Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Finanse
I co dalej?
Piotr Figura
Apr 24, 2008
 
 

Z cyklu: Z parkietu giełdowego

Obserwowanie tego co dzieje się na rynkach finansowych, wymaga na ogół mocnych nerwów. To co dzieje się w ostatnich tygodniach, przechodzi zaś wszelkie dotychczasowe normy.

Właściwie, gdzie by się nie dotknąć, to albo niespodzianka (najczęściej negatywna), albo zagrożenie recesją, albo też poziom cen (zwłaszcza surowców naturalnych) tak wysoki, że strach pomyśleć czym to się może skończyć.

Dziś już trudno powiedzieć, kiedy cena benzyny na stacjach była poniżej dolara. Przewidywania, że niedługo osiągnie poziom 1,30 dol., czy nawet 1,40 dol. za litr, jeszcze niedawno uznane byłyby za całkowicie szalone i bez pokrycia, dziś coraz bliżej są rzeczywistości.

O tym, jak zwariowana jest obecna sytuacja niech świadczy choćby to, co stało się z General Electric. Ta trzecia największa firma na świecie właśnie ogłaszała wyniki finansowe. Nic więc dziwnego, że oczy wielu, jeśli nie wszystkich obserwatorów od dawna skupione były na tym, co znajdzie się w oświadczeniu dla prasy finansowej. Obawy o to, w jakim stanie jest GE, trwały od dawna (firma ta ma bowiem dział, który zajmuje się finansowaniem), ale nie dalej niż miesiąc temu jej szef podczas konferencji prasowej oświadczył, że martwić to tak na prawdę nie ma się czym, i że odniesienie przez GE sukcesu finansowego jest niemal pewne: "mamy mieć pewne jak w banku".

Kiedy więc w ubiegły piątek wyniki te ogłoszono, zaskoczenie było ogromne. Okazało się bowiem, że GE po raz pierwszy od 2001, stracił pieniądze w ostatnim kwartale. I to całe 400 milionów dolarów. Dla porównania, w tym samym okresie 2007 GE zarobił 1,2 miliarda.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że ten sam szef firmy, który zapewniał o gwarantowanych dochodach, bez cienia żenady oświadczył, iż straty są, ale że nijak nie dało się ich przewidzieć.

No, a wczoraj jeszcze ciekawsza była sytuacja czwartego największego banku w USA JP Morgan. Otóż, okazało się, że bank ten stracił, i to dużo w ostatnim kwartale (o połowę w porównaniu z rokiem ubiegłym).

Fakt jednak, że to co stracił, zgadzało się z tym, czego oczekiwali analitycy uznane zostało jako dobrą nowiną, i giełda poszła w górę. Ba, pociągnął za sobą całą giełdę nowojorską i to o ponad 250 punktów.

Do tego Intel ogłosił, że co prawda, sytuacja w gospodarce amerykańskiej jest być może poważna i skomplikowana, ale ich to nie dotyczy, bowiem blisko osiemdziesiąt procent dochodu, który firma ta osiągnęła, pochodzi z Europy i z Azji.

Z jednej strony, jest to wiadomość do pewnego stopnia dobra, bo okazuje się, że to z czym mamy do czynienia na naszym kontynencie, a właściwie u naszych południowych sąsiadów, tak bardzo nie znajduje negatywnego odzwierciedlenia w tym, co dzieje się z gospodarką światową.

Z drugiej zaś, w pewnym sensie przerażeniem napawa fakt, że osiągnięcie połowy tego co w roku poprzednim jest uznane jako finansowy sukces, i już pozwala oddalić pogłoski o recesyjnych zagrożeniach.

A opinia co do tego, czy mamy do czynienia z recesją w dalszym ciągu jest zawieszona w próżni. Potrzeba chyba jeszcze kilku wyników finansowych (te nadejdą w najbliższych dniach), abyśmy w końcu raz na zawsze zgodzili się z tym, że albo jest, albo jej nie ma.

A jeśli recesja nas ominie, to wydaje się, że drugiego zagrożenia ekonomicznego nijak ominąć się nie da. Mam tu na myśli inflację. Spowodowane to będzie zwłaszcza sytuacją na rynku surowców naturalnych, a zwłaszcza poziomem cen ropy (choć nie jest ona najbardziej "mknącym w górę" surowcem), ale zasięg gospodarczy czasami trudny jest do przewidzenia.

Sam fakt, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy poziom cen ropy podniósł się o osiemdziesiąt procent napawa nie tyle zdumieniem, co w pewnym sensie przerażeniem, że oto mamy do czynienia z takim poziomem cen, którego wysokość odbije się nie tylko na kosztach transportu, ale również na wszystkich dobrach materialnych (takich jak choćby meble czy też materiały elektroniczne), których dowiezienie do sklepu i do konsumenta związane jest z koniecznością pokonania znacznych dystansów.

A to, że cena ropy na dobre usadowiła się powyżej 100 dol. za baryłkę jest niestety faktem, z którym jak najszybciej powinniśmy się oswoić. Bo oczekiwanie, że cena spadnie, jest co prawdą marzeniem, ale raczej z gruntu tych nierealnych.

Szybko rosnąca gospodarka chińska (blisko 10 procent w skali rocznej), niski poziom dolara amerykańskiego, co czyni ropę tanią dla zagranicznych konsumentów z jednej strony, z drugiej zaś powoduje, iż staje się ona zabezpieczeniem przed niskim poziomem tegoż dolara, no a na dodatek sytuacja na Bliskich Wschodzie nie napawają do optymizmu. A przecież zbliżamy się do sezonu letniego, tradycyjnie już większego zużycia paliwa.

I co dalej…?



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com