Prycza okazała się za krótka, a rezultatem tego był ból w kolanach i jęki przy porannej gimnastyce. ż0aż0a Nasza drużbfyna druhny Krysi Łenykówny miała trzy namioty ustawiono dośrodkowo. Pośrodku placyku stanął maszt z wciąganą i ściąganą codziennie podczas apeli flagą. Życie obozowe zaczynało się o 7-mej gimnastyką-torturą, a potem według wyznaczonego porządku. Obok namiotów mistrzynie zbudowały ceglaną kuchnię i zadaszenie na słupkach. Stoły i ławy naszej jadalni pod chmurką oraz latryna w głębi lasu teżbf były wykonane przez nasze koleżbfanki. Piszę to wszystko dlatego bo jużbf po nas obozy organizowano w oparciu o szkoły, ze spaniem w salach, kuchnią wiejską i kucharkami - mamami. Nie jestem pewna czy tym dziewczętom harcerstwo pomogło w żbfyciu.ż0aż0a Kilka godzin przedpołudniowych wypełniała praca, fizyczna, nazywana „służbfbą Polsce”. Nasza drużbfyna miała zadanie wyjątkowo trudne polegające na plewieniu z jeżbfyn obszaru młodych sadzonek. Kolce jeżbfyn wchodziły głęboko w dłonie i dawały później odczyny zapalne z ropą. Nie miałyśmy do tej pracy ani narzędzi ani ochronnych rękawic. Wolałam więc na ochotnika zgłaszać się do pracy zaopatrzeniowca. ż0aż0aObie z Lalką (Ireną) Szomańską wędrowałyśmy ok. 2 km, a możbfe więcej do pobliskiej wsi po chleb i do specjalnego magazynu, gdzie dawano nam skondensowane wojskowe amerykańskie mleko w puszkach. Jedną puszkę półlitrową chyba, konfiskowałyśmy dla siebie „za trud”. Zbaczałyśmy z drogi w pola i tam wypijałyśmy mleko zachęcając siebie wzajemnie: „popij mleczko”. To mleko było dla mnie prawdziwy lekiem ponieważbf cały maj ciężbfko przechorowałam na zapalenie płuc. Leczona byłam chininą, bo penicyliny w Polsce jeszcze nie. znano. Gorączka bliska 40 stopni nie opuszczała mnie przez dwa tygodnie. Byłam wychudzona i słaba. Zaczęły mi garściami wypadać włosy. Po powrocie mama pozwoliło mi obciąć włosy i zrobić pierwszą w żbfyciu trwałą ondulacje tzw. parową. Czy ktoś dzisiaj wie co to znaczy?ż0aż0a Okropna męka i niebezpieczeństwo poparzenia wrzątkiem, który. w specjalnych rurkach nie zawsze szczelnych, bulgotał przez godzinę na głowie. Potem skołtunione włosy niczym u merynosa, układał precyzyjnie fryzjer (przeważbfnie wówczas płci męskiej). W lewo i w prawo wyciskał głębokie bałwany, po czym odmieniona kompletnie wyglądałam dorosło i pretensjonalnie. Zostało to zauważbfone w szkole: czy wiecie, żbfe ta mała Fabijańska zrobiła sobie trwałą? - zabrzmiało, jak skandal. Koleżbfanki przyjęły zmianę tolerancyjnie, a możbfe z ociupina zazdrości.ż0aż0a„Wydarzenie” to odzwierciedlał teżbf i utrwalił wiersz naszej klasowej poetki, Danki Cieliszak, wpisany do mojego pamiętnika: ż0aż0aż0aZnam taką „Kropkę” co ma czarne oczy,ż0a„Kropkę”, co często chodzi bardzo zła.ż0a„Kropkę”, co niegdyś miała dwa warkocze,ż0aDzisiaj ta „Kropka” ondulację ma.ż0aż0aż0a Skąd wzięła się „Kropka” nie pamiętam - fakt, żbfe przez całą średnią szkołę nosiłam ten pseudonim.ż0aż0a Tymczasem w szkole wprowadzono reformę zamieniając przedwojenny system dwunastoletni na jedenastolatkę. W rezultacie, po drugiej klasie gimnazjalnej znalazłam się w klasie dziewiątej. Wprowadzono nowy przedmiot - „Służbfba Polsce” z komendantką zamiast profesorki. Uczyłyśmy się musztry wojskowej, nawet strzelania z KBKS-u na prawdziwej, wojskowej strzelnicy i ciągle kazano nam śpiewać socjalistyczne piosenki. „Hej, Wy konie rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcie żbfe nas, niech zawarczą traktory bojowe, nam jużbf w pochód wyprawić się czas”. „Służbfba Polsce - święty sztandar nasz, celem dobro ludu, by nad Odrą czujnie trzymać strażbf, w pracy dokonać cudu”.ż0aż0a Do tych lekcji obowiązywał mundur składający się z wąskiej granatowej i bluzy koloru khaki, o wojskowym kroju z kieszeniami na biuście i patkami na ramionach. Na głowę były furażbferki, które najlepiej nosiło się na ramieniu. Miałyśmy więc odmianę munduru. Zetempówki nosiły do tego stroju czerwone krawaty. Ani ja, ani Lalka, bardzo zaprzyjaźniona od czasu Damnicy, nie należbfałyśmy do tej masowej organizacji komunistycznej. Obie stanowiłyśmy filary reakcji i nawet nam się to udało do końca. Liczyłam się z konsekwencjami takimi, żbfe nie dostanę się na studia, ale i tak byłabym przekreślona. Ojciec wrócił z niewoli i chodził w amerykańskim mundurze, do żbfadnej partii nie należbfał, pochodzenie inteligenckie – wszystko to stawiało przy moim nazwisku gigantyczną krechę.ż0aż0a Jedyną nadzieją był Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie nie pytano o pochodzenie i przynależbfność organizacyjną, jedynie o zasób wiedzy i zdolności. Na polonistyce na KUL-u studiowała jużbf wtedy siostra Ela i zaczynał prawo Julek. Pełna więc otuchy i nadziei kończyłam szkolę ogólnokształcącą. Zwyczajem wcześniejszych lat pozwolono nam na wyhaftowanie symboli na czapce maturalnej. Właśnie, żbfeby łatwiej było odróżbfniać uczniów różbfnych szkół zamojskich, wprowadzono obowiązkowe czapki. Nasze miały kolor czarny, krój rogatywki z daszkiem czarnym i otokiem amarantowym, na którym złocił się żbfółty sznur. Czapki były bardzo gustowne i twarzowe. Miękki aksamit dobrze się układał i świetnie zginał, gdy trzeba było schować czapkę do teczki. O to noszenie na głowach stale wychowawczynie perswadowały i apelowały. Dopiero ozdobiona haftem, maturalna czapka stała się bez perswazji naszą dumą. A tym haftem było niewątpliwe curiosum - plan sześcioletni: na złotej siatce czerwona linia wykresu 1945 - 1951 z gołąbkiem pokoju u góry i czerwonym, wielkim napisem AKADEMIA ZAMOSCENSIS. Signum temporis. Symbol dawnej Akademii założbfonej przez hetmana Jana Zamoyskiego został samowolnie zmieniony i pozbawiony herbu rodowego „Jelita” (trzy włócznie). Takie pomieszanie z poplątaniem. No, ale tak było. Ktoś wymyślił, ktoś zaakceptował Czapka, jako pamiątka rzeczowa istnieje, chociażbf nieco sfatygowana.ż0aż0a Stosunkowo często w szkołach i w harcerstwie organizowane były zabawy taneczne. Pierwszą zabawą, która trwała ażbf do godziny 23 była oczywiście studniówka, świetnie przygotowana pod względem artystycznym wspólnie z kolegami z męskiego liceum - klas równoległych. Traktowałyśmy ich dość pogardliwie uważbfając za dzieciuchów nie umiejących tańczyć. Wzięli to sobie do serca i o dziwo! uczyli się na każbfdej przerwie. Któregoś dnia wybuchła afera, doszło do obrazy. I to kto? - Leszek, syn dyrektora Michała Bojarczuka nazwał nas „starymi gratami, z których sypie się próchno”. Sprawa oparła się o obie dyrekcje. Zażbfądałyśmy przeprosin. Wreszcie nasza pani dyrektor Hanna Porębska przyprowadziła do klasy purpurowego Leszka, który w obecności swojej sympatii, damy serca, stanął przed klasą i głośno nas przeprosił. Wtórował temu aktowi skruchy złośliwy chichot. Studniówka nie została odwołana i pięknie udała się, z zaangażbfowaniem obu szkół ogólnokształcących. Na początek przedstawiliśmy operetkę z librettem pisanym przez Hanię Skopińską i Marysię Cieślakównę - dwie utalentowane, szalone dziewczyny, moje przyjaciółki z Zamościa i :wcześniej z Hrubieszowa.ż0aż0a Reżbfyserowała pani Regina Cieślakowa. To było świetne przedstawienie z tekstami o naszych szkolnych bolączkach, obrazujące wkraczający do szkół reżbfim stalinowski i bezsens niektórych działań zwłaszcza organizacji politycznej Związku Młodzieżbfy Polskiej (ZM.P), która zdominowała wszystkie organizacje i sterroryzowała grono nauczycielskie. ZMP decydowało o ich żbfyciu. Ale młodzieżbf, jak to młodzieżbf zawsze sobie ,jakoś poradziła, chociażbf byli koledzy, którym nie dano zdać matury, poszli siedzieć na zamku w Lublinie, rzekomo zamieszani w zabójstwo milicjanta w niedalekim od Zamościa Zwierzyńcu. Prawdy nie dowiedzieliśmy się nigdy. Faktem był wyrok śmierci, złagodzony do 25 lat. Śmierć Stalina i czasy Gomułki ułaskawiły ich po kilku latach spędzonych w donżbfonie zamku (okrągła wieżbfa przyp. red.), gdzie była woda po kostki, a po jakimś czasie takżbfe we Wronkach (więzienie we Wronkach dla więźniów politycznych uważbfane było za najciężbfsze). Jurka Kurzempy, tego uroczego, inteligentnego i bardzo zdolnego kolegi-filozofa nie widziałam jużbf nigdy, a Jurka Kuszla, ktorego poznałam przez mojego brata Julka po zwolnieniu w 1954 - siwiusieńkiego, jakby miał 70 lat. Piszę o tym, by utrwalić ich pamięć. ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇfoto_21.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇHarcerki z Zamoscia na obozie w Damnicy w 1948 r. Czesc druzyny Krystyny Lenykówny (siedzi po lewej). Pierwsza stojaca z lewej - T. Fabijanska.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ43ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇfoto_21.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ590ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110343ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14465ˇ1157738526ˇ8ˇ1157979117ˇ9ˇ9ˇ11ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. ZamośćˇMoje żbfycie związane jest z kilkoma miejscowościami. Wszystkie są historycznie ważbfne, kulturowo bardzo ciekawe, artystycznie piękne i słynne. ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aż0aż0a***image1:center***ˇ Urodziłam się w Zamościu - późnorenesansowym mieście-twierdzy założbfonym w 1580 r. Przez hetmana Jana Zamoyskiego, kanclerza wielkiego koronnego. Miasto to zaprojektował w całości architekt - urbanista włoskiego pochodzenia, Bernardo Morando. Zamość posiada ok. 120 zabytków architektury, do których należbfą m.in. ż0aż0anajwspanialsza kolegiata (obecnie katedra), ratusz wraz z zespołem podcieniowych kamienic wokół rynku, zamek, a możbfe raczej pałac Zamoyskich, przed którym postawiono we wrześniu tego roku pomnik założbfyciela, Jana Zamoyskiego na koniu, wykonany w konwencji znanych arcydzieł renesansowej rzeźby włoskiej. Pięknie się tam prezentuje i przypomina początki naszej Padwy Północy, jak zwykło się określać tę perłę miast. Zabytkiem jest gmach Akademii Zamojskiej (1594), do której uczęszczałam przez sześć lat szkoły średniej, kościół oo. Franciszkanów (przed wojną i po wojnie było tam kino i sala widowiskowa, gdzie graliśmy przedstawienia i słuchaliśmy koncertów znakomitych artystów polskich). ż0aż0aImponujący swą stylową formą architektury militarnej zespół fortyfikacji związany jest ze znanymi nazwiskami inżbfynierów i generałów włoskich i austriackich. Zachowana jest pamiątkowa cela, w której rząd carski więził Waleriana Łukasińskiego w latach 1824-26 za działalność patriotyczną. Jedną z pierwszych budowli wzniesionych przez B. Moranda był arsenał, usytuowany obok pałacu, mieszczący dzisiaj ciekawe zbiory muzealne z zakresu militarów. Istnieją cztery bramy wjazdowe w fortyfikacjach miasta z tym, żbfe pierwsza brama Lubelska została zamurowana na pamiątkę przejazdu arcyksięcia Maksymiliana austriackiego po wzięciu go do niewoli w 1588 r. w przegranej bitwie pod Byczyną.ż0aż0a Zwycięskie wojska hetmana konwojowały dostojnego więźnia w małej karetce, ale przez tę bramę nikt jużbf więcej nie przejechał. Wybudowano drugą, obecnie zrekonstruowaną.ż0aż0a Miasto Zamość zostało wpisane w 1980 r. na listę międzynarodowego dziedzictwa kulturowego i jest Pomnikiem Historii. Jest to takżbfe miasto-bohater odznaczone Krzyżbfem Grunwaldu III klasy.ż0aż0a Na przestrzeni dziejów Zamość wiele wycierpiał. Po pierwszym rozbiorze Polski w 1772 r. zajęli miasto Austriacy. Dokonali wielu zniszczeń jego form artystycznych, traktując renesansowe ozdoby np. attyki, jako zbędne dla koszar wojskowych.ż0aż0a Zubożbfona przez to została ich koronkowa dekoracja, jedyna w skali całego rynku, tak unikatowego miasta, gdzie każbfda kamienica posiadała na parterze podcienia, reprezentacyjne pierwsze piętro (odpowiednik piano nobile w pałacach ) i mezzanin z attyką zasłaniającą pogrążbfony dach, zupełnie niewidoczny. Było to cudownie pomyślane, bowiem dekoracja architektoniczna i sztukatorska, na każbfdej kamienicy inna, podkreślona tu została kolorem mocnym, ale harmonizującym z całością. Chciałoby się powiedzieć – kolorowe, koronkowe miasto. Niestety, nie przywrócono tego w czasie ostatniej rewaloryzacji trwającej długie lata 70. i 80., a mającej na celu m.in. "wydobycie zatartych walorów artystycznych".ż0aż0a Zamość, chociażbf uczestniczył we wszystkich wojnach, jakie na tych terenach się toczyły, nigdy nie był zniszczony działaniami wojsk. Twierdza zdała egzamin. Najboleśniejsza ostatnia wojna światowa lat 1939-1944 (dla tych terenów) pozostawiła Pomnik Martyrologii w rotundzie odległej od murów miasta ok. l km. Jest tam dzisiaj Mauzoleum Martyrologii Zamojszczyzny. Była to niegdyś działobitnia wzniesiona w 1atach 1825-31 przez rząd carskiej Rosji (od 1815 zabór rosyjski) z czerwonej cegły w kształcie obwarzanka z celami wewnątrz i dziedzińcem z bramą wjazdową. Na tym dziedzińcu palono zwłoki więźniów trzymanych w okropnych warunkach i ścisku. Rozstrzeliwani byli na miejscu. Do dzisiaj brama nosi ślady odłamków kul, a wyrwa w murze po lewej stronie za bramą, za drutem kolczastym - to miejsce straceń. Ginęła tu przede wszystkim inteligencja, działacze ruchu oporu i ludzie o zdolnościach przywódczych. Ginęły tu równieżbf dzieci przywożbfone z terenów pacyfikowanych przez hitlerowców. Ostatni ordynat zamojski, senator Jan Zamoyski, wraz ze swoją żbfoną uratowali 300 dzieci, organizując im opiekę, wyżbfywienie, mieszkanie i naukę w Zwierzyńcu, gdzie mieszkali w latach okupacji. Te miały szczęście, po wojnie niektóre odnalazły rodziców. ż0aż0a W latach po okupacji hitlerowskiej Zamość leczył rany psychiczne i rozwijał się edukacyjnie i kulturowo. Było dużbfo szkół, takżbfe średnich, teatr amatorski, oczywiście przedstawienia szkolne, rewie, pokazy sportowe, ogniska harcerskie z artystyczną oprawą. Znakomicie dobierało repertuar kino "Stylowy", do którego chodziło się na najgłośniejsze filmy zarówno zagraniczne, jak i polskie przed i powojenne. ż0aż0a Od 1975 r. podniesiono status miasta na wojewódzkie. Miało to pozytywny wpływ na rozwój urbanistyczny. Powstały nowe osiedla mieszkaniowe. W Academii Zamoscensis znów otworzono uniwersytet. W hierarchii kościelnej kolegiata stała się katedrą, a w miejsce kolegium powstała kuria biskupia.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇratusz.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇRatusz w Zamosciu, kolo którego codziennie przechodzilam, fot. W. Kalinowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ3ˇ57ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇratusz.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ473ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110357ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14466ˇ1157739139ˇ8ˇ1158239425ˇ8ˇ9ˇ11ˇ2006ˇMigawki (5)ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ*ż0aż0a W Anglii do niedocenionych działaczy kulturalnych emigracji żbfołnierskiej, którzy z aktywności swej nie mieli korzyści materialnych, ani nie doczekali się honorowych laurek, była akaczka Olga Żeromska, choreografka polskich tańców ludowych w Zespole Tańca im. Oskara Kolberga założbfonego w Londynie w 1953 roku i autorka podręcznika. Była ponadto niezmordowaną entuzjastką i kierowniczką grupy aktorskiej “Pro Arte”.ż0aż0a Poznałem ją jeszcze w pierwszych latach pięćdziesiątych. Odwiedzałem mieszkającego w tym samym domu kolegę z uniwersytetu w Irlandii Wojciecha Gniatczyńskiego i Janusza Poray-Biernackiego, który pod pseudonimem Janusza Jasieńczyka wydał akurat powieść “Walter 4.65” i w całym mieszkaniu porozwieszane były rysunki pokazujące wyczyny protagonisty książbfki, Marka Kordy. Gniatczyński pracował w katolickim wydawnictwie Veritas, gdzie szefowali Józef Kisielewski, autor “Ziemia gromadzi prochy”, publicysta Jan Tokarski oraz krytyk Jan Bielatowicz. Przez lokal przewijała się z pogodnym uśmiechem poetka Beata Obertyńska.ż0aż0a Oleńka, zgromadziwszy wokół siebie grupę tańczącej młodzieżbfy z kolei marzyła o widowiskach teatralnych i szukała stosownego dla niej repertuaru. Nie zadowoliła się istniejącą podażbfą, żbfądała tekstów nowych, współczesnych, a nie istniejące w języku polskim starała się przełożbfyć, względnie zapędzić znajomych do przekładania, aby je potem grać ze swoją trupą.ż0aż0a Wojciech Gniatczyński przetłumaczył dla niej sztukę irlandzkiego dramaturga Johna Millingtona Synge’a (1871-1909). Wiedząc o tym, żbfe skończyłem filologię iberyjską, poprosiła mnie o przekład ogromnie wówczas na całym świecie popularnego hiszpańskiego poety i dramaturga Federica Garcia Lorki. I tak powstała moja wersja “Przedziwnej szewcowej” (La zapatera prodigiosa), dwuaktowej komedii o rezolutnej młódce z fantazją, którą wydano za starszego, poczciwego rzemieślnika.ż0aż0a Tę sztukę Żeromska wystawiła dwanaście razy w swoim teatrze fundując polskiej widowni barwną espanioladę. Przed pokazem sztuki czytała wiersz Józefa Łobodowskiego “Elegia na Fryderyka Lorkę”. Sama przełożbfyła “Bal złodziei” modnego Jeanna Anouilh. W programie anonsowała premiery “Marchołta” Romana Brandstaettera, “Zwiastowanie” Paula Claudela, “Historię bardzo cudną o Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka, “Złotą Czaszkę” Juliusza Słowackiego, “Powrót Odyssa” Stanisława Wyspiańskiego, a jako sztuki czytane “Dialogi karmelitanek” George’a Bernanosa i “Ślub” Witolda Gombrowicza. ż0aż0a Kiedy w drodze z Kanady do Polski w roku 1974 roku rozmawiałem z Oleńką, wspomniałem jej o festiwalu polonijnych zespołów w Rzeszowie, żbfachnęła się na słowo “polonijny”. W Anglii go nie użbfywaliśmy, bo kojarzył się z kandydaturą na obcokrajowca, a my chcieliśmy wrócić do Polski, a nie robić żbfadnej kariery na Zachodzie. Na organizowane przez reżbfim imprezy emigranci nie reflektowali. Poziom osiągało się przez pracę, najczęściej darmową, ale za to bez pochlebstw, nie rezygnując z suwerenności.ż0aż0a Bardzo się takżbfe zainteresowała moim przekładem “Kołysanki” (Canción de cuna) Hiszpana Gregoria Martineza Sierry (1871-1941). Ta urocza dwuaktówka, aczkolwiek traktuje o wychowaniu dziewczynki przez zakonnice, którym została podrzucona, była grana z powodzeniem w prestiżbfowym teatrze paryskim Comedie Francaise. Wymagając licznej obsady żbfeńskiej grywana była chętnie w szkołach dla dziewcząt.ż0aż0a W miarę upływu lat słabło żbfycie kulturalne emigracji londyńskiej. Coraz trudniej było wystawiać ambitne sztuki. Starzeli się artyści, wśród nowych nie było ochotników do pracy bezinteresownej.ż0aż0aAczkolwiek Żeromska przyjęła przekład z entuzjazmem, nie zdołała z nigh skorzystać. Ostatecznie, pomysł się zdezaktualizował. Maszynopis utknął u Żeromskiej, jak w różbfnych miejscach przepadły inne moje prace przekładowe.ż0aż0aż0a*ż0a Kontrowersyjnego między wojnami poetę Mariana Czuchnowskiego (1909-1991) nieraz spotykałem w Londynie w drukarni “Oficyna Poetów i Malarzy” Czesława i Krystyny Bednarczyków pod przęsłem mostu kolejowego Waterloo. Zatrudniali go do falcowania i innych prac związanych z produkcją czasopism i książbfek. Nieśmiały i przygaszony, zagubiony i zapracowany nie skarżbfył się na ciężbfki los robotnika w obcym kraju. Dla młodszych od siebie był człowiekiem bez przeszłości, nie znaliśmy jego literackich sukcesów i nie czytaliśmy najlepszych utworów. Tylko po łebkach dowiedzieliśmy się o jego młodzieńczym radykalizmie, a potem o ciężbfkich przejściach w czasie zsyłki do ZSRR, gdzie stracił swoje iluzje raz na zawsze. Z armią Andersa przeszedł na Bliski Wschód.ż0a ż0a Był podwójnie wyobcowany: z dawnych przekonań politycznych i ze środowiska awangardzistów.ż0a ż0a Postradał wiarę w wyznawaną dotąd ideologię będąc świadkiem inferna sowieckiego. Potem odrzucił kuszenie uprzywilejowanych towarzyszy, wśród których mógł był zostać dygnitarzem w PRL-u i pędzić dostatnie żbfycie, ale wybrał mizerię emigracyjnego tułactwa i ubóstwo. Los nie szczędził mu osobistych tragedii. Opowiadał mi kiedyś w drukarni jak opiekował się umierającym ojcem i podawał mu uśmierzającą ból morfinę. Chętnie i szczodrze służbfył swoimi tekstami naszemu pismu sympatyzując z młodym idealizmem.ż0aż0aż0a*ż0aż0a Zaproszenie Czesława Miłosza do Londynu przez naszą grupę młodych poetów spotkało się z protestem przeciwników politycznych z Zygmuntem Nowakowskim na czele. To on w felietonie w “Dzienniku Polskim” z 3 października 1957 roku napisał: “To pewna, żbfe odczyt nie powinien odbyć się w gmachu, przyozdobionym sztandarami wojska polskiego. Trzeba ten gmach wykadzić”.ż0aż0a Jako redaktor miesięcznika, który Miłosza zaprosił napisałem wtedy list do “Dziennika Polskiego”. List się ukazał mimo, żbfe Nowakowski był jednym z dyrektorów dziennika, a list nie był elegancki.ż0aż0a Atoli trzy lata po incydencie z Miłoszem Nowakowski napisał felieton ”Kula u nogi?” Był to błyskotliwy komentarz do dyskusji, jaką wówczas przeprowadziliśmy w naszym piśmie na temat języka zastanawiając się, czy w naszej sytuacji polszczyzna była dla nas najwłaściwsza, czy nie należbfało się od niej uwolnić i przylgnąć do języka angielskiego. Zygmunt Nowakowski ani przez moment nie wątpił, żbfe jednak zwyciężbfy język polski. Cytując fragment mojego przekładu hiszpańskiej prozy poetyckiej, nie szczędził mu najwyżbfszych pochwał i zakończył tak: „I czy ktoś, kto tak pisze, możbfe kiedykolwiek wyrzec się pisania po polsku? Czy polszczyzna i polskość możbfe być u niego kulą u nogi?”ż0aż0a Mimo żbfe widział, iżbf stare i młode pokolenie pisarzy na uchodźstwie odnosi się do siebie z obojętnością i chłodem, nie miał wątpliwości co do tego, który język młodzi wybiorą. Decyzja nie zapadnie w dyskusji, argumentował: „Ona wykluje się sama, w samotności, w pasji, w trudzie, w męce, w wewnętrznym szamotaniu się. Decyzja taka nie możbfe być dziełem rozwagi. Ona przyjdzie pewnego dnia jak piorun. I będzie wyrazem solidarności nie wykalkulowanej na zimno, nie wyrozumowanej, ale radosnej, tajemniczej solidarności z Polską, przed którą nie da się uciec nigdzie, nigdzie ukryć, nigdzie zamknąć”. I zakończył: „A język, zamiast kulą u nogi lub wędzidłem, stanie się ostrogą do lotu”.ż0aż0a Po latach wiem, żbfe przeczucia Nowakowskiego jednak go nie zawiodły, takżbfe w odniesieniu do mnie samego.ż0aż0aż0a*ż0aż0aRóżbfne miałem sprawy z Janem Nowakiem Jeziorańskim. Chciał mnie zwerbować do radia, kiedy go odwiedziłem w Monachium, ale przyznał, żbfe powinienem pilnować kariery akademickiej, jeżbfeli stanie się aktualna.ż0aż0a Kiedy możbfna było swobodnie jeździć do wolnej Polski oświadczył, żbfe nie będzie jeździł na różbfne tam Hawaje i Bahamy, ale do Polski. I w tym się z nim zgodziłem. Spotkałem go potem we Wrocławiu.ż0aż0a Latał do kraju, bo wiedział, jako doświadczony emigrant, żbfe tylko tam znajdzie przyjaźnie najbardziej osobiste, wychodzące poza zdawkowe kontakty i rozmowy, przyjaźnie głębsze, oparte na wspólnocie zainteresowań, o które gdzie indziej niełatwo, bo są rzadkie nawet w sprzyjających warunkach i materialnym otoczeniu. Posiadanie bratniej duszy to wygrana na loterii, to kosztowanie pełni żbfycia, to wychodzenie poza ciasne, samolubne ramki, aby żbfyć żbfarliwiej. Największym brakiem na emigracji jest brak bliskich ludzi, którzy są bardziej potrzebni w żbfyciu niżbf dobrobyt i kariera, bo są rękojmią zdrowia. Ich strata jest nieszczęściem. Kto stracił druha i nieodstępnego towarzysza stał się kaleką.ż0aż0aż0a*ż0aż0a Wisławę Szymborską poznałem w redakcji “Tygodnika Powszechnego”. Kiedy wszedłem do pokoju Jerzego Turowicza, zastałem go z poetką, która akurat zdawała relację z podróżbfy do Niemiec, gdzie odebrała nagrodę Goethego. Wręczyłem jej emaliowy znaczek w postaci miniaturowej kanadyjskiej flagi. Kiedy wysłałem jej artykuł z przełożbfonymi na język hiszpański jej dwoma wierszami z gazety kolumbijskiej, otrzymałem charakterystyczną kartkę z ryżbfym kotem i podziękowaniem. Teraz kot pilnuje mojego komputera.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇzjazd_pis-21.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇZjazd Zwiazku Pisarzy Polskich na Obczyznie w Londynie w 1991 roku. Trzeci od lewej Florian Smieja, obok po prawej Olga Zeromska, za nia stoi Zdzislaw Broncel. Florian Smieja otrzymal wówczas nagrode Zwiazku Pisarzy Polskich na Obczyznie, fot. arch. F.S.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ4ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇzjazd_pis-21.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ255ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmieja ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110604ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14467ˇ1157739945ˇ8ˇ1158239380ˇ8ˇ9ˇ11ˇ2006ˇMichał D. Adamski. Kartki z żbfycia filmowca.ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, sierpień 2006, nr 44ż0aż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇJoanna Sokołowska-Gwizdka: Jest pan filmowcem-pasjonatem. Widać to w pana filmach, w bogactwie ich treści, w chęci utrwalenia zjawisk ważbfnych i często niepowtarzalnych, w rzetelnej dokumentacji historycznej. Skąd u pana ta wielka pasja, której jest pan wierny jużbf ponad 30 lat?ż0aż0aż0aMichał D. Adamski: Myślę, żbfe przyczyn tej pasji należbfy się doszukać we wszystkim, co przeżbfyłem podczas II wojny światowej i po wojnie. Muszę o tym szerzej opowiedzieć.ż0aż0a Moje dzieciństwo w Sieradzu i formalną edukację przerwała wojna w 1939 roku. W wieku trzynastu lat, parę dni przed Wielkanocą 1942 roku, zostaliśmy wraz z całą rodziną deportowani przez żbfołnierzy niemieckich z rodzinnego domu i wywiezieni do niewolniczej pracy w Niemczech. Zmuszony byłem do ciężbfkiej pracy jak dorosły, wśród obcych, zdany nieraz na kaprysy okrutnych niemieckich majstrów i niedożbfywienie.ż0aż0a Pracowałem najpierw u niemieckiego Bauera, po sezonie letnim przy karczowaniu lasu w górach Hartzu, a potem ostatecznie przeniesiony zostałem do fabryki w Sangerhausen w Saksonii. Moją walkę o przetrwanie fizyczne umilałem sobie snuciem fantastycznych marzeń, co będę robił po wyzwoleniu, gdy Niemcy przegrają wojnę, a ja powrócę do Domu w Sieradzu w wolnej Polsce.ż0aż0a 12 czy 13 kwietnia 1945 roku przyszło wyzwolenie, do Sangerhausen wkroczyły wojska amerykańskie. Ale radość nas - wyzwolonych z obozów niewolniczej pracy i obozów koncentracyjnych, była niestety krótkotrwała. Ponieważbf po latach przerwy wznowiony został dostęp do komunikatów radiowych i polskich programów BBC, zaszokowała nas podawana tam wiadomość: Polskę “wyzwoli” Sowieci. W kraju trwają aresztowania AK-owców, bezsilnie protestuje prawowity Rząd Polski w Londynie. Wkrótce ma być uznany przez naszych zachodnich sprzymierzeńców, Anglię i Stany Zjednoczone - Ludowy Rząd Jedności Narodowej - kukiełkowy twór Stalina. ż0aż0aPrzyjęliśmy to jak nową Sowiecką okupację Polski. Wobec tego większość z nas - wyzwolonych z obozów i uwolnionych od niewolniczej pracy w Niemczech, doświadczonych przez ostatnie 5 lat prześladowaniami pod okupacją totalitarnych rządów Hitlerowskich Niemiec, a takżbfe, niemniej okrutną, okupacją Stalinowskiej Rosji, zdecydowała się nie wracać do Ludowej Polski. Podobnie zdecydowało we Włoszech lub Anglii wielu żbfołnierzy Polskich Sil Zbrojnych na Zachodzie, teraz jużbf niepotrzebnych Sprzymierzeńcom i zdemobilizowanych.ż0aż0a Nazwani uchodźcami, osobami bez kraju, zgromadzeni w wielkich obozach D.P., zostajemy w zachodnich Niemczech. ż0aż0aWiększość z nas wegetuje przez parę lat. Niektórzy zmuszeni beznadziejnością żbfycia i brakiem perspektyw wrócili do “Bierutowskiej Polski”. Jednak ja, wraz z szeregiem innych młodych osób, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, wykorzystujemy ten czas, aby wrócić do szkoły. Na terenie obozu D.P. Durzyn-Wildflecken w Bawarii w przyspieszonym tempie zrobiłem kilka klas gimnazjum. Po roku wyjechałem do Esslingen, k. Sttudgartu, gdzie w budynku miejscowej niemieckiej Politechniki od października 1945 roku zaczęła działać Polska Wyżbfsza Szkoła Techniczna, zorganizowana przez wyzwolonych z niemieckich obozów polskich naukowców. ż0aż0aZostałem tam przyjęty na semestr wstępny inżbfynierii cywilnej.ż0aż0a W szkole tej poza semestrem wstępnym, z przewidywanych do dyplomu sześciu semestrów, ukończyłem zaledwie trzy dalsze semestry. Od wyzwolenia tak w obozach D.P., jak w naszej szkolnej bursie na studiach przez jakieś dwa lata nieźle utrzymywała nas UNRA. Po sierpniu 1947 organizację tę rozwiązano, opiekę nad uchodźcami przejęło IRO, której głównym celem stało się rozładowanie problemu D.P. w Zachodnich Niemczech i najlepiej wysłanie wychodźców wschodnioeuropejskich ponownie do ich własnych krajów pod panowanie Sowietów. Zaczęto więc „przykręcać śrubę”. Ze względu na różbfne następujące potem szykany - wyrzucenie nas z bursy czy akademika oraz ostro pogarszające się warunki utrzymania, a przede wszystkim brak pieniędzy na jedzenie, zmuszony byłem zrezygnować z czwartego semestru PWST w Esslingen i zacząłem się starać o wyjazd jednym z pierwszych transportów na emigrację do Kanady.ż0aż0a Po wylądowaniu w roku 1948 r., jako 20 letni imigrant bez znajomości języka angielskiego, który przyjechał na roczny kontrakt fabryczny w małej mieścinie w Kanadzie, o powrocie na studia nie było mowy. Nawet gdy po trzech latach przeniosłem się do większego Toronto, gdzie był dużbfy campus uniwersytecki i parę wyżbfszych uczelni, teżbf mi się nie udało powrócić na studia, ponieważbf utrzymywałem się z własnych zarobków. Poza tym był to okres nasilenia tzw. “zimnej wojny” i zarówno wśród spotykanych rodzimych Kanadyjczyków, jak i w prasie, radiu oraz miejscowej telewizji, zaczęły się pojawiać zarzuty, żbfe Polska to kraj komunistyczny, pomagający sowieckim szpiegom, etc. Po tym, co osobiście doświadczyłem w czasie i po II wojnie światowej, po okropnej zdradzie naszego kraju w Teheranie i Jałcie oraz oddaniu Polski przez Roselvelta i Churchila pod jarzmo Stalina, te komentarze wydały mi się skrajną obelgą. Nie chciałem jużbf być inżbfynierem, lecz pisarzem i autorem książbfek, który by światowemu czytelnikowi przedstawił niesprawiedliwość jaką wyrządzono Polsce.ż0aż0a Okazało się jednak, żbfe nie umiem pisać ani po angielsku, ani po polsku. Po kilku nieudanych próbach publikacji moich “stories” zdecydowałem się pójść na kilkutygodniowy kurs filmowy na Uniwersytecie York. Film wydawał mi się bardziej odpowiednim medium, za pomocą którego będę mógł przedstawić swoją wizję świata. Po ukończeniu tego kursu swoim ręcznym 16 mm. Boleksem, ze znacznym uszczerbkiem ciężbfko zarobionych funduszy, zrealizowałem mój pierwszy, ponad godzinny film w języku angielskim: “The Spirit of Poland”. Okazał się jednak „cinematograficznie” słabym i dalekim od “hitu” i nie tylko widzowie, ale po pewnym czasie i ja nie chciałem go jużbf oglądać.ż0aż0aż0aJSG: Ale po pewnym czasie nabrał pan wprawy i teraz ma pan jużbf na swoim koncie dużbfy dorobek, a pana filmy ogląda się z wielkim zainteresowaniem. Otrzymał pan teżbf wiele nagród (np. nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych ASIFA w Nowym Jorku w 1977 r. i grant z Ontario Arts Council), jest pan członkiem Toronto Movie Club, Międzynarodowej organizacji ASIFA i CO-OP filmowej itd. ż0aż0aż0aMDA: Tak to prawda, choć o moim członkostwie w Toronto Movie Club, Międzynarodowej Organizacji ASIFA i CO-OP mogę powiedzieć w czasie przeszłym, gdyżbf obecnie nie płacę składek i oficjalnie członkiem jużbf nie jestem. W roku 1975 otrzymałem jedyny grant z Ontario Arts Council na zrobienie filmu, a w roku 1977 nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych ASIFA w Nowym Yorku za Film “Mery Christmas”. Potem jeszcze szereg mniej ważbfnych nagród za najlepsze filmy roku z Toronto Movie Club, z Canadian International Film Festival w Ottawie i Society of American Amateur Cinematographers, a ostatnio w roku 2004 nagrodę od Canadian National Film Board za najlepszy amatorski krótki film “Toronto Parks Rhapsody”. Niemniej jednak z biegiem lat wysyłanie filmów na festiwale, uważbfam za marnowanie czasu.ż0aż0aż0aJSG: Na czym polega praca niezależbfnego producenta filmów dokumentalnych?ż0aż0aż0aMDA: Przede wszystkim na odnalezieniu odpowiedniej formuły czy tematu do filmu, który nie tylko pozwoli twórcy przekazać jego obserwacje i uczucia, ale teżbf uczyni zapis na taśmie przemawiającym do przyszłych widzów i nabywców.ż0aż0aż0aJSG: Pana filmy dotyczą różbfnych obszarów tematycznych. Bardzo ważbfnym obszarem jest Polska historia, poszukiwanie śladów polskości w Kanadzie (a takżbfe w Wilnie na obecnej Litwie). Niedawno powstał film o deportacji 1.5 miliona Polaków z Polskich Kresów na Syberię w latach 1939-41, p.t. “Rescued from Death in Siberia”. Odszukał pan naocznych świadków i zapisał na taśmie filmowej bezcenny materiał. ż0aProszę opowiedzieć o tym filmie, jego zamyśle i zamierzeniu.ż0aż0a ż0aMDA: Film przedstawia osobiste przeżbfycia kilkunastu osób wywiezionych na Syberię i właściwie skazanych tam na powolną zagładę. Jednak kaprys losu sprawił, żbfe zostali cudownie uratowani. Tym kaprysem był napad Niemców na Sowiecką Rosję w roku 1941 i w konsekwencji Pakt Sikorski - Majski. Co mnie skłoniło do realizacji tego filmu? W Toronto osiedlilo się setki Polaków, cywili i byłych żbfołnierzy Polskiego Drugiego Korpusu gen. Andersa we Włoszech, którzy przeszli przez Sowiecką gehennę. Więc temat ten ażbf się prosił o podjęcie.ż0aż0aż0aJSG: Proszę opowiedzieć o ludziach, do których pan dotarł podczas kręcenia filmów o śladach polskości za Oceanem. ż0aż0aż0aMA: Jednym z najciekawszych osób jakich udało mi się sfilmować był Stanisław Krzysztof Jasiński. Występuje on w moim filmie “Rescued from Death in Siberia” i w reportażbfu o nim “Od Imigranta do Milionera”. Jako 17-letniemu młodzieńcowi udało mu się uciec z Syberii. Niedługo po tym, z domu w okolicach Krosna, został wywieziony do pracy niewolniczej w Niemczech. W roku 1947 wrócił do Polski, skończył studia inżbfynieryjne, został kierownikiem zespołu, który projektował pierwsze polskie koparki. Za swe przemysłowe dokonania został w Belwederze odznaczony przez Władysława Gomułkę orderem Polski Ludowej. Ale potem sytuacja się odwróciła. Zagrożbfony aresztem za wyrażbfenie pewnych krytycznych opinii o partyjnych osobistościach, musiał uciec wraz z żbfoną na Zachód. Przyjechał bez grosza do Kanady. Ciężbfką pracą przez dwadzieścia latach dorobił się dużbfej fabryki produkującej specjalistyczne maszyny i został kilkakrotnym milionerem. Był teżbf wielkim filantropem, przekazał na cele dobroczynne parę milionów dolarów. Umarł na raka w wieku 74 lat. ż0aż0aż0aJSG: Drugi obszar pana filmowych działań, to filmy krajoznawcze pokazujące piękno Kanady, Polski, Europy, rożbfne ciekawe obiekty historyczne i architektoniczne, mozaikę kulturową, a takżbfe bogactwo przyrody. Te filmy teżbf mają bogate tło historyczne. ż0aż0aż0aMDA: Historia zawsze mnie interesowała i filmując jakieś miasta czy kraje uważbfam za konieczne, aby nawiązać do przeszłości, pokazać jak dany obszar się rozwijał pod względem i gospodarczym i kulturowym, kto tam mieszkał i jak żbfył, w jakie historie polityczne był uwikłany itd. Tak samo odnoszę się do przyrody i jej praw.ż0aż0aż0aJSG: Czy któryś z tych filmów jest pana ulubionym?ż0aż0aż0aMDA: Lubię filmy, które poza pięknym wizualnym materiałem i udanym technicznym wykonaniem przemawiają jeszcze do widza swoją treścią. Z filmów w mojej realizacji uważbfam za najbardziej udane: “Warsaw, Past and Present”, “For Your Freedom and Ours”, “ Rescued from Death in Siberia “ i “The Betrayal of Poland”.ż0aż0aż0aJSG: Czy kręci Pan na raz kilka filmów na różbfne tematy, czy w danym momencie zajmuje się Pan tylko jednym? ż0aż0aż0aMDA: Wolę koncentrować się na jednym temacie. Niemniej jednak nie zawsze mi się to udaje. Gdy nie mam wystarczającego materiału do filmu, nad którym w danym momencie pracuję, a tymczasem uzyskam płatne zamówienie na łatwiejsze do zrealizowania tak zwane “Events film”, np. sfilmowanie jakiejś uroczystości, akademii, czy ważbfnego odczytu, odkładam nieraz pracę nad filmem, którego montażbf i opracowanie zajmuje mi często miesiące, na późniejszy czas i przechodzę do pracy nad bardzo pilnym i z reguły łatwiejszym tematem.ż0aż0aż0aJSG: Filmy na jaki temat chciałby pan jeszcze nakręcić?ż0aż0aż0aMDA: Mam na warsztacie kilka zaczętych tematów. Film o Dolnym Śląsku, Polskie Zamki, Polskie Pomorze. Równieżbf w planach film o Lwowie, skąd niedawno powróciłem z wizyty. Mam takżbfe w zamyśle ogólny krajoznawczy film o Polsce. Zebrałem teżbf sporo materiału na film o Mexico. Ale ze względu na zaawansowany jużbf wiek i moje zdrowie, nie wiem czy wszystkie te projekty doprowadzę do końca.ż0aż0aż0aJSG: Do kogo są skierowane pana filmy i gdzie je pan pokazuje? ż0aż0aż0aMDA: Filmy w języku polskim kieruję do polskiego widza „at large”. Czasami w urywkach dostają się do telewizji. Okresowo pokazuję je takżbfe w salach SPK w Toronto, w Londynie - Ontario, w Welland i innych polskich skupiskach. Ale największy oddźwięk wzbudzają moje filmy z narracją angielską wśród młodszego, drugiego i trzeciego pokolenia pochodzenia polskiego, wychowanego jużbf w USA, Angli, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii. Zamawiane na dyskach lub kasetach przez moją website takie filmy jak: “The Betrayal of Poland”, “Rescued from Death in Siberia”, “For Your Freedom and Ours”, w archiwalnym metrażbfu, prezentują fragmenty oryginalnych wypadków i naświetlają zawiłości polskiej burzliwej historii z XX wieku, mówiącemu jużbf tylko po angielsku nowemu pokoleniu. Za te filmy na DVD dostaję przez e-mail dziesiątki pochlebnych uwag od ludzi polskiego pochodzenia z całego anglojęzycznego świata. A okazyjnie równieżbf z Południowej Afryki, Holandii, Estoni i Izraela. Czasami przez Internet dostaję równieżbf prośbę o jeden z moich filmów z Polski. Np. ks. proboszcz parafii z okolic Białegostoku napisał do mnie, żbfe odkrycie w Internecie i obejrzenie mojego filmu o Wilnie było dla niego i jego parafian pochodzących z Wilna wielkim wydarzeniem. Przez parę lat bowiem szukał w Polsce bezowocnie podobnego filmu i nie mógł znaleźć. Niedawno zwrócił się teżbf do mnie maturzysta z Konstancina pod Warszawą z prośbą o film na temat Polonii Kanadyjskiej. ż0aż0a Filmy o polskich dziejach XX wieku prezentuję takżbfe gratisowo dla różbfnych uczelni, uniwersytetów i bibliotek. Natomiast Miejska Biblioteka w Toronto jużbf od lat corocznie zakupuje ode mnie szereg moich dokumentalnych filmów dla swoich dwudziestu filii. Podobnie wiekszosc moich filmow nabywa jużbf regularnie Instytut i Biblioteka Polska przy Uniwersytecie McGill w Montralu.ż0aż0aż0aJSG: Gdzie możbfna kupić pana filmy na video i DVD?ż0aż0aż0aMDA: W polskich sklepach z dyskami i kasetami w Toronto na Roncesvalles i u mnie bezpośrednio: www.mdavideo.com lub tel.416 423 3726.ż0aż0aż0aż0aVideo Kasety i DVD dyski w systemach NTSC - Noth America oraz na żbfyczenie w PAL - dla Polski, Europy i Australii przedstawiające piękno Kanady, Polski, etc. w języku polskim lub angielskim: ż0aż0aFilmy w języku polskim: ż0aż0a1.) "Z Kamerą przez Kanadę". Część 1, Atlantyckie i Centralne Prowincje.ż0aCzęść 2, Zachodnie Prowincje. Film piękno i dzieje Kanady od Atlantyku po Pacyfik.ż0a2.) "Za Naszą i Waszą Wolność" - 50 lat walki o Wolną Polskę. Lata 1939 - 1989 przestawione w oryginalnym, archiwalnym metrażbfu.ż0a3.) "Napad Niemiecko - Sowiecki na Polskę" - Wrzesień 1939.ż0a4.) "Józef Piłsudski i Druga Rzeczpospolita" - Lata 1918 - 1939.ż0a5.) "Długi Marsz do Wolności" - Dzieje AK i tragedia Powstania Warszawskiego.ż0a6.) "Strażbfnicy Polskiej Spuścizny" - Film z kartek Polonii kanadyjskiej i amerykańskiej.ż0a7.) "Na Ontaryjskich Kaszubach" - Reportażbf z malowniczych Ontaryjskich Kaszub i organizacji Harcerstwa Polskiego w Kanadzie.ż0a8.) "Warszawa: Wczoraj i Dzisiaj. ż0a9.) "Pomorze Gdańskie" - Dzieje i piękno Gdańska i Pomorza.ż0a10.) "Zachodnie Pomorze i Wielkopolska" - Podróżbf z kamerą od Świnoujścia po Poznań.ż0a11.) "Wilno, w Poszukiwaniu Polskiej Spuścizny" ż0a12.) "Praga, Wiedeń i Budapeszt" - Videoreportażbf z tych pięknych miast Centralnej Europy poprzez wieki często połączonych z Polską wspólną historią.ż0a13.) "Archiwa Tajnej Policji w Polsce i Lustracja" - Według Dr. Marka Chodakiewicza.ż0a14.) "Fundacja Władysława Reymonta" - Kto, jak i kim jest w tej zasłużbfonej Fundacji Związku Polaków w Kanadzie.ż0a15.) "Wybaczyć nie Znaczy Zapomnieć" - Krotki videoreportażbf z wizyty Ks. Zdzisława Peszkowskiego w Toronto, Kanada.ż0a ż0aż0aFilmy z komentarzem w języku angielskim:ż0aż0aż0a1. ) " For Your Freedom and Ours" - Dokumentalny zapis 50-letniej walki o Wolną Polskę zakończonej paradą kombatantów w Wolnej Polsce w roku 1992.ż0a2. ) "Rescued from the Death in Siberia" - Dokumentalny film oparty naż0aprzeżbfyciach szeregu osób deportowanych w latach 1939 - 1941 ze wschodnich kresów Polski na Syberię.ż0a3. ) "The Betrayal of Poland" - Polska najwierniejszy sojusznik zdradzony przez swych zachodnich sprzymierzeńców w Teheranie i Jałcie. ż0a4. ) "Katyń Remembered" - Poświęcenie Pomnika Katyńskiego w roku 1980 w Toronto i do obecnej chwili niestrudzone domaganie się Polonii świata o oficjalne ujawnienie sprawców tej ohydnej zbrodni.ż0a5. ) "Krakow and the Carpathian Fothhills" - Videoreportażbf z historycznej stolicy Polski i odkrywanie pięknych zakątków południowej Polski włącznie z Wieliczką i Zakopanym.ż0a6.) "Warsaw, Past and Present" – Sceny z niepokonanej stolicy Poski jaka byla i obecnie jest. Zniszczona wiecej jak Hiroszima i po upadku Powstania w roku 1944 rozkazem Hitlera skazana na wymazanie z map Europy i po wojnie ofiarna praca narodu ponownie odbydowana, obecnie znow zadziwia bogactwem historycznych zabytkow ktore jak ten mistyczny Feniks powstaly z popiolow. ż0a7) “Cuba, In Search of the Sun”.ż0a8) “The Taste of Italy “.ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0a***image3:center***ż0aż0aż0a ż0a Joanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇmeclose_cam.jpgˇadamski1.jpgˇadamski2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇMichal D. Adamski przy pracyˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ14ˇpmˇ8ˇˇ1ˇˇˇmeclose_cam.jpgˇadamski1.jpgˇadamski2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇ300ˇ520ˇ517ˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇJoanna Sokołowska-Gwizdkaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091110614ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14556ˇ1158331129ˇ9ˇ1174666664ˇ4ˇ9ˇ15ˇ2006ˇDwie inauguracje ˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Dlaczego ktoś, kto stawia w jednym rzędzie Szczęsnego Potockiego, Janusza Radziwiłła, caryce Katarzynę i Jacka Kuronia wciążbf jest ministrem edukacji? Przez sentyment, bo oprócz bzdur tego typu Roman Giertych wciążbf mówi o szkole z przeszłości i do takiej szkoły dążbfy, a moherowy elektorat kocha dawne poukładane czasy, gdzie wszystko było w należbfytym porządku. ż0a ż0a Owszem, nauczyciel był wtedy trochę takim kapralem, ale miał niekwestionowany autorytet, szczególnie wtedy, gdy przywalił linią przez łeb, ażbf uczniowie w szkolnych mundurkach kulili się w ławkach ze strachu. Ale za to posłusznie zaczynali lekcje od modlitwy, ustępowali starszym miejsca w tramwaju, a wywołani do tablicy kłaniali się szurając nogą. Prawą. ż0aż0a Do czegoś takiego tęsknimy podświadomie i dlatego brat Jarosław zainaugurował rok szkolny w Wadowicach, co ma wymiar symboliczny. Symboliczne było równieżbf drugie otwarcie, którego dokonał minister Giertych w Dąbrówce, gdzie jużbf w pierwszej połowie XV wieku utworzono samodzielną parafię diecezji płockiej, a więc symbol nakłada się na symbol, na zasadzie "pójdź dziecię ja cię uczyć każbfę". ż0aż0a Niestety, uczniowie doby Internetu kary się nie boją. Te "wykształciuchy" jak ich pięknie określił minister Dorn, nie dadzą ubrać się w mundurki, za nic nie będą szurać nogą, szczególnie prawą i w dodatku wydzierają się pod Ministerstwem Edukacji: "Początek roku, koniec Giertycha"! Jak nic przydałaby się trzecia… tfu… czwarta inauguracja. ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ37ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091501037ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14558ˇ1158331815ˇ9ˇ1158331815ˇ9ˇ9ˇ15ˇ2006ˇCoś starego, coś nowegoˇBenefis Wojtka GawendyˇMałgorzata P. Bonikowska: Za tydzień Benefis Wojtka Gawendy. Skąd ten pomysł?ż0aż0aWojtek Gawenda: Benefisy organizuje się zwykle z okazji ważbfnych wydarzeń w żbfyciu artysty lub w ich rocznicę. Jest to swego rodzaju podsumowanie tego co zrobiło się do tej pory, jak równieżbf pewien sygnał tego, co zamierza się robić w artystycznym żbfyciu w najbliżbfszej przyszłości. Mój benefis, Kabaret "Pod bańką" organizuje z kilku powodów. Jednym z nich jest kolejna rocznica mojego pobytu na scenie żbfycia oraz na scenie teatralno-estradowej. Ale rocznice te są jakby pretekstem do rozpoczęcia pewnego nowego etapu zarówno w mojej przygodzie ze sceną, jak i w żbfyciu całego kabaretu.ż0aż0aMPB: Nie pytam cię, które to urodziny, ale powiedz więcej o tym tajemniczym nowym etapie...ż0aż0aWG: Jak wiadomo prowadzimy szkołę artystyczną Mavo Academy of Arts & Music, gdzie mamy pomieszczenie ze sceną. Pomieszczenie niezbyt dużbfe, gdzie mieści się ok 80 osób. Od trzech lat przymierzaliśmy się, żbfeby zacząć organizować tam cykliczne imprezy w kameralnej atmosferze. Pierwszym takim sygnałem był benefis Magdy Papierz 3 lata temu. Potem były recitale Krystyny Sienkiewicz, Doroty Stalińskiej, Krystyny Prońko. Potrzebowaliśmy czasu na zorganizowanie się, czyli wyposażbfenie szkoły w odpowiednie nagłośnienie, oświetlenie i sprzęt "pomocniczy", taki jak stoliki, krzesła, obrusy itd. Dzisiaj jesteśmy gotowi, by rozpocząć imprezy artystyczne na scenie, która jużbf po pierwszym przedstawieniu 3 lata temu została nazwana "After Hours Club". Tę nazwę nadał jej, znany artysta malarz Jurek Kołacz.ż0aż0a Istnieje pewna luka w propozycjach kulturalnych na naszym polonijnym rynku. Są dużbfe przedstawienia i imprezy, organizowane przez tutejsze grupy, są te, które przyjeżbfdżbfają z Polski. Ale stałych cyklicznych kameralnych imprez kulturalnych nie ma. Postanowiliśmy to zmienić. Wielu ludzi mówiło nam, żbfe w Polsce zawsze chodzili na takie małe kameralne imprezy teatralne, kabaretowe, jazzowe i tego im tutaj brakuje. Mamy nadzieję, żbfe teraz jużbf nie będzie tej luki. Nie wszyscy mają ochotę iść potańczyć w sobotę, a i z niedzielnym popołudniem teżbf nie wiadomo czasami co zrobić. Chcemy by było wiadome, żbfe w "After Hours Club" zawsze w sobotę wieczorem i w niedzielę po południu jest fajna impreza kulturalna, czy to kabaret czy jazz, mała forma teatralna, benefis jakiegoś artysty, czy teżbf połączenie tych form scenicznych. Propozycji będzie dużbfo, bo mamy dużbfo pomysłów na to, co u nas będzie się działo.ż0aż0aMPB: Czy zdradzisz jakieś szczegóły tych propozycji?ż0aż0aWG: Jedną z nich będzie wieczór Open Stage, gdzie osoby na co dzień niezwiązane ze sceną będą mogły zaprezentować swoje talenty. Wcześniej będą oczywiście przesłuchania, by zachować odpowiedni poziom artystyczny. Osoby zainteresowane tym cyklem imprez w "After Hours Club" prosimy o śledzenie bieżbfących komunikatów w "Gazecie", plakatów i ulotek lub o zadzwonienie do nas pod numer telefonu 905-820-0008. W najbliżbfszym czasie będzie teżbf możbfna sprawdzić aktualny repertuar na naszej stronie internetowej.ż0aż0aMPB: A wracając do Twojego benefisu w przyszły weekend, czego możbfemy oczekiwać?ż0aż0aWG: Cóżbf, każbfdy benefis rządzi się swoimi prawami, więc będzie trochę tego, co zrobiłem na scenie do tej pory, a o czym jużbf nawet sam zapomniałem. Przygotowując się, przejrzałem wszystko co robiłem do tej pory na estradzie, w kabarecie. Ażbf sam się zdziwiłem, ile tego jest. Po wielkich cięciach i ostrej selekcji wybrałem materiał różbfnorodny, bo chciałbym zaprezentować wszystkie swoje możbfliwości.ż0a ż0aMPB: To wspaniale, żbfe możbfemy liczyć na ulubione numery. A czy będzie coś nowego?ż0aż0aWG: Oczywiście, żbfe będą nowe teksty, bo kabaret tym się charakteryzuje i bez aktualności praktycznie nie istnieje.ż0a ż0aMPB: Czy ciężbfko było przygotować taki obszerny program w wykonaniu jednego aktora?ż0aż0aWG: Najtrudniej było znaleźć tzw. "rybę", ale ją znalazłem. Zapraszam więc 17 września (na 16 bilety są jużbf wyprzedane) do "After Hours Club" w Mavo Academy of Arts & Music na mój benefis. Tylko ja i czterech wspaniałych muzyków Janek Kornel - piano, Tadek Drużbfdżbfel - kontrabas, Jurek Węglewski - perkusja, i Rysiek Styła - gitara. Scena, światła, kameralna widownia przy stolikach i, co mam nadzieję, niezapomniana atmosfera nie tylko na moim benefisie, ale na każbfdej imprezie organizowanej w "After Hours Club".ż0aż0aMPB: Czekamy z niecierpliwością na Twój benefis i na zapowiadany na jesień i zimę cykl imprez. Życzymy Ci z okazji urodzin i jubileuszu kabaretowego wiele sukcesów i przyjemności tworzenia.ż0aż0a•••ż0aż0aZ powodu wyprzedanych biletów - DODATKOWY WYSTĘP 23 września!!!ż0aż0a16 i 17 oraz 23 IX Benefis Wojtka Gawendyż0aż0aKabaret pod Bańką zaprasza na Benefis Wojtka Gawendy. Towarzyszyć mu będzie wystawa obrazów Iwony Dufaj i biżbfuterii Purple Line (Summer Sale!). ż0aPierwsza z cyklu imprez w After Hours Club MAVO Academy of Arts and Music, 3105 Unity Dr. #12 (Winston Churchill & 403). Sobota - godz. 19.30, niedziela - godz. 17.00. Info i rez.: 416-414-7882, bilety - 25 dol. ż0aż0aˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ47ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091510847ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14559ˇ1158332821ˇ9ˇ1158332821ˇ9ˇ9ˇ15ˇ2006ˇCoś starego, coś nowegoˇBenefis Wojtka GawendyˇMałgorzata P. Bonikowska: Za tydzień Benefis Wojtka Gawendy. Skąd ten pomysł?ż0aż0aWojtek Gawenda: Benefisy organizuje się zwykle z okazji ważbfnych wydarzeń w żbfyciu artysty lub w ich rocznicę. Jest to swego rodzaju podsumowanie tego co zrobiło się do tej pory, jak równieżbf pewien sygnał tego, co zamierza się robić w artystycznym żbfyciu w najbliżbfszej przyszłości. Mój benefis, Kabaret "Pod bańką" organizuje z kilku powodów. Jednym z nich jest kolejna rocznica mojego pobytu na scenie żbfycia oraz na scenie teatralno-estradowej. Ale rocznice te są jakby pretekstem do rozpoczęcia pewnego nowego etapu zarówno w mojej przygodzie ze sceną, jak i w żbfyciu całego kabaretu.ż0aż0aMPB: Nie pytam cię, które to urodziny, ale powiedz więcej o tym tajemniczym nowym etapie...ż0aż0aWG: Jak wiadomo prowadzimy szkołę artystyczną Mavo Academy of Arts & Music, gdzie mamy pomieszczenie ze sceną. Pomieszczenie niezbyt dużbfe, gdzie mieści się ok 80 osób. Od trzech lat przymierzaliśmy się, żbfeby zacząć organizować tam cykliczne imprezy w kameralnej atmosferze. Pierwszym takim sygnałem był benefis Magdy Papierz 3 lata temu. Potem były recitale Krystyny Sienkiewicz, Doroty Stalińskiej, Krystyny Prońko. Potrzebowaliśmy czasu na zorganizowanie się, czyli wyposażbfenie szkoły w odpowiednie nagłośnienie, oświetlenie i sprzęt "pomocniczy", taki jak stoliki, krzesła, obrusy itd. Dzisiaj jesteśmy gotowi, by rozpocząć imprezy artystyczne na scenie, która jużbf po pierwszym przedstawieniu 3 lata temu została nazwana "After Hours Club". Tę nazwę nadał jej, znany artysta malarz Jurek Kołacz.ż0aż0a Istnieje pewna luka w propozycjach kulturalnych na naszym polonijnym rynku. Są dużbfe przedstawienia i imprezy, organizowane przez tutejsze grupy, są te, które przyjeżbfdżbfają z Polski. Ale stałych cyklicznych kameralnych imprez kulturalnych nie ma. Postanowiliśmy to zmienić. Wielu ludzi mówiło nam, żbfe w Polsce zawsze chodzili na takie małe kameralne imprezy teatralne, kabaretowe, jazzowe i tego im tutaj brakuje. Mamy nadzieję, żbfe teraz jużbf nie będzie tej luki. Nie wszyscy mają ochotę iść potańczyć w sobotę, a i z niedzielnym popołudniem teżbf nie wiadomo czasami co zrobić. Chcemy by było wiadome, żbfe w "After Hours Club" zawsze w sobotę wieczorem i w niedzielę po południu jest fajna impreza kulturalna, czy to kabaret czy jazz, mała forma teatralna, benefis jakiegoś artysty, czy teżbf połączenie tych form scenicznych. Propozycji będzie dużbfo, bo mamy dużbfo pomysłów na to, co u nas będzie się działo.ż0aż0aMPB: Czy zdradzisz jakieś szczegóły tych propozycji?ż0aż0aWG: Jedną z nich będzie wieczór Open Stage, gdzie osoby na co dzień niezwiązane ze sceną będą mogły zaprezentować swoje talenty. Wcześniej będą oczywiście przesłuchania, by zachować odpowiedni poziom artystyczny. Osoby zainteresowane tym cyklem imprez w "After Hours Club" prosimy o śledzenie bieżbfących komunikatów w "Gazecie", plakatów i ulotek lub o zadzwonienie do nas pod numer telefonu 905-820-0008. W najbliżbfszym czasie będzie teżbf możbfna sprawdzić aktualny repertuar na naszej stronie internetowej.ż0aż0aMPB: A wracając do Twojego benefisu w przyszły weekend, czego możbfemy oczekiwać?ż0aż0aWG: Cóżbf, każbfdy benefis rządzi się swoimi prawami, więc będzie trochę tego, co zrobiłem na scenie do tej pory, a o czym jużbf nawet sam zapomniałem. Przygotowując się, przejrzałem wszystko co robiłem do tej pory na estradzie, w kabarecie. Ażbf sam się zdziwiłem, ile tego jest. Po wielkich cięciach i ostrej selekcji wybrałem materiał różbfnorodny, bo chciałbym zaprezentować wszystkie swoje możbfliwości. ż0aMPB: To wspaniale, żbfe możbfemy liczyć na ulubione numery. A czy będzie coś nowego?ż0aż0aWG: Oczywiście, żbfe będą nowe teksty, bo kabaret tym się charakteryzuje i bez aktualności praktycznie nie istnieje. ż0aż0aMPB: Czy ciężbfko było przygotować taki obszerny program w wykonaniu jednego aktora?ż0aż0aWG: Najtrudniej było znaleźć tzw. "rybę", ale ją znalazłem. Zapraszam więc 17 września (na 16 bilety są jużbf wyprzedane) do "After Hours Club" w Mavo Academy of Arts & Music na mój benefis. Tylko ja i czterech wspaniałych muzyków Janek Kornel - piano, Tadek Drużbfdżbfel - kontrabas, Jurek Węglewski - perkusja, i Rysiek Styła - gitara. Scena, światła, kameralna widownia przy stolikach i, co mam nadzieję, niezapomniana atmosfera nie tylko na moim benefisie, ale na każbfdej imprezie organizowanej w "After Hours Club".ż0aż0aMPB: Czekamy z niecierpliwością na Twój benefis i na zapowiadany na jesień i zimę cykl imprez. Życzymy Ci z okazji urodzin i jubileuszu kabaretowego wiele sukcesów i przyjemności tworzenia.ż0aż0a•••ż0aż0aUWAGA: Z powodu wyprzedanych biletów, dodatkowy koncert 23 września!!!ż0aż0a16 i 17 oraz 23 IX Benefis Wojtka Gawendyż0aKabaret pod Bańką zaprasza na Benefis Wojtka Gawendy. Towarzyszyć mu będzie wystawa obrazów Iwony Dufaj i biżbfuterii Purple Line (Summer Sale!). ż0aPierwsza z cyklu imprez w After Hours Club MAVO Academy of Arts and Music, 3105 Unity Dr. #12 (Winston Churchill & 403). Sobota - godz. 19.30, niedziela - godz. 17.00. Info i rez.: 416-414-7882, bilety - 25 dol. ż0aż0aˇautoˇautoˇ66ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ6ˇ4ˇpmˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇMałgorzata P. Bonikowskaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006091510604ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14662ˇ1158935973ˇ9ˇ1174666710ˇ4ˇ9ˇ22ˇ2006ˇBo tak było przed wojnąˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Uwielbiam, kocham i podziwiam odpowiedzi ministra Giertycha. Nieważbfne, na jakie pytania. Wszystkie odpowiedzi są tak głębokie i błyskotliwe, żbfe zawsze wprowadzają pytającego w bolesne zdumienie, a ostatecznym argumentem, którym minister wbija polemistów w glebę jest następujące zdanie: Bo tak było przed wojną! To jest argument, po którym oponent musi posypać głowę popiołem i popełnić intelektualne harakiri.ż0aż0a Bo minister Giertych ma rację. Czwarta RP wyglądałaby dużbfo lepiej gdyby stosowała się do przedwojennych standardów. Obywatele powinni dzielić zapałkę na cztery - bo tak było przed wojną. Zamiast obiecanych trzech milionów mieszkań - zapędzić społeczeństwo do czworaków, bo tak było przed wojną. Zamiast bezpłatnej służbfby zdrowia - znachor w każbfdej wsi, żbfadnych emerytur dla rolników, żbfadnego KRUS-u, chłopi na starość powinni być na łaskawym chlebie swoich dzieci, albo żbfebrać pod kościołem - bo tak było przed wojną. Za to wyżbfsze sfery miałyby całkowity rząd ciał i dusz i mogłyby robić co dusza zapragnie - tak jak przed wojną.ż0aż0a Co prawda generał Wieniawa-Długoszewski jużbf nigdy nie wjedzie do Adrii na białym koniu, bo nie ma jużbf ani Adrii, ani Wieniawy, ale zawsze możbfe go zastąpić generał Sławoj Głódź, który całkiem niedawno otrzymał swój odmalowany portret na koniu od wicepremiera Leppera. Sam obraz możbfe nie jest zbyt piękny, jakby malował go sam Lepper, ale nie o to przecieżbf chodzi. Chodzi o to, żbfeby na tym koniu gdzieś... - najlepiej na wojnę, bo w końcu musi być wojna. Jak przed wojną.ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ10ˇ38ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006092201038ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14764ˇ1159533253ˇ9ˇ1174666751ˇ4ˇ9ˇ29ˇ2006ˇObrażbfeniˇZ cyklu: Wincenty Świecznik objaśniaˇ Najlepsza laska w naszym szołbiznesie musiała zejść ze sceny Festiwalu Filmowego w Gdańsku, bo obraziła uczucia twórcze aktorów i reżbfyserów francuskim numerkiem, chociażbf to cała naga prawda, jeśli chodzi o środowisko filmowe. Jak z tego widać filmowcy mają zbliżbfoną wrażbfliwość do fanatycznych ekstremistów i co prawda nie podrzynają gardeł przed kamerami, ale karierę Muchy i owszem... potrafią.ż0aż0a O wrażbfliwości ortodoksyjnych mahometan przekonał się sam papieżbf. Obraził uczucia islamskie mówiąc prawdę jakby nie było, żbfe wiary nie powinno się wprowadzać siłą. Prawda prawdą, a teraz trzeba wzmacniać ochronę w całym Watykanie, bo wyznawcy spod znaku półksiężbfyca obrazili się, a oni zdolni są obrazić się na śmierć.ż0aż0a A czy u nas nie obrażbfano się tylko z tego z powodu, żbfe ktoś ogłosił swoją prawdę w sprawie wiary? W Polsce w zasadzie nieustająco mówi się o obrażbfaniu uczuć chrześcijańskich. Środowisko moherowych beretów tylko czeka, żbfeby się na kogoś obrazić i niezwykle skutecznie staje murem w obronie swojej prawdy, no możbfe nie do tego stopnia, żbfeby zaraz na nożbfe, ale na scyzoryki... Pewien Scyzoryk z Kielc mógłby coś powiedzieć na ten temat.ż0aż0a Prawda i wiara nigdy nie idą w parze, bo obydwie przecieżbf nie istnieją obiektywnie, a subiektywnie są szalenie obraźliwe.ż0aż0aˇautoˇautoˇ22ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ30ˇamˇ9ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇStanisław Penksykˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006092900830ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14796ˇ1159879144ˇ8ˇ1160506687ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇLitość i zgrozaˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ˇW mrokach ciszy, dominująca siła i bezsilność konfrontują się nawzajem. Podnieśmy głos za tych, którzy nie mogą.ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aż0aLitośćż0aż0a Gdy przybyłem do Kanady, pracowałem przez pewien czas w szpitalu jako „orderly”, czyli pomocnik pielęgniarski i byłem świadkiem agonii pacjenta. Wszystkie symptomy były zaawansowane; ręce i nogi niebieskie, oczy nieruchome, szkliste, oddychał otwartymi ustami i z chrapliwym dźwiękiem. Zapytałem przechodzącą pielęgniarkę czy nie należbfałoby zmoczyć jego ust, które musza być suche jak kość tym sposobem oddychania. Odpowiedziała mi kategorycznie, żbfe on jużbf nic odczuwać nie możbfe i woda możbfe go tylko zadławić i przyspieszyć śmierć.ż0aż0a Nie bardzo mnie to przekonało i gdy znalazłem się z nim sam na sam, wziąłem zamoczoną „Qtip” i zacząłem zwilżbfać jego usta. Nie byłem pewny czy coś odczuwa, ale możbfna sobie było wyobrazić kompletną suszę jego ust i gardła i tą przegraną, a wciążbf kontynuującą walkę o żbfycie. Po pewnym czasie, pacjent bez refleksów nagle ściągnął wargi w ssącą pozycję. Była to dla mnie wielka niespodzianka; jak łatwo o konkluzję, żbfe ktoś „nic nie czuje!”ż0aż0a Kilka lat później, przypadkowo w tym samym szpitalu, odwiedzałem przyjaciela, weterana z pod Monte Casino. Był w tym dniu nieświadomy, prawie o tych samych symptomach co pacjent opisany poprzednio i bulgoczący dźwięk wychodził mu z piersi. Pielęgniarka mi powiedziała, żbfe zbyt wiele flegmy się zakumulowało głęboko w jego tchawicy i pompowanie byłoby zbyteczną męką, gdyby mógł jeszcze coś odczuwać. Pamiętając poprzednie doświadczenie, wziąłem „Qtip” i kroplami zwilżbfałem mu rozwarte szeroko usta, mówiąc do niego, nie będąc pewny czy słyszy: „Janek, oddychaj nosem, trzymaj usta zamknięte, będziesz spragniony i nikt nie będzie wiedział”.ż0aż0a Dość szybko rozpoczął ssać i zaczął oddychać cicho i normalnie (gdzie się podziała flegma?). Różbfnica była tak uderzająca, żbfe obawiałem się przyspieszonej śmierci. Lecz nie, nagle jego oczy, poprzednio szkliste i nieruchome, rozbłysły światłem żbfycia, energii i inteligencji. Nigdy tego nie zapomnę, bo byłem świadkiem czegoś, co przerastało zrozumienie. Żałowałem, żbfe nie było lekarza, któryby mógł wyciągnąć konkluzje. Dałem mu wody i pił chciwie. Zapytałem czy „dobra” (woda) i odpowiedział „dobra”. Gdy powiedziałem, żbfe jużbf muszę odejść, poruszył ramiona i uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć „trudno”.ż0aż0a Następnego dnia nie mogłem go odwiedzić, lecz powiadomiono mnie telefonicznie, żbfe miał dobry dzień i pielęgniarki nie mogły uwierzyć w to polepszenie. Gdy go odwiedziłem następnego wieczora, powrócił do stanu agonii; leżbfał nieruchomo, ciężbfko oddychając, lecz przez nos. Usta trzymał zamknięte. Więc słyszał mnie, nawet gdy dwa dni temu sprawiał wrażbfenie nieprzytomnego i powziął środki ostrożbfności. Jego oczy były otwarte i rozlane w jedną niezdefiniowaną plamę, lecz tym razem był świadomym. Wyrażbfał krańcowy smutek oczami, które logicznie nie powinny wyrażbfać czegokolwiek. Gdy go zapytałem czy mógłbym mu w czymś pomóc, poruszył głową: „Nie”. Zapytałem jeszcze raz i skinął znowu: „Nie”. Zmarł kilka godzin później.ż0aż0aŚw. Augustyn nauczał, żbfeby dawać pić niemowlętom. Człowiek niezwykły, pamiętał okres wczesnego dzieciństwa i głównie zapamiętał straszliwe pragnienie. Pozwalam sobie dodać od siebie: Do ostatniej chwili dajcie pić umierającym.ż0aż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aZgrozaż0aż0a Asystowałem nieuleczalnie chorej w szpitalu; ze względu na jej kondycję, szpital mi zezwolił na nocną wartę. Z powodu cierpień nie do opisania pomoc fachowa była niewystarczająca. Ja pomóc oczywiście teżbf wiele nie mogłem i potrzebowałem trochę snu. Więc zwróciłem się do agencji pielęgniarskiej o nocną siostrę.ż0aż0a Pielęgniarka miała rozpocząć służbfbę o godz. 23-ej. Po północy nikt się nie zgłosił. Poszedłem do biura by się zapytać czy moja aplikacja dotarła. Kobieta w uniformie pielęgniarki uniosła głowę i odpowiedziała: Muszę się zaznajomić z dokumentacją o pacjentce - nieprawdażbf? Zapytałem: „Kim jesteś?” Odpowiedziała: „Nocna siostra!” Miałem odgadnąć, gdyżbf mnie nie zawiadomiła o swym przybyciu.ż0aż0a Późno po północy pokazała się. Pacjentka chciała iść do toalety. Normalnie ja ją zawoziłem na wózku. Zawsze starałem się nie wołać sióstr, lecz teraz miałem nocną siostrę do dyspozycji, więc pozostawiłem jej zadanie. Zauważbfyłem ze zgrozą, żbfe włożbfyła pod pacjentkę brudne naczynie od innej pacjentki.ż0aż0a „Nie widzisz ze to obmazane?” zapytałem.ż0aż0a Nie jestem odpowiedzialna tu za stan higieny! odpowiedziała.ż0aż0a Pomyślałem: „ona tu roznosi infekcję”. Gdy dopomogłem „specjalnej” siostrze położbfyć pacjentkę do łóżbfka, pozostawiła jeden pantofel na jej nodze, zaś drugi rzuciła pod łóżbfko. Gdy wychodziła, prosiłem ją by zamknęła drzwi. Trzasnęła drzwiami i pozostawiła je otwarte.ż0aż0a O tej późnej porze postanowiłem wytrzymać z tą bestialską „siostrą” do poranka. Usnąłem i zbudziłem się o 4-tej nad ranem. Pacjentka majaczyła pół-świadoma i najwidoczniej o silnych cierpieniach. „Siostra” nie była z nami.ż0aż0a Poszedłem do biura i tam siedziała. Prosiłem o pomoc i odpowiedziała: ż0aż0a„Jestem na przerwie wypoczynkowej”. Inna, bardziej ludzka siostra mi dopomogła zmienić pozycję i dać pomoc jaką była w stanie. Zostałem bez pomocy do 5-tej 30. Byłem zmęczony lecz uszczęśliwiony, żbfe „pomocna” siostra jest z daleka.ż0aż0a Pacjentka zasnęła i za chwilę „siostra” się zjawia, żbfeby ją zbudzić i dać jej kąpiel!ż0aż0aPowiedziałem: „Miss, ona teżbf potrzebuje przerwę. Ona była zbudzona i cierpiąca całą noc”. „Siostra” zaczęła krzyczeć, żbfe jej przeszkadzam w pracy i żbfe nie potrzebuję pielęgniarskiej pomocy!...ż0aż0a Odpowiedziałem: „Pielęgniarka nie wsadza chorej do czyjegoś g..... Siostra ma mieć wyrozumienie dla chorych, specjalnie bardzo chorych. Siostra nie wrzeszczy nad głową śpiącej pacjentki!” Odpowiedziała, żbfe nie potrzebuje moich pieniędzy - lecz nie, nie odeszła, jej „służbfba” była praktycznie zakończona.ż0aż0a Odnoszę wrażbfenie, żbfe nie była głupią i brutalną, lecz świadomie krzywdziła chorą. Była nienawiść w jej zachowaniu - sadystka w poszukiwaniu bezbronnych w szpitalu. Jak się zachowywała z kompletnie osamotnionymi chorymi?? Rano pacjentka mi mówiła, żbfe ją czesała „jak konia;” to się działo, na pewno, gdy zasnąłem.ż0aż0a Podobna historia możbfe się zdarzyć wszędzie gdzie bezbronni konfrontują w samotności sadystycznych lub niekompetentnych „pomocników”. To się możbfe zdarzyć bezsilnym starcom, chorym - lub bardzo młodym. To się możbfe zdarzyć wszędzie, gdzie brak fundamentalnej kultury i poczucia wartości ludzkich. Ile najbardziej respektowanych instytucji możbfe służbfyć za ukryte miejsca dla najgorszego? Jakie testy winny być konieczne by zdemaskować tych, którzy się nie nadają do pomocnych funkcji? Nie zapomnijmy, żbfe jutro my możbfemy się znaleźć na “słabszej” liście.ż0aż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇnude2.jpgˇsnakeman.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇWilek Markiewicz, rzeźba w Genewie poświęcona pamięci wzbudzających litość, rysunekˇWilek Markiewicz, człowiek - wążbf, drzeworytˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ34ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇnude2.jpgˇsnakeman.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ345ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ600ˇ205ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇWilek Markiewiczˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900834ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14797ˇ1159880134ˇ8ˇ1160506850ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇZ rodzinnego albumu. Najdłużbfsze wakacje.ˇż0aTeresa Fabijańska-Żurawska jest wybitnym historykiem sztuki, od szeregu lat związanym z zamkiem w Łańcucie, specjalistką w dziedzinie pojazdów konnych, badaczem-odkrywcą, autorką szeregu publikacji naukowych. Pełne ciepła i rodzinnego sentymentu wspomnienia,zarysowane na tle polskiej historii, z często nieznanymi, a ważbfnymi faktami historycznymi, pokazują źródła jej naukowych zinteresowań.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇSpoglądam wstecz z perspektywy pięćdziesięciu pięciu jużbf lat na ostatni rok szkoły średniej ogólnokształcącej i okres ten jawi mi się ponuro. Im bliżbfej matury, tym gorzej. Pierwsze dwa lata były normalne: pierwsza i druga klasa gimnazjalna z programem opartym na przedwojennym. W trzecim roku znalazłam się nagle w klasie dziewiątej, bo właśnie wprowadzono zreformowaną po sowiecku jedenastolatkę. Żeby rachunek się zgadzał, mój rocznik repetował drugą klasę, młodsze koleżbfanki tymczasem nas dopędziły. W rezultacie ja uczyłam się 12 lat łącznie ze szkołą podstawową, a roczniki młodsze tylko 10. Wszystko było postawione na głowie. Historię zaczynałyśmy trzy razy od Piastów i nigdy nie dojechałyśmy do rozbiorów. Historyczka była z przypadku lub po linii partii, bo ograniczała się do dyktowania nam konspektu narzuconego przez kuratorium czy ministerstwo. To były same hasła w telegraficznym skrócie brzmiące dla nas podobnie, jak zaklęcia. Jakżbfe zazdrościłam bratu Juliuszowi, który miał szczęście być uczniem prof. Michała Pieszki, wspominanego jużbf przeze mnie wcześniej, znakomitego pedagoga i znawcy pasjonującej historii i geografii. On uczył chłopców bez podręczników, ale za to jak! ż0aż0a Szkoła średnia to taki okres w żbfyciu młodego człowieka kiedy chłonie się to, co podane w sposób atrakcyjny i odrzuca wszelkie nudy, choćby najmądrzejsze. Dużbfo zależbfy od pedagoga - porwie, zapali do przedmiotu, czy zohydzi. Ja musiałam później uczyć się historii sama. Zresztą uczę się jej z pasją po dzień dzisiejszy. Dwa tygodnie przed maturą wyznaczono nam obowiązkowy egzamin z pięciu przedmiotów tzw. Wszechnicy Radiowej. Kto miał czas tego słuchać? - Audycje nadawane przez kołchoźniki - czyli głośniki radiowe, były nudnymi, suchymi wykładami o kierunku ideologii marksistowskiej, z przekręconymi faktami i zafałszowaną interpretacją, a do tego nadawano je w godzinach, gdy normalni ludzie jeszcze śpią. Do każbfdego przedmiotu były skrypty, których nie dało się czytać. Papier gorszy od ówczesnego gazetowego, szaro-brudny i nieczytelne odbitki z powielaczy denaturatowych. W dodatku na wagę złota. ż0aż0aZbierałyśmy się więc grupkami w prywatnych domach. U Alisi (Alicji) Treflerówny, gdzie w kwietniu było pioruńsko zimno, u Heli Zawrotniak - strasznie daleko, u Heni Walewskiej lub u Lalki (Ireny) Szomańskiej, gdzie było najmilej. Zawsze gościnny dom z nianią, coś smacznego i kochająca mama. ż0aż0aPewnie uczyłyśmy się i u mnie, ale jakoś tego nie pamiętam. Sześć zaprzyjaźnionych maturzystek. Po tym niewątpliwym stresie, przygotowywałyśmy się jużbf inaczej i do innych przedmiotów bardzo intensywnie, bo czas nam się skrócił. ż0aż0a Do lęku o wiedzę w głowie doszedł strach przed „czynnikiem społecznym”, czyli osobą spoza szkoły, która zasiadała w komisji z ramienia partii politycznej, oceniała uczennicę i miała prawo zadawać pytania z ideologii marksistowskiej - komunistycznej. Małe potknięcie dyskwalifikowało maturzystkę. Pamiętam swój egzamin, podczas którego byłam tak spięta, żbfe mój mózg przestał myśleć. Na pytanie zadane przez bardzo swobodnego zetempowsca (organizacja młodzieżbfy komunistycznej - ZMP - Związek Młodzieżbfy Polskiej) „czy społeczeństwo ZSRR jest klasowe?” - odpowiedziałam gorąco - skądżbfe!" I otrzymałam długie pouczenie , którego esencję zrozumiałam, żbfe na tym etapie jeszcze jest podział klasowy, ale w przyszłości... ż0aż0aNie umiałam wyobrazić sobie tej przyszłości. Wszak uczono nas o możbfliwości odwrócenia biegu rzek syberyjskich (ciekawe, żbfe ta bzdura przetrwała ażbf do Putina, który ogłosił oficjalnie odstąpienie od tego planu). Głoszono nam oczywiście zwycięstwo człowieka radzieckiego nad Ziemią i Kosmosem. Mnóstwo innych rzeczy niemożbfliwych. Co jednak możbfna zrobić z mózgiem młodego, rozwijającego się człowieka. Tylu uwierzyło i służbfyło!ż0aż0aż0a***ż0a Do szkolnego okresu w Zamościu muszę dodać coś, czego nie da się zapomnieć. Były to roboty "kołchozowe" zamiast lekcji. Kilka dniówek w roku w porze jesiennej. Wożbfono nas, dziewczęta otwartymi przyczepami za traktorem lub ciężbfarówkami do kartofli czy buraków. Państwowe Gospodarstwo Rolne w Jarosławcu odległym o 15 km od Zamościa na wschód, miało wyjątkowo trudne warunki i ciężbfkie prace np. obdzieranie buraków z liści rękoma w szczerym polu przez 8 godzin z przerwą na posiłek. Łatwiej jużbf wyłuskiwało się kaczany kukurydzy, a najtrudniejsze było zbieranie z pola ziemniaków za koparką. Ziemia tam ciężbfka, błotnista, przyczepna. Zawsze wypadła listopadowa aura, której błotne skutki dawało się pokonać tylko w specjalnych gumiakach i w spodniach. Takiej odzieżbfy nie miałyśmy, więc marzłyśmy okropnie. Niszczyłyśmy i tak z trudem zdobyte buty. W nagrodę czekał nas w robotniczej stołówce gorący posiłek - gęsta zupa grochowa z różbfnymi dodatkami (wsadem mięsnym!) i z chlebem do woli. Nigdy w żbfyciu takiego apetytu nie miałam, a smak wybornej grochówki na wędzonce do dzisiaj pamiętam.ż0aż0a Poznając trud pracy robotnika i chłopa lekko przenosiłyśmy się w świat artystyczny biorąc udział w szkolnych przedstawieniach na scenie "Stylowego" i w auli gimnazjum męskiego.ż0aż0a "Stylowy" to wspaniały gmach dawnego kościoła i klasztoru oo. franciszkanów z poł. XVII w., który przetrwał do 1817 r. mimo kasacji zakonu przez zaborcze władze Austrii, po czym został przeznaczony na magazyn wojskowy z tym, żbfe zabudowania klasztorne i piękną, osiemnastowieczną dzwonnicę rozebrano. Sam kościół przerobiono na koszary. Za wolnej Polski w 1918 r. pomieszczono w tym gmachu Sejmik Powiatowy i Dom Ludowy Polskiej Macierzy Szkolnej. Wnętrze środkowe - nawę kościoła adaptowano na kino-teatr. Tutaj teżbf przed wojną znajdowało się pierwsze, małe muzeum regionalne, po wojnie Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w części zachodniej, a sala dużbfa, przestronna z kuluarami, sceną i obubocznym foyer służbfyła społeczeństwu miasta na wszystkie imprezy kulturalne. Tak było do lat dziewięćdziesiątych, gdy o gmach upomnieli się bezprawnie usunięci oo. franciszkanie i go odzyskali. Dzisiaj jest tam kościół. Dla mnie był to szok. Raz byłam tam wewnątrz i nie mogłam się modlić. ż0aż0aPrzypomniała mi się pantomima J. Bayera "Wieszczka lalek" i "Laleczka z saskiej porcelany" Anny Dąbrowskiej reżbfyserowane przez p. Reginę Cieślakową. A w tytułowej roli Danusia Kuraho-Skraho, utalentowana wokalnie i choreograficznie, miękka jak guma i zręczna, jak primabalerina. Byłam markizą w różbfowej krynolinie i jasnej peruce (ja, czarna z natury) z francuskimi loczkami, zupełnie odmieniona. Tańczyłyśmy gawota i menueta w cztery pary, same dziewczęta. Moim chłopcem była Lalka (Irena) Szomańska nieco wyżbfsza i smukła. "Ach, co za gracja, jaki wdzięk!" - śpiewał chór. "Każbfda z nich inna tuualetta, parole d'honeur, to jak we śnie...".ż0aż0a Normalnie "Stylowy" był kinem i chodziło się na wszystkie ciekawsze filmy oraz na obowiązkowe koncerty "Artosu" w ramach wychowania muzycznego. Pamiętam, kiedyś wyświetlano "Halkę" wg. Moniuszki i film ten był dozwolony od lat 18-tu. Żeby kupić bilety trzeba było okazać legitymację, kasa młodszym nie sprzedawała. Podrobiłyśmy więc legitymacje, na szczęście ważbfność ich jużbf się kończyła. Nie wolno nam było chodzić na ostatni seans o 20-ej.ż0aż0a Spotkana na ulicy młodzieżbf mogła być legitymowana, a konsekwencje wynikające z odebrania legitymacji i oddania jej do Dyrekcji szkoły nie rokowały niczego miłego. Dzisiaj wydaje się to policyjnym rygorem, jednak nie było nam z tym źle, a ileżbf bezpieczniej. Szkoda, żbfe zostało to zniweczone ułudą źle pojętego słowa "wolność", "luz". Zdeprawowano młodzieżbf, dobre zamieniając złem.ż0aż0aż0aż0a***image2:center***ż0aż0aż0aż0a***ż0a Do szkoły chodziłam pieszo ok. 2 km w jedną stronę, ale ja tę drogę pokonywałam dwa lub trzy razy dziennie: na 8-mą, zawsze jednakowo, na lekcje i powrót ok.14-ej do 15-ej na obiad zawsze rodzinny, zawsze przygotowany przez kochającą mamę i spożbfywany bez pośpiechu, w dobrej atmosferze przyjacielskiej rozmowy z rodzicami. Potem biegłam na popołudniowe zbiórki harcerskie, próby przedstawień lub zebrania Koła Zainteresowań, które ktoś mądrze wymyślił dla rozwoju intelektualnego bardziej indywidualnego, świetne antidotum na coraz brutalniej i wszechobecnie ingerującą w żbfycie szkoły i poszczególnych uczennic politykę. Koła te miały różbfny profil, ale zdecydowanie kierunek humanistyczny.ż0aż0a Należbfałam do Koła Filozofów. Pierwszy referat, jaki sama wymyśliłam i napisałam, nosił tytuł "Duch grupy" - bardzo interesujące pojęcie stricte filozoficzne. Nieco później założbfyłam Koło Miłośników Słowackiego dla przeciwwagi założbfonemu w liceum męskim Kołu Miłośników Mickiewicza. ż0aż0aRozpoczęła się szlachetna rywalizacja, bo poprzez wiedzę wyczytaną i napisaną udowadnialiśmy, który z wieszczów był większy dla narodu polskiego. W ruch poszły opracowania prof. Kleinera, Chrzanowskiego i świeżbfo wydanego Jastruna. Długie cytaty z dzieł obu poetów służbfyły do podtrzymania stanowiska. Myślę, żbfe wiele nam to dało, poszerzyło horyzonty. Wszystkie dzieła Juliusza Słowackiego były w domu, uratowane przez Witka przed spaleniem na stosie w Hrubieszowie na początku wojny. Tak Niemcy niszczyli polską kulturę. Cała Miejska Biblioteka poszła na stos.ż0aż0a Gdy przyszedł maj i czerwiec biegałam jeszcze na wieczorne nabożbfeństwa do św. Katarzyny. Skąd brałam tyle energii? - nie było czasu na odpoczynek, polegiwanie z książbfką w ręku. Tę zawsze brałam, gdy kładłam się spać i po paru stronicach słodko zasypiałam. Przez to bieganie kilometrami za mało czytałam literatury pięknej. Ledwie nadążbfałam z lekturami, a żbfe te były dobrane tendencyjnie, odrzucałam je jużbf z góry uważbfając, żbfe nie są warte mojego czasu. "Opowieść o prawdziwym człowieku", "Matka" Gorkiego, "Dziewczęta z Nowolipek", "Grypa szaleje w Naprawie" - prześlizgnęły się przez mój umysł, jak dopust Bożbfy. Nic z nich, prócz tytułów, nie pamiętam. Jedyny dzień wolny w tygodniu to niedziela, którą zaczynałam mszą św. w kościele szkolnym, potem tradycyjny spacer ulicą Akademicką, spacer po parku z koleżbfankami, czasem i z kolegami. Pamiątkowe fotografowanie, dużbfo śmiechu, błyskotliwe, mądre rozmowy i powrót do domu na obiad. Po południu spotkania towarzyskie u koleżbfanek i wczesnym wieczorem byłam jużbf w domu. Kiedy odrabiałam lekcje; nie pamiętam. A przecieżbf dawałam korepetycje z języka polskiego i z francuskiego młodszym koleżbfankom. Nawet zdarzyła mi się nagroda od rodziców moich "uczennic" w postaci pieniędzy, słodyczy czy kwiatów. Te pieniądze były pierwszymi zarobionymi przeze mnie cierpliwością. ż0aż0a Matura jakoś przeszła. Pierwszy w żbfyciu bal do świtu w upalny czerwiec 1951 r. pamiętam, jakby to było wczoraj. ż0aż0aMiałam nową i najmodniejszą sukienkę z białej żbforżbfety w drobne, czerwone kropki. Przedłużbfony, dopasowany karczek, wycięcie w caro, dół szeroki, marszczony na biodrach z wypuszczoną riuszką, małe bufki. Czułam się świetnie, bawiłam nieźle i o wschodzie słońca odprowadzana przez swojego „obtupywacza” Rucia - Henryka Jakubca, podziwiając zjawiskowe o tej porze dnia niebo, szłam ku nowej, wierzyłam, żbfe świetlanej przyszłości.ż0aż0aż0a***ż0a Chciałam studiować geografię na lubelskim UMCS-ie (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej). Wypełniłam papiery, oddałam do sekretariatu szkoły, skąd miały być przesłane na uniwersytet. Taka wtedy była procedura. Sądzę, żbfe jednak nigdy nie ujrzały dziennego światła, a tym bardziej w Lublinie. Miałam przecieżbf opinię "czarnej reakcji" i twierdzy nie do zdobycia. I to była prawda.. Nawet nie próbowano mnie podchodzić, co czyniono z innymi koleżbfankami, które nie były zetempówkami. Nie byłam dla nich nic warta. ż0aż0aWiedziałam o tym, czułam to i postanowiłam iść na historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Była tam jużbf Ela, moja siostra na polonistyce, właśnie kończyła studia i był brat Julek na prawie. W ten sposób zagrałam na nosie Dance T., od której opinii składanej na piśmie zależbfał los nie jednej z nas. Wyobrażbfam sobie jaką opinię miałam ja, jej była przyjaciółka, z którą rozstała się z powodu politycznego. Nigdy nie zapomnę tego dramatu, jaki rozegrał się między nami w pewien zimowy dzień po feriach świątecznych, gdy zziębnięte na kość podpierałyśmy gorący, ogromny piec na korytarzu szkolnym, przeraźliwie ponurym, jakby zaplanowaną scenerią do naszej rozmowy. Danka właśnie wróciła z obozu ZMP z Lublina i z entuzjazmem, na jaki tylko ją było stać, opowiadała o wspaniałych ludziach - ideowcach komunistycznych, którzy przebudują świat na lepszy, bez religii, bez księżbfy i kościołów, bo to jest "opium dla ludu". Życzyła mi, abym przejrzała na oczy i poszła w jej ślady. Ona chce jechać na studia do Moskwy i zostać wielkim człowiekiem. A ja płacząc, szlochając powiedziałam tylko jedno zdanie: Danka, to koniec naszej przyjaźni, nie będę z tobą siedzieć w jednej ławce ani jednej chwili dłużbfej. I tak się stało jużbf na zawsze.ż0aż0a Co stało się z tą śliczną, hożbfą polską dziewczyną, niezwykle uzdolnioną? - A no zdała świetnie maturę, wyjechała do Moskwy. Studiowała chemię na Uniwersytecie Łomonosowa. Tam zakochała się w koledze, Rosjaninie i musiała się z nim rozstać, ponieważbf Rosjanom nie wolno było żbfenić się z cudzoziemkami, a możbfe tylko z Polkami. Tego nie wiem dokładnie. W każbfdym razie przeżbfyła dramat i rozczarowanie, bo chłopiec rozpłynął się jak we mgle. ż0aż0aPrzeżbfyła wstrząs, gdy zmarł jej bóg Stalin. A co musiało się dziać w jej ideologicznym wnętrzu, gdy za chwilę okazało się, żbfe to największy zbrodniarz w całym, komunistycznym molochu, jakim był wtedy ZSRR. Wyrzucono go z mauzoleum - przepięknego, modernistycznego, marmurowego grobowca Lenina, pod którym stały najdłużbfsze kolejki świata, by przez moment spojrzeć na oblicze tego, który świat przewrócił do góry nogami. Stalin został początkowo umieszczony obok Lenina i było dwóch bogów do oglądania, ale po odbrązowieniu pochowano go cichutko pod murem Kremla pod czarną, granitową płytą, na której napisano jedynie: Josip Wisarionowicz Stalin i lata żbfycia. Tyle. I nie ma jużbf tutaj ogonka chętnych do oddania czci. Lenin wiecznie żbfywy.ż0aż0a Co ta Danka musiała tam przeżbfyć, ona taka płonąca żbfagiew. Nigdy nie zazdrościłam jej sukcesów w szkole, chociażbf trochę rywalizowałyśmy wcześniej, za czasów harcerskich, gdy była gorliwą katoliczką, żbfeby nie powiedzieć bigotką, i zapaloną harcerką. Wszak składałyśmy przyrzeczenie harcerskie na Boga i honor Ojczyzny. No, ale jeśli się zamienia Boga na bóstwo, to w środku chyba wali się wszystko. Współczuję jej.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇfot_3.jpgˇfot_5.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇTeresa Fabijańska, maturzystka 1951ˇDwie maturzystki, Teresa Fabijańska z Lalką (Ireną) Szomańska w parku w Zamościu, 1951 r.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ8ˇ47ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇfot_3.jpgˇfot_5.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ500ˇ582ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇTeresa Fabijańska-Żurawska ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900847ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14798ˇ1159880638ˇ8ˇ1160506595ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇMigawki (6) ˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aˇ***image2:center***ż0aż0aż0aNa moich ścianach wiszą dwa płótna Pawła Wróbla, jednego z głośniejszych górnośląskich malarzy naiwnych. Te jego śląskie krajobrazy są fantastyczne, bo kolorowe, a ludzie anonimowi.ż0aż0a Do artysty pojechałem z Wilhelmem Szewczykiem. W lichym mieszkaniu górniczym zobaczyłem dwa gotowe obrazy namalowane jaskrawymi farbami akrylicznymi z przewagą czerwieni, z żbfyczeniową zielenią. Ulice były sine, ludzkie postacie zamiast twarzy miały puste kółka.ż0aż0a W jednym z wierszy tak to określiłem:ż0aż0a…Paweł Wróbel w mizernej izdebceż0apiórkiem kolibra pstrzy apokalipsęż0apocętkowaną widmami bez twarzy.ż0a ż0a Wziąłem oba obrazy, które teraz reprezentują nieobecny Śląsk. Szewczyk w drodze powrotnej orzekł, żbfe mając gotówkę Wróbel przestanie malować, ażbf mu zabraknie pieniędzy. Natchnienie przybiera różbfne postacie.ż0aż0aż0aż0a*ż0a W każbfdy czwartek w kawiarni Cenrum Jana Pawła II w Mississauga na dużbfym ekranie (a właściwie na ścianie) Krzysztof Jasiński wyświetla video ciekawych sztuk względnie filmów polskich. Tak zobaczyłem jednoaktówkę Aleksandra Fredry “Pierwsza lepsza” w świetnej obsadzie.ż0aż0a A jak radziła sobie moja emigracja żbfołnierska w czasach przedtelewizyjnych? Wystawiała sztuki. Pamiętam urocze “Dożbfywocie” w obozie wojskowym w Szkocji w latach czterdziestych, w którym Rózię grał znakomicie dla niepoznaki jeden z żbfołnierzy.ż0aż0a Wśród papierów zachowała mi się broszurka z tekstem “Pierwszej lepszej” wydana w Londynie w 1950 roku przez Polską YMCA oraz Stowarzyszenie Polskich Kombatantów.ż0aż0a Znany teatrolog Tymon Terlecki opatrzył tekst w przedmowę, w której pisze o języku komediopisarza “Prawie cały Fredro jest taką śpiewaną polszczyzną – czystą, dźwięczną, lotną, pełną wigoru i serdecznego tętna. Nikt przed Fredrą nie pisał dla sceny takim językiem, niewielu tak pisało po nim”.ż0aż0a Publikacja równieżbf przypomina wydania innych jego utworów przez emigrację. W ramach “Szkolnej Biblioteczki na Wschodzie” w Jerozolimie w 1943 roku wyszła “Zemsta” oraz “Śluby panieńskie”, a w 1945 – “Dożbfywocie”.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comż0aˇautoˇautoˇ58ˇobraz1.jpgˇobraz2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇPaweł Wróbel, obraz wiszący na ścianie w domu Floriana Śmieji w MississaudzeˇPaweł Wróbel, obraz wiszący na ścianie w domu Floriana Śmieji w Mississaudzeˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ0ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇobraz1.jpgˇobraz2.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ315ˇ304ˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇFlorian Śmiejaˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900900ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14809ˇ1159883919ˇ8ˇ1160506550ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇGrass i obieranie cebuliˇDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ż0aż0aˇObieranie cebuli bywa zajęciem często przykrym, pędzącym łzy. Udział kogoś w formacjach nazistowskich SS, kogo tak cenili i honorowali Polacy, to szczególnie bolesny dla nich cios. Dla Niemców teżbf to bolesny przyczynek w ocenie zasad moralnych swoich elit. Choć mimo wszystko – jak to w żbfyciu bywa – z perspektywy czasu wytłumaczalny, choćby patriotyzmem wobec swojej ojczyzny, mimo paskudnej formy służbfbie tejżbfe ojczyźnie.ż0aż0a Nie wchodźmy w jałowe rozważbfania na temat: dlaczego na to wyznanie Gunter Grass ażbf tyle lat czekał? - dziś, kiedy skandale zapewniają sukcesy komercyjne, niektórzy do nich wszak dążbfą. Ale pisarza, laureata Nagrody Nobla, niezłomnego bojownika o demokrację, niebywały sukces wydawniczy, chyba mniej cieszy. Tym bardziej, żbfe do biednych nie należbfy. ż0aż0a Sprawa jest bardzo szeroko komentowana w Polsce. Na Litwie - mniej, ale teżbf nie pozostaje bez echa. Wypowiedział się w tej kwestii 18 sierpnia w Komentarzu pisarza dla stacji radiowej „Žinių radijas” („Radio wiadomości”) m.in. Valdas Kukulas. Przy okazji dostało się Wałęsie, za to, żbfe nie poda ręki Grassowi, a którego to podczas pobytu w Wilnie mania wielkości wszystkim pozostawiła największy psychologiczny osad – stwierdza, - tymczasem wszyscy, którzy widzieli Grassa, zachowają go w swej najświatlejszej pamięci.ż0aż0a Wałęsie, „narodowemu populiście”, rozważbfa - daleko do intelektualisty światowej skali, dlatego zdaje sprawę z różbfnicy, jaka ich dzieli, jest pewien, żbfe noblista w tej trudnej sytuacji darzony jest wyrozumiałością, żbfe wśród obrońców Grassa jest dużbfo pisarzy żbfydowskich. ż0aż0a Miałem okazję i ja rozmawiać w Wilnie z Grassem, ujął on i mnie swoją sympatią. I jeszcze jednym, czego zapewne nie doświadczył pisarz-komentator: otóżbf mieliśmy to samo zdanie w ocenie sytuacji i roli mniejszości narodowych, jak teżbf spustoszenia, jakie przyniosła przymusowa migracja narodów, w ocenie losów – jak to niejednokrotnie mówił Grass wprost – „wypędzonych”. Nawet, pamiętam porównywał losy Gdańska do Wilna.ż0aż0a Ma rację Kukulas, żbfe młodość jest częścią żbfyciorysu, żbfe mimo różbfnorakich interpretacji (tu powołuje się na sytuację na Litwie w czasie rządów Antanasa Smetony, ale trudno zrozumieć, co ma na myśli), fakty pozostają faktami. No, i – od siebie dodam – oczywiście, owe fakty składają się na wizerunek osób publicznych, szczególnie jeśli chcą uchodzić za autorytety moralne. ż0aż0a Wzorem wielkiego pisarza, mniej znany pisarz litewski wspaniałomyślnie przyznaje się do jednego, wstydliwego faktu i ze swojej biografii, dając pouczający przykład z własnego dzieciństwa i wyciągając wnioski – otóżbf zdarzyło mu się kraść różbfe z „działki kolektywnej”, i to nie byle z kim, tylko z milicjantem, który miał pilnować terenu. Ale po tym Kukulas w żbfyciu więcej nie kradł…ż0aż0a Przykład możbfe to i bardzo literacki – wszak bardziej przemawiają do nas święci, co to grzeszyli, szczególnie za młodu, a potem się nawrócili. Ale jakoś nie bardzo przemawia skala porównań ułomności. Dobrowolne wcielenie „się” do struktur faszystowskich odróżbfniać należbfy teżbf od przymusowego. Prawda, byli i tacy, którzy nie musząc robić coś dla swojej zagubionej ojczyzny, w odległych krajach, na ochotnika, brunatne mundury wkładali, a po latach, jak gdyby nigdy nic zostawali nierzadko owymi autorytetami moralnymi. Czyżbfby do nich kierował Kukulas swą konkluzję:ż0aż0a Dobrze by było doczekać tej godziny, kiedy i litewscy politycy, działacze kultury zdecydują się otwarcie powiedzieć, kim i gdzie byli w młodości?ż0aż0a Wypowiedź pisarza przeczytałem w komputerze. Opinie czytelników (miejscami bardzo naiwne, miejscami wręcz chamskie) świadczą, jak nieznany to na Litwie, w społeczeństwie - sięgającym Internetu i pewnie młodym - temat. Przykre, żbfe przy okazji natarczywie powiela ono znane stereotypy wobec innych i w tej sytuacji „trzecich” nacji.ż0aż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ7ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇRomuald Mieczkowskiˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900907ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14842ˇ1159968630ˇ8ˇ1160506505ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇPóźne notacje – poezja Floriana ŚmiejiˇPoezja Floriana Śmieji ma swoje miejsce we współczesnej kulturze.ż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇ Zapoczątkowana na obczyźnie przed ponad pół wiekiem (tom debiutancki, "Czuwanie u drzwi", Londyn 1953) i ciągle tworzona z dala od kraju, rozwija się nieprzerwanie i pomnażbfa, wzbogaca się o coraz to nowe akcenty, coraz głębsze refleksje, bogatsze myśli sprawdzane i niejako pieczętowane doświadczeniami żbfycia. Jest to więc poezja kształtowana z perspektywy emigranta, poety konfrontującego dwa obszary kultur, zatem w szczególny sposób patrzącego zarówno na sprawy polskie, jak i na problemy uniwersalne, dotyczące w ogóle człowieka. Nie bez znaczenia jest zatem to, iżbf powstaje na ciągle niepewnym gruncie, bo w warunkach obczyzny, ale i wśród zawirowań historii, a więc w niestabilnej przecieżbf sytuacji egzystencjalnej.ż0aż0a Jest więc w tej poezji coś, co zachwyca, fascynuje i coś co wzbudza zarazem niepokój, skłania do refleksji, poniekąd zaskakuje niespodziewanymi efektami. Na uwagę zasługuje metoda twórcza poety. Z doświadczeń i obserwacji najprostszych nawet zdarzeń, które na co dzień towarzyszą ludzkiemu żbfyciu, czerpie on bogactwo myśli, przenikliwie dostrzega prawidłowości, sensy i absurdy. Zatrzymuje się przy owych powszednich sprawach i tutaj poszukuje okazji do głębszej zadumy nad światem oraz żbfyciem, po prostu nad problemami, wobec których najczęściej przechodzi się obojętnie, bądź które świadomie próbuje się oddalać z pola widzenia. Florian Śmieja eksponując, wydawałoby się nienowe, wielokrotnie przez poetów podejmowane tematy, odświeżbfa je i nadaje im pogłębiony wymiar. Odwołuje się do dobrze sprawdzonych, wypróbowanych twórczych strategii. ż0aż0aDroga jego wyobraźni kieruje się często ku wspomnieniom. W akcie twórczym ożbfywia się pamięć i ona właśnie stanowi nie tylko niewyczerpane źródło motywów, ale pozwala takżbfe przenosić myśli w wymiar czasu uniwersalnego, sprawia, żbfe stają się owe myśli zawsze aktualne. Z tej właśnie konfrontacji, a więc zderzania się jakby na kliszy pamięci przeszłości z teraźniejszością, rodzi się zamyślenie nad sprawami, które stanowią treść ludzkiej egzystencji, zatem nad doznaniami i doświadczeniami, które nie omijają człowieka, które ciągle stają na jego drodze. Urodę świata, atrakcje żbfycia, nieczęste zresztą, przysłania więc metafizyczny niepokój, smutek przemijania, rozmyślanie nad przemianami czasu. W tym nurcie refleksji pojawia się teżbf motyw ojczystego kraju, zatroskanie o jego losy, i motyw rodzinnych stron, „małej ojczyzny”, śląskiej ziemi, wplatany w wysublimowane wspomnienia. Emocjonalna tkanka tego właśnie motywu najbardziej wyraziście uwidocznia się w wierszu o jakżbfe wymownym tytule: Przesłanie. Warto ten krótki utwór przywołać tutaj w całości:ż0aż0a Świat możbfe być ojczyznąż0a i nieraz nią byważ0a lecz matka jest jednaż0a i święta ziemiaż0a która cię zrodziła.ż0a Dla innych Śląsk to szansaż0a ziemia obiecanaż0a szczebel do sławyż0a ja go utraciłemż0a dlatego się smucę.ż0aż0a Jest to jakby poetycka deklaracja, swoisty manifest twórcy kontemplującego swoją sielską, utraconą bezpowrotnie, przeszłość. Perspektywa emigracji odsłania się tutaj wyraźnie. Ona organizuje specyficzny, pełen nostalgii ton tego wiersza. Szczególnie dużbfo tego rodzaju utworów zgromadził poeta w tomie Wśród swoich. Znamienne, żbfe tom ten powstał właśnie w późnych jużbf latach twórczości Floriana Śmieji, a więc w czasie, gdy powroty do arkadyjskiej krainy młodości, zarówno te realne, odbywane w obecnych jużbf warunkach jakżbfe często, jak i te dokonujące się w sferze wyobraźni, w wymiarze głębokich doświadczeń wewnętrznych, wiążbfą się z doznaniami o szczególnej randze emocjonalnej.ż0aż0a Utwory o podobnym temacie i podobnej tonacji, konfesyjne, pełne niezwykle subtelnego liryzmu, obecne są takżbfe i w innych tomach poety. Przypomnijmy tutaj, dla przykładu, fragmenty wiersza Inwokacja ze zbioru Bezrok, w którym nostalgiczna, elegijna nuta brzmi jeszcze wyraźniej:ż0aż0a Bądźcie mi pozdrowioneż0a górnośląskie Opoleż0a Kamieniu Odrowążbfówż0a góro Świętej Annyż0a starki Pana Jezusaż0a gwarą szepcąca Odroż0a Gogolinie z piosenkiż0a Dobrzeniu, Siołkowiceż0a Arkadio mego dzieciństwa:ż0a was noszę w sobie jak szkaplerzż0a (..................................................)ż0a Ziemio krzyżbfy przydrożbfnychż0a bocianów, ładu i wiary.ż0aż0a Ostatnio opublikowane, w dobrze jużbf zasłużbfonej dla polskiej kultury toruńskiej oficynie Adama Marszałka, Późne notacje, to czternasty tom poetycki Floriana Śmieji. Na tom ten złożbfyły się wiersze z trzech ostatnich jego zbiorów wydanych w Kanadzie (Silcan House, Mississuaga): "Niepamiętanie" (1999), "Bezrok" (2001), "Nad Jeziorem Huron" (2002). W dołączonych tutaj Variach zaś znalazły się wybrane utwory m.in. z tomów nieco wcześniejszych: "Ziemie utracone" (1994) oraz właśnie ze wspominanych przed chwilą "Wśród swoich" (1998). Możbfna więc w skrócie powiedzieć, żbfe są to wiersze, które tworzone były w ostatniej dekadzie minionego wieku, zwłaszcza na przełomie stuleci. Powstała wówczas znaczna część dorobku poety, możbfe nawet, w przybliżbfeniu, blisko połowa wszystkich jego utworów. Ta szczególna aktywność twórcza to zapewne wynik nagromadzonych doświadczeń żbfyciowych, rosnącego niepokoju, dojrzałej refleksji oraz ukształtowanej postawy dystansu wobec spraw ważbfkich i błahych, ale takżbfe w pewnym sensie i rezultat okoliczności innej natury: nowej sytuacji literatury emigracyjnej, a więc procesów integrujących całą polską kulturę, tym samym takżbfe wzrostu zainteresowań twórczością poetów dotąd w kraju mniej znanych.ż0aż0a W tomie "Późne notacje" w sposób szczególnie wyraźny daje o sobie znać ukształtowana, dobrze utrwalona, postawa wobec świata i ludzi. Ujawniają się przekonania, poglądy, punkty widzenia, bogate doświadczenia, jakich dostarczyło żbfycie, zatem wszystko to, co stanowi o charakterze i granicach tej twórczości. Poeta - powracamy do myśli w tej pracy jużbf sygnalizowanej - wśród zjawisk świata i w formach ludzkich zachowań zauważbfa reakcje zgodne z naturą i prawem, ale teżbf i różbfne niedorzeczności oraz paradoksy. Mamy jednak w świadomości, żbfe tom ten zawiera utwory z ostatnich lat. Są to więc wiersze problemowo niejednorodne, w których częściej możbfe niżbf w okresie wcześniejszym pobrzmiewa ton rozliczeniowy. Na czoło wysuwają się tematy eschatologiczne, motywy przemijania, samotności, starości, śmierci. Informują o tym jużbf same tytuły utworów. Wymieńmy tylko niektóre: Niepamiętanie, Notes, Odchodzenie, Duchów obcowanie, De senectute, Nagrobek, Uchodzenie żbfycia, Zachód słońca, Nekropol w Carmonie, Stary poeta, Na śmierć poety, Zjawa. Zobaczmy więc, jakie treści kryją się pod niektórymi tylko, wymienionymi tu, tytułami:ż0aż0a Zanim się spostrzegłemż0a mój stary notesż0a stał się spisem umarłych.ż0a Na której by go stronie ż0a nie otworzyćż0a same puste adresyż0a i nieme telefony.ż0a (Notes) ż0a ż0a Jużbf więcej moich przyjaciół jest po drugiej stronież0a po tamtym brzegu, za ścisłym kordonem.ż0a Przybywa ich. Przewoźnik zdążbfyć nie potrafi,ż0a a na mnie patrzą nieme fotografie.ż0aż0a W brzózkach się snują widma niewyraźneż0a przywidzenia to, pamięć, zlękła wyobraźnia?ż0a (Duchów obcowanie)ż0aż0a Łatwo nauczyć się chodzićż0a odchodzenie jest trudneż0a (....................................)ż0a odchodzenie najlepiej wdrażbfaćż0a zanim się człek zakorzeniż0a (Odchodzenie)ż0aż0a Za długo żbfyjesz, mój drogiż0a jesteś, gdy rówieśnicy odeszliż0a żbfegnałeś ich, odprowadzałeśż0a ten luksus jużbf nie dla ciebie.ż0a (Stary poeta)ż0aż0aż0a Taki właśnie ton przeważbfa w utworach z ostatniego tomu Floriana Śmieji. Ale nie jest to jednak poezja skrajnie pesymistyczna. Mimo wspominanych tutaj motywów, dominującego nastroju, jest ona otwarta na żbfycie. Poeta próbuje opisywać, o czym była jużbf w tym szkicu mowa, prawidłowości tego żbfycia, jego odwieczne problemy i aspekty. W wierszu Z czego wiersz?, dedykowanym księdzu J. Szymikowi, znajdujemy na przykład następujące sformułowanie:ż0aż0aż0a Z żbfycia nam lepić poezjęż0a nie z teorii, suchych dociekańż0a szkolarskich konstrukcji.ż0a (......................................)ż0a tylko rozwieś swe drutyż0a a ściągniesz mocne sygnałyż0a tobie wysyłane, byś nimiż0a wytyczał drogę pewnąż0a przerzucał kładkiż0a przetwarzał okolicęż0a krzepił i śmiał się zarazemż0a z pocieszności wnuczki.ż0aż0a Autor Późnych notacji ważbfną rolę przypisuje przyrodzie. Właśnie przyroda pełna egzotyki, majestatu, tajemniczości (Jezioro Huron), takżbfe ta najbliżbfsza, wśród której żbfyje się na co dzień oraz wypełnione nią krajobrazy budzące zachwyt i podziw swoją urodą, przenoszą zmęczonego żbfyciem wytrwałego wędrowca w wymiar wymownego mitu, jakby w swoisty „zaczas” (tu znamienny tytuł tomu: "Bezrok"). ż0aż0aRegenerującą moc ma równieżbf zakorzenienie w realiach stron rodzinnych. Utrwalone w pamięci, przeżbfyte emocjonalnie, realia z tych stron stają się źródłem ożbfywczej siły, a tym samym punktem oparcia wobec niepewnej codziennej egzystencji.ż0a ż0aż0aż0aJoanna Sokolowska-Gwizdka  dodatek@jsokolowska.com   www.jsokolowska.comˇautoˇautoˇ58ˇsmieja_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ20ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇsmieja_001.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ400ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ571ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇ Zbigniew Andresˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900920ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14843ˇ1159969374ˇ8ˇ1160506458ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇZajsan u stóp Ałtajuˇ(...)ż0a Syberia była domem małżbfonków Bronisławy z Szemiotów i Modesta Iljinów ażbf do roku 1922 roku. Mieszkali w Dżbfungarji, w miasteczku Zajsan wtopionym w góry Ałtaju. ż0aż0aż0a***image1:center***ż0aż0aˇ13 grudnia 1918 roku urodziło się trzecie dziecko - Wiktoria zwana Wiką (Była to późniejsza sanitariuszka Wojskowej Służbfby Kobiet w Powstaniu Warszawskim, późniejsza artystka rzeźbiarka).ż0aż0a Gdy pytam Kaję o obrazy dzieciństwa, odpowiada mi, żbfe swoje dzieciństwo wspomina jak piękną bajkę. Mieszkali na skraju miasteczka Zajsan, którego uliczki tworzyły szachownicę. Z jednej strony była dolina dochodząca do stromego zbocza Ałtaju, z drugiej cerkiew tużbf nad rzeką Dżbfminiejką. Dalej przechodziło się przez niedużbfy drewniany mostek i idąc w prawo, dochodziło do młyna, przy którym rzeka była przegrodzona kamienną tamą tworząc dość głębokie rozlewisko, w którym możbfna było pływać. Przy letnich upałach dochodzących do 50 stopni Celsjusza, kąpiel w rzece sprawiała szczególną rozkosz. Nad brzegami rzeki, rosły różbfnorodne krzewy, dzikie różbfe, głóg, darnina. U stóp Ałtaju, za mostkiem, rozciągał się step, i tam gdzieś, ale nie wiadomo było gdzie, przebiegała granica między Rosją i Chinami. Step wyglądał dość jednostajnie, dopiero bliżbfej miasta rosły drzewa topoli, jarzębiny i czeremchy. Kwitnąca wiosną na biało czeremcha odurzała mocnym, przyjemnym zapachem. Niezwykle teżbf pachniała lukrecja o słodko-mdłych korzeniach, przysmaku dzieci, które uwielbiały je wysysać. Lukrecja była znana od dawna w Chinach, Egipcie, Grecji, jak i w starożbfytnym Rzymie, wierzono, żbfe jej korzeń posiada moc magiczną, użbfywana teżbf była jako roślina lecznicza. ż0aż0a Iljinowie mieszkali w dużbfym otynkowanym domu z płaskim dachem. Przez ogród przepływał aryk, specjalny kanalik (te kanaliki obsługiwały wszystkie domy w Zajsanie) o pionowych ścianach i płaskim dnie, którym płynęła źródlana woda z gór. Służbfyła do picia domownikom i wspierała całe gospodarstwo, a było ono rozległe. Obszerne podwórze otaczały zabudowania gospodarcze. W obejściu były trzy wielbłądy - baktriany, osobno dwa konie, krowy, owce z charakterystycznymi dla tych regionów kurdiukami. Kurdiuk – to był taki jakby worek z tyłu owcy, jak garb u wielbłąda. Gdy owca jest chuda, zwisa z tyłu, gdy na jesieni jest tłuściutka, kurdiuk wypełnia się i przedłużbfa poziomo tułów o mniej więcej czterdzieści centymetrów. Były teżbf świnie i wielkie wieprze, a takżbfe mnóstwo drobiu, indyki i kury. ż0aż0a Wielbłądy były dwugarbne, w wielkich worach zwanymi jukami dowoziły węgiel z „własnej kopalni”. Kopalnia była odkrywkowa, stanowiła niewielkie wybierzysko podstemplowane na stromych, ale dostępnych zboczach Ałtaju. Nie było głębokie, gdy trzeba było stemplować głębiej, po prostu przenosiło się w inne miejsca. Kopalni doglądał Polak, inżbfynier górnik pan Napieraj. Poza węglem były kopalnie odkrywkowe grafitu, który służbfył do wymiany z Chińczykami między innymi na tkaniny, cukier, papier i zapałki. ż0aż0aNapierajowie oprócz domku w Zajsanie - mieli takżbfe drugi niewielki domek, niedaleko kopalni, do którego przenosili się na lato. Stał on na wzgórzu nad strumieniem, stąd rozciągała się wielka dolina – step oparty o pionowo spadające potężbfne zbocze Ałtaju. W tym miejscu koczowniczy Kirgizi ze swoimi wielbłądami i stadem owiec rozbijali auł, miał on niewiele jurt, możbfe siedem, możbfe dziesięć. Wkoło były konie, wielbłądy i owce.ż0aż0a Bronisława Iljin często odwiedzała państwa Napierajów w ich letnim domku i zwykle zostawiała u nich Kaję. ż0aż0aNapierajowie bardzo ją polubili, a ona zaś lubiła być w coraz to w innym miejscu. Pamięta, gdy Kirgizi rozbili auł, ich małe dzieci biegały dookoła nago. Kaja często uciekała z samotnego domku państwa Napierajów na dół do aułu, a później za ich przyzwoleniem, nocowała u Kirgizów w jurcie na wojłoku, piła wielbłądzie mleko, jak i mleczny napój musujący zwany kumysem. Kirgizi częstowali pyszną herbatą w pięknych „kasieszkach” (były to filiżbfanki z chińskiej porcelany bez ucha trzymane za denko). Herbata mocna i wonna, nie brakowało jej dla nikogo, była lekko osolona i zaprawiana baranim tłuszczem. W kieszeniach trzymali bursaki, które często podgryzali. Bursaki były to kawałeczki ciasta krojone z cieniutkiego długiego ruloniku, zrobione z osolonej mąki z wodą i smażbfone w baranim tłuszczu. Kirigizi, prości i mądrzy ludzie, byli bardzo żbfyczliwi i troszczyli się o dzieci. Podarowali Kai dwa niewielkie białe orły, które odleciały, gdy podrosły. Nie wie skąd były te orły, ale pamięta, żbfe mogła je dotknąć i pozwalały się głaskać.ż0aż0a Wielbłądy po przywiezieniu węgla odpoczywały na podwórzu przy przybudówce domu, na której płaskim glinianym dachu Kaja budowała domek dla lalek. Wykazała przy tym niemałą determinację i pomysłowość. W pudełkach po zapałkach suszyła cegiełki z gliny, i właśnie z nich zbudowała gliniany domek. ż0aż0a Wielbłądy były wysokie, a przybudówka niżbfsza od domu, więc lubiły wsuwać na nią głowy. Kaja chcąc się z nimi bawić, czasami drażbfniła je gałązką po chrapach, a one w odpowiedzi, poirytowane, opluwały ją. Dokuczali sobie nawzajem tak długo, ażbf albo Kai, albo wielbłądom, się znudziło. Na ogół były łagodne i posłuszne, klękały, gdy się na nie wsiadało, kroczyły majestatycznie lekko się kołysząc.ż0aż0a Mała Kaja jeździła na wszystkim, na czym się dało, na baranie, który tego nie lubił, na osiołku, bo był i osiołek, a takżbfe jeździła na świni. (...) ż0aż0a W dalekiej dolinie mieszkał w domu z zawieszoną nad tą doliną werandą stary człowiek – pszczelarz. Kaja jeździła tam konno ścieżbfką wśród wysokich gór z matką po miód. Nie pamięta pasieki i nie wiedziała, czy pszczelarz miał ule, czy teżbf zbierał z barci w lesie, bo w tym rejonie był jużbf las, ale miód zawsze był gotowy. Matka jechała na swoim gniadym koniku, który czasami był zaprzęgany do wozu lub zimą do sań. Zwykle koń bardzo tego nie lubił, skakał wtedy przez rowy w stepie zrzucając powożbfącego. Jeśli to była Mama, to wiedział o tym, zatrzymywał się, i był jej posłuszny. Właściwie nikt poza nią nie mógł na tym gniadym koniu jeździć. ż0aż0a Kaja jeździła przeważbfnie na oklep na wielkim starym karym koniu, którego grzbiet był wygodny i szeroki jak kanapa. Wygodniej było jeździć na wielbłądzie siedząc między dwoma garbami. Najczęściej jeździło się jednak konno lub bryczką, zimą saniami. Wielbłądy były zajęte wożbfeniem węgla.ż0aż0a W domu obok pokoju dziennego, dwóch pokoi rodziców, osobnych Kai, jej brata i siostry, był takżbfe pokój Jefrosinji Fiodorowej. Była ona Rosjanką - „białą uciekinierką” zadomowioną w rodzinie Iljinów. Pochodziła spod Petersburga i była kiedyś żbfoną carskiego oficera. ż0aż0aBronisława przyjęła ją do domu i Jefrosinja zajmowała się gospodarstwem. Całymi dniami przebywała w olbrzymiej kuchni, z której prowadziły drzwi w różbfne miejsca, na przykład do przybudówki, która służbfyła jako letnia spiżbfarnia. Stały w niej słoje z konfiturami, wiadra pełne jakichś marynat, worki z kaszą i pszenną mąką (bo żbfyta tam nie było), wisiały pęta kiełbas i szynki. W domu był takżbfe specjalny dużbfy pokój służbfący jako spiżbfarnia zimowa. Stały w nim wielkie beczki z kiszoną kapustą i niedużbfymi arbuzami. Na hakach wisiały całe połacie świń, baranów, zimą polewane wodą, zamrożbfone. Kolejne drzwi z kuchni prowadziły do łazienki nazywanej umywalnią.ż0aż0aNa środku wielkiego podwórza był „kierat”, przymocowane do koła drągi, które obracał koń. Drągi miały na końcu zawieszone siedziska dla dzieci. Na taką jazdę na kieracie schodziły się dzieci z okolic. W tymżbfe miejscu na środku podwórza zimą budowano górę lodową do zjeżbfdżbfania dla dzieci sankami, z wydrążbfonym wnętrzem i schodkami na szczyt.ż0aż0a Na podwórzu, w głębi, stał niewielki dom, w którym mieszkała „chaziajka”. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się właśnie ją nazywało, i Kaja nie wie, czy możbfe była to właścicielka wynajmowanego przez rodzinę domu. Co dziwne, nikt jej nie widział, a wieści krążbfyły, żbfe była bez nogi. Dzieci nie chodziły w tamtą stronę i mały domek omijały z daleka. ż0aż0a Ojciec Kai pracował jako buchalter, a matka udzielała się wśród polskiej społeczności, na przykład zorganizowała Koło Polaków i została jego przewodniczącą. Miała dużbfo obowiązków, między innymi zajęła się organizowaniem pomocy tym Polakom, którzy około 1921 roku uciekali przed docierającym na te tereny bolszewikami. Przerzuty odbywały się przez pustynię Gobi na wschód do Chin. Kaja pamięta, żbfe na drogę szykowano suchary, suszono mięso. Kiedyś naszykowany suchy prowiant leżbfał na otwartym oknie w kuchni i zjadł go koń, który takżbfe był przysposabiany do drogi, bo uciekinierzy wyjeżbfdżbfali konno. Pamięta, żbfe przesuwano termin wyjazdu i były z tym jakieś kłopoty.ż0aż0a W miasteczku mieszkało wiele polskich rodzin i wszyscy starannie pielęgnowali święta i polskie tradycje. Polska była daleko i była niemal mitem dla wszystkich dorosłych.ż0aż0a Dzieci żbfyły własnym żbfyciem, którego obraz po latach nabierze jeszcze większego uroku. W tym wieku Kaja nie znała pojęcia ojczyzny, niewoli, i niewiele się zastanawiała nad rodzinną opowieścią, żbfe ojciec kiedyś był zesłańcem na Sybir. ż0aż0aDzieciństwo odbiera się wprost, jako otoczenie i ludzie, którzy nas otaczają. Kaja pamięta, żbfe jako małą dziewczynkę interesowała ją głównie przyroda, zwierzęta i żbfyła z nimi w dużbfej symbiozie. ż0aż0a W mieście Barnauł po przyjeździe z Białegostoku zamieszkała matka Bronisławy, Elżbfbieta z Kuderskich Szemiotowa, zwana przez wszystkich Babunią, a takżbfe jej inne córki: Jadwiga (po mężbfu Białecka), Felicja, Konstancja, Józefa (która jużbf wcześniej przeniosła się tam z Orenburga), i Waleria. Wszystkie ciotki były pracowite i przedsiębiorcze i dobrze sobie radziły. Kaja pamięta wspólne z ciotkami pływanie łódką po rzece Ob. Były zwykle dość uszczypliwe i mała dziewczynka nie lgnęła do nich. (...)ż0aż0a W młynie przy rzece Dżbfyminiejka mieszkała dziewczynka, starsza od Kai, dobrze ułożbfona i grzeczna. Była po jakiejś chorobie i dziergała dużbfo na drutach zachęcając ją takżbfe do tego zajęcia. Kaja zaś żbfadnych robótek kobiecych nie lubiła, nie miała koleżbfanek i ich towarzystwa unikała. Wolała z gromadą chłopaków biegać po polach, pływać w rzece lub pędzić w step. Wyrywali rosnącą na pagórkach w stepie wspomnianą lukrecję, której słodkie korzenie bardzo wszystkim smakowały i były dla dzieci jak cukierki. ż0aż0a Lubiła teżbf biec ścieżbfkami w góry, gdzie w najwyżbfszych partiach stały kozice bez ruchu, zanim je nie spłoszono.ż0aż0a Wyglądały jak białe nieruchome rzeźby przyczepione do małych wystających skałek. Na dróżbfce często pojawiały się wężbfe, wielkie, wygrzewające się w słońcu, lub niżbfej, wskakujące, a właściwie wślizgujące się z chlupotem do rzeki. Chłopcy często je zabijali, o ile nie dało się ich ominąć na ścieżbfce.ż0aż0a Nie lubiła lalek. Pamięta, żbfe szyło się je w domu, ale twarze miały ze skośnymi oczami, bo tylko takie maseczki przywozili Chińczycy, którzy przyjeżbfdżbfali do Zajsanu na handel, przywożbfąc między innymi główki do lalek. (...)ż0aż0a Barnauł był ładnym miastem o ciekawej architekturze. Położbfony wzdłużbf jednej z największych rosyjskich rzek Ob, założbfony w 1730 roku jako osada, gdzie wydobywano srebro.ż0aż0a Kopalnia srebra nadała mu specjalny status i szybko się rozwinął. W 1917 roku miasto liczyło jużbf 70 tysięcy mieszkańców, i wciążbf się rozwijało. Rok później połowa miasta została zniszczona przez ogień i potem pozostała część została zniszczona przez rewolucję. W 1940 roku Barnauł zaczął ponownie się rozwijać, kiedy wiele firm przeniosło się w te rejony, aby uniknąć niemieckiej inwazji.ż0a ż0a Zapamiętany obraz z wizyty u Babuni i ciotek w Barnaule: wieczór w Klubie Polskim. Panie ubrane w długie suknie, pięknie pachnące perfumami, jest „polski wieczór”, ma być teatr, będą deklamować takżbfe dzieci. Scena jest starannie udekorowana, dużbfo kwiatów i zieleni, lampiony. Kaja ma deklamować wiersz Adama Mickiewicza ”Powrót taty”. ż0aż0aJest na scenie, ale kurtyna jeszcze nie podniesiona. Dziewczynka nie wytrzymuje napięcia i zaczyna mówić:ż0aż0a „Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem/ Za miasto, pod słup na wzgórek, /Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,/ Pobożbfnie zmówcie paciórek./ ż0a ż0aTato nie wraca; ranki i wieczory/ We łzach go czekam i trwodze;/ Rozlały rzeki, pełne zwierza bory/ I pełno zbójców na drodze”.ż0aż0a Mama przerywa - „Nie teraz. Zaczniesz, gdy podniosą kurtynę...”. Kurtyna idzie do góry, a Kaja z płaczem ucieka ze sceny.ż0aż0a Pamięta, jak na placu w miasteczku Zajsan, gdy przyszli tam bolszewicy, był słup wysmarowany chyba mydłem, a na jego czubku zawieszono parę butów. Buty były wtedy dużbfym skarbem, a miał je zdobyć ten, który wejdzie po śliskim słupie na sam czubek i je zdejmie. Amatorzy ześlizgiwali się jużbf z połowy wysokości, i chyba nikt tych butów nie zdobył.ż0aż0a W miasteczku nie było sklepów, kwitł wspomniany wyżbfej handel wymienny z Chińczykami, którzy brali grafit w zamian za cukier w tzw. głowach. Cukier wtedy był sprzedawany jako jednolita bryła wysokości około 50 centymetrów w kształcie stożbfka o ściętym wierzchołku i średnicy na dole około 25 centymetrów, w górze 15 centymetrów. Łamało się go specjalnymi młoteczkami lub szczypcami, a kawałki wielkości mniej więcej naszych obecnych kostek cukru - ale różbfnych kształtów – podawało się wraz ze szczypczykami do brania jużbf w cukiernicach, przy samowarze.ż0aż0a Wszystko robiło się własnym „przemysłem i pomysłem”. W każbfdym polskim domu wykonywało się coś na użbfytek innych. Pod samymi górami Ałtaju mieszkała wdowa z dwiema dorosłymi córkami. Robiły kapelusze i szyły strojne suknie. Zdarzało się, żbfe wszystkie Polki latem chodziły w różbfowych sukienkach, bo bela materiału przywieziona przez Chińczyka była akurat różbfowa. Bronisława Iljin dla wszystkich znajomych dzieci robiła sandałki. Piastun dzieci, stary Kirgiz, wytłaczał z wielbłądziej lub owczej wełny walonki na zimę, wojłokowe buty do kolan. U państwa Guzów była zaś tłocznia oleju, który tłoczyło się z maku. ż0aż0a Aby tłoczyć olej, latem jechało się w kilka wozów, niczym cygańskich, okrytych na pałąkach brezentem chroniąc przed upałem, który dochodził + 50 stopni Celsjusza. Jechało się z pościelą, samowarem i garami na odległe pola zasiewane przez Chińczyków makiem. Zabierało się ze sobą prowiant, bo jechało się na kilka dni lub na cały tydzień, ażbf gdzieś do niedalekiej granicy z Chinami.ż0aż0a Chińczycy zasiewali makiem całe połacie ziemi, która była niczyja. Gdy makówki były zielone, nacinali je nożbfykami, a gdy występujący w nacięciach sok tężbfał i nabierał koloru brunatnego, zbierali go nożbfykami. To było opium. Ziemi było tyle, żbfe pola z makiem pozostawiano i siało się każbfdego roku w innym miejscu. Mak dojrzewał i wtedy wyprawy organizowali Polacy. ż0aż0a Rozbijało się obóz, gotowało potrawy, spało pod gołym niebem na matach. Całe dnie odbywało się zrywanie i rozcinanie makówek i zsypywanie maku do worków. Wieczorem zasiadało się dookoła ogniska z rożbfnem, na którym piekł się baran i łuskało się mak do worków. Olbrzymi księżbfyc o jakimś kolorze żbfółto-zielonym, wzbijał się coraz wyżbfej, i była taka cisza, żbfe słychać było szelest ziarenek maku obijającego się o makówki, gdy rodzinny kot Macio, którego takżbfe zabierano, chodząc po zagonach potrącał łodygi maku. Po powrocie do miasta u państwa Guzów w tłoczni wyciskało się olej, a wielkie krążbfki makuchy służbfyły do karmienia zwierząt.ż0aż0a Przygotowania do srogiej syberyjskiej zimy były różbfnorodne. Na przykład, biło się świnie i barany. Wielkie wianki suszonej kiełbasy i wędzonych szynek zapełniały spiżbfarnię. Dużbfe beczki pełne jagód, żbfurawiny, marmolady, pastiły, a nawet beczułki z masłem ustawiało się rzędem w spiżbfarni w domu. Na zewnątrz w stodole pełno było zbożbfa i siana, do składzików zwożbfono zapasy węgla i kiziaku. [Kiziak – to były okrągłe wielkie „placki” stłoczone z nawozu krowiego lub końskiego, które służbfyły na podpałkę]. ż0aż0a W domu zimą było zawsze ciepło. Kirgiz - piastun palił w piecach i zabawiał dzieci „pożbfarami aułu”. Jeden z pieców ogrzewający pokój dzienny i jednocześnie pokój Kai, miał wielkie palenisko od strony sieni. Na brzegu tego paleniska Kirgiz ustawiał zrobione z papieru małe jurty, i zawsze któraś z iskier wywoływała pożbfar. Dzieci spędzały z nim wiele wieczorów. Szczególnie po powrocie z zabaw na zewnątrz, gdzie zimą mróz sięgał -40 stopni Celsjusza, chętnie siedziało się w domu. Piastun snuł różbfne opowieści, nie wszystkie dzieci rozumiały, ale atmosfera tych opowiadanych historyjek była zwykle tajemnicza.ż0aż0a Na Bożbfe Narodzenie w dużbfym pokoju ustawiało się drzewko topoli. Okoliczne góry nie były porośnięte iglastymi drzewami, dopiero dużbfo dalej, w niedostępnej zimą dolinie, ż0arosły świerki i jodły. Święta przy topoli, która o tej porze roku miała jużbf lepkie dość dużbfe pąki, były obchodzone uroczyście i z zachowaniem wszelkiej tradycji. Drzewko było ubrane wycinanymi przez Ojca papierowymi konikami, ptakami, lepionymi przez dzieci kolorowymi łańcuchami, z aniołem na czubku, piernikami i orzechami zawieszonymi w siateczkach zrobionych z bibułki. Drzewko obłożbfone płatami waty imitującej śnieg błyszczało migając dziesiątkami świeczek z Chin. Prezenty dla dziewczynek to były wspominane wcześniej skośnookie lalki szyte ze szmatek z główkami z celulozy.ż0aż0a Były teżbf wycinanki ojca, który miał dużbfe zdolności plastyczne i potrafił dzieci obdarowywać pięknymi wytworami z papieru. Ojciec obdarzony pięknym głosem śpiewał kolędy. ż0aż0aStół był nakryty białym obrusem, pod nim leżbfało siano. Na stole na talerzyku był domowej roboty, wypiekany w domu cieniutki opłatek. I obowiązywało trzynaście potraw. Ryby sprowadzano łowione z odległego Irtysza i niedalekiego, oddalonego o około czterdzieści kilometrów jeziora Zajsan. ż0aż0aByły faszerowane, smażbfone, królowały szczupaki i bieługa w galarecie. Były teżbf karasie i inne jesiotrowate. Była zupa grzybowa z uszkami, kutia, łamańce, kisiele, kompoty i torty Mamy. Bronisława wypiekała wspaniale torty biszkoptowy, orzechowy i inne z dodatkami miodu i maku. ż0aż0a Na co dzień atmosfera w domu była zdrowa ludzi czynnych, żbfyczliwych sobie. Ojciec był zazwyczaj spokojny i łagodny. Kaja nie pamięta, by mówił ostrym czy podniesionym głosem. Matka zaś była energiczna, czynna i zwykle w dobrym humorze. Kaja nie pamięta żbfadnych pieszczot ani wielkich serdeczności. Traktowano dzieci jak dorosłych, serio, żbfyczliwie, obowiązywała prawda, odpowiedzialność i posłuszeństwo. Nie było takżbfe żbfadnych uciążbfliwych ograniczeń. Dzieci były uczone samodzielności i obowiązkowości.ż0aż0a Kiedyś trzyletnia Wika wybrała się sama w góry, nikt nie wiedział gdzie zaginęła, poszukiwania trwały wiele godzin. Dziewczynkę szukało całe miasteczko, ażbf spotkał ją na górskiej ścieżbfce około trzech kilometrów od domu stary Piastun, Kirgiz schodzący z gór. ż0aż0a„Co tutaj robisz?” zapytał.ż0aż0a„Idę zobaczyć szeroki świat”, odpowiedziała.ż0aż0a Ta rezolutna odpowiedź dziewczynki była chętnie powtarzaną opowieścią przez wszystkich członków rodziny.ż0aż0a Kaja starsza od Wiki o trzy lata takżbfe robiła samodzielne wyprawy na drugą stronę rzeki, ale zawsze w grupie chłopaków. Inne dziewczynki w jej wieku nie oddalały się od domu, były wciążbf dziecinne, a starszych nie pociągały takie wyprawy, jak po wspomniane korzenie lukrecji. (...)ż0aż0a Jesienią cała rodziną Iljinowie wyjeżbfdżbfali na pasznię. Było to pole, gdzie rosły arbuzy i dynie i o ile Kaja dobrze pamięta - pszenica. Żyta nie uprawiano i Bronisława tęskniła za żbfytnim pieczywem. Rosły za to właśnie olbrzymie melony i arbuzy. Melony były soczyste, słodkie i wonne. Arbuzy się soliło i kisiło, podobnie jak kapustę, mniejsze dodawało się do kiszącej w beczkach kapusty. Z paszni przywoziło się jużbf dojrzale arbuzy i dynie. Sprawdzało się dojrzałość owoców w ten sposób, żbfe nacinało się i wyjmowało trójkątny stożbfek, patrzyło, czy był czerwony i gotowy do spożbfycia. Gdy owoce były wciążbf niedojrzale, wkładało się wycięty trójkąt z powrotem i zrastał się on z całością. Dopiero przy zbiorach możbfna było dostrzec jakby pozostawioną bliznę. ż0aż0a Pasznie były nawadniane rowami z wodą ze źródeł górskich. Deszczy latem nie było. Kaja nie pamięta, czy wśród warzyw koło domu były ogórki, ale na pewno były pomidory. Z jagód i owoców pamięta poziomki i uruk, słodki owoc wielkości dużbfego włoskiego orzecha i renglody z dużbfą pestką i bardzo słodkim miążbfszem. Jadło się je zwykle podsuszone jak rodzynki.ż0aż0a Mama robiła przetwory z poziomek, a z owoców dzikiej różbfy tzw. pastiłę. Była to gęsta marmolada, smarowana na płasko na arkuszach papieru lub deskach grubości około dwóch centymetrów, którą suszyło się na płaskim glinianym dachu, by potem zdejmować całe arkusze tego przetworu i kroić w kostkę – były pyszne jak cukierki. Dzieci łasowały w spiżbfarni i z rulonów pastiły urywały kawałki, co było o wiele smaczniejsze niżbf krojona kostka. Nigdy jużbf w żbfyciu nie spotkała takich owoców, jak w Zajsanie. (...)ż0aż0a Polaków z Sybiru łączyły wydarzenia historyczne, surowy klimat i niełatwa codzienność. Stawali się twardzi i zahartowani na niedole i braki, a takżbfe wrażbfliwi i otwarci na wszelkie nieszczęście innych. Ponoć Sybiracy, to ludzie wielkiego serca i honoru, którzy mają w sobie potrzebę i gotowość niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. Na Syberii podróżbfni, pokrzywdzeni i głodujący spotkają się z uprzejmością i pomocą w myśl zasady - dzisiaj w biedzie ty, jutro mogę być ja. ż0aż0a Kaja z Altaju wyniosła zaufanie do ludzi, poczucie bezpieczeństwa, pełnię swobody. Zapamiętała, żbfe wszyscy wkoło byli uczciwi, żbfyczliwi, pomocni w potrzebie. Nie było zamkniętych domów, żbfadnych nawet zamków pod klamkami. Co za luksus żbfyć bez kluczy i zamków. Domy były otwarte jak jurty, tylko wewnątrz gdzie niegdzie „zaszczepki” (dzisiejsze haczyki). Dużbfy dom w Zajsanie takżbfe nie miał zamków, drzwi zamykało się na klamki. Pierwsze kradzieżbfe przyszły z rewolucją, która w okolice Zajsana dotarła z końcem 1921 roku. ż0aż0a Po latach Kaja powie, żbfe okres dzieciństwa wydaje jej się szczególnie beztroski i szczęśliwy. Czas upływał radośnie, a swoboda i przestrzeń kształtowały charakter. Tak było do wspomnianego wyżbfej 1921 roku, kiedy do Dżbfungarii dotarł bolszewizm. ż0aż0a Kaja pamięta, żbfe gdy kiedyś przejeżbfdżbfali przez mostek na rowie w stepie zobaczyła siedzącego pod nim nieżbfywego Chińczyka z oskalpowaną głowę. Widok był straszny! Był to sygnał, żbfe bolszewicy są wkoło, bo oni właśnie tak „polowali” na Chińczyków.ż0aż0a Polacy wiedzieli, żbfe muszą uciekać. W domu od jakiegoś czasu organizowano konne przerzuty mężbfczyzn przez pustynie Gobi na wschód. Gdy przyszli bolszewicy zaczęli wyłapywać ludzi, zaczęły się przesłuchania. W domach polskich urządzano jakieś mityngi. Rodzina z Barnaułu - Babunia i ciotki - wróciły do Polski wcześniej i zamieszkały w Białymstoku. Mieszkająca w dalekim Zajsanie pięcioosobowa rodzina Ilijnów z najmłodszą czteroletnią Wiką żbfyła dalej normalnym trybem, ale zaczęli oficjalne starania o powrót do Polski. Formalności było dużbfo i długo trwało ich załatwianie. Przygotowywali się do wyjazdu starannie robiąc zapasy na drogę. Gdy wszystko było gotowe, wyruszyli w wielką, wręcz koszmarną podróżbf trwającą prawie rok.ż0aż0aż0aż0aż0aFragment książbfki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, Kaja od Radosława czyli Historia Hubalowego Krzyżbfa, wyd. Muza, Warszawa 2006ż0aˇautoˇautoˇ58ˇrodzina_w_barnaule.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇBronisława i Modest Iljinowie z dziećmi Modestem i Cezarią, Barnauł 1916 r., fot. arch. C.I.-S.ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ9ˇ33ˇamˇ8ˇˇ1ˇˇˇrodzina_w_barnaule.jpgˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ326ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ600ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2ˇAleksandra Ziółkowska-Boehmˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ2006100900933ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ 14844ˇ1159970455ˇ8ˇ1160506395ˇ8ˇ10ˇ9ˇ2006ˇKaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyżbfaˇrozmowa z pisarką Aleksandrą Ziółkowska-Boehmż0aż0aż0aDodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45ż0aż0aż0a***image2:center***ż0aˇ***image4:center***ż0aż0aż0aJoanna Sokołowska-Gwizdka: W warszawskim wydawnictwie Muza wyszła właśnie kolejna Pani książbfka pt. „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyżbfa”. Książbfka jest tak napisana, żbfe zapewne wkrótce stanie się bestsellerem. Czyta się ją jednym tchem. Przepiękny, literacki język, niemal filmowe opisy przyrody, pozornie nieistotne, ale stwarzające koloryt chwili i zbliżbfające nas do bohaterki szczegóły z żbfycia codziennego, pasjonująca opowieść o żbfyciu zwykłym i niezwykłym, wiele faktów historycznych, zbadanych przez Panią i drobiazgowo opracowanych, wszystko to musi zapaść w serca i umysły czytelników, a jednocześnie dać dużbfy bagażbf wiedzy historycznej.ż0aż0a Proszę powiedzieć, co Pani czuje po napisaniu tej książbfki? ż0aż0aż0aAleksandra Ziółkowska-Boehm: Książbfką tą spłaciłam swoisty dług wobec zaprzyjaźnionej ze mną od 30 lat wspaniałej kobiety, i wobec jakiegoś wpojonego mi obowiązku czy potrzeby, żbfe należbfy dzielić się czymś dobrym, interesującym, by ocalić od zapomnienia. ż0aż0a Książbfka ta w ma w zapleczu trudną polską historię ostatnich 90 lat, bo tyle lat ma moja bohaterka. Posuwając akcję i wydarzenia do przodu sięgałam po fragmenty książbfki historyka Marcina Kuli „Zupełnie normalna historia, czyli Dzieje Polski”.ż0aż0a Na końcu książbfki napisałam: Patrząc na żbfycie Kai, zdumiewała mnie jej zaradność, to, żbfe nie zatraciła ambicji, radości i woli żbfycia przeszedłszy gehennę wojny, więzienie i obóz, żbfe stała się osobą twórczą, żbfywotną, a przecieżbf zmagała się takżbfe z chorobami, problemami ze zdrowiem. Swoje żbfycie ocenia pozytywnie. Czy urodziła się „w czepku”, i wszystkie „nieszczęścia”, które ją spotykały umiała pokonać? Czy to sprawa charakteru i woli żbfycia? Myślę, żbfe ludzie różbfnią się między sobą tym, jak radzą sobie z problemami i jak z nimi walczą. Czy je przygniotą, złamią, czy dadzą powód do usprawiedliwiania, dlaczego żbfycie było takie a nie inne, czy teżbf zahartują, utwardzą, wzniosą, dadzą poczucie własnych możbfliwości, wyrobią charakter. ż0aż0a Dlaczego wtedy, w latach okupacji, nie opuszczała jej wesołość i optymizm? Napisała mi na karteczce:ż0aż0a „Była wszędzie śmierć i rozpacz. Ale była i nadzieja i niczym nie dająca się zahamować radość żbfycia dwudziestu kilku lat. Godzina policyjna i codzienne oczekiwanie, czy wrócą ci, co wyszli rano. Zaciemnienie i niebieskie płomyki w zapalonych kielichach. Patefon, ulubione „Sans Toi” i bomby. Powroty z akcji. Telefony, telefony, telefony. I niedzielne wędrówki w lasy. Różbfe i rany”.ż0aż0a … Czyli radość żbfycia daje nie dająca się niczym zahamować młodość i beztroska dwudziestu kilku lat?...A później, do nas, wszystkich ( – brzmi to jak stara i niemodna płyta) należbfy dbanie o teraźniejszość, by następnym pokoleniom lepiej się żbfyło. Zostajemy na strażbfy przeszłości i staramy się ją uporządkować, jak ja to właśnie robię snując swoją opowieść o Kai od Radosława, dzielnej, dumnej dziewczynie, którą kształtował „szeroki świat”. Tak kiedyś powiedziała jej siostra, która mając trzy lata zaginęła w górach Ałtaju w Dżbfungarii i odpowiedziała Kirgizowi, żbfe poszła zobaczyć „szeroki świat”. ż0aż0aż0aJSG: Tak pięknie pisze Pani we wstępie o przyjaźni, która łączy Panią z Kają (Cezarią Iljin-Szymańską), „tą od Radosława” (zgrupowanie AK "Radosław" w Powstaniu Warszawskim), o wieloletniej wymianie myśli, spostrzeżbfeń, różbfnych żbfyciowych historii i tym nagłym pomyśle na książbfkę, który przyszedł po wielu latach. Jak to jest, gdy pisze się czyjąś biografię? ż0aż0aż0aAZB: Każbfdy z nas ma historię do opowiedzenia. Zacytowałam we wstępie przekazane mi przez Isaaka B. Singera „przesłanie dla pisarzy”: pisać, kiedy się ma „story to tell”, potrzebę opowiedzenia tej właśnie historii, pasję i przekonanie.ż0a ż0a Nie napisa