Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Komentarze, opinie
Granice wolności
Małgorzata P. Bonikowska
May 9, 2008
 
 

Z cyklu: Zapiski na gorąco

Pojęcie poprawności politycznej nie jest pojęciem neutralnym. Zostało wymyślone przez ludzi, którzy są przeciwnikami dbania o to, by nie ranić innych językiem czy działaniem. Co ciekawe, z ogromną energią godną lepszej sprawy, przedstawiciele ruchu anty-PC (poprawność polityczna to z angielska "political correctness", które to pojęcie jest określane skrótem PC, nie mylić z partią Progressive Conservative, także PC) walczą tam, gdzie naprawdę nie ma o co walczyć. Bo czy jeżeli pewna Elżbieta prosi mnie o to, abym nie nazywała jej "Elżunia", bo strasznie tego nie lubi i ma fatalne wspomnienia związane z tą formą jej imienia, lecz "Ela" lub "Elżbieta", dlaczego mam się nie zastosować do jej prośby? Czy jeżeli tego nie uczynię, nie odbierze tego jako przejawu złośliwości? Myślę, że może to tak odebrać, i słusznie. Czy jeśli to uczynię, ograniczam swoją wolność? Nie sądzę.

Owi krytycy "poprawności politycznej" walczą z nią - rzekomo - w imię wolności. Wolności słowa. Okropnie ich boli, że "ktoś im zatyka usta", "knebluje" i nie pozwala mówić "prawdy". Nie wiem, jaka to zaiste prawda, kiedy walczy się o używanie słowa A zamiast słowa B, mimo że dobrze się wie, iż słowo B komuś przeszkadza, czy kogoś rani. A jeżeli już mowa o wolności, to dlaczego owi zwolennicy pełnej wolności mówienia i czynienia co tylko dusza zapragnie, jakoś nie czują, że ci inni też mają prawo do wolności - do tego, aby okazywano im szacunek, aby ich nie obrażano.

Swojego czasu trwała w dawnym składzie redakcji "Gazety" wojna między mną a pewnym redaktorem o słowo "pederasta", ulubione określenie redaktora, który używał go z uporem mianiaka. Otrzymaliśmy szereg listów od społeczności homoseksualistów polskiego pochodzenia z Kanady, grzecznie proszących, by nie używać tego, w ich odczuciu, pejoratywnego określenia, które przez swą etymologię kojarzy się z pedofilami. Prosili, by ów redaktor używał wyrażenia neutralnego - "homoseksualista". Ileż wtedy nasłuchałam się o wolności słowa, o poprawności politycznej! Oparło się nawet o autorytety językowe w Polsce. A przecież, jak podkreślałam, nie chodziło o to, aby dekretem zakneblować redaktora znanego ze swoich poglądów mało przyjaznych wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Ba, sugerowałam, że jeżeli wyraz "gej" jest w jego ocenie zbyt przychylny wobec tej grupy ludzi, może po prostu operować całkowicie, 100-procentowo neutralnym wyrazem "homoseksualista". Ale ów redaktor potraktował tę kwestię prawie jak sztandarową sprawę honoru i obrony wolności (swojej). Pomijam już kraj, w którym każdy z nas postanowił żyć, z własnego wszak wyboru, gdzie konstytucja gwarantuje wszystkim ochronę przed dyskryminacją i pełną równość, ale najprościej zapytać po prostu: co to komu szkodzi robić tak, żeby innym nie sprawiać przykrości?

Tak więc owa "poprawność polityczna" - pojęcie-wytrych, mające zdyskredytować uczucia innych w zamierzeniu szermujących nim bojowników o rzekomą wolność słowa, jest używane powszechnie tam, gdzie ktoś nielubiany czy pogardzany dopomina się o szacunek czy spojrzenie na świat, choć przez chwilę, z jego punktu widzenia.

Wiele jest takich spraw wokoło nas. Świat, w którym żyjemy, ulega zasadniczym zmianom. Możemy na to narzekać do woli, irytować się, bo nie każda zmiana jest nam w smak. Ale czy chcemy, czy nie - musimy do tych zmian dostosowywać i nasze zachowanie, i nasz język.

Tak jak potrzebne są nowe słowa dla określenia nowych pojęć i zjawisk (w słowniku z początku XX wieku nie znajdziemy wyrazów "komputer", "Internet", czy "telefon komórkowy"), tak samo potrzebne i naturalne są zmiany w języku dla odzwierciedlenia nowych stosunków społecznych. Kiedyś nikt nie miał nic przeciwko używaniu w języku angielskim tzw. "generic HE", czyli zaimka osobowego rodzaju męskiego w sytuacjach, kiedy mówiło się ogólnie o pewnych grupach, np.: "A politician should represent his voters as well as he can". Dzisiaj, w czasach pełnego równouprawnienia płci, w takich przypadkach używamy albo "he/she" ("A politician should represent his/her voters as well as he/she can") albo, jeżeli dla kogoś to brzmi zbyt nienaturalnie, możemy zawsze zmienić to na liczbę mnogą, gdzie zaimek ma jedną formę "they" ("Politicians should represent their voters as well as they can").

Nie zawsze zresztą to neutralizowanie jest nastawione na kobiety i ich prawa, a zatem argument, że to wszystko przez te wstrętne feministki, pada. Bo oto zamiast wyrazu "stewardess" czy "air hostess", który ewidentnie oznacza kobietę, mówimy dzisiaj "flight attendant", ponieważ zawód ten wykonują także mężczyźni i nie powinni zostać przez język pominięci.

Język więc zmienia się, by odzwierciedlać etos społeczny, obowiązujący w społeczeństwach demokratycznych - etos równouprawnienia wszystkich ludzi, szacunku dla tego, co czują inni, niezgody na dyskryminację. I te względy powinny chyba być ważniejsze, nadrzędne wobec dążenia do "wolności" za wszelką cenę. Co to bowiem za wolność jeżeli jej egzekwowanie odbywa się kosztem innej osoby?

Dotyczy to zresztą nie tylko sfery językowej.

Ostatnio znowu podniosły się głosy obrońców różnego rodzaju wolności. Kolejne prowincje, wzorem innych krajów, wprowadzają przepisy zabraniające palenia papierosów w samochodach, którymi jadą z dorosłymi dzieci. W reakcji na te przepisy podniósł się lament oburzonych wrogów PC i obrońców wolności. Okazało się, że zatruwanie własnych dzieci dymem z papierosów jest podstawowym prawem wolnego człowieka, który nie pozwoli sobie, aby jakiś aparat rządowy narzucał mu, co ma robić. Moje dziecko, mój dym, moja sprawa, mówią nie posiadający się z oburzenia miłośnicy wolności, szermując hasłami walki z poprawnością polityczną, wtrącaniem się w prywatne życie obywateli itp. Prawie tak jak krzyczano niegdyś, gdy była mowa o tym, że nie wolno bić dzieci.

Co do tej wolności, która zostaje w ten sposób naruszona, to w istocie jest to wolność niezwykle egoistyczna. Badania naukowe jednoznacznie pokazują, jak bardzo szkodliwe jest dla młodego, rozwijającego się człowieczka wdychanie w tak małym pomieszczeniu trującego dymu w takim zagęszczeniu. A zatem - o czym my tu mówimy? Jeżeli wolność ta przynosi w efekcie szkody czy krzywdę dla innej osoby, to co jest ważniejsze?

Jak się uporać z tymi dylematami? Jedna pomocna zasada, którą dobrze jest kierować się zawsze, albo prawie zawsze, to "Nie rób drugiemu, co tobie niemiło". A druga, pokrewna, to próbować wczuć się we wrażliwość innej osoby i zastanowić się, jak my czulibyśmy się w jej sytuacji. Wtedy warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejszy jest mój triumf, że oto mam prawo do wolności, czy to, żeby innym było lepiej i by nie czuli się obrażeni albo zranieni.

Co takie postępowanie ma wspólnego z poprawnością polityczną - zaprawdę, nie wiem. Myślę natomiast, że ma to wiele wspólnego z ludzką wrażliwością i troską o bliźniego, czyli istotą wartości uważanych za chrześcijańskie.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com