Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
W krzywym zwierciadle
Imię róży
Danuta Owczarz-Kowal
May 2, 2008
 
 

Zapewne zgodzicie się Państwo ze mną, że humor to sprawa poważna i poważnego wymaga podejścia, czego najlepszym dowodem jest fakt, że sam Immanuel Kant interesował się tym zagadnieniem, a w wyniku swych przemyślań skonstatował, że: "Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia, niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen i śmiech".

Tyle filozof; z kolei poeta, wielki Johann Wolfgang Goethe uważał, że: "Charakter człowieka najlepiej określa się przez to, co uważa on za śmieszne". Skoro do takich wniosków dochodzą umysły twórcze, szybujące ku niebom gwiaździstym, wydaje się oczywiste, że i racjonalni specjaliści od zdrowia ludzkiego docenili leczniczy wymiar śmiechu i stworzyli gelotologię czyli terapię śmiechem. Gelotologia próbuje w sposób naukowy rozwiązać tajemnicę tego, co nas bawi i po co, dlaczego coś nas śmieszy i dlaczego nie wszystkich jednakowo, a niektórych to nawet wcale. Z satysfakcją pragnę Państwa poinformować, że na Uniwersytecie Montrealskim psycholog Simon Laliberte prowadzi szerokie badania nad terapeutycznym wpływem śmiechu na pacjentów walczących z chronicznym bólem i oby osiągnął jak najlepsze rezultaty.

Do wytworzenia humoru potrzebny jest przede wszystkim człowiek, wyposażony w mózg i to koniecznie z nieuszkodzonym prawym płatem korowym. W prawej półkuli właśnie, a dokładnie w prawym przednim płacie czołowym, dochodzi do integracji wszystkich informacji, przetwarzanych przez różne ośrodki mózgu, czyli treści, kontekstu i pointy dowcipu. Teraz odrębne szlaki nerwowe przekazują impulsy do układu reagującego na przyjemności, a potem do zespołu jąder podkorowych, odpowiedzialnych za doświadczanie emocji. Na końcu, włączają się rejony ruchowe kory, zawiadujące fizyczną reakcją na humor, czyli śmiechem, i to wszystko. Już możemy chichotać, parskać śmiechem, pękać ze śmiechu, zaśmiewać się do rozpuku.

W kwestii poczucia humoru różnimy się między sobą i to bardzo. Parę lat temu, Brytyjskie Towarzystwo Rozwoju Nauki przeprowadziło szeroko zakrojone badania w jedenastu krajach, z udziałem tysięcy wolontariuszy. Wyniki badań były bardzo interesujące:
- najśmieszniejsze są kaczki. Ja wiem, że trudno Państwu w to uwierzyć ale badania jednoznacznie potwierdziły, że jeśli nasza globalna wioska chce zabawić się kosztem zwierząt, kaczka jako przedmiot żartów jest nie do przebicia. Tylko proszę nie informować o tym odkryciu badawczym prezydenta Polski ani prezesa PIS,
- najlepsze są dowcipy, zawierające 103 słowa,
- zdziwią się Państwo, ale w wyniku prowadzonych badań, brytyjscy naukowcy z Uniwersytetu w Hertforshire uznali, że największą łatwość w dostrzeganiu komizmu wykazują Niemcy, których wyjątkowo łatwo rozbawić,
- niestety, Kanadyjczycy zajęli smutne ostatnie miejsce w tym rankingu, prezentując się jako gromada ponuraków, mająca wyraźne zahamowania w reagowaniu humorem i śmiechem na rzeczywistość. Spośród 40 tysięcy dowcipów, użytych w badaniach, taki oto żart Kanadyjczycy uznali za najzabawniejszy: Kiedy NASA zaczęła wysyłać kosmonautów w kosmos, szybko odkryli oni, że bez ziemskiego przyciągania nie działają długopisy. Naukowcy natychmiast rzucili się do rozwiązywania tego wielkiej wagi problemu. Po 10 latach pracy i wydaniu 12 miliardów dolarów udało im się wynaleźć długopis, który działa w stanie nieważkości, do góry nogami, pod wodą, na każdej powierzchni i w każdej temperaturze. W tym czasie Rosjanie używali ołówków.

Humor jest sztuką. Dzięki niemu możemy spojrzeć na siebie z dystansem, nie przeceniając własnego znaczenia i rangi, do czego zazwyczaj wszyscy mamy poważną tendencją. Poczucie humoru zwiększa naszą odporność na próżność i pychę, pozwala przewartościować własne doświadczenia, dostrzec dobre strony nawet w zdarzeniach mało przyjemnych oraz złagodzić gorycz porażki.

Każdy obiekt, sytuacja, relacja może okazać się śmieszna. Humor ma zbawienny wpływ na ludzkie relacje, o ile nie ma wymiaru agresywnego lub prześmiewczego. Humor, wreszcie, przywraca właściwą hierarchię spraw, krusząc sztywną fasadę, obnażając sztuczność i nienaturalność, dając możliwość zrewidowania zbyt twardej i sztywnej postawy.

Bastionem, który najdłużej opierał się wesołości był poważny, dostojny, uroczysty, oparty na sztywnym protokole kościół. W słynnej książce "Imię róży" Umberto Eco, kolejni zakonnicy są perfidnie mordowani, ponieważ poznali pilnie strzeżoną przez klasztor tajemnicę. Ową tajemnicą była zagubiona część traktatu Arystotelesa o komedii. Przeor uznał, że śmiech jest zabójczą, dalekosiężną, groźną bronią, która może zniszczyć odwieczne podstawy funkcjonowania Kościoła i rozsadzić go od środka. Akcja powieści toczy się w średniowieczu, ale jest nieco prawdy w tym, że Kościół obawiał się śmiechu.

Tak naprawdę, to dopiero Janowi Pawłowi II udało się zmienić nieco stereotyp onieśmielającej świątyni oraz smutnych i poważnych sług Bożych. Polski papież rozumiał, że humor doskonale może funkcjonować jako metafora wychowawcza i często taki komunikat może odnieść lepsze rezultaty niż pełne śmiertelnej powagi kazanie.

Caroline Pigozzi, francuska dziennikarka, uzyskała swego czasu dostęp do prywatnego świata Jana Pawła II oraz przywilej spotykania go i rozmowy, towarzyszenia mu podczas podróży oraz kontaktów z jego przyjaciółmi. Według jej spostrzeżeń papież, głównie w towarzystwie rodaków, zrzucał maskę dostojeństwa, śmiał się, żartował, a nawet śpiewał. Kiedyś podczas audiencji powiedział tłoczącym się wokół niego Polakom: "Wszyscy jesteśmy krewniakami. Mówcie, że macie w Rzymie kuzyna, a łatwiej wam będzie uzyskać wizę".

Podczas lotu na Kubę, któryś z dziennikarzy spytał podczas konferencji prasowej: "Jak się czuje Wasza Świątobliwość?", na co usłyszał: "Zwykle takich informacji to ja szukam w prasie." Zbyt troskliwych Jan Paweł II lubił czasami rozbroić z właściwym sobie poczuciem humoru: "Proszę się nie niepokoić - mówił z uśmiechem - umrę wyleczony i zdrowy".

Zazwyczaj w połowie sierpnia papież podejmował grono starych przyjaciół z Polski, niecierpliwie oczekując najnowszych dowcipów. Według powszechnej opinii, Polacy lubią mocne żarty i chyba jest w tym ziarno prawdy. Podczas ostatniego obiadu w Castel Gandolfo kardynał Poupard był jedynym nie-Polakiem. Twierdzi on, że Ojciec Święty, który poprosił jednego z gości by służył kardynałowi jako tłumacz, co pewien czas dawał mu znaki, by nie tłumaczył pewnych zbyt swobodnych kwestii...

Jan Paweł II jest bohaterem wielu anegdot i dykteryjek, ale ta jest prawdziwa: w 1980 roku pobożny Brazylijczyk Damiao Galdino da Silva podarował papieżowi osiołka. Kiedy osiołek, po wielu problemach, dotarł wreszcie do Rzymu, papież postanowił dać go zakonowi franciszkanów. Zapytany dlaczego, wyjaśnił zdziwionemu kardynałowi: "Po co miałbym go tu zatrzymywać? Nie sądzisz, że w Watykanie i tak mamy już nadmiar osłów?"

Autentyczności kolejnej opowiastki potwierdzić niestety nie mogę: podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych przewożony limuzyną Jan Paweł II poczuł nagle przemożną pokusę pokierowania tak pięknym wozem. Kierowca nie był w stanie odmówić prośbie Ojca Świętego i zamienili się miejscami. No i zaczęła się jazda! Papież nigdy nie posiadał prawa jazdy, ale poczuł maszynę i z przyjemnością dodawał gazu, wyprzedzając, zajeżdżając, ścinając... Oczywiście, wkrótce pojawił się radiowóz. Limuzynę zatrzymano, ale kiedy policjant zajrzał do środka wozu, zamurowało go. Natychmiast połączył się z centralą, krzycząc gorączkowo:
- Mam tutaj kogoś bardzo, bardzo ważnego!
- Kto to? - pyta oficer dyżurny - senator?
- Ktoś ważniejszy!
- Prezydent?
- Tez nie. Jeszcze ważniejszy!
- Więc kto???
- Mogę tylko tyle powiedzieć, że jego kierowcą jest papież...!

A skoro już wspomnieliśmy owego osiołka: pewnego dnia wędrujący przez gęsty las ateista zobaczył nagle przed sobą olbrzymiego niedźwiedzia. Przerażony, porwał się do ucieczki, ale gdzież tam! Potknął się, przewrócił, a zwierz łapę olbrzymią już wznosi...! Więc ateista w krzyk: Boże! Ratuj! A wtedy najdziwniejsza rzecz się stała: czas się zatrzymał, znieruchomiał niedźwiedź i las, i rzeka, a z góry głos potężny dał się słyszeć: "Nigdy nie uznawałeś mego istnienia, zaprzeczałeś, że stworzyłem wszechświat, dlaczego miałbym ci pomóc?" "Istotnie" - zastanowił się ateista - "Byłoby szczytem hipokryzji teraz prosić Cię o pomoc, skoro nigdy w Ciebie nie wierzyłem. Ale może mógłbyś okazać mi łaskę i to oto dzikie stworzenie uczynić chrześcijaninem?" I nagle las znowu zaszumiał, rzeka popłynęła, a niedźwiedź runął na kolana, złożył łapy, łeb pochylił i szepcze pobożnie: "Pobłogosław Boże to jadło, które za chwilę spożyję...."

Jeszcze nie tak dawno, w atmosferze dość napiętych stosunków między Kościołem i państwem, kawały o duchownych uchodziły za niestosowne. W Kościele nie brakowało ludzi z poczuciem humoru, ale nie było klimatu do satyrycznego spojrzenia na ten wąski, specyficzny wycinek życia społecznego. Obecnie Kościół przestał już bać się śmiechu i wesołości, doszedł bowiem do wniosku, że żartobliwe ujawnianie słabości duchownych nie musi wcale ich dyskredytować ani osłabiać ich autorytetu - jest raczej świadectwem normalności, która ich uwiarygodnia w oczach ludzi. Jak mawiał biskup Ignacy Krasicki, śmiejmy się z głupich, nawet przewielebnych.

Kopalnią kawałów był ks. Aleksandr Radecki, znany z tego, że sypał żartami na przeróżnych spotkaniach i odczytach. Rozpoczynając Dni Skupienia w pewnym klasztorze uraczył zakonnice taką oto anegdotą: "Siostra poszła do nieba i w nagrodę za dobre sprawowanie na ziemi dostała »malucha«. Miała trochę kwaśną minę, ale autko wzięła. Po tygodniu wraca do św. Piotra szeroko uśmiechnięta. Ten chciał wiedzieć oczywiście co jej tak humor poprawiło, a ona na to: Wczoraj trafiła do nieba moja przełożona. Dostała hulajnogę". Na sali zapanowała cisza, słuchaczki patrzyły po sobie i zamiast uśmiechów miny miały skrzywione. Dopiero wieczorem ksiądz Radecki dowiedział się, że prowadził zajęcia dla przełożonych.

Ostatnio wydawnictwo jezuitów Rhetos wydało pozycję jubileuszową zakonu czyli "Nie tacy straszni... czyli dowcipy o jezuitach i nie tylko". Stąd właśnie pochodzi moja ulubiona dykteryjka: Trzej kapłani spotkali się, aby wymienić doświadczenia na temat podziału niedzielnej zbiórki na tacę. Jako pierwszy zabrał głos franciszkanin:
- Ja rysuję linię i podrzucam pieniążki w górę. To, co spadnie na prawo od linii, jest dla mnie, a to, co a lewą, jest dla Pana Boga.

Potem zabrał głos dominikanin:
- Ja natomiast rysuję okrąg i podrzucam pieniądze. To, co wpadnie do środka, jest dla mnie, a co na zewnątrz, jest dla Pana Boga.

Na to jezuita:
- Ja podrzucam pieniądze w górę i co Pan Bóg złapie, jest jego, a co spadnie, jest dla mnie...

Wiele środowisk i autorytetów zadaje sobie pytanie jak będzie wyglądać przyszłość Kościoła. Nikt nie zna odpowiedzi ale na pewno Kościół nie może stać w miejscu, zasklepiać się w dogmatach i żyć obok ludzi zamiast z ludźmi. W Montrealu na przykład ostatnio wyraźnie dało się zauważyć takie współdziałanie.

Otóż podczas trwających obecnie eliminacji do Pucharu Stanleya pewien zagorzały zwolennik Montreal Canadiens zabawiał się straszeniem fanów innych drużyn. Gdzie jakiego trafił, dodawał gazu, starając się przemknąć jak najbliżej przerażonego nieszczęśnika. No i w ubiegłym tygodniu kręcił się w pobliżu Bell Centre, aż tu widzi duchowną osobę, przecinającą ulicę w przeprzystojnym pośpiechu. A że był to kibic pobożny, natychmiast się zatrzymał i pyta grzecznie:
- A gdzież to tak spieszno ojcu?
- Mszę mam odprawić za parę minut, ale nie zdążę, na pewno nie zdążę!
- Proszę wsiadać, podwiozę!

Ksiądz wskoczył na tylne siedzenie i ruszyli z kopyta. Aż tu nagle na rogu mignęły żółtoczarne akcesoria i kierowca rozpoznał kibica Boston Bruins. Krew w nim oczywiście zagrała, gaz do dechy, pisk opon, odór spalin, odległość w centymetrach. Zaniepokoił go jednak jakiś nieoczekiwany hałas z tyłu i przypomniał sobie, że przecież ma pasażera.

- Przepraszam księdza, to był kibic Boston Bruins, ale nic mu nie zrobiłem - usprawiedliwiał się.

- W porządku synu, nie tłumacz się. Tobie się nie udało, ale ja trafiłem go drzwiami.



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com