Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Komentarze, opinie
Błękitny i wonny maj
Witold Liliental
May 9, 2008
 
 

Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem

Jakkolwiek synoptycy straszą, nas, że jeszcze zima nie powiedziała ostatecznego do widzenia, że jeszcze ma posypać śnieg, wiele wskazuje na to, że już w najbliższych dniach będziemy wyciągać stoły z wielkimi parasolami, sadzić grządki, zawieszać na płocie kosze z kwiatami i, obowiązkowo, jechać na stację benzynową, by uzupełnić propan w butli. Na szereg miesięcy możemy zapomnieć o odwalaniu śniegu na coraz to wyższe pryzmy i o posypywaniu chodnika solą.

Pamiętam, jak w Polsce niegdyś żartowano, że jednak ci partyjni mają chody u Pana Boga. Faktycznie, jak sięgnę pamięcią wstecz, zawsze na 1 maja była ładna, wiosenna pogoda. Ludzie chodzili na pochód, bo przeważnie zakłady pracy sprawdzały listę obecności. Ale, szczerze mówiąc, nikt nie uważał tego pójścia na pochód za zamach na osobistą wolność. Nikt też nie traktował tego święta na serio od strony ideologicznej. Raczej większość pokpiwała sobie i szła, bo zamiast pracy, było to bardziej spotkanie towarzyskie na świeżym powietrzu.

A przede wszystkim, można było na stoiskach rozstawionych blisko tras przemarszu dostać różne artykuły żywnościowe, których normalnie przez okrągły rok nie uraczyło się. Bo - używając terminologii tamtych lat - "rzucili" wędliny, a czasem nawet cytrusy.

Czasem tzw. "czynniki oficjalne" dostarczały nam, bezwiednie, powodów do parskania śmiechem. Słyszałem na własne uszy, stojąc wraz z pracownikami naszego Instytutu i czekając na naszą kolejkę przemaszerowania przed trybunami, jak oficjalny sprawozdawca oznajmiał, że właśnie przed trybuną przemaszerowują w pierwszym szeregu pochodu weterani ruchu robotniczego. W tym samym momencie, jedna z szeregu orkiestr wojskowych, ulokowanych wzdłuż trasy, zaczyna grać w rytmie marsza melodię "Po cóżeśta kawaliry przyszli".

Mam nawet wspomnienie z jednego takiego 1 maja, kiedy moja wówczas kilkuletnia córka musiała pójść w pochodzie z warszawskim Pałacem Młodzieży. Rodzice mieli dzieci odebrać w hallu pałacu po zakończeniu ich przemarszu i powrocie. Zostawiłem dziecko z jej grupą, a sam dołączyłem do kolegów z pracy, sądząc, że zdążę odebrać dziecko. Wróciłem do Pałacu Młodzieży, gdzie okazało się, że dzieci już dawno wróciły, ale mojego nigdzie nie widać. Zacząłem nerwowo biegać wśród tłumu i nawoływać, całkiem bezskutecznie.

Szukając tak, dotarłem aż na Plac Defilad, czyli od strony Marszałkowskiej. Kiedy byłem bliski paniki, ktoś mi poradził, żeby powiedzieć o swojej zgubie milicjantowi. Ten coś powiedział do radiotelefonu i po chwili kazał mi opisać dziecko oraz podać imię i nazwisko. "Zgadza się, taka mała siedzi w radiowozie. Pan pójdzie ze mną!" Zaopiekowała się nią milicja, ale dziecko bało się, że jest za coś aresztowana i pójdzie do więzienia. Skończyło się na strachu z obydwu stron, natomiast dziś jest o czym opowiadać.

Być może, ktoś oburzy się, że ja dziś tamte czasy wspominam bez przepisowego oburzenia, bez patosu i nienawiści i nawet znajdzie natychmiastowe wytłumaczenie, że co do mnie, to wiadomo, że oczywiste…

A mnie się wydaje, że to po prostu wynikało z tego, że zagrzewała mnie jeszcze młodość i inaczej patrzyłem na otaczający mnie świat. Ten świat w najbliższym otoczeniu mógł być politycznie parszywy, ale, jak znakomita większość, nie zwracałem na to uwagi.

Była jakby cicha umowa społeczna. Władze doskonale wiedziały, że nikt już nie wierzy w slogany i hasła. Rząd robił, więc swoje, ludzie swoje, aby sobie wzajemnie na odcisk nie nadeptywać. I prawdopodobnie do tej pory tak nie nadeptywalibyśmy, gdyby nie odważni opozycjoniści, którzy za nas głowy nadstawiali.

Ileż to razy w szeregach czekających na swoją kolejkę odbębnienia przemarszu pod trybuną powtarzano ściszonym głosem informacje poczty pantoflowej, że właśnie tego, czy tamtego zamknęli za napisanie jakiegoś listu, albo za prowadzenie jakichś nielegalnych spotkań. Od nich zaczęło się, lawina przyszła później.

Dziś, w warunkach demokracji i pluralizmu nastała w pewnych środowiskach moda wieszania psów na niektórych z nich, na odsądzanie od czci i wiary, na oskarżanie o "antypolskość" i "manipulacje". Żeby dokopać do końca, podaje się w nawiasach tzw. prawdziwe nazwiska.

I najciekawsze, że w roli "patriotów" oczerniających tych, którzy za czasów komuny odsiadywali wyroki, gdy większość z nas, robiła swoje i była zobojętniała, są ludzie silnie związani z ancien régime, jak pracownicy ambasad PRL, dziś najgłośniejsi krzykacze skrajnej prawicy. Są też niektórzy zadufani w sobie dziennikarze, którzy wówczas byli za młodzi, by nawet pamiętać te czasy dobrze.

Maj tamtych czasów kojarzył mi się z Dniami Oświaty, Książki i Prasy, które komunistyczna władza dała nam na otarcie łez po Trzecim Maju. Ale te dni przekładały się na Międzynarodowe Targi Książki, gdzie można było zawsze znaleźć coś ciekawego, coś, czego normalnie kupić w księgarniach nie dało się, a tam można było nawet bezkarnie nabyć. To były nasze drobne radości. Maturzyści, pochłonięci swoimi emocjami, nie interesowali się polityką, ograniczając się do sztampowych, niemal obowiązkowych zwrotów w mowie potocznej, lekko drwiących z otaczającej rzeczywistości, w rodzaju "jak Bóg da i partia pozwoli".

Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy ustroju pędzili do domu z pracy, by zdążyć na końcówkę wyścigu, a w pracy mieli włączone radia tranzystorowe, żeby, co jakiś czas usłyszeć transmisję: "Halo, tu helikopter, tu helikopter, proszę Państwa, Szurkowski nadal jedzie na czele peletonu".

Nie siedziało się godzinami przed ekranem komputera, ba, nawet nie wiedziano, jak komputer wygląda. Za to, wychodziło się na słoneczne ulice, patrzyło się na kwitnące drzewa i na... wydekoltowane, zgrabne dziewczęta. Bo maj był wówczas tak samo cieplutki i tchnący wiosną, i zakochani tak samo chodzili do parku i siadali na ławce pod platanem, a w ogrodzie botanicznym kwitły bzy. I byliśmy tyle młodsi...



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com