Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Komentarze, opinie
W ślady ojca-wizjonera
Małgorzata P. Bonikowska
Jul 4, 2008
 
 

Z cyklu: Zapiski na gorąco

PRL był światem przygnębiającym i przytłaczającym poprzez ograniczanie swobód ludzi, kontrolowanie ich prawa do wyjazdów, do publikowania prawdy, do otwartej krytyki absurdalnej, a niejednokrotnie wręcz zbrodniczej, rzeczywistości. Oglądanie w telewizji wystąpień polityków-idiotów lub koniunkturalistów było doświadczeniem wręcz bolesnym dla wszystkich normalnie myślących ludzi, doświadczeniem uwłaczającym ich inteligencji.

Był też inny, choć oczywiście blisko związany z tym, aspekt życia w PRL-u - szarość i brzydota. Szare budynki, ciemne podwórka i korytarze, niedomyte toalety z papierem toaletowym nazywanym przez wielu Polaków ściernym, poplamione obrusy w barach czy nawet restauracjach, powykrzywiane aluminiowe sztućce. Przaśna, mało kolorowa i niedoszorowana - taka była owa ludowa Polska. I ciągle zapędzona w poszukiwaniu tych czy innych niezbędnych do życia artykułów i produktów - stojąca w kolejkach, ze społecznymi listami, na zapisy, polująca, kombinująca, zamieniająca rajstopy na cukier, czekoladę na mydło. Wszystkiego było za mało, więc Polak w PRL-u musiał oszczędzać.

W moim domu rodzinnym życie dzieliło się na dwie fazy - kiedy ojciec był w domu i kiedy wyjeżdżał w delegacje. Kiedy był, nasz dom chodził jak w zegarku, bo ojciec był pedantem, przywiązanym do rutyn i tradycji, a poza tym kierującym się w życiu rozsądkiem. Kiedy wychodził z kuchni, gasił światło. Gaszenie niepotrzebnie, jak nazywał, zapalonych lamp i lampek miał we krwi. Zawsze siedzący przy swoim biurku i robiący notatki z kolejnych książek, miał na półce stertę kartek, zapisanych czy zadrukowanych z jednej strony, ale czystych z drugiej. Nazywał je makulaturą i tylko na takim papierze robił swoje notatki. Niepotrzebna korespondencja z urzędów czy stare dokumenty trafiały zawsze na tę stertę, która szybko topniała. Inną makulaturę składał starannie - stare gazety, czasopisma, zapisane czy zadrukowane z obu stron kartki. Obwiązywał paczki sznurkiem i z namaszczeniem zanosił do punktu odbioru makulatury, z satysfakcją wymieniając te pakunki na papier toaletowy. Zawsze tłumaczył mi, że w ten sposób oszczędza się drzewa, bo ów (ścierny) papier toaletowy jest właśnie wytwarzany z tej makulatury. Papieru toaletowego nie kupowało się więc w sklepie, tylko dostawało się w zamian za sterty makulatury, a było jej zawsze wbród, bo ojciec był maniakiem czytania. Puste plastikowe pojemniki po śmietanie czy twarożkach homogenizowanych ojciec kazał myć i przechowywać w nich w lodówce pozostałości z obiadu - resztki sałatek, kartofli czy mięsa.

Drugą fazą naszego rodzinnego życia był czas, kiedy ojciec wyjeżdżał na kolejną delegację - na tydzień, czasem więcej. Wtedy w domu panowała mama - pełna szalonych pomysłów, kochająca niespodzianki, zawsze gotowa na zmiany, kierująca się w życiu głównie emocjami. Wtedy światła w całym domu mogły być zapalone we wszystkich pokojach, kuchni i łazience. Jakby w kontraście do poprzedniej fazy, niczego się nie oszczędzało, nigdy nie robiło się niczego jak w zegarku ani regularnie, a zamiast posiłków o dokładnie określonym menu, chodziłyśmy do niezapomnianej centrali rybnej na Placu Zbawiciela, jedynej w Warszawie, gdzie można było kupić różne dziwne ryby i konserwy z importu (jakież kolorowe!) i kupowałyśmy wszystko to, czego jeszcze nie znałyśmy, żeby spróbować. Stamtąd pochodziły moje pierwsze doświadczenia z krewetkami, filetami i koreczkami anchois, pastą z łososia i śledziami w puszkach z sosami o różnych egzotycznych smakach. To był szczyt przygody, którą z mamą kochałyśmy ponad wszystko.

Buntowałam się i przeciwko gaszeniu światła, i przeciwko notatkom na "makulaturze", i papierowi toaletowemu z punktu odbioru makulatury. Kiedy po raz pierwszy, jako studentka, pojechałam do Londynu z koleżankami z roku, rozkoszowałam się masą bielutkiego papieru do pisania dostępnego wszędzie - w bibliotekach, na kursach w szkołach, do których się zapisywałyśmy. Miękki kolorowy papier toaletowy był dla mnie symbolem wolnego świata, podobnie jak domy roświetlone dziesiątkami lamp i lampek. Zachwycała mnie kultura wyrzucania - żadnego chomikowania, oszczędzania, używania czegoś po raz drugi. Kolorowe plastikowe torby ze sklepów przywoziłam poskładane nabożnie w walizce do Polski.

I kto by przypuszczał, że mój gderający na każde marnotrawstwo tata okazał się wizjonerem (na pewneo nie on jeden!). Jego obsesja na punkcie niemarnowania niczego bez potrzeby, jak to nazywał, dzisiaj uczyniłaby z niego wzorowego obywatela państwa stawiającego na recykling, na oszczędzanie energii, na eliminowanie niepotrzebnych opakowań.

Co często mnie zastanawia i przywodzi na myśl mój młodzieńczy bunt przeciwko rozsądkowi ojca i własne marnotrawstwo, to fakt, że teraz ja chodzę i gaszę niepotrzebne światła, skrzętnie wyłuskuję każdy plastikowe lub szklane opakowanie, by trafiło do niebieskiego pojemnika, gorsząc się prawie kiedy widzę takie opakowania w workach na śmieci lub w publicznych pojemnikach na odpady. Na półce obok mojego biurka leży sterta zadrukowanych tylko z jednej strony kartek papieru. Wszystkie notatki czy listy rzeczy, które mam do zrobienia albo produktów, które mam kupić w sklepie, robię wyłącznie na takich kartkach. Gazety, ulotki, kartony, opakowania z namaszczeniem składam w szarym pojemniku na makulaturę.

O przecież, nie tylko ja. Właśnie eliminuje się w większości prowincji plastikowe torby na zakupy, bo co prawda 17-letni Daniel Burd, uczeń ontaryjskiej szkoły Waterloo Collegiate Institute, właśnie wymyślił rewolucyjny sposób na rozkład tychże przez bakterie w ciągu zaledwie 6 miesięcy, a nie 1000 lat, ale nadal uznaje się, że produkcja tych toreb, zwanych w Polsce reklamówkami, jest i szkodliwa i kosztowna. W bankach, bibliotekach i urzędach leżą kawałki zadrukowanych po jednej stronie kartek, tzw. scrap paper, do robienia notatek. Na półkach sklepowych pojawia się coraz więcej rodzajów energooszczędnych żarówek. A poszczególne gminy zaopatrują mieszkańców w różnokolorowe pojemniki, aby sortowali odpady i co się tylko da przekazywali do recyklingu. LCBO skupuje w sklepach Beer Store puste butelki, tak samo jak butelki i puszki po piwie.

Świat odkrył to, co mój tata przed pół wiekiem uważał za zupełnie normalne, ba, za jego obowiązek wobec planety, na której mieszka. Czasem aż mi wstyd, jak bardzo psułyśmy z mamą to, co on dobrego tej planecie zrobił. Może teraz, naśladując go na każdym kroku, uda mi się nadrobić tamto marnotrawstwo.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com