| |
Z cyklu: Wincenty Świecznik objaśnia
Pod względem wolności słowa, nasz kraj systematycznie spada coraz niżej i, jak wynika z rankingu amerykańskiej fundacji Freedom House, w roku 2007 byliśmy na czterdziestym szóstym miejscu. Zniesienie cenzury wcale nie oznacza, że nie stosuje się subtelniejszych, ale równie (może nawet bardziej) skutecznych metod w tym samym celu. Coraz mniej mamy bezkompromisowych publicystów i dziennikarzy, którzy potrafią oprzeć się potwornym naciskom nakazującym opisywanie rzeczywistości w jedynie słuszny sposób.
Wolność słowa istnieje tylko dla słów obowiązujących, ale dla tych na indeksie (a wciąż są takie) już nie. Czy ktoś miał odwagę napisać jednoznacznie, że rozczłonkowywanie ciała Jana Pawła II po to tylko, żeby jego serce pochować na Wawelu, nogę w Częstochowie, rękę w Licheniu, a pozostałe części anatomiczne porozsyłać po całym świecie - a o czym się mówi i czego się żąda - to w XXI wieku zwykłe barbarzyństwo? Kto w ogóle ośmieli się napisać o Janie Pawle II inaczej niż na kolanach, jeśli nie jest Urbanem egzystującym na marginesach dziennikarstwa?
Sprawa jest otwarta co do wielkości tego marginesu i jego położenia, bo to niezwykle subiektywne. Na wolność słowa uskarża się przecież sam pan prezydent, który w godzinnym wywiadzie z "Tomaszem Lisem na żywo" stwierdził, że demokracja w naszym kraju jest żartem, z powodu czwartej władzy, czyli mediów. Oczywiście pan prezydent zaprezentował się jako skrzywdzona ofiara dziennikarzy, którzy przekazują społeczeństwu jego nieprawdziwy portret i zmyślone fakty. Przykładem takich sfałszowanych faktów jest karetka pogotowia, która, podobno, wcale nie jest zarezerwowana na Helu wyłącznie dla pana prezydenta, gdy raczy tam przebywać, a raczy przebywać często, i bezdomny Hubert H., który był ścigany za obrazę głowy państwa, o czym ponoć głowa państwa w ogóle nie wiedziała. Przez rok? Czy pan prezydent nie czytał gazet? Nie oglądał telewizji? - zapytałbym, gdybym był "Tomaszem Lisem na żywo", ale nie jestem, a ten na żywo nie zapytał. Poza wszystkim, zmyślone fakty można, a nawet trzeba dementować. Każdy ma możliwość interwencji w odpowiedniej redakcji, a pan prezydent nie? Nie - bo nie ma okazji występowania w telewizji - poskarżył się publicznie skrzywdzony brat Jarosława.
W ten sposób przemówiła zazdrość. To oczywista oczywistość, że pan prezydent jest zazdrosny o wystąpienie premiera Tuska z drugomajowym orędziem. Moim zdaniem, nie ma o co, bo wesoły Donek niczym nas nie zaskoczył. Jak zwykle było ślicznie, miło, przyjemnie i nie wiadomo o czym, wszystko na tle wymalowanej na zielono wiosennej trawki, rączusie złożone w taki sposób jakby chciały utulić niemowlę, usta pełne obietnic, oczy pełne miłości, krawat pełen czerwieni. Gdyby to był róż, można byłoby spokojnie wyemitować orędzie na walentynki. Miodzio! Zawsze tak jest gdy na ekranie pokazuje się nasz premier. Słodycz wylewa się z telewizora całymi tonami, ale czy można przeżyć wyłącznie na słodkiej diecie? Mnie osobiście mdli od tego, ale wesoły Donek słodzi i słodzi bez opamiętania, zapominając o przystawkach, zupie i drugim daniu. Widocznie ten typ tak ma.
Moje preferencje dietetyczne nie mają większego znaczenia. Rzecz w tym, że taki słodki produkt podoba się większości Polaków i po leguminie, słupki w rankingach poparcia rosną. Pan prezydent o tym wie. Też by tak chciał i taką koncepcję polityki miłości mają dla niego zrealizować Michał Kamiński z Adamem Bielanem. Skoro Frekwencja chce widzieć prezydenta jako człowieka dobrodusznego i opiekuńczego, nie będącego synonimem agresji - to go będą mieli. Stąd w kolorowych pisemkach fotki pana prezydenta tulącego pierwszą damę w restauracji. Że niby pani Maria ma w pałacu własnego ślubnego tuli pana - nie tylko tego holenderskiego. Pan prezydent przyklepał tuskową koncepcję miłości i chce zostać jej pierwszym krzewicielem. Chce, ale nie umi. Bo nie tylko pić trzeba umić. Kochać też.
Już z pierwszego miłosnego spotkania z telewidzami w programie Tomasza Lisa widać, że to niemożliwe. Jeśli przez całą godzinę prezydent oskarża dziennikarzy o to, że obalili rząd brata Jarosława, że PiS przegrał wybory i że wszystkie dołujące opinie o obecnej prezydenturze to wina pismaków, trudno uwierzyć w jego dobrotliwość. I nic tu nie zmieni zielona trawka i rączki złożone do kołysania niemowlęcia, gdyby nawet Kamiński z Bielanem zdecydowali się na ich użycie zamiast gejów z Kanady i kanclerz Merkel w roli straszaka. Dla własnego dobra, pan prezydent powinien unikać telewizji jak ognia, bo przy najlepszych chęciach, jego i naszych, jakoś nie można zobaczyć na ekranie prawdziwego męża stanu. Co najwyżej, przedstawiciela władzy w randze zakompleksionego wójta jakiejś zapyziałej gminy.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|