| |
Z cyklu: Zapiski na gorąco
Pochodzimy z kraju o czterech porach roku. Za dawnych czasów zimy w Polsce bywały mroźne i śnieżne (tegoroczna jest nietypowa, jak za dawnych czasów). Jeżdżąc nad Bug do rodziny nie raz doświadczałam co to znaczy minus 30 i więcej stopni... A jednak, kanadyjska zima nieco przesadza. Trudno zresztą wydawać jakieś ogólne sądy w skali całej Kanady, bo ze względu na swoją gigantyczną powierzchnię, tak jak wiele stref czasowych, tak samo ma wiele różnych stref klimatycznych. Więc sprecyzujmy - chodzi o Ontario i to nie gdzieś na dalekiej jego północy. A w nim nie region Niagary, gdzie hoduje się winogrona i brzoskwinie na wielką skalę i gdzie jest cieplej niż w innych miejscach, takich jak np. w zimnym London, nie wspominając już o mroźnej okrutnie Ottawie. Ale w naszym GTA i nieco na północ od niego jakby nie patrzeć, zimy, albo zimopodobnej pory jest prawie pół roku. Zaczyna się w listopadzie, a w maju dopiero zaczynają wyłazić pierwsze zielone listki. To straszne - pół roku!!! Jak w tym kawale o Syberii, gdzie lokalni mieszkańcy mówią, że tam jest dobry i łagodni klimat, bo tylko osiem miesięcy zimy, a potem "krugom lieto i lieto"...
Nie da się ukryć, że taki klimat to prawdziwe utrapienie dla przybyszów z krajów gorących. Ciężko przyzwyczaić im się nie tylko do niskich temperatur, ale także do braku kolorów. Bo zima to biel i czerń, z pewnymi odcieniami szarości. Zanim wyrosną pierwsze listki i zrobi się wiosennie, trzeba przeżyć kolejne bezśnieżne już szarości. Do tego dzień krótki, wcześnie robi się ciemno. Ludzie wychowani w cudownych kolorach kwiatów i zieleni przez prawie cały rok, dostają depresji. za mało światła, za mało słońca, za mało kolorów. To działa przygnębiająco.
Jasne, że jeżeli ktoś chce tylko odwiedzić Kanadę, zima nie jest najlepszym do tego czasem. Chyba że jest miłośnikiem narciarstwa lub łyżwiarstwa. Ale generalnie Kanada ma znacznie więcej do zaoferowania w ciągu tego niezimowego półrocza.
I dlatego trudno się zdziwić się wspaniałym pomysłem rządu federalnego, który wymyślił, że warto gościom z sześciu innych krajów - Anglii, Francji, Niemiec, Włoch, Japonii i USA - zapewnić przygodę iście kanadyjską, zapraszając ministrów finansów i dyrektorów wielkich instytucji finansowych z państw członkowskich G-7 na szczyt, który miałby zostać zorganizowany... na Arktyce.
No pomysł przedni, żeby kolegów finansistów zapuszkować w stolicy Nunavutu Iqaluit, zaledwie 300 km na południe od Koła Podbiegunowego.
A plany takie piękne - zabrać gości na przejażdżkę zaprzęgami psimi, zaserwować lokalne specialite de la maison, czyli mięso z foki, a w prezencie dać każdemu finansowemu specjaliście z G-7 parę rękawiczek z foczego futra.
Focze pomysły to osobny problem - wszak kwestia fok to temat dość kontrowersyjny w wielu miejscach poza Kanadą. Protesty znanych artystów, walczących przeciwko połowom fok, manifestacje miłośników zwierząt - trudno udać, że tego ruchu nie ma. Jest i ni daje Kanadzie zbyt dobrej sławy. Może więc krótki pobyt w Iqaluit byłby okazją do przekonania się, że focze mięsko jest pyszne i pożywne, a czapki uszanki i rękawiczki z futra fok to niezbędne wyposażenie dla zniesienia mrozów w Nunavucie i miejscach o podobnym klimacie.
Nie wiemy, czy taka była ukryta intencja autorów pomysłu, żeby takie spotkanie na wysokim szczeblu zorganizować w miejscu na końcu świata, gdzie trudno się w ogóle dostać, gdzie brak odpowiedniej infrastruktury - choćby rzetelnie działających połączeń internetowych i telefonicznych? Na pewno pomysł to bardziej oryginalny, niż żeby szczyt G-7 odbył się - banalnie - na przykład w Ottawie, czy w Toronto.
Nie szkodzi, uważa minister finansów w rządzie kraju mrozów Jim Flaherty. Wytrzymają mimo minus 40 stopni, co jest temperaturą na porządku dziennym w tamtym rejonie. Nierzadko bywa, że fatalna pogoda powoduje, iż Iqaluit jest odcięte od świata. Przy lepszej nawet pogodzie można tam dostać się tylko samolotem lub drogą wodną.
W mieście, którego nazwa w lokalnym języku Inuktitut oznacza miasto wielu ryb, zamieszkuje 6000 osób. Nawet lokalni patrioci podkreślają, że jeżeli pogoda jest kiepska, jedyne co można tam zobaczyć to ludzi zakutanych w grube kurtki z kapturami, brzydkie budynki i tyle. Spore to atrakcje dla przybyszy z francuskiej Riwiery czy słonecznej Toskanii.
Może to prawda, że należy pokazywać to co jest prawdziwie kanadyjskie, nie martwiąc się, czy komuś zamarznie nos albo odpadną uszy. W zasadzie najlepiej byłoby, gdyby uczestników takiego spotkania na szczycie zakwaterowano w igloo.
Może to i pomysł - i tak myślą, że w miastach kanadyjskich po ulicach chodzą białe niedźwiedzie. Niech teraz zobaczą spod kapturów prawdziwe polarne miśki o rzut beretem.
Nadzieje na to, że w tym roku zima, która jest dotychczas (odpukać!) bardzo łagodna, szybko sobie pójdzie i z tego pół roku zrobi się może "tylko" pięć miesięcy, prysły. Świstaki jednomyślnie stwierdziły, że czeka nas jeszcze sześć tygodni zimowych przyjemności, czyli że na wiosnę przyjdzie nieco dłużej poczekać. Swoją drogą, świstakowe szaleństwo uprawiane w Groundhog Day przez tysiące ludzi czekających na werdykt meteorologów-czworonogów najlepiej świadczy jak to mieszkańcy kraju 6-miesięcznej zimy czekają na ciepłe czasy. Aby do wiosny!
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|