Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Komentarze, opinie
"Trust" to ufać - czy aby na pewno?
Małgorzata P. Bonikowska
May 16, 2008
 
 

Z cyklu: Zapiski na gorąco

Nikomu nie ufaj - taka zasada przyświeca niektórym ludziom. Przez jej pryzmat postrzegają świat. Tak ich ukształtowano i dlatego nie ma mowy o wielkich rozczarowaniach, wynikających z zawiedzionych nadziei. Mnie uczono dokładnie na odwrót - wierz ludziom, ufaj im, bo są oni z gruntu dobrzy i uczciwi. Nie znaczy to, że nie ma wyjątków, ale są to tylko wyjątki.

Czy aby na pewno?

W języku angielskim słowo "trust" oznacza zaufanie oraz obdarzać kogoś zaufaniem, ufać mu. Z tegoż wyrazu powstał inny - "trustee". Osoba pełniąca taką funkcję ma szczególną odpowiedzialność wobec innych - została obdarzona najwyższym zaufaniem, powierzono jej opiekę i ochronę interesów jakiejś osoby lub często grupy ludzi. Musi być zatem jednostką o szczególnej uczciwości i niepodważalnej reputacji, lojalną wobec tych, których reprezentuje.

Niestety, okazuje się, że tak nie jest. Z powodu sądowego knebla pominę tu milczeniem bolesną sprawę dotyczącą naszej społeczności i kilku osób, które obdarzyła ona zaufaniem, lecz spojrzę wraz z Państwem na inny, czysto kanadyjski przypadek, budzący taki sam sprzeciw i oburzenie. Przypadek, kiedy owi obdarzeni zaufaniem przedstawiciele, jak się okazuje, zasługują na wszystko, tylko nie na zaufanie.

Właśnie dowiedzieliśmy się, że ponad milion dolarów, pieniędzy podatników, został powiedzmy delikatnie, roztrwoniony w katolickim kuratorium torontońskim na wydatki nie mające nic wspólnego z faktycznymi obowiązkami osób zwanych "school trustees". Oni sami zaakceptowali te wydatki.

W tym ogromnym kuratorium jest ich 12 plus jeden trustee-uczeń, a wybierani są w tych samych wyborach lokalnych, w których wybieramy radnych. Mają reprezentować w Toronto District Catholic School Board interesy 90.000 uczniów anglojęzycznych szkół katolickich (168 podstawowych, 33 średnich i 3 mieszanych) i ich rodziców.

W raporcie, który jest efektem dochodzenia przeprowadzonego na zlecenie władz prowincji, czytamy, że katolickie kuratorium w Toronto wydaje więcej na własne potrzeby niż jakiekolwiek inne kuratorium w Ontario.

Trustees w Ontario otrzymują honorarium w wysokości ponad 18 tysięcy dolarów rocznie, ale kuratorium Toronto District Catholic School Board wydaje na każdego z nich w sumie ponad 107.000 dol. rocznie. Wygląda, że sporo, ale najlepiej porównać z innymi. W Ottawie kuratorium katolickie przeznacza na dodatkowe wydatki swoich trustees zaledwie 21.000 dol., a w Dufferin-Peel - w kuratorium o podobnych rozmiarach co w Toronto - 27.000 dol.

Nie dziwota zatem, że koszt funkcjonowania Toronto District Catholic School Board jest najwyższy ze wszystkich kuratoriów w Ontario.

Na co poszły te pieniądze? Jak podaje rządowy raport, bywało, że "trustees" (piszę w cudzysłowie, bo trudno ich naprawdę określić tym mianem) występowali o zwrot pieniędzy za kilka posiłków jednego dnia, za alkohol, a nawet za jedzenie i drinki z barków w hotelowych pokojach.

Niektórzy przyznawali sobie roczne kwoty 8.600 dol. na używanie samochodu, a także świadczenia medyczne i dentystyczne, oraz polisy ubezpieczeń na życie, mimo że otrzymali prawne porady, aby tego nie czynili, gdyż jest to sprzeczne z ustawą. Jedna z wybranej dwunastki otrzymała 7.577 do. w ramach zwrotu za czesne, kiedy zapisała się na kurs podyplomowy, inna 3000 dol. na urządzenie biura w swoim domu (twierdzi, że pytała o zgodę i ją uzyskała), a pewna była "trustee" skorzystała z pieniędzy podatków, aby sfinansować swoją podróż na Dominikanę.

Kontrakty na różne prace dla kuratorium "trustees" dawali ciepłą rączką krewnym i znajomym królika - a niech sobie też chłopaki zarobią!

Smaczku (niesmaczku) dodaje fakt, że dzieje się to w katolickim kuratorium, gdzie, wydawałoby się, standardy moralne z oczywistych względów powinny być znacznie wyższe niż gdzie indziej. A sprawa bulwersuje jeszcze dodatkowo dlatego, że co chwila słyszymy o trudnościach finansowych systemu szkolnictwa, konieczności zamykania basenów, zwalniania nauczycieli, eliminowania efektywnych programów czy ograniczania takich czy innych wydatków, wzbogacających doświadczenie edukacyjne młodego pokolenia.

Rodzice są oburzeni, nie mniej oburzeni są torontońscy podatnicy, którzy postanowili właśnie na ten system - katolicki - przeznaczać swoje podatki. Nikomu łatwo nie przychodzi ich płacić, a trudna do przełknięcia jest myśl, że ciężko zapracowane dolary finansowały czyjeś ciuchy, wieczorne drinki w hotelu czy wakacje na słonecznej wyspie.

Ciekawe, że jedną z "trustees" zwolniono czas jakiś temu z powodu zaniedbywania obowiązków i nadmiernych wydatków na cele prywatne. I co - nie zapaliło się nikomu czerwone światełko?

Pewni ludzie na pewnych stanowiskach mają szczególne obowiązki wobec tych, którym świadczą usługi - lekarze, nauczyciele, duchowni, sędziowie, wszelkiego rodzaju "trustees". Jeśli zawiodą owo zaufanie, powinni przestać piastować powierzone im funkcje. W wielu przypadkach zwykłe "przepraszam" nie powinno wystarczyć. Ani nawet zwrócenie pieniędzy.

Żyjąc już na tym świecie trochę lat, przyglądając się mu bacznie z różnych stron, analizując własne doświadczenia i doświadczenia innych bliskich i mniej bliskich ludzi, zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej jednak być realistą, uznać, że tak już musi być i tyle. Nie ufać, nie wierzyć, zamiast irytować się, że znowu ktoś zawiódł nadzieje i zaufanie.

Ale kiedy moje myśli idą tym torem, szybko otrząsam się z nich i stwierdzam, że może faktycznie mniej by bolało, może żyłoby się łatwiej, ale cóż to byłoby za życie? I wtedy konkluduję z pełnym przekonaniem, że jeżeli takie sytuacje przestaną mnie bulwersować, jeżeli będę potrafiła skwitować je stwierdzeniem, że taki już jest ten świat więc nie ma co się oburzać i próbować walczyć z nim (czytaj: z wiatrakami) - to czas już będzie umierać...



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com