| |
Z cyklu: Wincenty Świecznik objaśnia
Polska, to cudowny kraj, bogaty i demokratyczny, gdzie żyje się jak w raju, bo obywatele mają zagwarantowane wszystkie, nie tylko podstawowe potrzeby. To kraj, w którym służba zdrowia tylko czeka żeby zająć się pacjentem. Szkoły, wyposażone w najnowocześniejsze komputery, wychowują dzieciaki w duchu oświecenia, a po nowoczesnych autostradach pędzą ekologiczne limuzyny za grosze, bo wysokie pensje wystarczają na zaspakajanie większości zachcianek, a równie wysokie emerytury - większości potrzeb. Tak to musi wyglądać w oczach cudzoziemca niezbyt obeznanego z realiami dalekich krajów (na przykład Amerykanina) jeśli wpadła mu w rękę najważniejsza informacja o problemie, którym zajmujemy się teraz w kraju nad modrą Wisłą. Jeśli nim jest trawka, którą premier naszego kraju popalał będąc kudłatym młodzieńcem, wszystko inne musi funkcjonować jak w szwajcarskim zegarku!
Tyle że nie funkcjonuje. Nic nie funkcjonuje jak powinno, a mimo to, najważniejsi politycy ustosunkowują się do tuskowego podpalania, a nie do naszych podatków czy zarobków. Trawka jest najważniejsza. Sam prezydent Kaczyński ukazał się w telewizji i oświadczył, że nigdy żadnego narkotyku nie palił. Oświadczenie było nikomu niepotrzebne, bo każdy średnio inteligentny obywatel doskonale wie, że prezydent w młodości nie palił, nie pił, nie używał i w ogóle nie wychodził na podwórko, żeby nie dostać po łbie od innych dzieci, o czym informowały w swoim czasie media, cytując wypowiedzi rówieśników dwóch małych wielkich braci.
Przedstawianie konkurenta podczas kampanii wyborczej jako źle wychowanego, podwórkowego łobuziaka, zamiast pogrążyć Tuska, przyniosło mu nieoczekiwaną sympatię Frekwencji i teraz jego spin doktorzy od wizerunku te sympatie wzmacniają. Łobuziaków lubi się, bo któż z nas w dzieciństwie nie wybił piłką szyby, a później nie pijał taniego wina i nie próbował trawki na studiach?
Celem politycznym afery trawkowej najprawdopodobniej są wybory prezydenckie. Chodzi o rozbrojenie miny na długo przed kampanią, a to dowód, że premier będzie kandydował i boi się, żeby mu Kurski nie przyłożył marihuaną jak dziadkiem z Wermachtu. Intencje obozu premiera są czytelne, natomiast wciąż zaskakuje działanie opozycji, która nawet takiej okazji nie umie wykorzystać.
Platforma jest mistrzem w zapędzaniu obozu przeciwnika w kozi róg, i PiSia coraz częściej siedzi w kącie, zdziwiona jakim cudem tam się znalazła! W ten sam sposób zadziałało przecież zniesienie abonamentu rtv dla emerytów i rencistów. Platformesi ustawili Pisowszczyków w ten sposób, że ci ostatni stali się głównymi obrońcami haraczu na TVP. Obrońcy mozolnie tłumaczyli, że te kilkanaście złotych miesięcznie to żaden wydatek. Dla kogo żaden, dla tego żaden, ale gdy ktoś ma siedemset złotych miesięcznie, liczy się każda złotówka. Ta biedna, ale wcale nie mała grupa już wie, że na Prawo i Sprawiedliwość liczyć nie może. Pewnie zastanawiali się podczas oglądania posłów walących w pulpity sejmowe w czasie głosowania nad ustawą znoszącą abonament, dlaczego wybrańcy narodu nie walną się w głowę. Obrona abonamentu jest wyjątkowo niepolityczna i musi, po prostu musi przysporzyć punktów poparcia tym, którzy go znoszą.
A pan prezydent raczej ustawę podpisze, bo przecież nie strzeli sobie kolejnego samobója, chociaż dla Platformy byłoby znacznie lepiej, gdyby ustawę zawetował.
Jedną z ostatnich desek ratunku dla opozycji jest straszenie prywatyzacją szpitali, od której Platforma odżegnuje się jak może, kłamiąc w żywe oczy, że to tylko komunalizacja. Pacjenci, szczególnie ci biedniejsi, wciąż boją się przychodni i szpitali prywatnych, może dlatego, że jest tam czysto, bogato, nie ma kolejek, a na wizytę do lekarza trzeba umówić się telefonicznie. Biedacy wolą godzinami przesiadywać w ciemnych korytarzach, żeby jakoś wcisnąć się do gabinetu, a potem za wciśnięte do kieszeni fartucha pani doktor dziesięć złotych dostać receptę z literką "P", bo to parę groszy taniej. Sprywatyzowane szpitale działają znacznie lepiej, a to, wbrew faktom, daje punkty opozycji, która przedstawia rzeczywistość po swojemu. W niej, prywatyzacja to potwór z krzywymi zębiskami.
Dopóki rządzący nie rozbroją prywatyzacyjnej bomby (jak tej trawkowej), biedna Frekwencja wciąż będzie się jej bać. Choćby dyspozytorzy pogotowia (tak jak dyspozytorka z podolsztyńskiego Barczewa) nie wysyłali karetek do pacjentów po osiemdziesiątce radząc rodzinie wezwać księdza, opozycja wciąż będzie wygrywać na tym polu. Bo w naszym ukochanym kraju nie liczą się fakty, prawda i zdrowy rozsadek, tylko rzeczywistość medialna, którą można przekuć na wznoszące się słupki poparcia w rankingach politycznych.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|