| |
Z cyklu: Z przemyśleń imigrantki
Witam ponownie Czytelników na kanadyjskiej ziemi po wakacyjnej (jak dla mnie) przerwie. Mówi się, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. No i teoretycznie, tak powinnam odczuwać powrót do codzienności, pełnej mniejszych i większych problemów, trosk, ale, dzięki Bogu, radości także.
Jednak znane powiedzonko, a owszem, sprawdziło się, ale w przeciwnym kierunku. Kraj lat dziecinnych zapachniał dla mnie swojskością i makami, już w drodze z lotniska. I pomimo wciąż rozwalonych dróg we Wrocławiu (może nawet bardziej niż przed moim wyjazdem - Unia wciąż łoży na rozbudowę polskiego członka, i to tyle, że pan Dudkiewicz nie nadąża z jednym projektem za drugim!), korków i ciągle nienaprawionych dziur w drodze z portu lotniczego, i tak zobaczyć dziko rosnące maki i trawy w środku miasta to widok, za którym, nawet nie wiedząc, tęskniłam ogromnie.
I w ten sposób przypomniało mi się dzieciństwo i sedno mojej tęsknoty za polską osobliwością tej krainy (przesadziłabym pisząc, że mlekiem i miodem płynącej).
Zabawne, jak żyjąc tam, nigdy nie uświadamiałam sobie, że ta wcale niespecjalna, ani oryginalna przyroda, może okazać się tak cudna, po długiej nieobecności - o jak łatwiej mi teraz zrozumieć Adasia Mickiewicza. Wiedziałam, że tęsknię za architekturą miast, zabytkami, kamienicami wokół Rynku i ogólnie monumentalnym klimatem europejskości w każdym mniejszym czy większym mieście, ale i tu są dęby i świerki i tam, i tu są parki i trawy i tam - a jednak jest mała różnica: powszechna dostępność i różnorodność właściwie w zasięgu ręki. W ciągu pierwszego tygodnia spędzania rozkosznych chwil z rodzinką i polską codziennością, zamiast szalonych rozrywek wolałam delektować się zielenią traw, dzikimi lasami wokół mojego miasta, zapomnianymi strumykami i tym, że nie muszę robić specjalnie żadnych pięciogodzinnych podróży, żeby połazić z psem i powdychać świeżego powietrza (dzięki Bogu w Polsce wilgotność powietrza jest jeszcze znośna i aż się chce wyjść z domu). Polska jak długa i szeroka potrafi zaczarować swoim urokiem nie tylko niejednego turystę, ale także stałych i wiernych jej bywalców.
Cudnie też było także nasiąkać swojskością przez ten czas. Pytanie, które kołatało mi się po głowie to: czym tak naprawdę jest ta "swojskość". Raz, moja mama przyniosła do domu jajka prosto od kur, wraz ze słomą zresztą, i to właśnie dla niej oznaczała owa "swojskość". Wtedy doszło do mnie, że w sumie, takie jajka prosto od kury to dla mnie teraz są jakby nawet megaswojskie.
Po długiej nieobecności wszystko co typowo polskie i czego mi tutaj brakuje, przybiera charakter zwyczajności, ale w tym pozytywnym rozumieniu, tej naszej. Czegoś, co zawsze było w naszym życiu czymś naturalnym i niezauważalnym, dopiero gdy tego zabrakło, zaczyna jawić się jako niemalże fenomen. I tak: stanowczo twierdzę, że Kanada potrzebuje "ryneczków"! Co by nie mówić o marketach czy nawet chińskich dzielnicach, to nie ma to, jak babuleńka sprzedająca swoje działkowe produkty, trochę podgniłe, nie tak błyszczące, ale przynajmniej prawdziwe. I tak - "go green" także panuje nawet w naszym kraju. Zresztą, poranny wypad na taką halę targową po jakieś produkty, tu się spotka znajomego, tam się z kimś pogada, to sama przyjemność przecież.
Także moje przemyślenia na ten temat sprowadzają się teraz do wszystkich tych małych detali. Swojskie, bo polskie, ale także i babciny dżem, i małe, zapyziałe uliczki, i kiepsko zaopatrzony sklepik na rogu...
Pewnie, że człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody, porządku i organizacji w każdym miejscu, jednak z drugiej strony szybko nudzi go taka rutyna i przewidywalność, więc uciekamy jak najdalej od cywilizacji, gdzieś tam w głąb natury. Stąd może mój sentyment do naszego kraju, bo tam jeszcze można spotkać takie miejsca, a przecież diabeł tkwi w szczególe.
A w kraju, i owszem, nastały zmiany. Rok nieobecności, tak jak myślałam przed wyjazdem, spowodował dziwaczne uczucie - jakby nigdy nie opuszczając domowych pieleszy, nie rozstając się z bliskimi i przyjaciółmi, a jednak. Czasem aż paradoksalnie, nie wiedziałam, co mam opowiadać, a inni nie wiedzieli, o co pytać, bo jakoś tak, jakbyśmy się dopiero widzieli. Jednak Polska sama w sobie rozwija się błyskawicznie, a zwłaszcza większe miasta tętnią nowymi inwestycjami i postępem.
Z powodu opuszczenia Polski przez siłę roboczą i młodą inteligencję, bezrobocie zmalało, a rynek pracy w końcu zaczął walczyć o tych pracowników, którzy jeszcze zostali. I tak, np. zrobić remont i znaleźć fachowców nie jest już proste, a wręcz można mówić o szczęściu, jeśli się takowych spotka.
Ceny także podskoczyły do zachodnich standardów, a nawet je przegoniły momentami, trochę (jak to u nas) niewspółmiernie jeszcze do zarobków. Byle ten rozwój nie przekładał się tylko na burzenie naszych starówek na koszt budowania parkingów przy supermarketach. Bo to niedługo będzie naszą jedyną kartą przetargową.
W każdym razie najazd turystów na nasz kraj rośnie, a i ja chętnie spędziłam tam swoje wakacje. Pięknie było, żal wyjeżdżać, ale przynajmniej taki czas gruntuje korzenie i przypomina o naszej przynależności, ładuje baterie na dalsze zmaganie się z losem, a co istotne, przypomina, co tak naprawdę jest najważniejsze w naszym życiu, a resztę niech każdy Czytelnik sam sobie dopowie...
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|