Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Jak sprostać zadaniom - dylematy wychowania wnuków
Wanda Kasprzycka
May 2, 2008
 
 

Z cyklu: Nic nie cieszy tak jak życie

Kiedy już pokornie i bardzo wdzięcznie pochyliłam głowę nad ogromnym prezentem, jaki dostajemy my, rodzice od babć i dziadków naszych dzieci, to chciałabym dziś przenieść swoje rozważania w inną sferę. W sferę rozterek naszych kochanych babć i niemniej kochanych dziadków, którzy nie tylko chcą kochać i pomagać, ale chcą kochać mądrze. Chcą jak najlepiej wywiązać się z podjętego zobowiązania wobec swoich ukochanych wnucząt, chcą je jak najlepiej przygotować do dorosłego życia.

Nie jest to jednak wcale proste, ba, uważam to za najtrudniejsze zadanie dorosłego życia każdego z rodziców. Dając życie swoim dzieciom, chcielibyśmy także jak najlepiej wyposażyć je na ich własną życiową podróż przez dorosłość. Nic więc dziwnego, że nasze babcie i nasi dziadkowie też zastanawiają się i zapytują jak to zrobić, by powierzonemu im dziecku przekazać to wszystko, co będzie im najbardziej w życiu potrzebne.

Tu jeszcze głębiej chylę czoła, przede wszystkim, przed refleksyjnie wychowującymi wnuków dziadkami. Określam to refleksyjnie, bo, zwyczajnie, po drodze zatrzymują się, zastanawiają się, zapytują: jak to zrobić, jak być najlepszym z możliwych opiekunem i wychowawcą swoich wnucząt. To ogromna sztuka i odwaga zarazem, głośno przyznać się: nie do końca wiem, jak postępować, jak reagować, co mówić, by mój podopieczny wszedł w dorosłe życie należycie wyposażony we wszystkie te umiejętności, które pozwolą mu w pełni rozwinąć własny potencjał.

Myślę, że sam fakt owego refleksyjnego zatrzymania się, głośne uświadomienie sobie: hm, czy aby na pewno dobrze radzę sobie z opieką nad wnukiem czy wnuczką, czy mogłabym skuteczniej zareagować, kiedy życie rzuca kolejne wyzwanie, jest już samo w sobie tą "większą połową" sukcesu.

Przewrotnie bowiem to przestrzeń naszej niewiedzy otwiera przed nami nowe możliwości. Tylko ci, którzy zawsze "dobrze wiedzą", nie zastanawiają się jak by coś zrobić lepiej, skuteczniej, bo oni zwyczajnie "wiedzą najlepiej".

Natomiast ci, którzy czasami wątpią, otwierają serca, oczy i uszy na wiedzę i doświadczenia innych, a to przecież jest cała skarbnica informacji, które mogą nam pomóc. Czasami zadufani w swoje siły i możliwości babcie i dziadkowie mówią: wiem jak wychowywać wnuki, przecież wychowałam swoje własne dzieci i wyszły na ludzi!

Czy to jednak gwarantuje sukces w przypadku wnuków? Oczywiście, że nie. Pomijając już fakt szybkich i ustawicznych zmian, jakim podlega nasze przyspieszające cały czas życie, musielibyśmy zapytać owych wychowanych dzieci jaką ocenę wystawiłyby swoim rodzicom w kwestii kompetentnego wychowywania i umiejętnego kochania swoich dzieci.

A tak w ogóle, to ja strasznie nie lubię słowa "wychowywać", bo kojarzy mi się to z "hodowaniem" dzieci, co odbiera im status istoty samej w sobie, zasługującej na szacunek i miłość, zupełnie niezależnie od wieku. Do rozpaczy doprowadza mnie zwrot: to ja z niego zrobiłem człowieka, wychowując jak należy. Nie znoszę takiego określenia, bo implikuje ono, że narodzone, czy też małe dziecko człowiekiem jeszcze nie jest , bo nie było jeszcze wychowane. Brr, ciarki przebiegają mi po plecach, kiedy myślę o takim "wychowawcy".

Tak więc, opiekunowie naszych dzieci, ukochane babcie, które pytają, które wątpią i szukają nowych rozwiązań, wydają się być wyjątkowym dobrodziejstwem losu.

Z taką właśnie Babcią dane mi było rozmawiać ostatnio, co stało się zresztą inspiracją tematu. Otóż ta konkretna Babcia, z bardzo otwartym sercem, ale i otwartymi szeroko horyzontami, zwróciła się do mnie z prośbą bym naświetliła takie właśnie zagadnienie. Konkretnie wnuczka Babci M. jest bardzo wrażliwą dziewczynką, której brakuje trochę siły, by przeciwstawiać się naciskom, a czasem i agresji innych dzieci. Martwi to Babcię, chciałaby pomóc swojej wnuczce, ale nie do końca wie jak.

Nasza rozmowa szybko potoczyła się we właściwym kierunku: starsza z wnuczek jest wyjątkowo delikatną i wrażliwą dziewczynką, która zawsze była uczona, by nie okazywać swoich negatywnych uczuć. No bo kto to widział, by "grzeczna dziewczynka" reagowała gniewem, wyrażała swoją złość, czy nie daj Boże, była agresywna! Jest to dość typowa sytuacja: tak przecież było od pokoleń, że wpieraliśmy naszym dziewczynkom, że mają być grzeczne, uległe, a już za żadne skarby nie powinny się złościć.

Kiedy przychodzi na świat drugie dziecko, często je upominamy, że jako starsze z rodzeństwa powinno młodszemu ustąpić, wybaczyć mu jego złe zachowania, czyli tak trochę usuwać się z drogi i nie reagować czasami nawet w obronie własnej, bo to przecież dziewczynkom w ogóle nie wypada.

Ten stereotyp myślenia, to automatyczne "łagodzenie" zachowań, wyjątkowo widoczne w stosunku do dziewczynek, odbiera im możliwość otwartego "powalczenia" o siebie i o swoje prawa. To, na dłuższą metę, zwłaszcza w stosunku do tych wrażliwych, przynosi zupełnie niepożądany skutek.

Bywa, że do dna wyciszamy, w ten sposób, w dziecku jego naturalny instynkt samozachowawczy, który podpowiada mu: jeśli mnie atakują, jeśli coś, czy ktoś mi zagraża, to muszę się bronić. Dlatego też fachowcy w tym temacie mówią: dzieci tak samo jak i dorośli mają prawo do pełnej gamy uczuć, mają prawo się gniewać, złościć, ba, czasem nawet wpadać w szewską iście pasję. Emocje, także te "negatywne", są naturalną reakcją, wszyscy mamy do nich prawo. Są też źródłem energii, która dobrze pokierowana przynieść nam może dobroczynne rozwiązania.

Oczywiście, w przypadku dziecka delikatnego, wrażliwego, sprawy komplikują się trochę. Często zwyczajnie nie ma w sobie tej naturalnej siły, energii, by głośno przeciwstawić się światu, czy choćby rówieśnikom w przedszkolu.

Czasami wypływa to z delikatnej - wycofującej się natury, czasami takiemu dziecku brakuje siły przebicia. Bywa, że ma niską samoocenę, nie wierzy, że sobie samo poradzi. Jak więc widać, może być kilka podłoży takiego sposobu społecznego funkcjonowania. Dobrze jest, drogą obserwacji, przyjrzeć się bliżej źródłom, by zdeterminować, czy to zupełnie naturalne zachowanie dziecka, czy może już efekt naszych oddziaływań. Pomocne tu będzie wspomnienie tego, jak zachowywało się to dziecko jeszcze w niemowlęcym wieku, kiedy cała jego emocjonalność uzewnętrznia się bardzo spontanicznie.

Niezależnie jednak od przyczyny, możemy takiej delikatnie wycofującej się dziewczynce pomóc. Musi ona jednak zawsze czuć, że jest wspierana, kochana i szanowana taką, jaka jest. Dzieci patrzą na nas zawsze jako na tych, którzy wszystko wiedzą, i umiejętne dzielenie się z nimi naszymi własnymi doświadczeniami bardzo je przekonuje.

W przypadku Babci M., serdecznie namawiam do niespiesznego, a pełnego zrozumienia słuchania swojej wnuczki. Opowie ona na swój sposób dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje. Dobrze jest z nią rozmawiać o wszystkich konfliktowych wydarzeniach w szkole czy w domu, szukając razem z nią dobrych rozwiązań. Dzieci będą nas słuchać z otwartą buzią, kiedy przystępnym im językiem opowiadać będziemy o tym, jak to my w dorosłym życiu radzimy sobie z takimi sytuacjami.

Opowieść typu: wiesz, jak ja byłam mała, miałam w szkole kolegę, który codziennie tarmosił mnie za warkocze i tak sobie z tym w końcu poradziłam, zadziała lepiej niż dorosłe "wymądrzanie się" w rodzaju: masz już sześć lat, powinnaś sobie z tym poradzić jakoś!

Kochać i słuchać to jedyna pożyteczną rada, bo słuchając dziecka, dowiemy się od niego samego, jak mu najskuteczniej pomóc.

Wanda Kasprzycka - psychoterapeuta

Tel./faks 705 898-2994. Adres e-mailowy: kasprzycki@sympatico.ca Zapraszam do dyskusji, dzielenia się swoimi przemyśleniami, proszę o sugerowanie tematów.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com