Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Polonia
Śledzik w polonijnym gronie
Izabela Sadowska
Feb 16, 2008
 
 

Z cyklu: Z przemyśleń imigrantki

Niestety wraz z dniem dzisiejszym (wtorek) kończymy wyjątkowo krótki w tym roku okres karnawału. Jutro zgodnie obrządkiem katolickim ksiądz posypie czym trzeba i przynajmniej dla tych praktykujących oficjalnie czas zabawy się skończy.

Karnawał wbrew powszechnemu mniemaniu nie przywędrował do nas z roztańczonej Brazylii, wręcz przeciwnie, to dzięki Europejczykom, gorące temperamenty Południowej Ameryki mogą mieć swoje ujście w środku zimy, podczas hucznych zabaw, bali maskowych i maskarad na ulicach słynnego Rio de Janeiro, ale także Wenecji, Portugalii czy Wysp Kanaryjskich. Etymologii nazwy doszukujemy się w łacinie, a jakżeby inaczej, carnevale oznaczało "pożegnanie z mięsem" przed okresem Wielkiego Postu bądź w określeniu carrus navalis oznaczający wóz w kształcie okrętu, który uczestniczył w pochodach na cześć bogini Izydy, a później Dionizosa. Warto dodać, że ponieważ okres ten ściśle związany był z kultem płodności i agrarnym wierzono, iż im wyższe będą skoki, tym większe plony, dlatego karnawał jest tak ściśle związany z tańcami. Możemy się także doszukać wyjaśnienia naszego słynnego "śledzika". Otóż w niektórych miastach Portugalii znany jest zwyczaj, by w ostatni dzień karnawału praktykować tzw. pogrzeb dorsza, który w nieco innej formie przywędrował do naszego kraju. Tradycyjnie na szlacheckich dworach, gdzie odbywały się bale ostatkowe, w momencie wybicia północy do sali wbiegał chłopiec ze śledziem, obwieszczając koniec karnawału. Stąd my do dziś, w tzw. ostatki zajadamy się śledzikiem.

Dlaczego dziś o śledziku? Otóż w ostatnią sobotę, absolutnie nie jadłam śledzia, ale postanowiłam uczcić wraz z rodziną koniec karnawału na polonijnym balu. Ano działo się wiele. Ponieważ to mój pierwszy tutaj taki wybryk nie wiedziałam, czego mam się specjalnie spodziewać, czy bardziej przygotować się na zabawę po polsku czy kanadyjsku, a jeśli to będzie mix to jak to będzie wyglądało. Chyba wszyscy się zgodzą, że jeśli chodzi o zabawy, bale czy inne polskie biesiady, to nie ma co ukrywać, ale Polacy bawić się potrafią. I choć czasem, poziom bywa naprawdę za niski, zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę czy to muzykę z remizy, czy pijackie bijatyki, a czasem kiepskie jedzenie, to i tak w większości przypadków biesiady jednak się udają. Nie wiem, co nasi rodacy mają takiego, czego często brak innym narodowościom, ale ogólnie nie możemy narzekać na sztywne towarzystwo czy atmosferę. Wiem, że zapewne niektórzy przypiszą to naszemu narodowemu trunkowi, ale chyba do końca wszystkiego nie zawdzięczamy naszej "czystej". Jakoś ogólnie tak jest, że im dalej na wschód Europy tym życzliwsi i weselsi ludzie. W każdym razie, choć nie jestem wielbicielką polskich wesel to każdemu czasem przydaje się takie rozprostowanie kości.

Tak oto właśnie Polonia tłumnie przybyła na tę okazję, wystrojona i zadowolona. Martwiłam się, że tego typu imprezy w Polsce nie odbywają się często z udziałem ogólnie pojętej młodzieży. W kraju raczej jest to rozrywka typowo dla dojrzałych rodziców, młodzież woli kluby, puby itp. Jednak, ku naszemu zdziwieniu tutaj przedział wiekowy może nie był na równi, ale nie brak było młodych ludzi, czy to z obowiązku czy z chęci, choć nie wyglądali na zniechęconych. Sala ustrojona, scena jest, orkiestra jest, tylko jak się potem okazało, niektóre zwyczaje przypominały moje typowe studenckie imprezy. W każdym razie, jak się usadowiliśmy w trochę "przymaławych" stolikach, niby dziesięcioosobowych, orkiestra (a jakże) zaczęła swój repertuar. I o dziwo, nikt nie czekał: niektórzy zajęli kolejkę do baru, inni jeszcze w szatani, a niektórzy, co żywo, wystartowali od razu na parkiet. Także nie musieliśmy specjalnie czekać aż impreza się rozkręci.

Niby wszystko dobrze zorganizowane. Kolejka po bloczek, potem z bloczkiem do baru. Nawet ceny bardzo przyzwoite. Nie było przepychanek ani takich tam podobnych, tylko trochę jak za czasów…, w każdym razie podchodzę z moimi rachunkami do tego barku, dostaję, co tam miałam na karteluszkach wydrukowane. Ponieważ miałam wino w menu, więc pytam, jakie jest. Białe i czerwone do wyboru, super, to poproszę białe, ale czy wytrawne czy słodkie - pani nie wie..., ale wie, że robione przez Polaków w Niagarze, w końcu wspólnie się doczytaliśmy. Biorę. Moje następne trudne pytanie, w czym mam je pić. Pani pokazuje mi plastikowy kubeczek, hmm… dawno w sumie tego nie robiłam. Na szczęście jakiś pomysłowy pan, który zobaczył moją niewyraźną minę, chciał uratować sytuację i dostałam plastikowy kieliszek i wino bez korka, z prawdziwą ulgą w sercu wróciłam do swojego stolika.

Tańce trwają, repertuar przeładowany biesiadno-weselnymi hitami, od "Białego misia" po "Coco Jambo". Parkiet szaleje. No i tak powinno być, najważniejsze są humory i atmosfera, reszta w tym momencie nie powinna mieć znaczenia. Co chwilę przy naszym stoliku pojawiał się jakiś znajomy, a to sąsiadka, a to przyjaciółka z dawnych lat, także i pogadać było z kim. Jednak trochę już zrobiliśmy się głodni, obiadu jakoś nie widać. Na stołach po suchej bułeczce z masłem dla każdego, no i tradycyjne ogóreczki, reszta dopiero nadejdzie, kiedy - nie wiadomo. Tu chyba pojawił się wkręt kanadyjski, bo polskie zabawy zawsze przepełnione są zakąskami i przed, i po głównym posiłku. Nawet przy okrojonym budżecie dla zdrowego balansu stoły nie stoją pustawe.

W końcu jednak ujrzeliśmy kelnerów z tacami dumnie wkraczających na salę, automatycznie orkiestra zrobiła przerwę i ludzie zaczęli gromadzić się przy swoich stolikach. Menu tradycyjne i bez wyboru, ale w sumie nie na jedzenie tu przyszliśmy, żeby tylko ten schabowy nie był zimny… Porcje były skrzętnie wyliczone na stolik, więc jak jakiś większy mężczyzna nie zaspokoił się jednym schabowym, to miał pecha. O dokładkach raczej niechętnie kelnerzy z nami rozmawiali, ale summa summarum sałatkę donieśli. Najciekawsze, że jeszcze dobrze nie skończyliśmy konsumować, a już stoliki były uprzątnięte i heja na parkiet orkiestra nas woła. Zabawa trwa, tłum szaleje, co by nie leciało z głośników. Po następnych dwóch godzinach, organizatorzy zdecydowali podać kawę i ciasto. Kolejna przerwa i trzeba wrócić do stolika, i skorzystać, póki znowu nie zabiorą sprzed nosa papierowych talerzyków i wyliczonych kawałeczków ciasta. Po deserze obsługa z ulgą poprzebierała się w swoje wieczorowe kreacje i włączyła się w zabawę, która niestety nie trwała już zbyt długo. Taki jakiś dziwny zwyczaj tu panuje, że imprezy kończą się o pierwszej w nocy; o ile to zabawa karnawałowa to jeszcze, ale wesela przecież także. I tu następna konfrontacja z krajem, bo jeśli czyjeś wesele w Polsce skończyłoby się o pierwszej, to chyba państwo młodzi mieliby poczucie dużego niewypału. W końcu po oczepinach dopiero naprawdę się zaczyna, jak już panna młoda pozbędzie się niewygodnej sukni. O poprawinach nie wspomnę.

W każdym razie na wpół zaspokojona około godziny pierwszej, zgodnie z tutejszym zwyczajem, zaczęliśmy się zbierać do domu. Czego by nie mówić, jednak Polacy wbrew stereotypom także potrafią się bawić jak w krajach śródziemnomorskich. Może bez maskarad, szkół samby na ulicach, ale po swojemu. W końcu tradycje karnawałowe wpisane są w naszą obyczajowość.

Byle więcej takich okazji, czasu na relaks, a szerokość geograficzna nie ma znaczenia. A jeśli chodzi o różnice, to cóż, co kraj to obyczaj…



© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com