| |
Z cyklu: Z parkietu giełdowego
Minione sześć miesięcy należało z całą pewnością do jednych z najtrudniejszych ekonomicznie w ostatnich latach. Kryzys związany z sub-prime mortgages w USA, który rozciąga się nie tylko na całą gospodarkę amerykańską, ale również zaczyna oddziaływać negatywnie zwalniając poziom wzrostu gospodarczego w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata, rekordowo wysokie ceny surowców naturalnych, a zwłaszcza ropy, spadek zaufania konsumenta do szans na poprawienie sytuacji ekonomicznej, a w końcu groźba recesji tak w USA, jak i w Kanadzie, to wszystko z czym mieliśmy do czynienia w pierwszej połowie tego roku.
Dlatego z niejaką nadzieją przyjęto ogłoszone ostatnio wyniki gospodarki kanadyjskiej. Co prawda wyniki te dotyczą kwietnia, jednakże dość wyraźne wzmocnienie kulejącej gospodarki stwarza nadzieję, że być może w jakiś sposób uda uniknąć się recesji, czego obawialiśmy się po tym jak niespodziewanie pierwszy kwartał wykazał pierwszy od lat zastój ekonomiczny, a właściwie spadek aktywności, i to o całe 0,4 procenta.
Okazało się jednak, że właśnie w kwietniu, głównie na skutek wzrostu aktywności przemysłowej, a także zwiększonej aktywności konsumentów, nasza gospodarka pokazała po raz pierwszy od kilku miesięcy nieznaczną, ale jednak żywotność.
Po okresie dość negatywnych wiadomości, a to o planie zamknięcia zakładów General Motors w Oshawie, a to o spowolnieniu na rynku nieruchomości, oraz wyższych cenach żywności, czy wreszcie, a może przede wszystkim, coraz wyższych cenach paliwa, jakakolwiek nawet minimalnie pozytywna ocena sytuacji gospodarczej witana jest z westchnieniem ulgi.
Ten nieznaczny wzrost aktywności, głównie w sferze przemysłowej, jak również w handlu detalicznym i hurtowym (i to trzykrotnie wyższy aniżeli odnotowany w marcu) pozwolił wielu ekonomistom wysunąć hipotezę, iż właśnie rozpoczynająca się druga połowa roku pozwoli na osiągnięcie dość przyzwoitego w porównaniu z innymi krajami poziomu wzrostu gospodarczego.
Zadowolenie z istniejącego stanu rzeczy wyraził również minister finansów Jim Flaherty, który uważa, że wydatki konsumenckie utrzymują się na zadowalającym poziomie, a wzrost zaobserwowany w kwietniu jest przynajmniej częściowo spowodowany zwrotami podatkowymi. To właśnie zachowanie konsumentów w Kanadzie i ich zaufanie do sytuacji ekonomicznej dla wielu jest wyznacznikiem tego, czy będziemy mieli recesję czy też nie. Flaherty i wielu innych uważa, że to właśnie konsument kanadyjski uchroni nas przed recesją.
Ale te optymistyczne (przynajmniej w pewnym zakresie) wyniki dotyczą kwietnia - zauważają sceptycy. Mamy obecnie lipiec i od czasu kiedy Kanadyjczycy otrzymali zwroty podatkowe upłynęło sporo czasu. Sporo również się wydarzyło - zwłaszcza ekonomicznie. Poziom zaufania konsumenta uległ dość znacznej erozji (co prawda nie tak jak w USA, gdzie jest on najniższy od 26 lat, czyli od czasów prezydenta Cartera), poziom cen, zwłaszcza paliw, podniósł się i to dość znacznie, a co najważniejsze, poziom zaufania biznesów kanadyjskich pokazuje coraz wyraźniejsze znaki spadku zaufania do obecnej sytuacji ekonomicznej. Dlatego właśnie ci, którzy wskazują na to co wydarzyło się w ostatnich dwóch miesiącach, uważają, że za wcześnie jest jeszcze prognozować, czy najgorsze mamy już za sobą i czy druga połowa roku przyniesie recesję czy też nie.
Podobnie zresztą rzecz się ma jeśli chodzi o rynek giełdowy. Kryzys związany z sub-prime mortgages w USA, którego początki obserwowaliśmy niemal rok temu, "zmiótł" niemal z rynków giełdowych blisko 3,3 biliona dolarów i mimo iż zwłaszcza od końca lutego światowe giełdy wskazują wyraźne znaki ożywienia, a światowe fundusze inwestycyjne odnotowują pozytywne wyniki, optymizm co do tego co wydarzy się w drugiej połowie roku jest jeszcze dość odległy.
A wszystko to spowodowane jest faktem, iż to właśnie styczeń i luty były miesiącami, które w bardzo dotkliwy sposób odbiły się na inwestycjach. Mimo "odbicia" giełdy w późniejszych miesiącach, przykładowo Dow Jones (wskaźnik giełdy nowojorskiej) spadł od początku roku o 14,4 procenta, co stanowi najgorsze wyniki pierwszej połowy roku w ciągu ostatnich 40 lat.
I nawet te giełdy w krajach rozwijających się, które w ostatnich latach brylowały we wszystkich statystykach, jak Indie i Chiny, nie uniknęły dość dramatycznych okresów, kiedy inwestorzy za wszelką cenę pozbywali się akcji giełdowych.
Wszystko co nosiło w sobie choćby tylko cień ryzyka było sprzedawane za wszelką cenę i jak najszybciej. Ostatnie obawy co do możliwości osiągnięcia profitów w drugiej połowie roku, zwłaszcza przez firmy północnoamerykańskie, wzmacniają jedynie obawy o to co przyniesie lato, a zwłaszcza wczesna jesień, tradycyjne miesiące aktywności giełdowej w Północnej Ameryce. I jedno co jest pozytywne w tym wszystkim to fakt, że jeśli nastąpi "wyprzedaż za wszelką cenę", dla wielu będzie to okazja do inwestycji po cenach znacznie bardziej atrakcyjnych aniżeli obecne.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|