| |
Z cyklu: Widziane z prawej
Nie jest trudno zauważyć, że polityk nie ma twarzy, napisałem przed kilkunastoma laty bawiąc się fraszkami tworzonymi z i bez okazji dla potrzeb głównie "szuflady", do której obecnie sięgnąłem w poszukiwaniu niektórych starych zapisków. Nie jest tych skarbów wiele, bo jakoś pasji i konsekwencji kolekcjonerskiej mi brakowało, ale niektóre są dosyć ciekawe. Szczególnie w ich zestawieniu z teraźniejszością i dla przewidywania przyszłości.
Przy tej okazji znalazłem w kilku miejscach zapisane uwagi, które można ująć w jedną znaną mądrość: Zwycięzców się nie sądzi. W rozwinięciu tej myśli nie sposób nie dopisać: I dlatego mogą oni pozwalać sobie na prywatę i działania zgodne z ich moralnością i etyką, którą - przy użyciu odpowiedniej retoryki i propagandy - przyjmują, a także wprowadzają jako oczywistą, niepodważalną i obowiązującą. "Chcieliście być częścią Wielkiej, Wspaniałej, Demokratycznej Europy" - daje się wyraźnie słyszeć od Zachodu - "to teraz morda w kubeł z waszymi pomysłami, oczekiwaniami i uwagami. Przyjmujcie, co wam proponujemy, podpisujcie i bierzcie się do roboty, by nasz wielki eurobiznes nie zaznał zastoju. A jeśli się wam nie podoba, to skreślimy was z listy członków eurokołchozu i znowu wpadniecie pod kuratelę Waniuszy, pierestrojonego nieco i podpicowanego na neoliberała, ale z duszą starego znajomego. Wasz wybór! My długo nie będziemy czekać. Nie chcecie postępować zgodnie z naszymi planami i wytycznymi, to wynoście się z tej piaskownicy. Zabawki sami sobie odbierzemy, z procentami zresztą, należnymi za ich używanie". Zdaje się, że nie przewidzieliśmy wielu scenariuszy dobrodziejstwa członkostwa w Unii.
Trudno się dziwić. Wszak występowaliśmy w roli ubogiego krewnego oczekującego unijnych świecidełek, a za to słabo dostrzegającego i doceniającego własne wnoszone walory. W dodatku wielu naszych polityków w przynależności widziało przede wszystkim własne, prywatne korzyści możliwe do zyskania i pomnażania. Nie za darmo oczywiście, i nie tylko za samą obecność, ale także, albo przede wszystkim, za podnoszenie rąk we właściwym czasie, za akceptację "unijnej" polityki, za solidarność z unijnymi watażkami i pomoc w ustawianiu tych, którym mógłby zaświtać w głowach jakiś sprzeciw.
Widzieliśmy możliwość "brania" z Unii, ale jakoś bez zrozumienia konieczności spłacania oraz konsekwencji różnych zobowiązań. Tych z naszej strony. Nie doceniliśmy, a więc i nie wyceniliśmy dobrze siebie, a za to przeceniliśmy unijnych sojuszników.
W szczególności ich łaskawość i dobre wielkie serca dla Polski. Bardzo głośne NIE Irlandii dla Traktatu, a szczególnie reakcja znakomitej większości państw członkowskich na tę irlandzką woltę powinna dać dużo do myślenia. A już na pewno nie tylko tego skupionego na krytyce i propagandowej wojnie z Irlandczykami, ale przede wszystkim nad faktycznymi powodami braku akceptacji, to po pierwsze, a po drugie, ilu tak naprawdę obywateli pozostałych krajów zaakceptowałoby Traktat, gdyby obecnie dać im możliwość wypowiedzenia się o tym w referendum. Byle bez szantażu i zastraszania.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na metamorfozę wielu polskich polityków (łącznie z premierem Tuskiem), którzy przed paru zaledwie laty byli eurosceptykami lub nawet bardzo zdecydowanymi przeciwnikami członkostwa w Unii. Zdaję sobie sprawę, że ludzie mają prawo do zmiany zdania. Niektórzy czynią to dosyć często. Szczególnie wtedy, gdy coś lub ktoś im w tym pomoże odpowiednimi korzyściami. Wtedy z zagorzałych przeciwników stają się niezmiernie walecznymi zwolennikami, chętnie używającymi każdej broni z szantażem włącznie.
A propos zwycięzców. Adolf Hitler powiedział: Zwycięzcy nikt nie będzie się pytał, czy mówił prawdę.
Gdzie będzie eurokreml?
Jeśli wierzyć polskim mediom, do czego jakoś ciągle nie mam przekonania mając w uszach "Prasa kłamie!, Prasa kłamie!", wszystkie kraje unijne (czytaj: Narody tych krajów) z wyjątkiem Irlandii i Czech (przynajmniej częściowo - Prezydent) bardzo ostro skrytykowały naszego prezydenta Lecha Kaczyńskiego za jego wypowiedź w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Prezydent powiedział, że "podpisanie Traktatu po fiasku referendum w Irlandii jest bezprzedmiotowe".
Ta opinia wywołała histerię wśród zwolenników Unii i serię ataków pod adresem jej autora. W całej akcji prym w furii wiodą Niemcy, co - według mnie - powinno wywołać pytanie: Dlaczego właśnie oni? Odpowiedź jest bardzo łatwo znaleźć śledząc (może potrzeba przeanalizować raz jeszcze) wszystkie działania RFN na rzecz europejskiego sojuszu i jego układu z wielką Rosją. Przy takiej analizie zobaczymy, że irlandzkie referendum uderzyło przede wszystkim w wielki plan głównie niemieckiego podporządkowania "eurokremlowi" z faktyczną centralą w Berlinie (to bardziej w centrum Europy niż Bruksela i Moskwa) i ponownie nakazuje zwrócić uwagę na innych członków, bez ich lekceważenia, lecz przy traktowaniu zgodnym z dotychczasowymi ustaleniami unijnymi. Obecna histeria unijna, szczególnie niemiecka, powinna uzmysłowić wszystkim członkom, z pojedynczymi obywatelami poszczególnych narodów włącznie, do jakiej demokracji w UE dążą jej główni liderzy. Czyż niewystarczająco wyraźnie dowiedzieliśmy się, że ma to być demokracja podyktowana przez najsilniejszych, przy której będziemy mieli do powiedzenia tylko yes, yes, yes?
A swoją drogą Kaczyński ma rację, że w obecnej sytuacji nie ma sensu jakakolwiek ratyfikacja. Jeśli Unia podtrzymuje dotychczasowe zasady, to na wprowadzenie Traktatu potrzebna jest zgoda wszystkich członków, a więc Irlandii również.
W zaistniałych okolicznościach pozostałe kraje sojuszu mają do wyboru: albo przekonać Irlandczyków do zgody na Traktat, albo jego zmianę, albo usunięcie Irlandii z Unii. Krytykowanie prezydenta Kaczyńskiego, tudzież słanie pod jego oraz Polski adresem jakichś pogróżek i szantażu raczej nie może zbyt dobrze świadczyć o autorach takich akcji. Myślę też, że przy okazji tego kryzysu unijnego warto raz jeszcze zastanowić się nad "plusami ujemnymi" naszego członkostwa.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|