| |
Z cyklu: Kanadyjski nie-do-rzecznik
Łagodzi obyczaje, czy jest argumentem przetargowym?
Niektóre tematy powracają na łamy nie-do-rzecznika, rozszerzone o nowe fakty i opinie. Historia bowiem kołem się toczy i zamknięte, na pozór, kwestie czasami na nowo znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej. A to zawsze sprawia, że istnieje nadzieja na jakąś pozytywną zmianę, na lepsze unormowanie drażliwej sytuacji, lub, co najmniej, na ponowne spojrzenie na nią, pod innym kątem.
Tak stało się z prostym na pozór słowem "przepraszam" i znaczeniem, jakie przywiązuje do niego północnoamerykańskie społeczeństwo.
Zdawać by się mogło, że słowo to, wyrażające na ogół skruchę, jest naturalną naszą reakcją na nieprzyjemną sytuację, w jakiej znalazła się inna osoba za naszą przyczyną. Nie zawsze zawiniliśmy, lecz czujemy moralny obowiązek okazania tej drugiej osobie, że żal nam, iż poniosła stratę - materialną, intelektualną lub psychiczną.
W dniu 15 kwietnia tego roku David Orazietti, MPP z ramienia partii liberalnej, przedstawił ontaryjskiemu parlamentowi projekt ustawy nazwanej "Apology Act". Pozbawia ona przeprosiny mocy dowodowej w świetle prawa. Zgodnie z tą ustawą, osoba przeproszona, w razie gdy występuje do sądu o odszkodowanie lub zadośćuczynienie za poniesioną stratę, nie miałaby prawa twierdzić przed sądem, że przeprosiny, jakie uzyskała od strony przeciwnej, świadczą o jej zawinieniu.
***
Jeżeli projekt ten stanie się obowiązującym prawem, będzie on miał zastosowanie głównie w zakresie kontaktów osób fizycznych z instytucjami, jak szpitale, policja, urzędy itp., lecz nie tylko. Pod ewentualnymi rządami "Apology Act", jeżeli operator dźwigu, którego część się obluzowała spadając na nogę jego kolegi, w odruchu sympatii krzyknie "przepraszam" w obecności innych pracowników, nie będzie musiał się obawiać, że zostanie na tej podstawie pozwany o odszkodowanie. Strach przed nieprzyjemnościami spowodowanymi tym, że kierował się zwykłym ludzkim odruchem, nie sparaliżuje go, pozbawiając takowych odruchów w przyszłości.
Tak podobno bywało dotychczas.
***
Za zaistnieniem w naszym prawnym systemie aktu, który pozwoli na uczłowieczenie relacji pacjent- lekarz stoją podobno przede wszystkim pracownicy służby zdrowia. W tej bowiem dziedzinie doszło do dramatycznej sytuacji, w której pacjenci przestali ufać swoim lekarzom.
Najlepszym na to przykładem jest niedawno opisywana przeze mnie ("Bardzo mi przykro...", nie-do-rzecznik z 8 kwietnia 2008) sprawa błędnych wyników testów histopatologicznych z Nowej Fundlandii. Okazało się, że na 1031 przeprowadzonych testów, 383 było błędnych. W konsekwencji, wobec prawie 400 kobiet, dotkniętych nowotworem piersi, testowanych na wrażliwość na estrogen i progesteron, zastosowano błędną terapię. 108 z tych wprowadzonych w błąd kobiet już nie żyje.
Po ujawnieniu w mediach faktu, że pracownicy Eastern Health zdawali sobie, już od jakiegoś czasu, sprawę z tego, iż margines błędu przy przeprowadzaniu testu jest o wiele wyższy niż ten, jaki podawało się do publicznej wiadomości, usiłowano zatuszować sprawę. Nieskutecznie, gdyż, w konsekwencji, doszło do przeprowadzenie publicznego dochodzenia w tej sprtawie.
Zeznające przed rządową komisją kobiety dotknięte nowotworem lub ich spadkobiercy twierdzą, że jednym z najgorszych dla nich przeżyć było uświadomienie sobie, że nie usłyszą ze strony swoich lekarzy prostego słowa "przepraszam". Informacje o błędach w wynikach były podawane, jeżeli w ogóle, urzędowym tonem, często nagrywane na maszynę.
***
Problem niewłaściwych relacji na odcinku lekarz-pacjent jest, niestety, zjawiskiem ogólnokanadyjskim. Okazuje się jednak, że nie jest to problem jedynie pacjentów. Inicjatywa posła Oraziettego wywołała lawiny wypowiedzi przedstawicieli świata medycznego, którzy w ustawie tej widzą możliwość normalnego komunikowania się z pacjentem na temat jego stanu zdrowia.
Przede wszystkim, jak twierdzą, "Apology Act" spowodowałby odblokowanie ludzkich odruchów lekarzy w stosunku do pacjentów.
"Pomogłoby nam to w zadośćuczynieniu wymogom naszego powołania", twierdzi przewodniczaca Ontario Medical Association, Janice Willett. "Uczymy się przecież tego w szkołach medycznych - okazywania współczucia pacjentom i ich rodzinom".
Na razie, jak twierdzi Willett i inni, nie jest to jednak możliwe. W naszej kulturze bowiem utarło się przekonanie, że osoba okazująca współczucie bierze na siebie odpowiedzialność. Dlatego też adwokaci i brokerzy ubezpieczeniowi odradzają przepraszania pacjentów za zaistniałą sytuację. Sytuację, do której w służbie zdrowia dochodzi często.
***
W północnoamerykańskim społeczeństwie, stanowiącym "społeczność silnych", panuje zasada zrzucania z siebie odpowiedzialności tam, gdzie jest to tylko możliwe. Wyniesione z dzieciństwa słowo "przepraszam" automatycznie znika ze słownika ludzi dorosłych. Obrona przed jakimikolwiek zobowiązaniami i "naczelna zasada ochrony własnych interesów" dominuje zarówno w dziedzinie życia prywatnego, jak i - przede wszystkim - w układach biznesowych czy prawnych. Kompanie ubezpieczeniowe zakazują swoim klientom - sprawcom wypadku - przepraszania osoby poszkodowanej. Adwokaci nie radzą mówienia czy też robienia czegokolwiek, co mogłoby nasuwać skojarzenia z przyznaniem się do winy. Tak zwani "risk managers", zatrudnieni w szpitalach, zabraniają lekarzom i personelowi medycznemu przyznawania się do popełnionego błędu.
Ma to zgubny wpływ na postawę pacjentów, którzy widzą jedynie brak jakichkolwiek ludzkich odruchów ze strony tych, od których zależy ich stan zdrowia, a nierzadko - życie. Ukrywane zaś przed nimi fakty urastają - czasami niesłusznie - do rangi oszustw lub nieujawnionych błędów, zawinionych przez ukrywających prawdę lekarzy.
Przykład błędnych testów w Nowej Fundlandii uczy, że nawet w sytuacji, gdy dochodzi do błędu w sztuce lekarskiej, najlepszym sposobem na powstrzymanie lawiny ujemnych skutków spowodowanych błędem jest jak najszybsze poinformowanie pacjenta o zaistniałej pomyłce. Wiele pacjentek straciło szansę na alternatywne leczenie, gdyż o błędzie nie zostały poinformowane w czasie, gdy można było jeszcze zmienić sposób terapii. Trudno przewidzieć, jaki byłby rezultat tej "innej" terapii. Jedno jest jednak pewne - pacjentki lub ich rodziny nie pozostawałyby w przekonaniu, że z winy lekarza straciły szansę na przeżycie.
***
Zeznająca przed rządową komisją w Nowej Fundlandii Beverly Green, po latach spędzonych na nieskutecznej chemoterapii, której poddała się na podstawie błędnego wyniku testu histopatologicznego, straciła zaufanie do swojego lekarza w momencie, gdy "dziwnie zareagował na jej sugestię co do zmiany sposobu leczenia". Lekarz znał już wówczas prawdę o błędzie, lecz- zgodnie z panującymi w świecie medycznym - i nie tylko- zasadami, nie mógł tej prawdy wyjawić. "Czułam, że coś jest przede mną ukrywane", powiedziała komisji. "Takie odnosiłam wrażenie... A gdy masz takie wrażenie, zaczynasz zastanawiać się, o co tutaj właściwie chodzi"...
***
Rozżalona postawą lekarzy prowadzących jej leczenie, dołączyła się do zbiorowego powództwa, wytoczonego przez podobnie jak ona potraktowane pacjentki (lub ich rodziny) przeciwko Eastern Health, placówce nadzorującej i odpowiedzialnej za pracę laboratoriów patologicznych. Kobieta twierdzi, że gdyby od początku została uczciwie poinformowana przez lekarza o błędnym wyniku testu, nie myślałaby o przyłączeniu się do tej prawnej akcji.
***
Jej wypowiedź potwierdzają prowadzone badania statystyczne. Ostatnio opublikowane przez "American Journal of Pharmaceutical Education" wyniki takich badań wykazują, że 37 procent pacjentów, którzy zdecydowali się na wytoczenie przeciwko lekarzom sprawy o zadośćuczynienie za straty spowodowane błędem w sztuce lekarskiej, nie uczyniliby tego kroku, gdyby zostali w odpowiednim czasie, i w odpowiedniej formie, przeproszeni za to, co się stało.
Wynik ten potwierdziły wcześniejsze badania statystyczne, prowadzone przez American Bar Association, z kórych wynikało, że do 30 procent wytoczonych spraw o odszkodowania nie doszłoby, gdyby użyto słowa "przepraszam".
"Przepraszam" to słowo-klucz do ugody nie tylko na naszym kontynencie. Przeprowadzone badania w 1994 roku w Wielkiej Brytanii też potwierdzają tezę o zapobiegawczym - z punktu widzenia procesowego - jego znaczeniu".
Najlepszym przykładem może być postawa rodzin ofiar katastrofy lotniczej spowodowanej przez niestabilnego psychicznie pilota japońskich linii lotniczych w 1982 roku. Osobiste przeprosiny, jakie przekazał wówczas prezydent tej linii lotniczej rodzinom ofiar, spowodowały, że żadna z nich nie wytoczyła przeciwko tej korporacji sprawy o zadośćuczynienie.
***
Osoby, które zajmują się mediacją, też znają potęgę tego słowa. Zmienia ono dynamikę pomiędzy skłóconymi stronami, stanowiąc kamień milowy na drodze do ewentualnego pogodzenia, lub wypracowania możliwego do zaakceptowania przez obie strony kompromisu. "Przepraszam" przenosi niejako ciężar upokorzenia z osoby pokrzywdzonej na tę, która okazuje skruchę. Dowartościowuje więc pokrzywdzonego, w którego gestii leży podjęcie decyzji o przyjęciu lub nie, tych przeprosin.
Pozwala mu to na bardziej obiektywne spojrzenie na konflikt i jego genezę.
Czasami "przepraszam" to wszystko, czego oczekuje pokrzywdzony; czego potrzebuje osoba skrzywdzona, by móc wejść w etap "gojenia się moralnych ran".
Przyznanie się przez lekarza do popełnienia błędu to czasami wszystko, czego potrzebuje chory, by móc zmierzyć się ze swoją chorobą, lub po prostu godnie przyjąć to, co mu jest pisane.
***
W bardziej materialistycznym wymiarze, można nadać przeprosinom monetarną wartość. Z tego punktu widzenia, słowo "przepraszam" ma wartość zaoszczędzonych kosztów procesowych i, gdy dochodzi do ugody, jakiejś części wartości odszkodowania. Nawet na etapie wydawania wyroku, sąd często też bierze pod uwagę fakt okazania skruchy przez sprawcę szkody jako okoliczność łagodzącą w procesach karnych, a miarkujących odszkodowanie - w cywilnych.
Z tego też pewnie powodu w sytuacjach, gdy wskutek działalności wielkich korporacji dochodzi do strat o dużym wymiarze, jak na przykład szkody ekologiczne, zatrudnieni tam "risk managers" namawiają do jak najszybszego i jak najgłośniejszego przeproszenia społeczeństwa.
Stąd - prawdopodobnie - wzięło się zaskakujące przeproszenie, jakiego w końcu jednak się doczekali pacjenci lub ich spadkobiercy, pokrzywdzeni błędnymi wynikami testów w Nowej Fundlandii.
Zeznająca 26 marca przed rządową komisją przedstawicielka Eastern Health, Joan Dawe, przeprosiła wszystkich dotkniętych błędem wyników testów, słowami: "Jest mi bardzo przykro z powodu bólu i niepokoju, jakiego doświadczyli pacjenci i ich rodziny. Za to Eastern Health przeprasza". Sprawa ze zbiorowego powództwa wytoczonego przez dużą część pokrzywdzonych toczy się przed sądem, równolegle z publicznym dochodzeniem.
***
Zwyczaj ustanawiania "prawa o przeprosinach", jakie reprezentuje projekt Davida Oraziettiego, powstał na świecie w latach 80-tych. Istnieje w Australii i w USA. W Kanadzie, Ontario wyprzedziły trzy prowincje - Brytyjska Kolumbia, Sasakatchewan i Manitoba.
Kanadyjskie ustawodawstwa prowincyjne przyjmują najszerszą wersję tego prawa, stanowiąc, że nie tylko przeproszenie, lecz także przyznanie się przepraszającego do popełnienia błędu nie ma mocy dowodowej przed sądem.
Prywatne projekty ustaw bardzo rzadko stają się prawem. Jednak ten szczególny projektodawca, David Orazietti, wsławił się już poprzednio przedłożonym parlamentowi projektem, w sprawie zakazu palenia w samochodach w obecności dzieci. Jego inicjatywa została poparta przez rząd Ontario. Tym razem, jego projekt także uzyskał poparcie wszystkich partii politycznych i większości organizacji społecznych, jak Canadia Patient Safety Institute. Kluczowe stowarzyszenia świata medycznego przyjęły projekt z wielką ulgą, widząc w nim nadzieję na poprawę stosunków z pacjentami i odbudowanie nadwątlonej nici zaufania.
***
Miejmy nadzieję, że "Apology Act" - stając się prawem - spełni swoje zadanie. Przede wszystkim zaś, że złagodzi obyczaje w społeczeństwie ludzi silnych, w którym słowo "przepraszam" jest bardziej argumentem przetargowym niż ludzkim odruchem, kojarząc się, niestety, bardziej ze słabością niż z potęgą człowieczeństwa.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|