| |
Z cyklu: Wincenty Świecznik objaśnia
Niewątpliwie premier Tusk jest człowiekiem miłym, przy odrobinie dobrej woli może uchodzić za przystojnego (jeśli zbyt dokładnie nie liczy mu się centymetrów wzrostu), a nawet ładnego (jeśli porównamy go z jego poprzednikiem). Jednak to wszystko nie daje powodu, żeby cieszyć się aż takim poparciem. A innych powodów nie ma!
Nie widać przecież żadnej oszałamiającej prosperity, o zapomnianych reformach lepiej nie mówić, gospodarka toczy się w swoim tempie, wojaczkujemy sobie po świecie jak dawniej, czyli bez sukcesów i nic nie wskazuje na to, żebyśmy w najbliższym czasie stali się tygrysem Europy. Mimo to, Frekwencja kocha wesołego Donka i gdyby wybory odbywały się teraz, oddałaby mu prawie całą władzę. Musi być jakaś tajemnicza siła, która napędza Platformie punkty poparcia i taka lokomotywa - jak ją zdefiniował Daniel Passent - jest oczywiście i to wcale nie taka tajemnicza.
Premier zapewne codziennie dziękuje za nią Bogu, bo ten najcenniejszy dar spadł mu jak z nieba i teraz pracuje na niego jak gin uwolniony z butelki, bez wytchnienia i opamiętania. Cóż innego pozostaje wesołemu Donkowi jak nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić? Na całym świecie rośnie szacunek do jego osoby, tylko dlatego, że na ten szacunek ciężko pracuje lokomotywa sapiąc i dysząc, aż pot z niej spływa. Łatwo można uwierzyć, że jest się w czepku urodzonym, gdy tą lokomotywą jest sam Jarosław Kaczyński.
Tusk nie jest głupcem i wciąż trzyma lokomotywę pod parą umiejętnie podsycając ogień pod kotłem. Ta zabawa, być może cyniczna, ale jakże skuteczna, stała się jaskrawo widoczna podczas długiej, głupiej i nikomu niepotrzebnej (oprócz samego premiera i jego partii) awantury o ratyfikację traktatu. To, co stało się w tym tygodniu stałoby się miesiąc wcześniej, gdyby tylko Donek zdecydował się na natychmiastowe głosowanie w Sejmie. PiSia nie głosowałaby jednomyślnie, pomimo zapowiadanej przez lokomotywę dyscypliny.
Niektórzy posłowie tej partii mówili o tym głośno. Wszyscy wiedzieli, że kilka brakujących głosów będzie na pewno, ale Tusk wolał się pastwić nad pisowszczykami przez kilka tygodni. To dlatego tak ochoczo zapewniał, że będzie cierpliwie dreptał do pałacu. Dreptał, dreptał i wydreptał dla siebie kilka dodatkowych punktów poparcia.
To on zafundował nam festiwal głupoty, ksenofobii, ciemnogrodu, hipokryzji i czego tam jeszcze chcecie, w wykonaniu mistrzów tego gatunku czyli dwóch małych wielkich braci. Można było obserwować przedziwne zabiegi, żeby tępy opór wobec traktatu przedstawić społeczeństwu jako zabieg zmierzający do jego przyjęcia, a po wszystkim, ogłosić sukces mediacyjny. Pomiędzy kim? Premier nigdy nie kwestionował traktatu, więc po co przepłynął Zatokę Gdańską na pertraktacje? Żeby w jego obecności przez całe pięć godzin pan prezydent przekonywał siebie, że traktat który wynegocjował jest dobry? Wszyscy ze śmiertelną powagą przyjęli wynik tych pertraktacji jako zwycięstwo i nawet posła Palikota nie stać było na zadanie pytania - czy tym razem również wystarczyły tylko cztery butelki wina żeby go osiągnąć.
Bo trzeba być na nieustającym rauszu, żeby nie zauważyć, jak własne cele zamieniają się w ich parodię, jak chociażby straszenie Polaków gejami, które zmieniło się w promocję homoseksualizmu. - Orędzie polskiego prezydenta połączyło nasze życie z życiem Polski i Polaków - oświadczył Brendan Fay podczas konferencji prasowej w Sejmie. Jego homoseksualny związek został wypromowany na całym świecie dzięki naszemu prezydentowi. W dodatku, w paskudnym stylu. Jeszcze można było z tego jakoś wybrnąć, ktoś z niższych urzędników pałacowych mógł się z kanadyjskimi gejami spotkać i mruknąć jakieś ciche przepraszam za pirackie wykorzystanie ich zdjęć, bo to był przecież pretekst do przyjazdu tych dwóch panów. Szkoda tylko, że nikt im nie powiedział, że akurat tego jednego, jedynego słowa bracia Kaczyńscy nie są w stanie wydusić z siebie nigdy. A to już powód, żeby naszym krajem wycierać sobie gębę po całym świecie, jak to piękna nasza Polska cała nienawidzi pedała!
Otóż nie cała! Jest wcale nie mała grupa ludzi, którzy nie boją się kanclerz Merkel i nie stawiają żadnych szlabanów co do tego, kto z kim ma się żenić. A niech facet żeni się z krową, oczywiście pod warunkiem, że krowa powie: "Tak, nie opuszczę cię aż do śmierci".
Niewątpliwie po traktatowej awanturze największym przegranym jest pan prezydent i jego brat oraz cała PiSia, która okazała się wcale nie taka cała, tylko podzielona jak diabli. Jedynym wygranym jest nasz, w czepku urodzony, premier, któremu ta cała zabawa bardzo się spodobała. Myślicie Państwo że na tym koniec? A przyjęcie tak zwanej "ustawy zabezpieczającej"? Uważacie, że wesoły Donek jej nie wykorzysta do kolejnej awanturki w piaskownicy? Bliźniaków podpuścić jest bardzo łatwo. Na pewno już zbierają łopatki i wiadereczka.
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|