Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Polonia
Ciężar śniegu
Agnieszka Krupak
Mar 14, 2008
 
 

- wspomnienie o Edycie Lewandowskiej, która 25 lutego zginęła tragicznie w jednej z dzielnic Toronto.

Edyta
 

W poniedziałek wieczorem, 25 lutego, trzydziestodwuletnia Edyta wyszła z domu swoich rodziców w Maple i pojechała do Toronto. Tam miała odebrać od swojego męża ich synka, Daniela. Małżeństwo od ponad roku było w separacji, a sąd rodzinny ustalił, że czasowo opiekę nad dzieckiem sprawowali będą oboje rodzice. Tuż przed godziną 19.00 zadzwoniła do swojego ojca, żeby mu powiedzieć, że już dojeżdża do domu męża, i że kupiła mleko. Mijały godziny, ale Edyta nie wracała. Jej brat, coraz bardziej zaniepojony, próbował skontaktować się z nią telefonicznie, ale nie odbierała komórki. Przestraszony mężczyzna pojechał w nocy na policję, by zgłosić zaginięcie siostry. Tam dowiedział się najgorszego - Edyta została postrzelona na progu domu męża i zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Torontońska policja prowadzi intensywne śledztwo, mające na celu wyjaśnienie, co się wydarzyło w tamten tragiczny wieczór, i kto strzelał do młodej kobiety.

W domu państwa Lewandowskich wciąż dzwoni telefon. Dzwonią przyjaciele ze słowami otuchy, rodzina i dziennikarze.

- Nie możemy udzielać szczegółowych informacji mediom, zabroniła nam policja - mówi Jerzy Lewandowski, ojciec Edyty.

Edyta z ojcem, Jerzym Lewandowskim


W domu, eleganckim, cichym i sterylnie czystym jest wiele osób. Wszyscy są ubrani na czarno, rozmawiają ściszonym głosem. Pytam, dlaczego w mediach nie ma newsów na temat tragedii, jaka wydarzyła się w ich rodzinie.

- To będzie długie i trudne śledztwo - mówi Piotr Lewandowski, młodszy brat Edyty. - Ale wierzę, że zakończy się pomyślnie. Policja nawet nam nie mówi nam o szczegółach, nie wiemy, co już zostało ustalone. Zasłaniają się dobrem śledztwa, i ja to rozumiem.

- Kto zastrzelił twoją siostrę? - pytam?

- Nie wiem. Ale przyjdzie taki dzień, że się dowiem. Dowiemy się wszyscy, a sprawca zostanie należycie ukarany. Wierzę w to całym sercem. A Edyta nie była tylko moja siostrą. Była też moim najlepszym przyjacielem - mówi, po czym skrywa twarz w dłoniach i zaczyna płakać.

Piotr ma dwadzieścia dziewięć lat. Włączył się w sądową walkę o przejęcie przez rodzinę Lewandowskich prawa do opieki nad dwu i półrocznym Danielkiem. Mówi, że cała ta sprawa jest dodatkowym dramatem dla ich rodziny.

- Przez prawie półtora roku moja siostra walczyła ze swoim mężem o prawa opieki nad dzieckiem. Oboje chcieli być primary care taker. Sąd wyznaczył child custody assesment, czyli wskazany przez sąd psychiatra miał przeprowadzić badania diagnostyczne, które z rodziców będzie lepszym opiekunem dla dziecka. Wyznaczonym do naszej sprawy lekarzem był George Awad. Mówili o nim "one of the best". W swoich notatkach służbowych napisał, że, cytuję " the primary care taker is to be Edyta Lewandowska", co oznacza, że Edyta Lewandowska ma sprawować pełną opiekę nad swoim dzieckiem. Niestety, tuż przed rozprawą sądową doktor Awad zmarł na zawał serca. Nie mógł więc potwierdzić swoich wniosków przed sądem. A ponieważ sąd nie kieruje się tylko dokumentami, ale też zeznaniami, wyznaczono kolejnego lekarza do przeprowadzenia diagnoz. I tak cała sprawa zaczęła się od nowa. Ale już była na finiszu, Edyta miała przed sobą jeszcze tylko jedno spotkanie, i wiedziała, że wkrótce mały wróci do niej "na pełen etat". Mamy nadzieję, że już wkrótce moja rodzina dostanie pełne prawa opieki nad dzieckiem. Bo to jest jedyne dobre wyjście.

Monika Lewandowska, bratowa Edyty, schodzi ze schodów ostrożnie. Przed sobą dźwiga ogromny brzuch, na ręku małego chłopczyka. Mówi, że wciąż nie może dojść do siebie.

- Nie zapomnę tamtej nocy. Do pokoju weszła mama mojego męża i krzyczała, że Edytka nie żyje. Nie wierzyłam własnym uszom, myślałam, że to jakaś tragiczna pomyłka, że to nie może być nasza Edyta, zaczęłam krzyczeć, że to przecież niemożliwe... Monika przeżyła szok. Nadal boi się, czy ta tragedia nie wpłynie na zdrowie dziecka. Jest w dziewiątym miesiącu ciąży.

- Straciłam nie tylko bratową, ale przyjaciółkę. Edyta była takim człowiekiem, który zawsze znajdzie czas na rozmowę i chęć pomocy. Znałyśmy się dziewięć lat. Kiedy tylko miałam jakiś problem i potrzebowałam z kimś porozmawiać, na Edytę zawsze było można liczyć. Zwykle chodziłyśmy do takiej kafejki, William's Pub. Pamiętam, że zawsze zamawiała swojego ulubionego gofra z truskawkami i bananami... Przesiadywałyśmy tam, pijąc herbatę malinową, to był nasz rytuał. Nie, nie dociera do mnie, że jej już nie ma z nami, wciąż łapię się na myśli, że gdzieś wyjechała i niedługo wróci. - Monika zaczyna płakać. - To był cudowny, dobry człowiek. Nie mogę sobie uświadomić tego, że już nigdy jej nie zobaczę.

Oprócz rodziny, dramatyczne chwile przeżywają też przyjaciółki Edyty. Dziewczyn jest kilka. Wszystkie po trzydziestce, wszystkie mieszkają w Toronto lub okolicach. Teraz rozpaczają, płaczą, albo, opowiadając ich wspólne, zabawne przeżycia, śmieją się przez łzy. Wszystkie dziewczyny łączy to samo - ból, strach i świadomość, że z ich życia odeszła wspaniała i ważna osoba. Z ich opowieści wynika, że Edyta była osobą nietuzinkową. One nazywały ją "królową ludzkich serc".

Krysia jest właścicielką torontońskiej kliniki fizjoterapii. Mówi, że z Edytą łączyła ją osobliwa przyjaźń. Przegadały dziesiątki, setki godzin, choć... nigdy nie widziały się na oczy.

- Jak to możliwe? - pytam zaskoczona.

- Moja znajoma fryzjerka wie, że mam podobne problemy małżeńskie, jakie miała Edyta. Zwierzałam się jej nie raz. I kiedyś powiedziała mi: wiesz, ja znam taką fajną dziewczynę z Maple, może wymienię was telefonami? Razem walczyć z rzeczywistością zawsze łatwiej...

Krystyna zadzwoniła do Edyty i już po chwili wiedziała, że to był doskonały pomysł. Kobiety rozmawiały ze sobą często, wymieniając się doświadczeniami życiowymi, poradami prawnymi i próbując wzajemnie się pocieszać.

- Nie widziałam jej nigdy na oczy, a czuję, że straciłam jedną z najważniejszych osób w moim życiu - mówi ze łzami w oczach. Krystyna napisała wspomnienie o Edycie. - To taki pomnik dla niej ode mnie.

Edyta z przyjaciółmi



Krystyna Wilk, "Wspomnienie"

"Edytka odeszła na zawsze, pozostawiając w bólu rodzinę, nas - przyjaciółki, i syna, Daniela, dla którego chciała żyć. Robiła wszystko, by stworzyć mu rodzine ciepło, ucząc go żyć godnie wśród ludzi, i dla ludzi - tak, jak żyła Ona. Nigdy nie ugięła się pod ciężarem swoich kłopotów, i problemów innych ludzi, których spotykała w swoim życiu. Jedną z takich osób byłam ja. Od dawna służyła mi dobrą radą, pomocą, i nigdy nie liczyła na nagrodę. Zapłatą dla Niej był uśmiech i ciepły uścisk dłoni".

Kasia płacze.

- Dla mnie Edytka to był najwspanialszy człowiek, jaki tylko może istnieć. Była tak wdzięczna za wszystko... Dawała ludziom z siebie tak dużo... Nazywałyśmy ją "królową ludzkich serc". To niesamowite, ale ona zawsze dla nas miała czas. Pamiętam, że kiedyś miałam problem w swoim związku, takie damsko-męskie rozterki. Edytka zadzwoniła i mówi: Kasia, możesz do mnie zadzwonić o której godzinie będziesz tylko chciała, nawet w nocy. Ja kiedyś zadzwoniłam do niej o drugiej nad ranem, a ona całą noc spędziła przy słuchawce, słuchając o tym, że jest mi źle, przykro, i mojego płaczu. I odłożyła słuchawkę dopiero wtedy, kiedy usłyszała, że zasnęłam... Kasia i Edyta poznały się w szkole średniej, ale jeszcze wtedy nie były bliskimi przyjaciółkami. O ich przyjaźni zadecydował zbieg okoliczności.

- Moi rodzice znali się z jej rodzicami. Kiedyś, będąc u nich w domu, oglądali zdjęcia Edyty i nagle patrzą - a tam ja! Rodzice wrócili do domu i mama mówi: wiesz, kogo ja widziałam na zdjęciach? Edytkę! To są jej rodzice! Od tamczego czasu zbliżyłyśmy sie do siebie. Okazało się, że mamy podobne zainteresowania, no i obie byłyśmy single - nie miałyśmy chłopaków, więc chodziłyśmy razem na imprezy czy do klubów. Obie potrzebowałyśmy wtedy bliskiej przyjaciółki. Wiesz... teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo jest... była mi bliska. Jak już miałam chłopaka, który zresztą teraz jest moim mężem, to w Walentynki wolałam najpierw pojechać do niej, niż spotkać się nim. Byłyśmy tak bliskie, tak bardzo... nie mam słów.

Kasia znów zaczyna płakać, więc proszę ją, by przypomniała sobie jakąś wesołą historię z ich wspólnych lat przyjaźni. Wtedy się ożywia.

- Tak, była taka sytuacja, z której do dziś się śmieję. Edytka była świadkową na moim ślubie. Od lat jej mówiłam, że zawsze chciałabym pójść na wieczór panieński do kluby salsy - Baba Luz. Było nas pięć czy sześć dziewczyn, zaparkowałyśmy na podziemnym parkingu przy tym klubie, a Edyta otwiera bagażnik i mówi: a teraz mam dla ciebie niespodziankę! Boże, ja się zlękłam, że z bagażnika wyskoczy jakiś facet, ale patrzę... a ona wyjmuję bluzeczkę, taką zwykłą podkoszulkę, całą ponapinaną cukierkami czekoladowymi. Pamiętam, że miały różne smaki. Zdębiałam, a Edytka mówi: musisz to teraz włożyć, i masz zatańczyć z każdym facetem w Baba Luz. I każdy, który z tobą zatańczy, dostanie jednego cukierka! Myślałam, że pęknę ze śmiechu. Czułam się jak wariatka, ale poszłam do tej Baba Luz w tej słodkiej, poobszywanej koszulce...

Kasia się śmieje, i to jest ten jedyny moment w całej naszej rozmowie, kiedy nie słychać, że dusi w sobie szloch.

- A wiesz o księżnej Dianie? - zmienia temat.

- To od niej to określenie "królowa ludzkich serc"? - pytam.

- Nie, to od jej dobroci. Ale Edyta była zafascynowana Dianą. Czytała o niej książki, zbierała artykuły, znała na pamięć jej życiorys. Jak pierwszy raz weszłam do jej pokoju, patrzę - a tam cała półka książek. I teraz... Kasia milknie, ale po chwili kończy - Pięć dni przed jej... przed tym, co się stało, oglądałam film o księżnej Dianie i cały czas myślałam o Edycie. I teraz, jak sobie przypomnę, to aż ciarki przechodzą mi po plecach. Obie "królowe ludzkich serc" zginęły tak tragicznie, tak niepotrzebnie...


Krystyna Wilk, "Wspomnienie"

"Wierzę, że odeszła tylko powłoka, w którą odziany był jej dobry duch. Ten duch zawsze będzie wśród tych, którzy ją znali. W mojej pamięci pozostaną jej dobre słowa - słowa otuchy i miłości, które tak często wypowiadała. Czy potrzeba było Jej śmierci, żebym mogła Ją wreszcie zobaczyć?"

Eliza poznała Edytę pięć lat temu, na ślubie Agnieszki.

- One dwie były chyba najbliższymi przyjaciółkami, a Edyta zawsze pomagała w organizacji wszystkich ślubów swoich koleżanek. Zawsze mogłyśmy na niej polegać, była naszą maid of honour. Śmiałyśmy się, że Edyta nas wszystkie wydaje za mąż. Ślub Agnieszki odbywał się na Kubie, więc poleciałyśmy tam wszystkie. W hotelu miałam wspólny pokój z Edytką. Ucieszyłam się bardzo, jak usłyszałam, że będę mieszkać z Polką, bo byłam w Kanadzie od niedawna i pragnęłam kontaku z jakąś "bratnią, polską duszą". Ten czas na Kubie wspominam wspaniale, między innymi dzięki niej, dzięki jej poczuciu humoru, bo było niesamowite. Rzadko spotyka się osoby, które mogą dać ludziom tak wiele z siebie, nie oczekując nic w zamian...

Ich ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce dwa tygodnie przed śmiercią Edyty. Eliza, Edyta i Agnieszka spotkały się na lunchu.

- Edyta cieszyła się, że sprawy sądowe, związane z przyznaniem jej opieki nad dzieckiem dobiegają końca. To był dla niej stres. Powiedziała mi wtedy, że już wkrótce będzie miała dla nas więcej czasu, więc znów będziemy wychodzić razem i plotkować, jak dawniej. Wiedziała, że niedługo będzie miała full custody, czyli pełną opiekę nad Danielem. Dziecko zawsze było dla niej najważniejsze.

Eliza mówi, że podczas tego lunchu Edyta promieniała.

- Była wesoła, miała plany na przyszłość, śmiała się cały czas, biło od niej szczęście.

- Umówiłyśmy się na następny wspólny lunch za dwa tygodnie. Edyta podrzuciła mnie do domu, bo zawsze służyła samochodem. I to było nasze ostatnie spotkanie. Teraz nie mogę uwierzyć, że dwa tygodnie temu byłyśmy tak blisko siebie, a dziś już jej nie ma. To dla nas wszystkich ból i szok.

Rodzina Edyty wierzy, że decyzja sądu będzie sprawiedliwa, a sędzia będzie kierował się dobrem dziecka. Piotr, wujek małego Danielka mówi, że nie wyobraża sobie, żeby chłopiec mieszkał z daleka od niego. Piotr chce, by mały wychowywany był tak, jak chciałaby tego jego nieżyjąca siostra.

- Była cudowną mamą - dodaje Eliza. Daniel był najważniejszy. Czytała mu bajki, często kupowała zabawki edukacyjne, podporządkowała mu całe swoje życie. Edyta, po separacji z mężem, tak ustawiła sobie grafik dyżurów w pracy, by mieć wolne wtedy, kiedy syn był pod jej opieką. Pracowała w te dni, kiedy Daniel spędzał czas z ojcem.

- Nigdy nie zależało jej na żadnych wielkich rzeczach, materialnych. Najważniejsza była rodzina, i pamiętam, jak planowała, żeby skrócić sobie czas pracy, by więcej czasu spędzać z Danielkiem.

Eliza twierdzi, że jej przyjaciółka kochała dzieci, nawet swoich podopiecznych w szpitalu, w którym pracowała. To były dzieci z upośledzeniem umysłowym. Niedawno postanowiła, że spróbuje swoich sił w medycynie, i postanowiła zdawać egzaminy na pediatrię.

- Była cudownym psychologiem, byłaby i wspaniałym lekarzem - mówi. Natalka, córka Kasi, Edytę nazywała ciocią.

- Kiedykolwiek by nas nie odwiedziła, zawsze przynosiła moim dzieciom jakieś prezenty. Uwielbiały ją za to, że była dla nich taka dobra, i że wymyślała im i Danielowi różne fajne zabawy. Ja wiem, że to może zabrzmieć patetycznie, ale mogła być przykładem dla wielu matek. Cudowna dziewczyna. Kasia z Edytą i dziećmi miały swoiste hobby - każdego lata jeździły na apple farms, zbierać jabłka.

- Zwiedziłyśmy wiele farm, dzieciaki szalały ze szczęścia. Niedawno umówiłyśmy się, że tego lata będziemy kontynuować nasze owocowe wyprawy. Moja córeczka wczoraj zapytała, kiedy z ciocią i Danielkiem pojedziemy na farmę... Co ja mam powiedzieć trzyletniemu dziecku?

Kasia dobrze pamięta ostatnie chwile spędzone z przyjaciółką.

- Przyjechała do mnie z małym. Bardzo długo się pakowała, grzebała się, nim weszła do swojego samochodu Otworzyłam drzwi i poczułam, że bardzo chcę ją przytulić. Ale nie wyszłam przed dom, bo był potworny mróz. Krzyknęłam tylko: Edytka, jedź tak, żebyśmy mogli pomachać ci z okna... Było już ciemno, posadziłam dzieci na oknie, a Edyta przejeżdżając pod domem, zatrzymała się na moment i nam pomachała. I teraz, po tej tragedii, dotarło do mnie, że to było wyjątkowe pożegnanie, bo nigdy wcześniej tak się nie rozstawałyśmy. Zatrzymała samochód i nam machała, jakby wiedziała, że rozstajemy się na zawsze. Teraz, kiedy o tym myślę, czuję, jak po plecach przechodzą mi ciarki. To wszystko jest niewiarygodne. Kasia milknie, a po chwili mówi: jeszcze coś - torebki! Edyta uwielbiała torebki. Po prostu miała bzika na punkcie torebek. Wtedy, kiedy przyszłam do niej pierwszy raz, chciała wyjąć coś z szafy, i mówi do mnie: nie przestrasz się. Pomyślałam wtedy -co ona może trzymać w tej szafie? A tam były... tam były dziesiątki torebek! Wszystkie możliwe kolory. Estetyka była jej pasją. Lubiła dekorować wnętrza i sale na rozmaite imprezy. Miała do tego smykałkę, to się też widziało w jej ubiorze. Zawsze gustownie, elegancko ubrana. Nie, nie drogo - elegancko.

Pytam Monikę, żonę Piotra, o torebki.

- Tak, lubiła torebki. Dobierała do nich buty. Była zawsze bardzo elegancka, i w wyglądzie, i zachowaniu. Była tak zorganizowana, odpowiedzialna, nigdy nikogo nie zawiodła. Jej po prostu nie dało się nie kochać. Agnieszka była najbliższą przyjaciółką Edyty. To na jej weselu, na Kubie, Edyta poznała się z Elizą.

- Po raz pierwszy spotkałyśmy się na lekcji religii, przygotowujących do bierzmowania. Pamiętam, że podziwiałam jej ubranie i pop-watcha. To taki wielki zegarek, wtedy były bardzo modne. I pomyślałam: ale ta dziewczyna ma fajnego popwatcha, chciałabym być jej koleżanką... I na szczęście dla mnie posadzono nas w jednej ławce. Do tego okazało się, że obie chodzimy do niemieckiej szkoły, bo i ja, i państwo Lewandowscy przed przyjazdem do Kanady mieszkali trzy lata w Niemczech. Od tamtego dnia stałyśmy się nierozłączne. Agnieszka, która jest zapaloną iberystką, mówi, że zaraziła Edytę miłością do salsy.

- Chodziłyśmy do klubów, dyskotek, wszędzie tam, gdzie można było potańczyć salsę. Uzupełniałyśmy się - ona zawsze była taka stabilna i zrównoważona, nigdy nie paliła, nie piła, nie chodziły jej po głowie takie wariactwa, jak mnie. Dziwczyny chodziły do dyskotek tańczyć salsę.

- I tu jest najlepszy gryps Edyty - opowiada Agnieszka. - Tancerze trafiali nam się bardzo różni, i raz Edyta mówi: mam pomysł. Jak tobie lub mnie trafi się jakiś fatalny tancerz, to mów, że musisz iść na moment do łazienki, i zaraz wrócisz. Bo ona stwierdziła, że nie nauczymy się salsy, jeśli nie będziemy trenować z najlepszymi. I uciekałyśmy tym depczącym nam po nogach chłopakom.

- Wracałyście do nich potem? - pytam.

- No jasne, że nie. Czaiłyśmy się w łazience i czekałyśmy, aż sobie pójdą - śmieje się Aga.

Kiedy Agnieszka miała dwadzieścia lat, uległa poważnemu wypadkowi samochodowemu. Jej stan był ciężki. Spędziła w szpitalu wiele tygodni.

- Edyta nie odstępowała mnie na krok. Całe dnie tkwiła przy moim łóżku i mówiła do mnie, czytała mi książki, nawet wtedy, kiedy ja nie mogłam się odezwać. Kiedy moja mama mi o tym powiedziała, aż popłakałam się ze wzruszenia. Ona też uważała Edytkę za wyjątkową osobę. Edyta była również kierowcą Agnieszki, kiedy przyszedł czas rehabilitacji.

- Miała prawo jazdy, a ja nie. Woziła mnie na każdą fizykoterapię - wspomina.

To Aga pierwsza nazwała Edytę "królową ludzkich serc".

- Ma niesamowitą pasję życia, rozumie każdego człowieka tak, że każdy może się z nią zidentyfikować - mówi, zapominając, że używa czasu teraźniejszego.

- O tym, co się stało, dowiedziałam się nazajutrz, we wtorek. Zadzwonił do mnie mój znajomy i powiedział, że Edyta nie żyje. To był... szok, amok. Nikt z nas, nawet mój brat, nie poszliśmy tego dnia do pracy. Ja nie płakałam, ja wyłam, dzień i noc. A potem zaczęły się nocne koszmary - że mijam kogoś na ulicy, uśmiecham się, a on pokazuje mi pistolet. Albo pukam do sąsiada, a ten otwiera mi drzwi i zaczyna strzelać...

Kasia o śmierci Edyty dowiedziała się od rodziców.

- Nie mogłam ustać, chodziłam po całym domu na kolanach, wciąż pytałam tatę, czy to nie pomyłka, czy nie pomylił nazwiska...

Kasia znów płacze. Agnieszka, tak jak Eliza, ostatni raz widziała się z Edytą na lunchu, w restauracji Peter Pan. Pamięta, że od dziewczyny bił blask szczęścia, kiedy im oznajmiła, że wkrótce sąd przyzna jej opiekę nad Danielem. Mówiła, że jest szczęśliwa, bo zaczyna nowe życie.

- Umówiłyśmy się na wieczór w klubie jazzowym i miałyśmy iść potańczyć. Nie tańczyłyśmy, odkąd urodził się Daniel... Ucałowałam ją w tej restauracji na pożegnanie, bo musiałam biec na jakieś spotkanie. Miała białą kurtkę, czarny sweter... wiesz, że mam zdjęcia z tego naszego ostatniego spotkania?

Pogrzeb Edyty odbył się 3 marca, w Domu Pogrzebowym Ridley w Etobicoke.

- To, co było dla mnie takie poruszające, to ten chór... te same osoby śpiewały na jej ślubie, i na jej pogrzebie. To była pieśń "Ave Maria". I przypomniało mi się, że wtedy, na tym ślubie, ta kobieta jakoś... zafałszowała, nie wyszła jej ta pieśń dobrze. A Edyta - była taka szczęśliwa, promieniała myślą o nowej rodzinie i dziecku. Przepraszam, nie mogę przestać płakać... - Kasia już nie próbuje powstrzymać łez. Pogrzeb, zdaniem Agi, to była symfonia płaczu.

- Dramatyczny płacz. To było nie do opisania. Pogrzeb celebrował zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz. Był u państwa Lewandowskich na kolacji dzień przed śmiercią Edyty. Tydzień potem odprawiał jej pogrzeb. Ja nie wiem, czy my wszyscy kiedykolwiek dojdziemy do siebie...

Krystyna, mimo wielu godzin spędzonych na rozmowach telefonicznych, swoją przyjaciółkę po raz pierwszy zobaczyła w trumnie. Dziś żałuję, że nie doprowadziła choć do jednego spotkania.

Jerzy, ojciec Edyty mówi, że siły dodają im przyjaciele.

- Dzwonią, pytają, co mogą zrobić, w czym pomóc... Bez tej otuchy i wsparcia naszych cudownych znajomych nie wiem, jak byśmy przeżyli ten dramat...

Państwo Lewandowscy proszą, by na łamach "Gazety" podziękować ich przyjaciołom i całej torontońskiej Polonii za wsparcie. W tej chwili siłę czerpią z miłości, jaką darzą się wzajemnie. I żyją nadzieją, że będą mogli wychować małego Daniela na takiego człowieka, jakim była jego matka.


Krystyna Wilk, "Wspomnienie"

"Moja znajomość z Edytą ograniczała się tylko do rozmów telefonicznych... Ale jakie to były rozmowy! Czułam się wtedy tak, jakbym znała ją od zawsze. Wierzyłam i ufałam jej tak, jak ufa się komuś naprawdę bliskiemu. Zawsze dawała mi poczucie bezpieczęństwa i optymizm. To dzięki niej wierzyłam na szczęśliwy finał moich spraw.

Była jak mocne, zdrowe drzewo, które nie poddaje się wichurom ani ciężarowi leżącego na nim śniegu... Dlatego tylko wyrwanie go z korzeniami mogło je zniszczyć..."

Agnieszka Krupak
(Imiona bohaterów reportażu nie zostały zmienione)



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com