| |
Z cyklu: Zapiski na gorąco
Za nami 4 czerwca, ważna rocznica. Jak szkoda, że nie dało się jej obchodzić jako wspólnego świętowania 20 lat polskiej wolności.
Przecież jeszcze dwadzieścia jeden, dwa lata temu nie śniliśmy, że dojdzie do dnia, kiedy wyprowadzone zostaną sztandary znienawidzonej PZPR, kiedy w Sejmie, przez dziesięciolecia okupowanym przez ludzi reżimu, pierwszy od przed wojny premier wolnej niepodległej Polski będzie mógł pokazać znak V, do tej pory zarezerwowany dla sytuacji strajków i opozycyjnych demonstracji o wiadomych zakończeniach. To przecież powód do radości, że nasze dzieci uczą się o Katyniu, gułagach, ubeckich kazamatach, Jałcie i sowieckiej agresji we wrześniu 1939 roku. To przecież powód do radości, do wielkiego szczęścia, że sceny z pałami ZOMO, gazami łzawiącymi i czołgami to coś co oglądają na filmach jak historię swoich rodziców i dziadków. Że mogą wybierać, czy na wakacje pojechać w Bieszczady czy w Alpy albo Pireneje, czy studiować na starym UJ czy w Padwie lub Paryżu, a mieszkać na Mokotowie, czy w londyńskim Earls Court. Że pojęcia takie jak cenzura, kartki na cukier, społeczne kolejki po meble, przydziały małych fiatów, Pewexy, punkty za pochodzenie, odmowa paszportu, zapisy na lodówkę i wiele wiele innych to dla nich egzotyczna, znana z opowieści rodzinnych lub nawet już nie - HISTORIA kraju, który jest piękny, czysty, kolorowy, atrakcyjny i niewiele się różni od dawniej budzących zachwyt i zazdrość krajów "normalnej Europy".
Teraz więc warto sobie zadać pytanie: czy to, co stało się w Polsce 20 lat temu i konsekwencje tego oceniamy pozytywnie, czy nie?
Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, odpowiedź nie jest prosta. Zależy od tego, kogo zapytamy. Gdyby pytanie to zadać młodym, wykształconym ludziom, w znakomitej większości odpowiedzieliby twierdząco. Polska początku XXI wieku daje im wiele możliwości rozwoju, budowy normalnego życia, poznawania świata. Nie mają kompleksów wobec przedstawicieli swego pokolenia z krajów zachodnich, znają języki, poruszają się swobodnie po wszystkich sferach współczesnej rzeczywistości w skali globalnej.
Gdyby o to samo zapytać ludzi naszego, solidarnościowego pokolenia, odpowiedzi byłyby na pewno różne w zależności od sytuacji, w jakiej znajdują się w wyniku zmian ustrojowych. Wiemy, że nie ma już funduszu wczasów pracowniczych, trzynastek, bonów na to czy owo, zasady "czy się siedzi, czy się leży..." i innych ochłapów rzucanych przez komunę społeczeństwu, żeby siedziało cicho, albo przynajmniej ciszej. Trzeba walczyć o byt, życie jest pełne stresu i niepewności, wszystko pędzi w tempie, które dla weteranów komuny jest nie do łyknięcia. Zamykane i prywatyzowane zakłady pracy stwarzają sytuacje zagrożenia lub tak wysokich wymagań, że wielu odpada z tego wyścigu. Spadają gdzieś na margines, brakuje im do pierwszego, a w sklepach jest już nie tylko ser twardy i ocet, więc pokus masa. Ci wzdychają nie raz do komuny - nie ideologicznie, ale czysto bytowo. Dla nich odpowiedź na nasze pytanie nie byłaby wcale "tak".
Czy "tak" czy "nie", albo "niezupełnie" zależy też od zapatrywań politycznych. Prosta binarność rzeczywistości politycznej z czasów przed 1989 rokiem to już zamierzchłe czasy. Wtedy byli "oni", których się nienawidziło i w taki czy inny sposób starało się im przeciwstawić - "oni" reprezentowani przez partię, rząd, SB, milicję, ustrój, sojusze, reżim i całą machinę komunistycznego nacisku. Był to pogardzany monolit, wydający się wielką czarną chmurą nie do ruszenia, na zawsze umieszczoną nad naszą częścią świata. Można było co najwyżej robić w niej dziury, przez które widać było błękitne niebo i jasne życiodajne słońce. Po drugiej stronie tego prostego dychotomicznego podziału byliśmy "my", czyli wszyscy normalni Polacy, nieskażeni współpracą z "nimi", zwykli ludzie i oczywiście ci w awangardzie, walczący, zamykani w aresztach i obrażani w reżimowych gazetach i przemówieniach. Poza samą wierchuszką tej aktywnej gromadki, nikt nie zastanawiał się nad odcieniami szarości w łonie "nas". Wszyscy słuchali Wolnej Europy, cieszyli się każdą porażką rządu, wściekali się na kolejne idiotyczne przejawy propagandy, narzekali na kolejki i wystawali godzinami w urzędach paszportowych.
Te czasy to dawna, dawna przeszłość. Teraz, 20 lat po odzyskaniu wolności, zdań i poglądów na to, jak powinno było być jest wiele. Otwiera się zamknięte przez długie lata sejfy z tajemnicami przeszłości, rozważa się "co by było gdyby" i szkicuje się kolejne możliwe scenariusze, które zdaniem tych czy innych byłyby na pewno bardziej korzystne i słuszne. Zamiast spokojnej dyskusji ludzi, którzy inaczej oceniają fakty z przyszłości, wyjmowane są kamienie i rzucane w tych, którzy myślą inaczej. Kamieniom towarzyszą klasyczne elementy z arsenału nienawiści - pomówienia o nieuczciwość, sprzedajność, ośmieszenia, próby kompromitowania adwersarzy. Taka nasza rozprawa z przeszłością rodem z naszego polskiego piekiełka.
Świat patrzy, słucha i dziwi się (a może nie?). Ten kraj, który tak świat rozpalił ideą i ruchem Solidarności, skupiającej 10 milionów jego obywateli, teraz, kiedy oddycha pełną piersią, kiedy liczy się na świecie, jest w Unii, NATO, teraz nie potrafi wspólnie, z radością uściskać się "ponad podziałami" w dniu, który symbolicznie przyjęto za cezurę we współczesnej historii Europy. Wszyscy ci nareszcie wolni nie potrafią stanąć ramię w ramię, bez względu na to, jak widzą to, co powinno było być, ich zdaniem, 20 lat temu, aby dzisiaj cieszyć się wspólnie z wolności, bez której żylibyśmy dalej w jarzmie.
Marzy mi się takie wspólne, SOLIDARNE święto tych dwóch dekad wolności, z podaniem sobie rąk przez tych, którzy byli w grupie "my", jakkolwiek myśleli tak czy inaczej. To byłoby na pewno lepsze dla pokolenia naszych dzieci, które żyje w świecie, gdzie "kompromis" to słowo pozytywne i gdzie nikt nie chce już za nic przelewać krwi, a także dla świata, który widząc znów solidarną Polskę, jak w 1980 roku, zapamiętałby, że to w kraju nad Wisłą szukać trzeba źródeł upadku komunizmu, a nie w upadku Berlińskiego Muru.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|