| |
Z cyklu: Zapiski na gorąco
Cztery lata minęły dzisiaj od chwili, którą większość Polaków w Polsce i poza jej granicami witało z ogromną radością o celebrowało jak wielkie zwycięstwo - od dnia, kiedy Polska stała się częścią rosnącej stale rodziny zwanej Unią Europejską. Nie wszyscy byli za, bo nie wszystkim w smak jest chyba działanie w grupie. Są tacy, którzy nadal rozumują w kategoriach my-Polacy/Polska kontra reszta świata. Przyłączenie się do Unii w ich pojęciu to zdrada, sprzedanie Polski, wyrzeczenie się tożsamości i tradycji.
Minęły cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Polska nadal kultywuje swoje piękne i bogate tradycje, nikt nie zabrał nam Sukiennic ani Gniezna. Jak spojrzeć na Polskę Anno Domini 2008, to coraz więcej w niej muzeów i instytutów upamiętniających polską historię. A zatem, podnoszący larum okazali się w błędzie. No chyba że ból w sercach wywołuje fakt, iż przez unijne przepisy oscypki produkuje legalnie, jak na razie, tylko jeden baca. Ale te inne, o nieco zmienionych kształtach i nazwach, też się sprzedają.
Są osoby, które jak kontrowersyjna postać medialna - Wojciech Cejrowski, skądinąd autor ciekawych reportaży z podróży po świecie, postanawiają mieszkać gdzie indziej, ale nie wyjeżdżają zwyczajnie, po cichu, lecz przez swój wyjazd pragną zamanifestować swoją wielką nienawiść do idei UE. Pan Cejrowski ogłosił, że zamierza się zrzec obywatelstwa polskiego, ponieważ nie mógłby ścierpieć paszportu Unii, do której Polska została wcielona. Nie zamierza być w jakikolwiek sposób powiązany z tym tworem, więc wybiera Ekwador. Różne są aberracje - w końcu nie każdy mówi w telewizyjnym studio do współuczestniczki dyskusji, że nie będzie z nią dyskutował, bo "Z głupkami nie należy rozmawiać, przed głupkami trzeba się bronić" (tak, to cytat).
Nie wszystkim w smak, że Polacy mogą wybierać sobie, gdzie chcą mieszkać i pracować. I nie są to upokarzające nielegalne saksy za grosze, ale normalna, oficjalna praca, często w swoim zawodzie. I w miejscach tych, jak na przykład w Anglii, mają prawo nie tylko mieszkać i pracować, ale także mieć wpływ na to, co dokoła nich się dzieje. Nie w Polonii, lecz w kraju, w którym mieszkają. Czy ktokolwiek mógł wyobrazić sobie lat temu pięć czy sześć, że trzech głównych kandydatów na burmistrza Londynu będzie zabiegać o głosy Polaków mieszkających nad Tamizą? Każdy z nich spotkał się z Polakami, obiecał co mógł, żeby przekonać ich do oddania głosów właśnie na niego - bezpłatne kursy językowe, wyższe stawki godzinowe, festiwal polskiej kultury na Trafalgar Square, w samym sercu Londynu. Kto mógł przewidzieć kilka lat temu scenariusz, że to polskie głosy mogą zdecydować, czy na stanowisku szefa miasta pozostanie obecny burmistrz Ken Livingstone, czy zmieni go kontrkandydat konserwatywny Boris Johnson? Polskich głosów jest ok. 80.000, a, co ciekawe, Polacy chcą głosować. I uczynią to także 1 maja, dokładnie w 4. rocznicę wstąpienia Polski do Unii.
Tu mała dygresja - gdybyż ta nasza prawie milionowa Polonia w Kanadzie też zabrała się ochoczo do aktywnego uczestniczenia w polityce przez głosowanie, wzorem Polaków w Londynie, z nami też spotykaliby się politycy i obiecywali nam różne marchewki...
Wróćmy jednak do UE.
Unia to także coś, czym nie pogardzą nawet jej przeciwnicy, a jeżeli już, to tylko deklaratywnie. Bo kto powie "nie" pieniądzom (nawet w walucie euro)? Nawet Ojciec Dyrektor, niegdyś podsycacz antyunijnej histerii, uznał za w pełni właściwe ubieganie się o unijną kasę dla rozbudowy swego imperium. Wszak pecunia non olet.
Gdybyż jeszcze Polak potrafił nie tylko kombinować, ale zwyczajnie uczciwie brać to, co mu się należy... Unijne fundusze proszą się o wzięcie, błagają, a tu niestety, nadal nie znaleziono klucza jak by wziąć to, co można legalnie wziąć i co dają bez proszenia.
Właśnie o tym, że priorytetem dla rządu powinno być wymyślenie metod brania co dają, mówił w ostatnim programie Tomasza Lisa były prezydent Lech Wałęsa. I tu mała dygresja numer dwa, nie na unijny temat, lecz na temat Lecha. Lis bystrym gospodarzem programu swego jest. Szybki, punktuje, nie daje wytchnienia interlokutorom. A elektryk ze Stoczni, fakt że minęły lata, ale jednak - trudno mi było nie myśleć z podziwem, jak niesamowicie ten nasz Lechu się wyrobił! Wygląd też ma nobliwy, teraz kiedy posiwiał, a to co mówił było składne, mądre i poprawne. Na koniec sam zażartował z siebie, wymawiając dokładnie końcówki w swoim słynnym wyrażeniu "Nie chcę, ale muszę". Miło przyznać, że nie ma teraz powodu, by rumienić się za naszego prezydenta-legendę. (A swoją drogą, pewnie inni bardziej spostrzegawczy wpadli na to już dużo wcześniej, ale mnie przyszło to do głowy dopiero wczoraj, że jakoś tak się składa, że już dwaj prezydenci po obaleniu komuny mają na imię "Lech". Kto następny?)
Wracajmy jednak do UE.
Już wiemy, że gdyby nie Unia, nie zniesiono by wiz do Kanady. Argument, że Polacy nie muszą wcale walić drzwiami i oknami za Ocean i nielegalnie tu pracować, bo mogą legalnie i bliżej w wielu krajach EU, przekonał kanadyjskie władze.
Polska po czterech latach od wstąpienia do Unii to kraj dużo bardziej nowoczesny, otwarty na resztę świata, kraj możliwości i wolności podejmowania decyzji, gdzie chcemy się uczyć, kształcić, pracować czy mieszkać - na stałe czy na jakiś czas. Kraj bezpieczniejszy, bo mający innych za sobą, kraj swobodnych podróży bez granic i irytujących, nierzadko poniżających odpraw i kontroli.
Z takiej Polski powinniśmy być dumni i cieszyć się tymi zmianami. Ja przynajmniej się cieszę. I nie chcę obywatelstwa ekwadorskiego - kanadyjskie i polskie/unijne bardzo mi odpowiada.
(pisane 1 maja)
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|