Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Historia mało znana
Zabawy ludu polskiego
Władysław Pomarański
Mar 28, 2011
 
 

Zacznę od ostrzeżenia. Dla tych, którzy czytają stare polskie dokumenty słowo zabawa miało w staropolszczyźnie inne znaczenie niż dziś: to nie jakaś forma rozrywki, ale po prostu zajęcie, praca. Gdy czytamy, że chłop pańszczyźniany zabawiał na polu cztery dni w tygodniu, nie znaczy, że tam się bawił, nawet nie znaczy, że tam bywał, ale po prostu, że tam pracował.

W czasach nowożytnych, a ściślej mówiąc na przestrzeni trzech wieków (XVI-XVIII), wszystkie stany w Polsce miały swoje rozrywki, zabawy, a były one rozliczne i różnorodne; dopiero rewolucja przemysłowa XIX w. zmieniła wszystko: stworzyła nowe społeczeństwa niepodobne do tych wcześniejszych. Dni wolnych od pracy też było wiele na przestrzeni tych trzech wieków - było dużo czasu na odpoczynek i relaks. W dodatku władze kościelne pilnowały by w niedziele i święta kościelne wystrzegać się pracy fizycznej; to był czas na modlitwę, ale nikt, nawet najpobożniejszy, nie modlił się w kościele od rana do wieczora. Etnolodzy obliczyli, że w Polsce było prawie tyle dni wolnych od pracy co dzisiaj, czyli od 80 do 100 w roku. Co prawda dzień pracy, wtedy dyktowany porami roku, w lecie trwał dłużej, nawet 14 godzin, ale ciągle było jeszcze trochę czasu, by dla relaksu udać się do karczmy. Wolne dni od pracy to przede wszystkim 52 dni niedzielne, święta kościelne, a tych było więcej niż dzisiaj. Ważniejsze wydarzenia dziejowe też obchodzono uroczyście, były święta tradycyjne jak dzień Kupały, odpust w parafii, okazyjne, jak przejazd przez jakąś miejscowość orszaku królewskiego, świętowanie urodzin syna królewskiego, ważniejsze uroczystości państwowe, jak np. przyjmowanie przez króla hołdu swoich wasali. Egzekucje publiczne czy dzień palenia na stosie to też dni wolne od pracy. Gdy mowa o fizycznej pracy, to tylko chłopi, mieszczaństwo i drobna zaściankowa szlachta byli jej poddani, bogatsza szlachta, arystokraci i duchowieństwo, poza funkcjami swego urzędu, mieli cały boży rok na rozrywki. Mieli tych rozrywek więcej niż prosty lud, bo po prostu było ich na nie stać, a ponadto władze kościelne nie śmiały tej warstwie wyższej zabraniać tego co było zabronione maluczkim. W środowisku chłopsko-mieszczańskim atak frontalny duchownych był przede wszystkim przeciw tańcom i śpiewaniu, a nawet słuchaniu piosenek czy melodii świeckich. Owszem, niektóre ludowe śpiewki - ale tylko niektóre - były dość sprośne, ale zakaz, tak na wszelki wypadek, obejmował wszy-stkie. Było nawet powiedzenie, że "uszy co tańców, muzyki słuchali za życia, będą wiecznie słyszeć jęki potępieńców". Na taniec był bardziej ostry frontalny atak niż na muzykę i śpiew, i to nie tylko z ambon kościołów. Znany pisarz Andrzej Frycz Modrzewski był zgorszony tym, że "tańcząc skaczą; okręcają w koło niewiasty i w krąg nimi zawijają, nie sromają się łydek obnażać, w uściski biorą, całują, szczypią, sprośnie dotykają". Co za horror! Proszę zauważyć, że osobę płci żeńskiej pisarz nazywa niewiastą, a nie kobietą - to drugie słowo w jego czasach było zarezerwowane dla prostytutek. Znany tłumacz Biblii na język polski ks.Jakub Wujek widzi w tańcu "warsztat wszelkiej nieczystości". Czytając stare dokumenty, a szczególnie zbiory kazań, można naprawdę ubawić się pomysłami kaznodziejów w temacie, jakim to wielkim grzechem są tańce. A więc za tańce przybito Chrystusowi nogi do krzyża, że każdy tańczący z kobietą tańczy z szatanem itd. Próbowano nawet tańce wyeliminować z zabaw weselnych, ale tego lud nie słuchał, najwyżej później na spowiedzi przyznawano się do grzechu tańczenia. Oczywiście te zakazy, chociaż niby to były uniwersalne, praktycznie nie dotyczyły dworów czy pałaców.

Czym więc prości ludzie wypełniali czas niedzielny i świąteczny poza Mszą i nieszporami? Nie było przecież telewizji, często ogłupiającej nas, gdy siedzimy przed ekranem godzinami, nie było komputerów, nie było sal kinowych czy teatralnych, książki były bardzo drogie, a na dodatek trzeba było umieć czytać. Śpiewano więc po domach pieśni religijne, jak np. godzinki, odmawiano wspólnie różaniec, czytano (tam gdzie ktoś umiał czytać) żywoty świętych (prywatne czytanie Pisma św. było zabronione pod sankcją grzechu śmiertelnego aż do początku XX w.), ludzie schodzili się po domach gdzie starzy zawodowi bajarze opowiadali niestworzone rzeczy, były wyskoki do karczmy, choć dla maluczkich wszystko tam było zabronione: tańce, słuchanie muzyki, alkohole, z wyjątkiem wina (bo je pijał, a nawet rozmnożył Chrystus), ale wina w karczmach chłopskich nie podawano. Niektórzy tam zaglądali po to by było się z czego spowiadać w okresie wielkanocnym. Pamiętam z moich dziecinnych czasów gromadki kobiet przy rzece o sympatycznej nazwie Świnka, ich jazgotanie przyciszały trochę tłuczenie pranej bielizny na kamieniu "kijankami". Spotykano się w długie wieczory zimowe na wyszywanie np. ornatu do kościoła parafialnego i na śpiewki, były w dużych grupach w czasie międlenia lnu czy konopi, a później skręcania ich włókien w nici czy sznurki.To wszystko to także zabawy ludu polskiego płci żeńskiej i to nie tak dawno temu. Gromadnie uczestniczono w różnych zwyczajach i obchodach ludowych, które niekiedy miały swoje początki jeszcze w czasach pogańskich, jak śmigus dyngus, chodzenie po kolędzie z szopką, rzucanie wianków do wody w noc św. Jana i wiele innych.

Kościoły parafialne i zakonne dostarczały ludziom dużo rozrywki, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. Była wielka konkurencja między kościołami, szczególnie zakonnymi, w budowaniu przy ołtarzu żłobka i jego wystroju. Tak jak dzisiaj w większych miastach ludzie chodzą od kościoła do kościoła by je zobaczyć, porównać i ocenić, tak też było i w dawniejszych czasach. Organizowano jasełka, często bardzo populistyczne, naiwne w treści. W czasie przedstawienia obrywało się nieźle Herodowi przy stajence od pasterzy i Mędrców; ten historyczny Herod w stajence nigdy nie był, bo gdyby był, nie byłoby już Dzieciątka. Oto jak nieoceniony Kitowicz opisuje inną scenkę podczas jednych z jasełek: "Tam Żyd wytrząsał futrem... do sprzedania, które nadchodzący żołnierz znienacka porywał. Żyd futra z ręki wypuścić nie chciał. Żołnierz Żyda bił. Żyd porzuciwszy futro uciekł. Dalszy ciąg tej opowiastki to sprzedanie futra mieszczaninowi, areszt żołnierza i mieszczanina itd." Co to wszystko ma wspólnego z narodzinami Chrystusa nie wiem.

Dla mieszczuchów największą rozrywką były dość częste w owych czasach publiczne egzekucje na głównych placach miast. Zdobycie kawałka sznura, na którym wieszano skazańców, czy dobrego miejsca przy szafocie było prawie równe wygraniu dużej sumy pieniężnej na loterii w naszych czasach.

Najwięcej okazji do celebrowania, świętowania i zabawy dawały wydarzenia rodzinne (chrzciny, ślub, nawet pogrzeb, i inne), a także święta kościelne. Etnologowie wymienieją takich okazji i sposobu celebrowanie wiele, kilkadziesiąt. Ludzie, szczególnie dawniej, byli bardziej chętni niż dzisiaj, by poświętować, by się zabawić, bo to była jedyna osiągalna wtedy rozrywka. Kościół to tolerował, niektóre popierał. Wiele z tych okazji to po prostu przechrzczone na uroczystości religijne dawne pogańskie zwyczaje. Niektóre z nich dotrwały do naszych czasów i to przede wszystkim na wsiach, a im wieś jest bardziej oddalona od jakiegoś centrum kulturowego czy większego miasta, tym większa szansa, że zachowały się one tam bardziej niż gdzie indziej. Były też rozrywki, które nie miały nic wspólnego z rokiem kościelnym czy wydarzeniami rodzinnymi. O kilku z nich wspomniałem w poprzednim odcinku tego artykułu, oto jeszcze kilka innych.

Wielką pasją magnatów i szlachty były polowania. Polowali też duchowni: biskupi, opaci, wyżsi urzędnicy dworu. Często ci "książęta kościoła" stylem życia nie różnili się od świeckich. Byli wydelegowani przez rodzinę do tego "zawodu" by pomnożyć majętności i być przy królu lub przy większych magnatach ważnymi i wpływowymi osobistościami. Kościół na synodach dość często zabraniał tym ludziom polowania, ale nikt tego nie słuchał. Lud prosty tylko po cichu narzekał, że oni muszą niekiedy głodować, podczas gdy duchowny wymuszał od nich mięso i inne płody dla swojej psiarni. Polowania miały tę dobrą stronę, bo dostarczały dziczyzny na stoły, a zwierzyny było w lasach pod dostatkiem, trzeba ją było przetrzebiać, by ratować zbiory rolnicze przed stratowaniem czy wyjedzeniem. Jan Zamoyski, pierwszy ordynat, po dojściu do ogromnej fortuny i posiadłości ziemskich wielkości mniejszego województwa, by się postawić i "przeskoczyć" innych, w Zwierzyńcu pod Zamościem ogrodził dziesiątki tysięcy hektarów lasów i sprowadził z Ukrainy dzikie konie zwane tarpanami jako zwierzynę do polowań.

Panowie, a szczególnie ci, co władali bronią kochali się w turniejach. Najczęściej były to próba obalenia lancą z konia nacierającego na koniu z naprzeciwka współzawodnika. Zwycięsca zdobywał sławę, a wysoko urodzone panie siedzące na trybunie, nawet królowe czy faworyty królewskie, rzucały mu podwiązkę lub chusteczkę i wtedy stawał się ich osobistym rycerzem. Był to dla nich wielki honor. To nie był bezpieczny sport, ale bardzo uzależniający. Jeden z królów czeskich tylko co kilka lat wracał do Pragi, by się zająć sprawami państwowymi, a większość czasów spędzał na turniejach, mimo że miał ciało usiane bliznami i był prawie ślepy z racji urazów mu zadanych. Umarł w czasie turnieju. Ojciec naszego pierwszego króla elekcyjnego Henryk II Walezy nie mógł żyć bez udziału w turniejach. Przy lada okazji stawał w szranki, aż pewnego dnia w walce ze swoim rycerzem przypadkowo stracił oko. Zmarł niedługo póżniej na skutek zakażenia. Żona Katarzyna de Medici która była w niełasce upokarzana obecnością pięknej Diany z Poitiers u jego boku, ostrzegła go jednak, by nie brał udziału w tym turnieju, bo najsłynniejszy w dziejach Europy jasnowidz Nostradamus przewidział nieszczęście - nie usłuchał jej i tak skończył swe lata ziemskie. Ponieważ król wprost zmusił swego rycerza do walki turniejowej, ten ocalił mu skórę, a cios w oko był po prostu czystym przypadkiem.
W czasach przedrozbiorowych do Polski zawitał teatr. To była też duża rozrywka i zabawa. Początkowo był na dworach bogatszych magnatów, a ich właściciele, a szczególnie ich żony i córki bardzo entuzjastycznie osobiście uczestniczyli w przedstawieniach. Sztuki były albo w języku francuskim, ale tłumaczone na język polski z francuskiego. Teatr nadworny wprowadził do literatury polskiej nowy typ twórczości - kilku znanych pisarzy chwyciło za pióro, pisali dramaty.

Wiekim wydarzeniem, na które ściągali nawet z daleka ludzie wszystkich stanów były wspomniane w poprzednim odcinku publiczne egzekucje. To był bardzo skomplikowany i rozwinięty ceremoniał. Księża towarzyszący skazańcowi mieli całą księgę specjalnych modlitw na każdą formę egzekucji: inna była na łamanie kołem, inna na nadziewanie na pal, inna przy ścięciu głowy, inna na rozrywanie ciała czterema końmi. Nasi najwięksi podróżnicy czasów królów elekcyjnych Jakub Sobieski, ojciec króla Jana, i bracia Radziwiłłowie wybrali się nawet aż do Paryża, by wziąć udział w okrutnym i bolesnym uśmiercaniu zabójcy króla francuskiego Henryka IV Burbona. To było chyba najsłynniejsza egzekucja przestępcy w dziejach Europy. Ponieważ była ona bardzo szczegółowo opisana, mamy dobre wyobrażenie jak wyglądały te, o których nie mamy dużo dokumentów, a były bardzo podobne w całej Europie w owych czasach. Była ona uhonorowana obecnością wielkich polskich magnatów i przez to niejako trochę "spolszczona", przyjrzymy się jej bliżej w najbliższych wydaniach.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com