| |
Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem
Filozofowie twierdzą, że od czasów Rewolucji Francuskiej, gdy większość państw wprowadziła pobór do wojska, w czasie wojny mężczyzna traci jedno z najbardziej elementarnych praw, czyli prawo do życia. Rzadko kiedy jednakże piszą o tym, że traci on jeszcze jedno elementarne prawo, konieczne do zachowania wizerunku samego siebie, jako człowieka cywilizowanego. Tym prawem jest prawo do niezabijania. Gdy przygotowywałem się do Pierwszej Komunii, przeczytałem w katechizmie uwagę, że nie popełnia grzechu żołnierz zabijający wrogiego żołnierza na wojnie. Tylko że od wielu lat, a zwłaszcza podczas II wojny światowej, zabijano nie tylko wrogich żołnierzy. "Jedyna różnica pomiędzy zagazowanym lub zastrzelonym dzieckiem żydowskim, a dzieckiem niemieckim, które zginęło od przypadkowej bomby, polega na użytych środkach…" Nie są to moje słowa i nie zgadzam się na znak równości między bombardowaniem miasta, jako elementem wojny totalnej z obłąkanym reżymem, a systematycznym morderstwem z premedytacją w celu eliminacji biologicznej jakiegokolwiek narodu. Taką myśl wyraził fikcyjny SS-man, Max Aue, postać stworzona w książce "Łaskawe" przez jej autora Jonathana Littella.
Od dawna nie czytałem książki, która by wywarła na mnie tak silne wrażenie. Wstrząsająca, niekiedy odrażająca, wulgarna i ludzka zarazem, ale książka, od której przez dwa tygodnie nie potrafiłem się oderwać. Tłumaczenie z francuskiego "Les bienveillantes", w Polsce ukazało się drukiem w 2009 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. Jonathan Littell, zamieszkały w Barcelonie, obywatel Stanów Zjednoczonych i Francji, jest młodym literatem. Zaszokował świat książką, którą amerykańska krytyka przyjęła zdecydowanie źle, natomiast we Francji zyskała mu Nagrodę Goncourtów. W "Łaskawych", liczących ponad 1000 stron, autor pisze w pierwszej osobie tak, jakby był SS-manem, któremu po wojnie udało się, dzięki perfekcyjnej znajomości francuskiego, uciec z płonącego Berlina, udając wywiezionego na przymusowe roboty Francuza. O tym fakcie dowiadujemy się już na wstępie. Poważany dyrektor fabryki koronek, mający żonę, dzieci i wnuki, wraca wspomnieniami do czasu wojny, w której służył jako oficer SS, cieszący się zaufaniem Heinricha Himmlera. Wojnę kończy w stopniu Obersturmabannfuehrera, czyli podpułkownika. Zdradza też sekret, z którym musiał się bezwzględnie kryć. Był i jest homoseksualistą, czego wykrycie za czasów Trzeciej Rzeszy było równoznaczne z wyrokiem śmierci.
Max Aue jest człowiekiem wysoce wykształconym, humanistą z doktoratem, rozmiłowanym w literaturze, poezji, muzyce klasycznej i starożytnej cywilizacji helleńskiej. Jest też człowiekiem nękanym niepokojami psychicznymi, mającym straszny żal do matki-Francuzki za to, że po porzuceniu jej przez męża - Niemca, wyszła ponownie za mąż za Francuza. Jako młody człowiek, po ukończeniu francuskiej szkoły średniej, wraca na studia do Niemiec, gdzie ulega fascynacji ruchem narodowo-socjalistycznym i wstępuje do SS. Służbę wojenną zaczyna w tzw. Einsatzkommandos, czyli grupach zajmujących się eksterminacją Żydów, Cyganów i bolszewików na terenach zajętych po napadzie hitlerowskich Niemiec na Związek Sowiecki. Opisuje wszystkie swoje zwątpienia i stany duchowe związane z mordowaniem bezbronnych ludzi, ale gdy otrzymuje rozkaz, stuka obcasami oficerek i wykonuje go. W książce znajduje się wstrząsający, z najdrobniejszymi detalami, opis masakry w Babim Jarze, gdzie w przeciągu dwóch dni zamordowano ponad pięćdziesiąt tysięcy Żydów. Aue nie uważa siebie za człowieka złego. Nie chciałby uczestniczyć w masakrze, nawet jej oglądać, ale ani na moment nie przestaje wierzyć, że Żydzi są wrogami, których trzeba w jakiś sposób unieszkodliwić. Dla mnie znamienna jest scena, w której zgłasza się do niego Żyd kaukaski, człowiek stary i wykształcony. Aue odbywa z nim długą i przyjazną rozmowę, po czym wywozi go na szczyt wzgórza, każe mu kopać sobie grób i spokojnie daje żołnierzowi rozkaz zastrzelenia starca.
Służba kieruje go do Stalingradu, skąd ciężko ranny, zostaje cudem uratowany i ewakuowany. Po rekonwalescencji, Aue nadzoruje "gospodarkę więźniami", w obozach koncentracyjnych. Jesteśmy świadkami "selekcji" na rampie w Auschwitz i "marszu śmierci" - ewakuacji obozu w obliczu zbliżania się Rosjan. Wreszcie, znajdujemy się w płonącym Berlinie, gdy co sprytniejsi SS-mani zaczynają na wszelki wypadek zaopatrywać się w fałszywe papiery, niektórzy nawet w żydowskie…
W książce tej znajdujemy liczne drastyczne i szczegółowe opisy okropności trudnych do zrozumienia. Ludzie pod każdym innym względem zachowujący się jak normalni, kochający mężowie i ojcowie, cytujący literaturę i słuchający muzyki poważnej, potrafili dopuszczać się wyrafinowanych okrucieństw, ponieważ uważali, że Żydzi są podrasą, którą należy wytępić, jak robactwo. Jedni "uczciwie" w to uwierzyli, inni bali się, więc uczestniczyli w tej makabrze ze strachu. Byli też zdegenerowani sadyści, znajdujący przyjemność w zadawaniu okrucieństwa. Littell, poprzez usta oficera SS Maxa Aue, nie potępia tych z pozoru "normalnych", tłumacząc, że takie były wymogi wojny. Ale pewna szara eminencja w poufnej rozmowie z dr. Aue, tłumaczy mu, że teorie o niższej rasie są tylko propagandą na użytek mas. Według niego, Żydzi są mądrzejsi i lepiej zorganizowani, czym zagrażają ekspansji wielkiej Rzeszy i właśnie dlatego musi się ich wyeliminować.
Książka "Łaskawe" ma, moim zdaniem, swoje słabsze strony - zbyt liczne i zbyt długie opisy fantazji seksualnych bohatera, łącznie z jego zboczonymi ciągotami kazirodczymi. Nie zmienia to faktu, że książka trzyma czytelnika w stałym napięciu. Obnaża ona, nawet w cynicznych czasem relacjach z punktu widzenia byłego oficera SS, do jakiej tragedii w skali ogólnoludzkiej mogło dojść na skutek omamienia społeczeństwa przez charyzmatycznego, obłąkanego nienawiścią maniaka i rasisty.
Rasizm, neonazizm i skrajny nacjonalizm odradzają się po obydwu stronach oceanu. Nie wszyscy chcą dostrzec zagrożenie.
W tym tygodniu, w jednym z forów dyskusyjnych w Internecie, pewien "prawdziwy Polak" napisał, iż jego mama mu wytłumaczyła, że "gdyby nie wojna, Żydzi by nas zjedli". A więc dzięki Ci, Boże, za te trzy miliony zabitych Polaków, bo przynajmniej Żydów nie ma. Artykuły w niektórych pismach wychodzących w kraju i na emigracji potwierdzają, że tępy szowinizm i powtarzanie mitów o światowym spisku zagrażającym Polsce, nadal przez niektórych brane są na poważnie, albo… celowo propagowane, jako sposób walki o władzę. Myślę, że po przeczytaniu "Łaskawych" coraz więcej ludzi zastanowi się nad prawdziwym celem tych, którzy żyją z propagowania, albo nawet przemycania nienawiści, i zrozumie, do czego może to doprowadzić.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|