| |
Z cyklu: Z przemyśleń imigrantki
Zmienię w tym tygodniu temat, by podzielić się z Państwem moim ostatnim doświadczeniem i nie uszczypnę się tym razem w język, a mianowicie przeżyciem z pisemnego testu na prawo jazdy - "G1".
W końcu, po miesiącach wewnętrznego buntu i korzystania z publicznej komunikacji..., postanowiłam pofatygować się na egzamin i udowodnić Kanadzie, że znam przepisy i potrafię jeździć samochodem. Jak wszyscy wiemy, jest to bolesny proces, gdyż nie ważne, ile lat posiadamy licencje w naszym kraju, przyjeżdżamy do Kanady i musimy podporządkować się tutejszemu prawu, co w konsekwencji prowadzi do ponownego egzaminu, studiowania testów i przeżywania koszmaru egzaminu na drogach i za jakie grzechy.
Jednak nie tyle ruszył mnie sam test, ile to, co w nich wyczytałam. Jeśli ktoś podchodzi do egzaminu w Polsce, nie może sobie pozwolić na nieprzygotowanie się do niego. Pytania są co najmniej trudne, a testy, z których się przygotowujemy, nie mają tych samych pytań na egzaminie, pokazują jedynie obszary, z których trzeba się przyuczyć, no i co najważniejsze, odpowiedzi są podobne do siebie i podchwytliwe, tak więc nie ma szansy, żeby ktoś zdał egzamin wyczuwając poprawną odpowiedź. Piszę o tym, ponieważ z testów, które tu czytałam przed egzaminem, wiało grozą chyba dla każdego racjonalnie myślącego człowieka. Pytania w stylu, widzisz przechodnia na drodze, co z nim zrobić - a) przejechać, b) zatrąbić na niego, c) poczekać i przepuścić. Albo, gdy policjant wskazuje nam drogę, czy należy go poinformować, że się pomylił, bo światła są czerwone? itp. ekstremum. Początkowo, jak je czytałam, to zastanawiałam się, dla jakich ludzi one są przeznaczone, bo jeżeli ktoś nie zda za pierwszym razem, to minutę później może powtórzyć egzamin (byłam świadkiem, jak chłopak przy mnie pisał do skutku), a przecież udzielenie błędnych odpowiedzi w tego typu pytaniach powinno chyba dyskwalifikować potencjalnego kierowcę co najmniej na jakiś czas... Już sam poziom odpowiedzi wzbudza niepokój co do kierowców, którzy jeżdżą po naszych drogach. Jednak, co mnie najbardziej ubodło to fakt, jakim językiem napisane są te testy. Zdaję sobie sprawę, że język polski nie jest priorytetem w tym kraju, ale jednak jak się coś pisze językiem prawa, to chyba to do czegoś zobowiązuje. Doczytać się, co autor miał na myśli w, i tak prymitywnym, pytaniu, to nie lada sztuka. Takich "cudotwórców" językowych to już dawno nie widziałam i chętnie podjęłabym się analizy językowej tego zagadnienia, bo dla kogoś, kto lubi wyzwania językowe, to nie lada pokusa. Nie mówię nawet o samych testach przygotowawczych, ale również na egzaminie dostałam pytania bez polskiej czcionki i ciągłości językowej, co przyprawiło mnie o lekkie dreszcze. Nie wiem, czy jest sens się nawet chwalić, że zdałam, bo gdybym nie zaliczyła, to dopiero byłaby moja osobista porażka, a także tych, których bym spotkała na drodze.
Teraz jednak przede mną "G" i, z tego co słyszałam, nie będzie tak łatwo, zwłaszcza, jak ktoś ma jakieś wyrobione nawyki, a teraz musi powrócić do podstaw i teorii. No, obym dała radę. Na razie dostałam papierek i mogę praktykować z jednym pasażerem z przodu, do dwunastej w nocy, nie na autostradzie i bez grama alkoholu oczywiście.
Kiedy się wyjeżdża na ulice i przepycha w korkach przez zatłoczone ulice czy autostrady, aż dziw bierze, że zarówno konstrukcja, jak i rozplanowanie dróg są tutaj takie uproszczone. O dziwo, trzeba przyznać, że kierowcy tu, co by o nich nie mówić, to generalnie mają wyrobioną kulturę bycia na drodze. Większość nas przepuszcza, pilnuje się na światłach i trzyma się przeciętnej prędkości. Oczywiście, że krążą mity o tym, jak to różne narodowości mają swoje za uszami i jeżdżą według własnych zasad (zwłaszcza wyjeżdżając z parkingu można się o tym przekonać). Czasem widać też brak całkowitej umiejętności kierowania (może właśnie ze względu na poziom testów pisemnych) lub po prostu bezczelność we wpychaniu się na pasy ruchu itd., ale przeciętnie, prowadzenie samochodu w Kanadzie jest o niebo prostsze niż gdziekolwiek indziej. Kierowca z Europy może wręcz czasem nudzić się na autostradach bez skaczącej non stop adrenaliny, gdyż cała trudność polega na tym, by zjechać w odpowiednim miejscu. No, czasem też jakiś bezczelny typ zajedzie mu drogę, ale na tym koniec.
Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja, gdy ktoś z wyrobionymi manierami zza kierownicy wyląduje za "kółkiem" np. w naszej kochanej Polsce (nie mówiąc już o krajach z charakterem, bądź tych, gdzie przepisy drogowe chodzą/jeżdżą inną drogą niż kierowcy). Przykładem z życia wziętym może być mój mąż, który po przyjeździe do Polski został postawiony w sytuacji, gdzie jego praca wymagała częstych podróży. O sobie mogę spokojnie powiedzieć, że nabawiłam się przez niego nerwicy jako pasażer i cud, że uszliśmy z życiem przez ten czas. Otóż, mój ukochany mąż przez długi czas nie mógł pojąć mentalności polskich kierowców, ani zaprojektowania i kondycji dróg, o chamstwie nie wspomnę. Początkowo, każda jazda z nim zależała od szczęścia, jeśli dotarliśmy do celu i, w dodatku, ciągnęła się w nieskończoność. Powszechnie wiadomo, że w naszym kraju prędkość, a i owszem, ale nikt nie przywiązuje uwagi do takich szczegółów. A jak przywiązuje, to go inni kierowcy tego szybko oduczą...
W każdym razie, i tak wychodzi na to, że powinnam mieć łatwiejszą przeprawę przez "highway" i ponowny egzamin, więc pełna wiary uprzejmie ostrzegam: Uwaga przechodniu, bo nadjeżdżam...
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|