| |
Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem
Być może po tym, jak w ubiegłym tygodniu nie ukazał się mój felieton, niektórzy sądzili, że nareszcie red. Bełz poznał się na mnie i ukrócił "niecny, antypolski" proceder. Tymczasem, rozczarowanie! Nadal jestem. Felietonista też człowiek, czasem czepiają się jego brzydkie rzeczy, jak drobny wirusik, który ścina z nóg i nie da rady wtedy nawet jednego słowa napisać. A po dwóch dniach wszystko wraca do normy.
Ale nie o tym miałem się rozpisywać. Zastanawiałem się nieraz, dlaczego władze PRL, (bo to właśnie one) ustanowiły kwiecień miesiącem pamięci narodowej. Bo, jak spojrzeć z ich punktu widzenia, cóż takiego ważnego wydarzyło się akurat w kwietniu? Doszukałem się tylko forsowania Odry. Z pełnym szacunkiem dla tych, którzy wówczas walczyli i ginęli, jednak nie widziałem tej ofensywy w kategoriach wydarzenia, które w sposób szczególny zajmie trwałe miejsce w zbiorowej pamięci Polaków.
Oczywiście, wszyscy doskonale wiedzieli o innym wydarzeniu, które bolalo, jak otwarta rana, ale, o którym otwarcie nie mówiło się. Tylko na bezimiennej murawie, w płytkim zagłębieniu na powązkowskim Cmentarzu Wojskowym zapalano w kwietniu i przy każdej innej okazji tysiące lampek. Pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy strach w coraz mniejszym stopniu paraliżował, na drzewie przy tymże zagłębieniu pojawiała się wszystko mówiąca data: "kwiecień 1940 r." Polacy wiedzieli, kto i kiedy dokonał morderstwa ponad dwudziestu tysięcy polskich oficerów. I mam wrażenie, że władze komunistyczne celowo wybrały miesiąc kwiecień, żeby społeczeństwu dać "coś". Nie było wolności, nie było żywności, nie było wielu innych rzeczy codziennej potrzeby i ustrój wyraźnie sypał się. Władze zmuszone były coś zrobić dla uspokojenia nastrojów. Dano nam kwiecień, jako czas rozpamiętywania, oczywiście bez postawienia kropki na i, bez otwartego powiedzenia, o czym pamiętamy. Społeczeństwo samo zrozumiało. Na tamte czasy to też miało swoje znaczenie.
Będąc synem oficera, który zginął w Katyniu, od kiedy pamiętam, żyłem z bólem, że mnie los nie dał wychować się w pełnej rodzinie, że moje dziecięce modlitwy, zawsze kończące się słowami: "I daj Boziu, żeby tatuś wrócił" nie zostały wysłuchane. Z czasem, ból ten stępiał, ale z postępującym wiekiem i wraz z rosnącym zasobem informacji z dostępnej dziś powszechnie literatury dokumentalnej, wraca pełna groza i jakieś dogłębne, nie dające się opisać utożsamienie z tymi, którzy w ostatnich minutach życia już dobrze wiedzieli i rozumieli, co z nimi ma się stać. Co przeżywali, o czym myśleli, jak strasznie, tak zwyczajnie, po ludzku, musieli się bać?
Nie chodzę na uroczystości składania wieńców pod pomnikiem katyńskim w Toronto. Wolę tę pamięć uczcić w swój indywidualny sposób. W tym roku, usiedliśmy z rodziną i obejrzeliśmy wspólnie film Andrzeja Wajdy. Swojej, urodzonej po tej stronie oceanu, najmłodszej córce nie musiałem tłumaczyć, co jest co, bo ona tę historię Polski i swojego dziadka zna. Ale patrząc na film przeżywała go emocjonalnie. Po zakończeniu stwierdziła, że powinni go zobaczyć inni, przede wszystkim jej kanadyjski chłopak.
Słyszałem kiedyś gdzieś wyrażony pogląd, że oficerowie zamordowani w Katyniu i pozostałych miejscach kaźni byli ofiarami, ale trudno nazwać ich bohaterami. Dostali się do niewoli, nie mieli nawet możliwości wykazania się jakimkolwiek bohaterstwem.
A jednak, w moich oczach, byli. Wiadomo, że szef obozowego NKWD, kombryg Zarubin, opisany przez prof. St. Świaniewicza, jako człowiek grzeczny i kulturalny, przeprowadzał rozmowy indywidualne z jeńcami, usiłował ich przekonać do uroków systemu sowieckiego, proponując im w zamian luksusowe warunki. Z tych wszystkich tysięcy jeńców, na złamanie przysięgi żołnierskiej zdecydowało się zaledwie kilkunastu, czyli grupa płk. Berlinga. Odmowa reszty była ciosem wymierzonym władzy sowieckiej przez bezbronnych, ale honorowych. To było bohaterstwem. I za to zginęli.
Usilnie staram się dowiedzieć, co działo się z moim ojcem od momentu wybuchu wojny, gdy stacjonował ze swoim 4 Batalionem Pancernym w twierdzy brzeskiej, do chwili trafienia do obozu w Kozielsku. Jest to luka, której jeszcze nie udało mi się wypełnić. A życia swojego nie będę uważał za spełnione, póki nie udam się ze swoją osobistą pielgrzymką do lasku katyńskiego i nie przejdę ostatnią drogą mojego ojca, którego nie poznałem, ale kochałem zawsze.
Kwiecień jest miesiącem, który powinien żyć na zawsze w polskiej pamięci z uwagi na jeszcze inne wydarzenie. W tym miesiącu w 1943 roku garstka młodych ludzi jeszcze nie wywiezionych z getta warszawskiego przez Umschlagplatz do pieców w Treblince zdecydowała, że jeśli nie może skutecznie obronić się, przynajmniej zginie z honorem. Słabo wyszkoleni, jeszcze słabiej uzbrojeni, na dachu jednego z domów zatknęli dwie flagi: polską i żydowską (państwo Izrael wówczas nie istniało) i wydali okupantowi walkę. Hitlerowcy chcieli odebrać Żydom prawo do człowieczeństwa. Młodzi żydowscy bojownicy nie mieli nic do stracenia, oprócz własnego życia. Władysław Broniewski napisał:
Lecz wyście podnieśli kamień, by cisnąć nim w kanoniera,
który nastawił działo, by dom wasz zburzyć do szczętu...
Synowie Machabeuszów, i wy potraficie umierać,
podjąć bez cienia nadziei, walkę we Wrześniu zaczętą
Powstanie w getcie było pierwszym aktem otwartego oporu i wpisuje się w pełni we wspólną polską tradycję czynu zbrojnego. Biało-czerwona łopocząca na dachu do końca walk świadczyła o tym dobitnie. Ci nieliczni, którzy cudem przeżyli, w rok później walczyli w szeregach A.K. w Powstaniu Warszawskim.
W tym roku obchody rocznicowe wybuchu powstania w getcie warszawskim miały szczególnie uroczysty charakter, z udziałem Prezydentów Polski Lecha Kaczyńskiego i Izraela, urodzonego w Polsce Szimona Peresa. Wszystkie wypowiedzi, zarówno Prezydenta R.P., premiera Donalda Tuska, jak i innych są godne i słuszne. Gdybyśmy o tych bohaterach zapomnieli, to nie zasługiwalibyśmy sami na pamięć. Kwietniowym bohaterom, tym z 1940 roku i tym z 1943 poświęcam ten felieton.
Witold Liliental
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|