| |
Z cyklu: Pół żartem, lecz na serio
Ci z nas, którzy musieli czasami uczestniczyć w ulicznych spędach zwanych manifestacjami pierwszomajowymi pamiętają swoiste podchody z PRL-owską władzą polegające na przetrzymaniu wywieszonej na tą okazję flagi narodowej o dwa dni dłużej. Nie było to takie proste, albowiem administracje osiedlowe musiały zadbać, by rankiem 3 maja nie wisiały one już na budynkach. Ci, którzy mieszkali wtedy za granicą mogli zademonstrować w tym dniu pod konsulatami swój sprzeciw przeciwko komunistycznym rządom w swojej ojczyzny. Nikt z nas nie przypuszczał, że w niedługim czasie będziemy mogli w kraju legalnie obchodzić święto 3 maja, a za granicą w dzień ten nie będziemy protestować lecz raczej demonstrować swoją polskość. Tylko czy ona ma się dobrze tak nad Wisłą, jak i nad Ontario?
Niedawno odwiedziła nas koleżanka z Gorzowa. Któregoś dnia zapytała jaki to urząd mieści się w pobliżu naszego domu. A to jest po prostu portugalska knajpa udekorowana flagami narodowymi Portugalii i Kanady. W Polsce widok to raczej niespotykany, bo, niestety, kolejne rządy ciągle narzucają obywatelom dziwaczne rozporządzenia, gdzie i kiedy można wywiesić narodowe flagi. Być może miało to jakiś wpływ na niedawny, dość głupi zresztą, wybryk gości zaproszonych do programu Kuby Wojewódzkiego w TVN, którzy umieścili polską flagę w psich odchodach. W ośmieszeniu swojego kraju, nie tylko w taki sposób, mamy dość spore osiągnięcia. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem, gdyby na samym początku polskich przemian w latach 1990-95 prezydentem nie był dureń, wiele spraw potoczyłoby się o wiele korzystniej dla Polski.
Jeżeli ktoś uważa że go obraziłem, odsyłam do orzeczenia prokuratury warszawskiej, która uznała, że nazwanie Prezydenta Polski durniem nie jest jego znieważeniem. Wprawdzie chodziło o przypadek, w którym to Wałęsa tak nazwał obecnego prezydenta, ale stwarza to jakiś precedens. Orzeczenie prokuratury nie precyzuje wprawdzie czy publicznie może tak wyzywać tylko były prezydent, czy też taki przywilej posiada każdy wyborca. Mam nadzieję, że przyjęto model amerykański, gdzie, jak wiadomo, każdy może nazwać prezydenta (amerykańskiego!) w podobny sposób. Nie znam jednak przypadków, aby tam były prezydent nazwał tak urzędującego, chociaż obecnie wielu z nich miałoby z pewnością na to ochotę. Nowy premier w czasie wizyty w USA nic na kolegów nie powiedział, ale jak to ogłoszono, ze względów oszczędnościowych wybrał się tam samolotem rejsowym. Czy w sytuacji, gdy niektórzy politycy latają na mecze helikopterami, a paru pilotów po pracy rozwozi do domów ciężki samolot transportowy, jest to poważne? Nie mówiąc już o stwarzaniu niepotrzebnych utrudnień niczego niewinnym, współpasażerom takiego lotu, jak i też, niestety, obniżeniem prestiżu polskiego rządu.
Niedawno w Niemczech odbyła się w domu aukcyjnym licytacja poczty z Powstania Warszawskiego. Listy kupiło warszawskie muzeum. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić sytuacji sprzedaży podobnych dokumentów z powstania, na przykład, w getcie warszawskim. Przypuszczać można, że rząd niemiecki by je zakupił, a kanclerzowa osobiście dostarczyła do muzeum holokaustu, i to nie rejsowym samolotem. Czy nie dzieje się to dlatego, że niestety, do dziś świat dość mało wie o naszej historii? Niewiedza ta dotyczy też, niestety, młodego pokolenia Polaków. Ale czy można się dziwić, gdy bodajże jedynym filmem o tematyce II wojny światowej, chętnie oglądanym do dziś jest serial o czterech pancernych. Wołania o produkcje bardziej "przyjazne" dla młodszych i nie tylko polskich widzów zbywane są wyrażaniem pogardy dla hollywoodzkiego stylu przez krajowych mistrzów kręcących od czasów Bieruta. W efekcie, przeciętny Polak lepiej orientuje się w historii Indian północno-amerykańskich niż własnej ojczyzny. Jednocześnie nie przeszkadza to w stosowaniu marketingowych metod a la Hollywood, jak w przypadku "Katynia", na którego okładce umieszczono duży napis "Oskar" z maleńkim dopiskiem "nominacja". To, że ten film, jakże dla Polski ważny, zrobiono dużo za późno i w sposób raczej przekreślający jego większą popularność, jest sprawą raczej pomijaną by nie urazić mistrza. Może właśnie dlatego, aby zwrócić uwagę na niektóre dość ważne sprawy, prezydent wygłosił niedawne orędzie do narodu. Fakt, że trochę nieudolnie zrobione, lecz uczciwie je oceniając, większość z nas z jego treścią się zgadza. Tu znów telewizja TVN wyskoczyła jak Filip z konopi, sprowadzając do Polski dość bezczelnego geja z Nowego Jorku. Czy, ich zdaniem, prezydent Polski powinien dyskutować o filmie z czyjegoś ślubu? To już trochę pachnie jakby prowokacją. Być może temu podobne działania są przyczyną, że naszą polskość wolimy demonstrować najczęściej na imprezach sportowych, chociaż prezentacje zawodników polskich drużyn coraz częściej przypominają apele legii cudzoziemskiej. Ale i tak tu jest lepiej niż w naszej reprezentacji na festiwale Eurowizji. Ten kto decyduje o wysyłaniu do reprezentowania tam Polski, raz Rosjan to znów Amerykankę, w pełni zasługuje na nazwanie go tak, jak prezydent u nas nazywa prezydenta.
A co u nas w Kanadzie? Cóż, kolejny 3 maja minął jakby nas tu nie było. Może była jakaś akademia z udziałem, przeważnie na co dzień skłóconych, organizacji polonijnych. A jest nas tu w samym GTA prawie 200 tysięcy. Mamy tu przecież kongresy, związki, kluby biznesmenów. Niestety, jak zwykle nie możemy zrobić nic wspólnie. Szkoda, bo to majowe święto to jednak świetna okazja do pokazania, że jest nas tu sporo. Tak jak w Chicago, gdzie zrobili trzeciomajowy wielki koncert w samym centrum. Czasami z zazdrością spoglądamy na greckie, portugalskie, czy włoskie lub chińskie dzielnice, nawet na co dzień udekorowane narodowymi akcentami. My nawet na, traktowanej jako polskiej, Roncesvalles nigdy nie zdołaliśmy nazwać jej oficjalnie Polish Village, jak to robią inne narodowości. Kiedyś w Chicago pewien Włoch powiedział mi, że nas Polaków on w zasadzie lubi, ale się trochę obawia, bo jak pojawiamy się w jakiejś dzielnicy, to wkrótce po nas przychodzą Latynosi, a zaraz po nich Murzyni, co jak wiemy, niestety, nie przyczynia się do rozkwitu okolicy. Trzeba przyznać, że w przypadku chicagowskiego Jackowa jego teoria okazała się prawdziwa.
U nas, w Toronto, zachodzi raczej zjawisko odwrotne, bo będące w polskich rękach domy i biznesy wykupują inni, z powodzeniem otwierając atrakcyjne lokale podnoszące prestiż całej Roncesvalles i okolic. Sporo polskich biznesów ogłosiło się męczennikami kanadyjskiego sanepidu i zwinęło interes, choć wydaje mi się, że po prostu, odechciało się im rozwijać, a też przydomki typu "brudas" nie wzięły się bez żadnego powodu. W tej sytuacji, pojawienie się szyldu o narodowych barwach i z napisem "fine polish cuisine" tuż obok biura Polimexu daje nadzieję, że może jeszcze nie wszystko stracone. Bo chociaż mamy tu parę polskich restauracji, to ukrywają się one przeważnie jako "europejskie". Dlaczego Grecy, Włosi czy Portugalczycy nie wstydzą się swojej kuchni, a my wolimy się do naszej nie przyznawać? "Lala Bistro", bo taką nazwę nosi ta restauracja, jest tu chlubnym wyjątkiem. Może warto więc wstąpić do "Lali" na schabowego nie po "europejsku", ale po prostu po polsku.
Czy możemy się potem dziwić, że władze kanadyjskie jakby nie dostrzegają nas wśród innych narodowości. Choćby w sprawie wiz dla Polaków; załatwiono nas wprawdzie pozytywnie, ale na szarym końcu. Mocno dyskusyjne było zwołanie przez KPK dziękczynnej masówki z tej okazji, tym bardziej, że rola Kongresu raczej nie była w tej sprawie znacząca. Teraz, jak to niektórzy przewidywali, zdarzają się częste przypadki zawracania Polaków z granicy, ale tu już jakoś o działaniach KPK nie bardzo słychać.
Jakby przewidując smutne, jak zwykle, obchody 3 majowego święta, próbowano nas wprowadzić w lepszy nastrój sprowadzając artystów kabaretowych. Nie zawsze przyniosło to zamierzony efekt. W przypadku "Kabaretu pod Wyrwigroszem" na uznanie zasługuje tylko jego nazwa. Pobieranie opłat za przedstawienie na tak żenująco niskim poziomie jest istotnie wyrywaniem grosza, czy też w tym przypadku dolara. Mile zaskoczyli mnie natomiast artyści z imprezy pod nazwą Maraton Dowcipów, a szczególnie Marcin Samolczyk współpracujący z Bogdanem Smoleniem. Niestety, znaleźli się tam też dwaj panowie z telewizji TVN, Adamowie Grzanka i Małczyk, przy których nawet wspomniany "wyrwigrosz" jest śmieszny. Widocznie obcowanie z Smoleniem jest dużo korzystniejsze dla rozwoju artysty niż z Wojewódzkim.
Cóż, oberwało się trochę temu TVN-owi, który wchodzi właśnie przez kabel na kanadyjski rynek. Wprawdzie ich reklama wisząca w sklepie Starsky Foods zawiera niezbyt błyskotliwe, jak na XXI wiek, hasło "dla nas odległość nie ma znaczenia", ale może z niewielką pomocą naszych opinii, sama telewizja nabierze z czasem znaczenia tu, w Kanadzie. A mają dość mocny atut w postaci swej przedstawicielki w Toronto.
Jest nią tu Irmina Somers, która, mimo że mieszka w Kanadzie stosunkowo niedługo, znana już jest dobrze wśród Polonii jako niezwykle utalentowana piosenkarka i prezenterka radia ABC. W ubiegły wtorek, 6 maja mogliśmy ją zobaczyć w najpopularniejszym kanadyjskim programie Breakfast Television City TV, do którego została zaproszona podczas przygotowywania reportażu dla "Dzień Dobry TVN". Nie wiem, czy był to jej debiut w telewizji kanadyjskiej, ale jeśli tak, to wyjątkowo udany. Tacy jak ona, z wdziękiem i bez żadnych kompleksów propagujący Polskę, to najlepsza reklama nie tylko dla TVN, ale też dla ogólnie pojętej polskości.
O ile mi wiadomo, w najbliższym czasie Irmina Somers wystąpi razem z innymi artystami Salonu Muzyki, Poezji i Teatru w czerwcowym koncercie w ogrodach konsulatu. Myślę, że warto już teraz zaopatrzyć się w bilety, bo Konsulat to nie Łazienki i ogrody mogą wszystkich chętnych nie pomieścić.
Krzysztof Sapiński
ksapinski@yahoo.ca
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|