| |
Urszula Kamińska z North York ma dwóch synów. Nie wolno jej rozmawiać z żadnym z nich.
Ula ma 33 lata. Od sześciu lat jest mężatką, od trzech i pół - w separacji. Kiedy dowiedziała się z mediów o tragedii rodziny Lewandowskich, poszła na pogrzeb Edyty, mimo, że jej nie znała. Gdy zapytałam ją, dlaczego, odpowiedziała: "Walczyłyśmy o to samo. Ona przegrała. Boję się, że będę następna".
Ula Kamińska mieszka w jednym z bloków w North York. Trzypokojowe, słoneczne mieszkanie jest subsydiowane. - Moja sytuacja była tak ciężka, że przydział dostałam po dwóch miesiącach, mimo, że z reguły czeka się na to kilka lat - mówi.
Od progu widać, że mieszkanie zostało urządzone pod kątem dzieci - są dla nich przeznaczone aż dwa pomieszczenia. Synowie Uli mają niewielką sypialnię z biurkiem i dwoma kolorowymi łóżkami, zaś solarium zostało zamienione na pokój zabaw. W nim znajdują się kolorowe skarby: poukładane w plastikowych, opisanych pojemniczkach klocki, książki, pluszaki czy samochody. Jednak w domu dzieci nie ma, i nawet ich matka nie może potwierdzić, gdzie teraz są. Dla jej rodziny to prawdziwy dramat.
- Jestem przerażony tym, jak działa kanadyjskie prawo rodzinne, i że instytucja, powołana do działań dla dobra dzieci, w rzeczywistości skazuje je na cierpienia - mówi Zbigniew Kamiński, ojciec Urszuli. Proszę o opowieść od samego początku.
Ula zakochała się siedem lat temu. Twierdzi, że jej wybranek był z gatunku tych "uroczych" - szarmancki i romantyczny. Dziś mówi, że żałuje, że nie zamieszkała z nim przed ślubem, na próbę. Gdyby wiedziała, co czai się pod płaszczem romantycznych uniesień, nigdy nie zdecydowałaby się na związek z tym człowiekiem. A już na pewno nie na wspólne dzieci.
- O tym, jaki Kevin jest naprawdę, przekonałam się już wkrótce po ślubie. Wstawał, o której chciał, chodził do pracy na którą chciał, lub nie szedł w ogóle. Lubił natomiast wydawać pieniądze. Nie potrafił wyjaśnić, na co wydał wybrane dwa razy w ciągu dnia kwoty po 20 dolarów. I nie mówię o jednorazowym przypadku. Tak było prawie codziennie.
Ula twierdzi, że to ciągły brak pieniędzy powodował początkowe konflikty. Nie mieli na opłaty, ale mąż, mimo, że pochodził z zamożnej rodziny, krępował się prosić o wsparcie swoich rodziców. Z pomocą zawsze przychodził ojciec Uli.
- Pierwsza interwencja policji? Pamiętam ten dzień. Była 9:30, mąż, mimo, że zaczynał pracę o 9:00, wciąż był w domu. Potrzebowałam zrobić zakupy, dla nas i dla dziecka. Piotruś był malutki. Wzięłam go na ręce i powiedziałam, że jadę z małym na zakupy, bo w domu nie ma nic do jedzenia. A mój mąż na to, że nie wezmę samochodu, bo on jednak musi pojechać do pracy. Ale czas mijał, a on nie zamierzał nawet wyjść z domu, więc otworzyłam drzwi i próbowałam wyjść. I wtedy zaczęła się awantura. Odepchnął mnie od drzwi, wpadł w furię, dostał piany - dosłownie - piany na ustach, i krzyczał. Przestraszyłam się i zadzwoniłam po policję. Kazali mu oddać kluczyki. Byłam tak przerażona, że już nie myślałam o zakupach, tylko żeby być z dala od niego. Pojechałam z Piotrusiem do rodziców i u nich spędziłam noc. Pogodziliśmy się nazajutrz, ale patrzyłam już na niego oczami innymi, niż do tej pory.
Mimo narastającego konfliktu małżeńskiego, po dwóch latach okazało się, że Ula znów jest w ciąży. Badanie pokazało, że w drodze jest następny syn.
- Już nie pamiętam, o co się pokłóciliśmy. Mój brzuch był już wtedy naprawdę duży, a on popchnął mnie tak mocno, że upadłam na łóżko. I znów ten niekontrolowany, nagły atak furii.
Ula pojechała na policję, spisano raport, ale nie została podjęta żadna interwencja. - Nie wiem, dlaczego mąż nie został wezwany i chociażby pouczony. Żadnej reakcji, żadnych konsekwencji - twierdzi.
Urszula mówi, że tamto wydarzenie uświadomiło jej, że mąż nie jest już tym uroczym i romantycznym chłopakiem, który przysięgał jej miłość i szacunek aż do śmierci. Zaczęła bać się o siebie i o dziecko. Złożyła wniosek o przydział mieszkania. Dostała je po dwóch miesiącach. Wprowadziła się tam z Piotrusiem, i czekała na narodziny następnego syna. Kiedy na świat przyszedł Adrian, małżonkowie postanowili spróbować jeszcze raz - dla dobra dzieci. Ula wprowadziła się z powrotem do ich wspólnego kondominium, jednak nie zdała przydziałowego mieszkania. Wciąż obawiała się, że może tam jeszcze wrócić. Po paru tygodniach sprzedali kondominium, i przy finansowej pomocy rodziców męża kupili dom w Oakville. I właśnie wtedy Kevin został zwolniony z pracy.
- Nie dziwię się jego szefowi. To praca w mediach. Ja też pracuję w mediach, więc wiem, że nie można ufać pracownikowi, który zaczyna i kończy pracę o takiej porze, jak ma kaprys - mówi Urszula.
Jej zdaniem, te miesiące, kiedy mąż nie pracował, spowodowały następne stresy. Utrzymywali się z pieniędzy ofiarowanych przez rodziców Uli.
- Piotruś miał trzy lata, Adrianek kilka miesięcy. Pewnego dnia rozbierałam Piotrusia do mycia, patrzę, a dziecko jest pobite... Cała pupa w siniakach. Zamarłam, i zapytałam Kevina, co się stało dziecku. A on mi na to, że sprawił mu lanie, bo było niegrzeczne! Zaczęła się kłótnia, nawet nie pomyślałam, żeby wezwać policję czy lekarza, choć mały był strasznie pobity. Mąż w trakcie awantury wyszedł z domu, a wieczorem zadzwonił z domu rodziców i mówi: wysyłam ci "Separation Agreement". A teraz masz się wynosić z domu moich rodziców. I potem zaczął mi grozić śmiercią...
- Powiedział to wprost? Użył słów "kill", czy "murder"? - pytam?
- Nie. Ale powiedział coś, czego nie zapomnę do końca życia: "Przyjadę do ciebie z dwoma Murzynami, i cię zlikwidujemy." Jak można takie słowa zrozumieć? - pyta Ula i zaczyna szlochać.
Kobieta mówi, że zaczęła pakować się natychmiast po tej rozmowie, dziękując w myślach Bogu, że nie zrezygnowała z mieszkania w North York. Po dwóch dniach, do mieszkania Uli ze swoimi rodzicami przyjechał jej mąż.
- Powiedział, że póki co, nie ma jeszcze "Custody Agreement", więc zabierają dzieci. Moja mama osłoniła Adrianka, ale Kevin chwycił Piotrusia i wyniósł go z domu. Nim wyszedł, pobił moją mamę. Policja oskarżyła go o naruszenie nietykalności cielesnej. Zamknęli go do aresztu na kilka godzin, i wkrótce wypuścili. Jednak nie mogłam odzyskać Piotrusia, bo policja stwierdziła, że nie było wyroku sądu w sprawie opieki nad dziećmi, więc mały może zostać w domu teściów. Tylko kto był wtedy z małym, przerażonym, pobitym chłopczykiem?
W sprawę pobicia zaangażowano organizację Catholic Children's Aid Society. Chłopca przesłuchała też policja.
- Powtarzał wciąż: "Daddy hit me... daddy hit me" - płacze Ula - Ale konsekwencji nie wyciągnięto. Mąż usłyszał jedynie, że nie wolno mu już bić dziecka. I to tyle.
Rodzina Kamińskich opowiada, że sprawa w sądzie rodzinnym odbyła się w ciągu kilku następnych dni. Ula dostała "Temporary Custody Care", w trybie natychmiastowym. Ojciec dzieci nie stawił się na rozprawę. Była szczęśliwa, ale wiedziała, że czeka ją jeszcze długa walka o przyznanie stałej opieki nad dziećmi. Miała świadków i dokumenty, przemawiające na jej korzyść. Nie spodziewała się jedynie, że to nie wystarczy.
- Mój zięć wymyślił, że to on ma sprawować pełną opiekę nad chłopcami - mówi Zbigniew - a sprawa trwa już trzy i pół roku. Alimenty do córki dochodziły nieregularnie, ale to nie przeszkadzało Kevinowi, żeby złożyć wniosek do sądu o "Full Time Custody". W tym czasie, do Uli zaczęły dochodzić informacje, że zachowanie starszego syna w szkole znacznie się pogorszyło.
- Sprawą zachowania Piotrusia zajęło się Catholic Children's Aid Society. Wydali zaświadczenie, że dzieciom lepiej będzie w domu ojca, a Ula krzywdzi dzieci emocjonalnie - mówi dziadek chłopców. - Na jakiej podstawie? - pytam.
- Jesteśmy Polakami i katolikami - odpowiada - Dlatego córka dbała o to, żeby dzieci mówiły też po polsku i chodziły do kościoła. Zięć został wychowany w kulturze żydowskiej, choć nie jest Żydem. Córka nie zgadzała się na obrzezanie chłopców. Prosiła też zięcia, by nie zabierał Piotrusia do siebie w sobotę rano, bo dziecko bardzo chciało chodzić do polskiej szkoły, a ta, jak wiadomo, działa tylko w soboty. O to były wciąż awantury.
- Nauczycielka Piotrusia zadzwoniła do C.C.A.S., że dziadek, mój tata, go uderzył. Skąd miała te rewelacje - nie wiem. Pytano syna, czy to prawda, ale zaprzeczył. Mimo tego, ujęto to w dokumentach - mówi Ula.
- Ale prawdziwy problem powstał przy okazji Halloween. Nie chciałam się zgodzić, żeby takie małe dziecko chodziło przebrane za kostuchę. Mąż uznał, że tą decyzją ograniczam, krzywdzę dziecko i nie zapewniam mu właściwej edukacji kulturowej. A Catholic Children's Aid Society go poparło - mówi Urszula i pokazuje segregatory wypełnione setkami stron dokumentów.
- Nie badano mnie, nikt ze mną nie rozmawiał. Wnioski i diagnozy powstały wyłącznie na bazie rozmów z mężem - dodaje.
Ula mówi, że dziecko żaliło się w szkole, że podczas wizyt u ojca jest zostawiane samo w domu. Sporządzano raporty, ale nikt w sprawę nie ingerował. Chłopca przeniesiono do innej szkoły.
- Drugiego dnia w nowej szkole Piotruś powiedział swojej nauczycielce, że nie chce już przyjeżdżać do domu taty, bo się boi. Mówił, że tata zagroził mu, że następnym razem jemu i Adriankowi poderżnie nożem gardło.
- Przerażające było to, że nawet pokazywał mi, jak to gardło ma zostać poderżnięte - dodaje Zbigniew Kamiński. I jeszcze dodał, że tatuś powiedział, że to dobrze jest nie żyć.
- Czy możliwe, że dziecko oglądało jakiś brutalny film i zapamiętało akurat taką scenę? - pytam. - Możliwe, ale tak naprawdę nigdy nie dowiem się, co się dzieje podczas tych weekendów w domu taty - mówi Ula. I dodaje: - Kiedyś zapytał mnie: "Mamusiu, a dlaczego, jak ludzie jadą samochodami, to strzelają do innych ludzi z pistoletów?". Przy mnie takiego filmu by nie obejrzał.
Urszula opowiada, że Piotruś po tym zdarzeniu został przewieziony na badania psychiatryczne, gdzie był diagnozowany pod kątem skłonności samobójczych. Badania wykazały, że dziecko nie zamierza popełnić samobójstwa i może wrócić z matką do domu. Mężowi odebrano prawa do weekendów z dziećmi. C.C.A.S. zezwoliło na kontakty kontrolowane, w ich biurze. Ula mówi, że mąż zjawił się na odwiedziny tylko raz, a policja zakończyła swoje śledztwo w sprawie noża stwierdzeniem, że takie małe dziecko może kłamać. Mąż Uli znów wniósł do sądu powództwo o pełną opiekę nas synami. Odnowiono mu wizyty.
- Wciąż coś się działo, było chyba osiem spraw, i w szkole, i na policji. Piotruś był nieustannie przesłuchiwany, wzywany na policje, czy do szpitala. Jak to dziecko ma normalnie żyć, uczyć się i osiągać sukcesy w szkole? - pyta Zbigniew.
- Wtedy, kiedy nie pozwoliłam zabrać syna na Halloween, mąż znów założył przeciwko mnie sprawę. Pracownica Catholic Children's Aid Society dała mi kopie dokumentów, około 40 stron druku i powiedziała: przyszliśmy zabrać twoje dzieci. Stałam jak słup soli, bo nie docierało do mnie to, co usłyszałam. Zarzucono mi, że syn chodził do niewłaściwej szkoły, że są konflikty między mną a mężem, i że to są powody umieszczenia dzieci w rodzinie zastępczej. Ale przecież gdyby nie było konfliktów, nie byłoby całej sprawy!
21 listopada ubiegłego roku obu chłopców umieszczono w domu obcych ludzi. Urszula dostała zgodę na widzenia z synami dwa razy w tygodniu, w biurze Catholic Children's Aid Society.
- Na pierwszym widzeniu obaj nie chcieli mnie puścić. Piotruś trzymał mnie za nogi i mówił: mamo, gdybym ja wiedział, którędy stamtąd uciec do domu, to byśmy uciekli...
- Rodzina zastępcza to dramat tego systemu - mówi dziadek chłopców. Podczas odwiedzin wnuczek poskarżył mi się, że po godzinie 19:00 nowi "rodzice" nie pozwalali im wychodzić z pokoju. Chłopcy byli zamykani na klucz. Nie mieli więc dostępu do toalety. Mówił, że siusiali po prostu do łóżek. I że nikt im nie zmieniał pościeli, więc następnego wieczoru kładli się w tę mokrą pościel spać. Płakałem, kiedy to usłyszałem. Zapytałem tych ludzi, dlaczego w ten sposób traktują dzieci, a ta kobieta na to, że bycie rodziną zastępczą jest wyłącznie jej pracą, a ona pracuje do 19:00. I po tym czasie nie ma żadnego siusiania. Słysząc to, przeżyłem szok. Czy naprawdę tylko pieniądze liczą się w życiu? Czy te dwa tysiące dolarów miesięcznie na każde dziecko zastępcze, jakie dostaje za swoją "pracę" matka zastępcza to jedyna motywacja jej działania?
Zbigniew Kamiński wyjechał z Polski jako azylant polityczny. Jako przeciwnik ustroju komunistycznego był wielokrotnie przesłuchiwany przez bezpiekę. Teraz patrzy na swoje przeżycia innymi oczyma.
- W Children's Aid czułem się jak przed laty, na przesłuchaniu w Pałacu Mostowskich. Podsłuchy, lustra weneckie... Miałem takie wrażenie, że idę na spotkanie z jakimiś kryminalistami, a nie z własnymi wnukami. I dziś powiem, że komunistyczni agenci odnosili się do mnie z większym szacunkiem, niż te pracownice C.C.A.S. - do nas i do dzieci.
Dzieci przebywały w rodzinie zastępczej do 18 grudnia. Urszula, nie chcąc przedłużać im pobytu w takich warunkach, zgodziła się przed sądem, by dzieci zamieszkały u ojca.
- Piotruś nauczył się słowa "sędzia". Ostatnio powiedział do mnie: "Mamo, poproś tego pana s ę d z i a, żeby pozwolił nam wrócić do ciebie, i żebyśmy mogli mówić po polsku...
- To jest dyskryminacja narodowościowa - dodaje Zbigniew Kamiński. - Catholic Children's Aid Society zabroniło chłopcom używać języka polskiego, bo "oni muszą rozumieć, o czym mówią dzieci i co się mówi do dzieci". Kevin, ich ojciec, zabrania im używania polszczyzny z tego samego powodu. Jak któryś powiedział coś po polsku, wyłączał im telefon. Oczywiście nie ma mowy ani o polskiej szkole, ani o kościele. Nawet mi nie wolno kontaktować się z chłopacami telefonicznie.
Zbigniew wyjaśnia, że na święta Bożego Narodzenia przyleciał do Kanady jego syn, który na stałe mieszka w Polsce. W lutym, przed samym odlotem, chcąc zobaczyć się z siostrzeńcami, musiał pojechać do biura Children's Aid w North York. Na widzenie w przeszklonym pokoju dostał tylko kwadrans.
- Minęło piętnaście minut, a chłopcy ściskali wujka i nie chcieli go puścić - opowiada Ula. Poszłam do jednej z pracownic biura i poprosiłam, aby zgodziła się przedłużyć tę wizytę o kilka minut. Przedłużyła, po czym wystosowała wniosek, że nie akceptuję narzuconych przez nich norm i nie kooperuję. Znów wyszłam na wariatkę. I od 20 lutego mam zakaz kontaktów z dziećmi.
Na wniosek sądu, mąż Urszuli sprawuje tymczasowo pełną opiekę nad chłopcami. Kiedy nie ma go w domu, dziećmi zajmuje się nowa kobieta Kevina. Urszula twierdzi, że nowa "mama" jej dzieci nie przeszła żadnych badań, kwalifikujących ją na pełnoprawnego opiekuna. Nikt tego od niej nie wymagał, mimo tego, że do przejścia szeregu badań zmusza się ją - biologiczną matkę chłopców.
Tymczasem Zbigniew Kamiński zaangażował się w nagłośnienie sprawy swojej córki. Wystosował list z opisem całej historii i rozesłał go po polonijnych redakcjach prasowych. Oto jego fragment: "...Panie Sędzio, co Pan na to? Czy nie widzi Pan rozpaczy dzieci?
To nie koniec koszmaru w ich niewinnym dzieciństwie. 18-go grudnia 2007 r. nie nastąpiła zmiana w Pana decyzji. Zdecydował Pan przekazać dzieci na tzw. przedłużoną wizytację do ojca, na okres 40 dni, do 29. stycznia 2008, niejako eksperymentalnie, tym samym pozbawiając ich szkoły i przedszkola. Pomimo, że mama chłopców uzasadniała, że byłoby najlepiej, żeby wrócili do domu swojej mamy, ponieważ są tam kochane i zadbane, nic im nie brakuje. Poza tym, uczęszczają do szkół i są zżyci w swoim środowisku, to Pan uwierzył w perfidne kłamstwa pracowniczek C.C.A.S. oraz mojego zięcia. Wyraził się Pan tak: "Wszystko jedno, co one powiedzą to i tak będę wierzył C.C.A.S. a nie tobie" (tzn. mojej córce). Moja córka, matka chłopców nie miała innego wyboru, zatem zgodziła się, bo jest zawsze lepiej być u ojca niż gdyby mieli oni być zagubieni i krzywdzeni u kogoś zupełnie obcego."
Zbigniew mówi, że ochrona dzieci przez system prawa rodzinnego jest pozorna. Jego zdaniem, sąd złamał prawo kilkakrotnie. Chce wystosować w tej sprawie list do premiera Stephena Harpera. Uważa, że sędzia nie kierował się dobrem dzieci.
Twierdzi, że wnukom odebrano wolność, godność i dzieciństwo. - Czuję się teraz bardziej prześladowany, niż przez bezpiekę w komunistycznej Polsce. Jaka to wolność, gdy dzieciom zabrania się mówić w języku ich matki? - pyta.
Nie udało mi się skontaktować z drugą stroną konfliktu. Urszula nie zgodziła się na udostępnienie telefonu jej męża. - Jeśli tam zadzwonię, lub przekaże komuś jego numer, może oskarżyć mnie o złamanie postanowienia sądu. A wtedy nie wiadomo, kiedy zobaczę swoje dzieci.
Urszula mówi, że część rozmów z mężem nagrywała, ale nikt nie chciał wysłuchać tych nagrań. Ma nadzieję, że sąd weźmie je pod uwagę i wkrótce wyda sprawiedliwą decyzję. Tymczasem, otworzyła konto e-mailowe, pragnąc nawiązać kontakt z osobami w podobnej sytuacji życiowej. Marzy też, by ktoś bezpłatnie, lub za niewielką opłatą, stworzył jej stronę internetową, na której mogłyby logować się osoby, którym odebrano prawa do kontaktu z własnymi dziećmi. Wszystkich zainteresowanych prosi o kontakt pod adresem: glosmatki@yahoo.ca
Agnieszka Krupak
(Na prośbę bohaterów reportażu, ich imiona zostały zmienione)
© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"
www.gazetagazeta.com
|
|