Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Prawo
Bez prawa do litości
Magdalena Tews
May 2, 2008
 
 

Z cyklu: Kanadyjski nie-do-rzecznik

Oznajmiając Robertowi Baltovichowi 31 marca 1992 roku, że grozi mu spędzenie co najmniej siedemnastu lat w więzieniu, sędzia John O'Driscoll nie omieszkał wyrazić mu swojego potępienia. W przepełnionej obserwatorami sali sądowej, podsumowując przebieg postępowania dowodowego na użytek udających się na naradę sędziów przysięgłych, sędzia określił Baltovicha go jako osobę "bardzo zimną, wyrachowaną, nie przejawiającą emocji".

Zwracając się do młodego człowieka, zarzucił mu między innymi, że "postępuje w życiu tak, jakby grał w szachy, przestawiając pionki na szachownicy wedle swojego uznania". Zaznaczył, że próby stworzenia sobie alibi nie zrobiły na sądzie zbyt dobrego wrażenia. Stwierdził, że Baltovich "od dnia numer 1 zachowuje się w najwyższym stopniu karygodnie. Ma pan wysoki iloraz inteligencji, lecz jest pan jednocześnie całkowicie pozbawiony serca czy sumienia".

W końcu zostało powiedziane to najboleśniejsze:
"Ma pan racje, oczekując sprawiedliwości, lecz nie ma pan prawa oczekiwać łaski litości".

***

Prawie dziewięć lat później, 2 grudnia 2004 roku, rozpoznający rewizję skazanego od wyroku sądu pierwszej instancji, sędziowie z Ontario Court of Appeal uznali, że sędzia O'Driscoll potraktował argumenty obrony Baltovicha w sposób bardzo niesprawiedliwy, nie przyznając im należnej wartości, czy wręcz wyszydzając je. Stwierdzono, że sposób podsumowania przez O'Driscolla zebranego w sprawie materiału dowodowego, wygłoszonego tuż przed udaniem się przysięgłych na naradę, był "ogólnikowy, całkowicie jednostronny i pełen pogardy w stosunku do oskarżonego.
Sąd apelacyjny uchylił zaskarżony wyrok, jako dotknięty poważnymi uchybieniami i postanowił przekazać sprawę do ponownego rozpoznania przez sąd pierwszej instancji. Dla Baltovicha, a także dla rodziny Elizabeth Bain, rozpoczął się kolejny rozdział koszmaru oczekiwania i niepewności.Powszechnie dziwiono się, że zapadła decyzja o ponownym rozpoznaniu sprawy, znanej z pierwszej swojej instancji jako niespójna i słaba dowodowo. Pewnym pocieszeniem dla Baltovicha był fakt, że w tym drugim procesie będzie miał okazję zostać kompletnie oczyszczony z zarzutów.

***

22 marca 2008 roku, sędziowie przysięgli uniewinnili Roberta Baltovicha od zarzucanego mu aktem oskarżenia czynu - zamordowania, w dniu 19 czerwca 1990 roku, 22-letniej Elizabeth Bain.

Koszmar jednak nie skończył się ani dla rodziny Elizabeth Bain, która w dalszym ciągu nie jest w stanie nadać swojemu żalowi jakiegoś konkretnego kształtu, ani też dla Baltovicha, który został wreszcie, po osiemnastu latach poniżenia i niepewności, uwolniony od wizji spędzenia reszty swojego życia w wiezieniu, lecz stało się to w sposób chłodny, wyrachowany, jakby ktoś po prostu przestawił pionki na szachownicy systemu sprawiedliwości. Oto historia.

***

W dniu 22 czerwca 1990 roku, Elizabeth Bain, studentka University of Toronto Scarborough Campus, wyszła z domu około godziny 14-tej. Matce powiedziała, że idzie na uczelnię, by sprawdzić godziny otwarcia kortu tenisowego. Był to ostatni raz, gdy matka widziała ją żywą. Odchodząca od zmysłów rodzina zgłosiła zaginięcie dziewczyny następnego dnia, o godzinie 6.45. Dwa dni później znaleziono samochód dziewczyny, zaparkowany w okolicy Colonel Danforth Park. Na podłodze przy tylnym siedzeniu znajdowała się duża plama krwi.

Wówczas, kierując się głównie sugestiami rodziny Elizabeth, policjanci zaczęli bacznie się przyglądać jej chłopakowi, 24-letniemu Robertowi Baltovichowi. Chłopak bardzo posłusznie poddał się badaniom DNA, lecz w jego zeznaniach policjanci doszukali się znacznych nieścisłości. Tak przynajmniej twierdzili później, gdy sprawa trafiła do sądu.

***

Od samego początku dochodzenia, od dnia, w którym znaleziono porzucony samochód Elizabeth, Robert był, zdaniem policji, głównym podejrzanym w sprawie. Skonfiskowano mu samochód, zabrano kilka innych rzeczy do niego należących, jak notatki, części garderoby i listy, jakie otrzymywał i pisał do swojej dziewczyny. Założono mu też podsłuch telefoniczny. Dokładnie w pięć miesięcy od zaginięcia Elizabeth Bain, Robertowi Baltovichowi przedstawiono zarzut popełnienia morderstwa pierwszego stopnia. Został aresztowany.

Ponieważ ciała dziewczyny, ani też jej samej, nie udało się znaleźć, rodzina Elizabeth odetchnęła z ulgą, oczekując, że w trakcie postępowania Baltovich wyzna co zrobił z ich córką. Nikt bowiem nie miał już żadnych wątpliwości co do tego, że dziewczyna nie żyje. Sprawa nie toczyła się jednak ani zgodnie z oczekiwaniami rodziny Bain, ani prowadzących dochodzenie policjantów. Zwłok nie znaleziono, a Baltovich twierdził, że jest niewinny; w sumie, policji udało się zgromadzić jedynie słabe dowody na to, że pomiędzy "chodzącą ze sobą" parą dochodziło czasami do nieporozumień.

***

Czysto poszlakowa sprawa znalazła się jednak w sądzie. Zmieniono tylko kwalifikację prawną czynu na łagodniejszą. Robert Baltovich stanął przed koniecznością wybronienia się od zarzutu popełnienia morderstwa drugiego stopnia. Koronnymi dowodami oskarżenia były zeznania kilku świadków, którzy - w celu odświeżenia nieco zblakłej pamięci - zostali poddani hipnozie. Głównym świadkiem oskarżenia była Suzanne Nadon, która przy pomocy hipnozy przypomniała sobie, że dwa dni przed zniknięciem Elizabeth Bain widziała parę przypominającą Bain i Baltovicha, kłócącą się na terenie uczelni.

Nadon nigdy nie znała stron osobiście. Po przejściu seansu hipnotycznego, świadek dodała do swoich zeznań nowe, bardziej dokładne szczegóły.

W czasie rozprawy przed sądem oskarżyciel John McMahon przedstawiał Baltovicha jako mężczyznę zazdrosnego, gotowego na wszystko, by tylko nie stracić ukochanej dziewczyny. Na poparcie tezy, że Bain rzeczywiście chciała zerwać z narzeczonym, przedstawiono dowód z treści pamiętnika dziewczyny i zeznania poddanych hipnozie świadków.

Adwokat oskarżonego, Wiliam Gatward powoływał świadków, którzy widywali przy różnych okazjach, lecz w każdym przypadku na krótko przed zniknięciem, Elizabeth w towarzystwie nieznanego nikomu blondyna. Na którymś z etapów tego procesu nadano słynnemu "gwałcicielowi ze Scarborough" twarz Paula Bernardo; wówczas obrona zaczęła sugerować, że - być może - Elizabeth padła jego właśnie ofiarą.

W oczach zeznających przed sądem świadków Baltovich był osobą spokojną, zrównoważoną, niezdolną, w ich opinii, do gwałtownych czynów. Urywki pamiętnika Bain to potwierdzają. Skarżyła się w nim między innymi, że Robertowi zależy na niej zbyt mocno.

Wyrażając pragnienie poznania kogoś bardziej energicznego, pisała:"Na Boga, ja potrzebuję kogoś bardziej zwierzęcego, jakiegoś twardziela, kogoś bardziej męskiego...".

***

Ślepa na argumenty obrony i nie w pełni uświadomiona co do znaczenia faktu, że okolica, w której żyła i zniknęła Elizabeth, była przez wiele lat miejscem "działalności" Paula Bernardo, ława przysięgłych orzekła o winie Baltovicha.

Nie bez znaczenia było wspomniane już wyżej podsumowanie sprawy, dokonane przez sędziego Johna O'Driscolla, który zdawał się wyprzedzić ławę przysięgłych w osądzeniu Baltovicha. Rodzice Elizabeth wyrazili swoje zadowolenie ze skazujacego wyroku, wyrażając jednocześnie nadzieję, że w końcu może Baltovich powie im, co zrobił z ciałem ich córki.

***

Nie tracąc czasu, Baltovich zaczał walczyć z wyrokiem. Zatrudnił nowego obrońcę, Briana Greenspana, który opracowaną przez siebie rewizję oparł na 22 zarzutach.

Adwokat poddał także w wątpliwość wartość dowodową zeznań świadków poddanych hipnozie. Rewizja trafiła do Ontario Court of Appeal w maju 1996 roku.

W międzyczasie, sprawą Baltovicha zajęła się organizacja Association in the Defence of the Wrongly Convicted. Jej przewodniczący, James Lockyer, stał się zagorzałym adwokatem uniewinnienia Baltovicha, przekonując wielu swoich kolegów do słuszności racji obrony. Zaczęto gromadzić dowody na poparcie linii obrony, opartej na przekonaniu, że to nie kto inny, a właśnie Bernardo jest sprawcą zniknięcia Elizabeth. W powszechnym odczuciu, Elizabeth Bain była ofiarą Paula Bernardo. Rewelacyjna książka napisana przez Dereka Finkle'go, "No Claim to Mercy: A Suburban Mystery" pomogła opinii publicznej w wyrobieniu sobie takiego obrazu.

James Lockyer, wspólnie z resztą swoich kolegów, zajmujących się obroną Baltovicha, doprowadzili do tego, że w 2000 roku, jeszcze przed rozpatrzeniem rewizji przez Ontario Court of Appeal, Robert Baltovich został zwolniony za kaucją.

Jednak dopiero w grudniu 2004 roku sąd odwoławczy wydał decyzję o uchyleniu wyroku.

***

Wyrok sądu apelacyjnego był tylko częściowym sukcesem obrońców. Wnosili oni o uniewinnienie ich klienta, a sąd uznał, że nie może tego uczynić, gdyż istnieją w sprawie obiektywne dowody, które mogą świadczyć o ewentualnej winie Baltovicha.

Pozostawiono więc jego los, i decyzję o jego winie lub jej braku, do rozstrzygnięcia przez sąd pierwszej instancji w nowym procesie. O tym, czy ten proces się odbędzie, miał zadecydować prokurator. Wszyscy - zdaniem prasy nawet sędziowie, którzy użyli "oklepanej frazeologii" gdy uniewinniając Baltovicha uchylili wyrok do ponownego rozpoznania - spodziewali się, że - jak to zazwyczaj bywa - prokurator oznajmi przed sądem, iż ze względu na upływ czasu przeprowadzenie sprawiedliwego procesu byłoby bardzo utrudnione i że w związku z tym tego nowego procesu nie będzie. Ku zdziwieniu wszystkich, w dniu 15 lipca 2005 roku zapadła decyzja, że sprawa przeciwko Robertowi Baltovichowi zostanie jednak rozpoznana po raz drugi.

Optymiści stwierdzili, że Baltovich będzie miał okazję udowodnić swoją niewinność. Realiści natomiast uważali, że sprawa Baltovicha od samego początku była prowadzona w sposób szczególny, ze względów na roszady jej towarzyszące. Skazanie Baltovicha pomogło jednemu z prowadzących dochodzenie funkcjonariuszy w znacznym awansie - od tamtego czasu jest zastępcą szefa jednego z wydziałów policji. Natomiast prokurator nadzorujący tamto dochodzenie zaraz potem został nominowany na stanowisko sędziego.

***

Przygotowując ponowny proces, prokurator zainteresował się książką Finkle'a. Zażądano od autora udostępnienia notatek, na podstawie których napisał powieść. Osobom, z którymi autor spędził na rozmowie wiele godzin, i dzięki którym mógł wysunąć sugestię, że mordercą Bain był Bernardo, nie zaś Baltovich, groziło wezwanie przez prowadzących dochodzenie i przesłuchanie w charakterze świadków. Finkle odmówił ujawnienia źródeł. Sprawa znalazła się w sądzie. Na szczęście, sędzia podzielił stanowisko autora. Finkle zaś stwierdził, że gdyby wiedział, iż będzie musiał zeznawać w sądzie w charakterze świadka, nigdy nie napisałby tej książki.

***

Kolejny proces Baltovicha miał się odbyć w październiku 2007 roku. Termin rozprawy odraczano jednak wielokrotnie, z przyczyn proceduralnych. Wyznaczony do jej prowadzenia sędzia David Wyatt, po wydaniu kilku rozporządzeń w tej sprawie awansował. Został przeniesiony z Superior Court do Ontario Court of Appeal.

Zasłużył się dla sprawy Baltovicha, wydając decyzję o nie dopuszczeniu w ponownym postępowaniu dowodu z zeznań Suzanne Nadon, głównego świadka oskarżenia z poprzedniego procesu - kobiety, która zeznawała pod działaniem hipnozy.

Sędzia Wyatt oparł swoją decyzję o stworzony w międzyczasie precedens, gdy to w sprawie R v Trovhym ustalono, że nie można poważnie brać pod uwagę zeznań świadków, złożonych pod wpływem hipnozy.

W ten sposób, oskarżenie straciło kilka ważnych figur z szachownicy wymiaru sprawiesliwości.

Inną istotną decyzję podjął w postępowaniu przedprocesowym sędzia David McCombs, który zastąpił awansującego kolegę. Zaliczył on w poczet materiału dowodowego przedstawione przez grupę obrońców Baltovicha dowody w postaci opisu "działalności" Paula Bernardo, faktu że dopuszczał się on gwałtów na terenie, na którym mieszkała i zniknęła Elizabeth Bain, a także tego, iż w miarę upływu czasu, Bernardo stawał się coraz bardziej brutalny w swoich napadach, z których ostatni, do którego się przyznał, miał miejsce 26 maja 1990 roku - jedynie trzy tygodnie przed tym, jak zniknęła Elizabeth Bain. Sędzia dopuścił też dowód ze znanego już faktu, iż Bernardo został skazany za zamordowanie Christen French i Leslie Mahaffy.

Nie wszystkie zgromadzone przez grupę obrońców Baltovicha dowody zostały dopuszczone do rozpoznania w kolejnym procesie.

Zeznanie świadka, który był gotów oświadczyć przed sądem, że osobiście brał udział w zapoznawaniu Bain z Bernardo, sędzia pominął, jako zbyt daleko wybiegające poza granice oskarżenia. Szkoda, bo świadek ten twierdził, że Bernardo żywił zapiekłą urazę do fizycznego typu kobiet, jaki reprezentowała Elizabeth.

***

To wszystlko doprowadziło do sytuacji, w której, w dniu 22 kwietnia, prokurator złożył przed sądem swoje sławetne oświadczenie o nie składaniu dowodów na poparcie zarzutu, przedstawionego Robertowi Baltovichowi.

Od początku słaba dowodowe sprawa, oparta na poszlakach, domysłach, uprzedzeniach i pobożnym życzeniu rodziców Elizabeth, by dowiedzieć się, co stało się z ich córką, runęła jak domek z kart. A raczej, jeżeli mamy trzymać się nomenklatury zaczerpniętej z szachownicy, strona skarżąca straciła wszystkie figury w tej grze.

Ponieważ prawie nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, obrońca Baltovicha zaapelował dramatycznie do sędziów przysięgłych, uświadamiając im, że tylko oni mają moc uniewinnienia oskarżonego. Piękne te słowa były jednakże jedynie pustym gestem, biorąc pod uwagę, że gra się już i tak skończyła.

***

Gra się może i skończyła, lecz na pewno nie koszmar rodziców Elizabeth, którym Robert Baltovivh usiłował przekazać wyrazy swojego współczucia i bólu. Oni w dalszym ciągu nie wyzwolą się z niszczącego poczucia straty, bowiem proces ich żałoby nie zostanie zakończony w sposób właściwy. Oświadczenie, jakie złożyli po uniewinnieniu Baltovicha było najprawdopodobniej odruchem samoobrony; chęcią nie dopuszczenia do siebie świadomości, że osoba, na której mogli dotychczas skoncentrować swój gniew, swój ból, nie jest sprawcą morderstwa ich dziecka, a wręcz przeciwnie - jest tak jak i oni - ofiarą nieudolnie funkcjonującego systemu sprawiedliwości, który tak okrutnie zaigrał z ich uczuciami.

Gra skończyła się na pewno dla Roberta Baltovicha. Został uniewinniony, bo nie było innego wyjścia. Czy jednak, wraz ze sprawą przeciwko niemu, umrze także uprzedzenie? Przekonanie o jego winie, które w pierwotnym procesie było niemal jedyną podstawą jego skazania? Nie można oprzeć się wrażeniu, że, aby oddać Robertowi Baltovichowi sprawiedliwość, trzeba czegoś więcej, niż wyroku uniewinniającego.

***

W dniu 22 kwietnia premier Ontario, Dalton McGuinty oznajmił, że możliwe będzie przeprowadzenie w tej sprawie dochodzenia publicznego, mającego na celu ustalenie, jak mogło dojść do tak strasznej w skutkach pomyłki wymiaru sprawiedliwości.

"Reaguję teraz jako człowiek, jak istora ludzka. Gdy myślę o tej historii, dochodzę do wniosku, że sprawa ta dotyczy nas wszystkich. Zadajemy sobie pytanie, co mogło pójść nie tak, co jest w naszym społeczeństwie, że do tego doszło?" - zastanawiał się premier w rozmowie z dziennikarzami 22 kwietnia.

Jednak już 23 kwietnia rozwiały się nadzieje Baltovicha na okruch zrozumienia, jaki zwiastowała wypowiedź premiera. Prokurator generalny Chris Bentley oznajmił, że Sprawa Baltovicha nie jest jedną z tych, które skłaniają do przeprowadzenie publicznego dochodzenia.

Bentley okazał swoje niezadowolenie, lecz także nie zaprzeczył, gdy zapytano go wprost, czy pogłoska, jakoby prokuratura przedstawiła niedawno Baltovichowi opcję otrzymania symbolicznego, jednodniowego wyroku w zamian za przyznanie się do zamordowania Elizabeth Bain, jest prawdziwa.

Bentley stwierdził w tej samej rozmowie z dziennikarzami, że nie jest zbytnio zmartwiony faktem, że Baltovich spędził ponad osiem lat za kratkami za przestępstwo, którego nie popełnił.

"Bywają takie niezwykłe sprawy jak ta, w których dochodzenia zabiera wiele czasu. W końcu jednak", dodał prokurator, "Baltovich został przecież uniewinniony".

Spełniła się więc przepowiednia sędziego O'Driscolla. Baltovich doczekał się sprawiedliwości, lecz na szachownicy wymiaru sprawiedliwości nie ma przecież miejsca na litość.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com