Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
Robert Dziekański
Z TĘSKNOTY ZA ROBERTEM - Zofia Cisowski opowiada o swojej podróży do Gliwic
Agnieszka Krupak
Feb 8, 2008
 
 

Od śmierci Roberta Dziekańskiego
minęło trzy i pół miesiąca. Krzyk umierającego człowieka ucichł w uszach świata. Zofia wciąż go słyszy.



Od śmierci Roberta Dziekańskiego minęło trzy i pół miesiąca. Krzyk umierającego człowieka ucichł w uszach świata. Zofia wciąż go słyszy. W grudniu poleciała do Polski, żeby pozałatwiać wszystkie niezbędne sprawy, związane z pochówkiem, mieszkaniem syna i śledztwem prowadzonym przez gliwicką prokuraturę.

Bilet został ufundowany przez anonimowego sponsora. Bez takiej pomocy nie byłoby jej stać na długą i kosztowną podróż. Leciała z Kamloops przez Vancouver, Montreal, Frankfurt do Katowic.

- Dostałam "customer care" - mówi - to znaczy, że na każdym lotnisku miałam przydzielonego opiekuna. Taka osoba odbierała mnie z samolotu, wsadzała do następnego i chroniła przez dziennikarzami. Jestem wdzięczna za tę pomoc, bo bez wsparcia bym sobie nie poradziła.

Na katowickim lotnisku na Zofię czekał przyjaciel Roberta z żoną.

- Moja rodzina chciała odebrać mnie z lotniska, ale z Pieszyc to aż 230 km. Warunki drogowe były straszne. Poprosiłam, żeby zostali w domach. I tak miałam dojechać do nich na święta.

Na lotnisku polały się łzy. Płakali wszyscy. Przyjaciele Roberta zabrali Zofię do siebie - nie chcieli, żeby pierwszą noc w Polsce spędziła sama w pustym mieszkaniu przy ulicy Dolnych Wałów w Gliwicach.

- Pojechałam tam nazajutrz i się przeraziłam - opowiada Zofia. - Ściany wciąż zniszczone po pożarze, który wybuchł piętro wyżej. W domu brudno. Ta kobieta, z którą Robert... z którą się rozstał przed wyjazdem, mieszkała tam do grudnia. Zofia twierdzi, że schludność nigdy nie była mocną stroną tej kobiety.

- Te pierwsze momenty w mieszkaniu były najgorsze. Wszystko przypominało mi o moim dziecku. Atlasy na regałach, ubrania, bibeloty... leżały tak, jak je zostawił. Tuliłam je i płakałam, koszule, swetry, kurtki...i te wszystkie książki, których nawet nie zdążył przeczytać.

Zofia najpierw chciała oddać ubrania po Robercie potrzebującym. Ale potem zmieniła zdanie.

- Pomyślałam, że ktoś może je wyrzucić na śmietnik, jeśli nie będą pasować. Bałam się tego, nie chciałam, żeby rzeczy mojego syna walały się po śmietnikach.

W mieszkaniu jest niewielki piec. Rozpaliła ogień i wrzuciła do niego koszule, swetry i spodnie syna.

- Jego strawiły płomienie, więc to było takie symboliczne pożeganie - mówi.

Kiedy minąła pierwsza rozpacz, Zofia wzięła się za porządkowanie mieszkania. Zajęło jej to kilka dni. Trzeba było wyrzucić wszystkie niepotrzebne rzeczy, nawet meble.

Sąsiedzi pomogli wynieść z domu worki ze śmieciami. Meble rozdała.

- Ładne były, ale nie chciałam ich - mówi.

Sąsiedzi pomogli jej przetrwać te 10 dni, które spędziła w pustym mieszkaniu w Gliwicach.

- Jestem im wdzięczna za to, co dla mnie zrobili i jak się w tej trudnej sytuacji zachowali - mówi. - Nikt nie zadawał niezręcznych pytań, nie oburzał się, nie złorzeczył. Serdeczność, uściski i łzy - tak przywitali mnie ludzie z kamienicy.

LUDZIE BYLI DLA MNIE DOBRZY

Kiedy uporała się z mieszkaniem, rozpoczęła wędrówkę po urzędach. Musiała pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego i złożyć tam przetłumaczony na język polski akt zgodu syna. Potem spędziła kilka dni w administracji mieszkaniowej. Zdecydowała, że nie zrezygnuje z komunalnego mieszkania w Gliwicach, choć taki był jej pierwotny plan.

- Bo nie wiadomo, jak się życie dalej ułoży - mówi.

Musiała przepisać mieszkanie na siebie, a to wymagało wypełniania dokumentów i wędrówek po pokojach.

- Urzędnicy rozpoznawali mnie od razu. Wszyscy byli bardzo pomocni i uprzejmi. Pomagali mi wypełniać dokumenty i kierowali do odpowiednich biur. Pierwszy raz w Polsce doświadczyłam takiej serdeczności w urzędach - mówi.

Po załatwieniu formalności związanych z mieszkaniem Zofia pojechała do zakładu energetycznego i gazowni, by przepisać dokumenty na swoje nazwisko.

- Zajęło mi to parę dni, bo nie chciałam wydawać pieniędzy na taksówki, jeździłam tramwajami. Lubię tramwaje, a w Kamloops ich przecież nie ma - mówi.

Tam też rozpoznano ją natychmiast i zaoferowano pomoc. Dzięki uprzejmości urzędników zaoszczędziła wiele czasu. Mogła pojechać do Pieszyc; zbliżały się święta, a tam czekali na nią najbliżsi. Pojechała pociągiem.

- Nie zapomnę tego spotkania na dworcu. Nie wiem, czy więcej było radości, czy łez - mówi.

W Pieszycach, niewielkim miasteczku u podnóża Gór Sowich mieszkają bracia Zofii Cisowski. Tam też Robert spędził dzieciństwo. Z wujkami i ich rodzinami miał zawsze bardzo dobry kontakt, a oni kochali go jak własnego syna. - Strasznie rozpaczają, mój młodszy brat wciąż płacze. Nie mogą oswoić się z myślą, że to... wszystko odbyło się tak... i w taki sposób.

Święta, Zofia spędziła w rodzinnym gronie. Starali się nie poruszać tematu śmierci, żeby nie płakać przy dzieciach. Bracia Zofii mają gromadkę wnucząt.

- Każdemu z nich przywiozłam jakiś drobiazg, od Mikołaja - mówi. Sama dostałam album fotograficzny. Będzie na zdjęcia Roberta.

Zofia wspomina wzruszającą historię, jaka wydarzyła się w pieszyckim kościele.

- Podczas mszy podeszła do mnie kobieta i wyszeptała, że prosi mnie, żebyśmy spotkały się przed kościołem, jak msza się zakończy. Tam powiedziała: wiem, kim pani jest, poznałam panią z telewizji... I wyściskała mnie mocno. W takich momentach trudno się nie popłakać.

Jedna urna z prochami Roberta spocznie w rodzinnym grobie na pieszyckim cmentarzu. Druga zostanie z Zofią, w Kamloops.

- Musiałam załatwić z księdzem sprawy pogrzebu. Ustaliliśmy termin na maj. To ulubiony miesiąc Roberta. Kochał wiosnę. Ksiądz też mnie skojarzył: był bardzo serdeczny i wszystkie sprawy załatwiłam szybko. Potem poszliśmy pod krzyż, zapalić lampkę. Czy pani wie, że mój brat, od dnia... od października, codziennie, absolutnie codziennie, zapala znicz pod kościelnym krzyżem? To taki symboliczny grób, tam palą się lampki za tych, których groby są daleko... Ja też zapaliłam. Mam nawet zdjęcie.

TO, CO NAJCENNIEJSZE

Po świętach, w domu brata zapowiedziała się ekipa polskiej telewizji TVN. Poprosili rodzinę o pomoc przy realizacji filmu dokumentalnego na temat dzieciństwa Roberta. Pieszyce były najlepszym miejscem na takie wspomnienia.

- Filmowano miejsca, które lubił. Pojechaliśmy też razem z ekipą do leśniczówki, w której teraz jest restauracja. Tam Robert spędzał z bratem i jego rodziną wakacje. Kochał to miejsce najbardziej na świecie - mówi Zofia.

Nakręcony pod koniec grudnia film wkrótce ukaże się w polskiej telewizji. Ten refleksyjny obraz będzie wyłącznie wspomnieniem - bez elementów dramatu i rozpamiętywania tragedii, która wydarzyła się w październikową noc na lotnisku w Vancouverze.

- Po prostu opowiadaliśmy o dzieciństwie Roberta. Szłam z bratem, wspominaliśmy, oglądaliśmy miejsca, w których bywał, i rzeczy, które dotykał. A kamera była wciąż włączona. To będzie piękny film. O moim syneczku.

Nim wyjechała z Pieszyc, dostała od brata cenną pamiątkę. Podarował jej przewodnik - album geograficzny, duży zeszyt, pełen odręcznie rysowanych map, opisów i szczegółowych danych. Robert ofiarował mu go przed wyjazdem do Kanady. To była pierwsza rzecz, o jakiej mi oznajmiła po powrocie do Kamlops.

- Przywiozłam jego przewodnik geograficzny - powiedziała.

- Robert go kupił? - zapytałam.

- Nie. On go napisał.

Jurek Bałtakis, przyjaciel rodziny i społecznik polonijny w Kamloops zrobił zdjęcia albumu - przewodnika. Precyzyjnie wyrysowane mapy, szczegółowe opisy wysp, pasm górskich, jezior i oceanów. Pismo prawie kaligraficzne, dziewczęce. Okrągłe litery nie sugerują, że były pisane ręką mężczyzny.

- Robert marzył, że kiedyś wyda własny atlas geograficzny. Przypuszczam, że to był jego pierwowzór. Przygotowywał się do tego latami - mówi matka.

O pasji Roberta wiedzieli wszyscy. Prenumerował wydawnictwa geograficzne i albumy. Zbierał mapy i atlasy.

- Kosztowały majątek. Pytałam go nieraz: synku, a czy tobie starcza na życie, jak ty tyle pieniędzy wydajesz na książki? A on: starcza, mamuś, starcza, jak przyjadę do Kanady to sobie na wszystko zarobię.

KOLEJNE ŚLEDZTWO W TOKU

Zaraz po Nowym Roku Zofia wróciła do Gliwic. Przed nią było jeszcze jedno dramatyczne przeżycie - wizyta w gliwickiej prokuraturze, która wszczęła odrębne od kanadyjskiego śledztwo.

- Musiałam stawić się na zeznania dwa razy, bo za pierwszym razem, jak zaczęłam opowiadać o moim... o lotnisku, źle się poczułam i o mało nie zemdlałam - mówi.

Musiała jeszcze raz przejść przez koszmar wspomnień dnia, gdy cały dzień czekała na syna w hali przylotów. Jeszcze więcej szczegółów, kolejne bolesne wspomnienia, a po nich przepłakana noc.

- Pani prokurator pytała mnie tylko o wydarzenia z lotniska - mówi Zofia. - Pamięta pani, że ja tam spędziłam aż dziewięć godzin, czekając na moje dziecko? - pyta.

- Pamiętam, pani Zofio...

Udało mi się nawiązać kontakt z rzecznikiem prasowym Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Zapytałam go, jakie były podstawy podjęcia śledztwa w sprawie, którą zajmuje się już prokuratura kanadyjska.

- Podstawą wszczęcia śledztwa były materiały przekazane do tutejszej Prokuratury z Biura Obrotu Prawnego z Zagranicą Prokuratury Krajowej w Warszawie. Wszczęcie i prowadzenie śledztwa przez polskie organy ścigania w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Roberta Dziekańskiego za granicą, wynika z zasad polskiego kodeksu karnego. Zgodnie z tymi zasadami, wyrażonymi w artykule 110 § 1 kodeksu karnego, "ustawę karną polską stosuje się do cudzoziemca, który popełnił za granicą czyn zabroniony skierowany przeciwko interesom obywatela polskiego".

Celem każdego postępowania karnego jest wszechstronne wyjaśnienie sprawy, co wynika z artykułu 2 kodeksu postępowania karnego. Śledztwo toczy się według polskich przepisów postępowania karnego i niezależnie od postępowania prowadzonego w Kanadzie - powiedział "Gazecie" prokurator Michał Szulczyński.

ZAGRAĆ NA EMOCJACH

Kiedy Zofia wróciła do Gliwic, pod drzwiami jej mieszkania stał reporter jednej z lokalnych stacji telewizyjnych. Poprosił o wywiad.

- Byłam tam zmęczona podróżą, był już wieczór, że odmówiłam. Ale kiedy zaczął mówić o jakiejś grze komputerowej, w której została wykorzystana twarz mojego syna, zdenerwowałam się i zaprosiłam go do środka. Powiedział mi, że jakiś Kanadyjczyk stworzył grę, w której parodiuje akcję RCMP na lotnisku w Vancouverze. I że to tak naprawdę nie narusza godności Roberta.

Zofii trudno było ocenić coś, czego nie widziała. Jednak z płaczem powiedziała do kamery, że jest jej przykro, iż twarz jej zmarłego dziecka została wykorzystana do jakichkolwiek celów rozrywkowych, nawet, jeśli intencje jej twórcy były dobre.

Grę obejrzałam po przeczytaniu w polskiej prasie informacji o rzekomo zbulwersowanej nią Polonii kanadyjskiej. Wiele było w tych słowach przesady, jednak trudno oprzeć się wrażeniu niesmaku, jaki po sobie pozostawia. Gra jest filmem animowanym. Mimo, że została zamieszczona w internecie jeszcze w grudniu, media zaczęły pisać o niej dopiero po Nowym Roku. Film został zamieszczony w serwisie internetowym YouTube i pokazuje, jak postać z gry wideo zabija Roberta Dziekańskiego.

Film rozpoczyna się napisem "Policja lotniska w Vancouver". Przeciwnik bohatera, w domyśle - kanadyjskiego policjanta, to "polski imigrant" z twarzą Roberta. Kolejna plansza pokazuje terminal lotniska. Bohater filmu przechodzi przez halę przylotów, mija tablicę z rozkładem lotów i natyka się na spanikowanego mężczyznę.Wtedy pojawia się pole wyboru opcji. Bohater ma możliwość "użycia przymusu", "wezwania tłumacza" lub "bezlitosnego użycia paralizatora". Wybiera trzecią możliwość i trzykrotnie poraża Roberta, który umiera. Film jest utrzymany w konwencji popularnej przed laty gry wideo "Mega Man". Jak powiedział Jurek Bałtakis, film wygląda jak niewinna gra telewizyjna, ale dla Roberta nie była grą, tylko historią, która się skończyła tragicznie.

- Rozumiem osoby, które chcą tę historię podtrzymywać, w taki czy inny sposób. Ten sposób nie jest może najbardziej fortunny, ale przynajmniej stara się pokazać, kto ponosi odpowiedzialność za sprawę śmierci Roberta - mówi Jurek.

Zdaniem Jurka, to dobrze, że ktoś próbuje ponownie skierować uwagę opinii publicznej na tragedię w Vancouverze.

- Wszyscy jesteśmy tu, w Kamloops, bardzo poruszeni tym, jak ta sprawa się ciągnie. Że wszystkie raporty z lotniska w Vancouverze, z Canada Immigration, czy CBSA przedstawiają sprawę w bardzo korzystny sposób dla nich. Wszyscy umywają ręce, nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. W związau z tym, na pewno pojawią się tego rodzaju historie w Internecie, które będą podtrzymywać tę sprawę, bo wszyscy, którzy zaangażowali się w tę tragedię emocjonalnie, ale są naprawdę sfrustrowani - twierdzi z żalem Jurek Bałtakis.

Autorem niefortunnego żartu jest Mike Greenway z Vancouver. W wywiadzie udzielonym "National Post" powiedział, że nie zamierzał nikogo zranić, jedynie zabrać głos w sprawie używania przez policję paralizatorów.

- Ten film to parodia, która ma podkreślić niekompetencję wszystkich służb zamieszanych w tragedię na lotnisku - dodaje.

Dla Zofii jednak był to kolejny szok. Do tej pory nie może uwierzyć, że ktoś mógł wykorzystać wizerunek jej syna do zabawy.

- Nie mam żalu do tego człowieka - mówi. - Jest mi tylko po prostu przykro.

Zofia wkrótce wybiera się do Vancouveru. Musi odwiedzić zajmującego się sprawą śmierci Roberta prawnika - Waltera Kostecky‘ego i dowiedzieć się, jakie są postępy w sprawie. Miała jechać we wtorek, ale zemdlała biorąc prysznic.

- Pojechałam do szpitala, ale badania wyszły dobrze. To z nerwów - mówi. Na razie wiadomo, że śledztwo będzie długie i żmudne. - Być może to lata czekania - obawia się Zofia. Znajoma księgowa pomogła Zofii wypełnić formularze konieczne do ubiegania się o zapomogę. Zaświadczenie o niezdolności do pracy zawodowej wydał psychiatra sądowy. Przed wyjazdem do Polski kobieta próbowała podjąć pracę, ale o mało nie skończyło się to tragicznie.

- Przez lata pracowałam w banku, jako sprzątaczka. Kiedy weszłam tam, i zobaczyłam te czarne kurtki strażników, pałki i kabury, o mało nie upadłam. Zaczęłam się trząść i już nie byłam w stanie niczego zrobić. Nie mogę znieść widoku broni - wspomina.

Z TĘSKNOTY ZA ROBERTEM

Oprócz atlasu, wykonanego przez Roberta, Zofia przywiozła z Gliwic wiersze i... buty.

- Nie chciałam ich palić. To jego ulubione buty. Kowbojki. Będą stały w szafie.

Wiersze Zofia zna na pamięć. Kiedy czyta ten, który syn przysłał jej na przeprosiny, płacze.

- Narozrabiał, kiedy miał siedemnaście lat. Żałował tego do końca życia. Wie pani, jaki wiersz mi wtedy przysłał? Już mówię...

Wrzesień
1986

W dniu urodzin
Twych mamo moja droga,
przysyłam pozdrowienia
i życzenia,
które wymagają spełnienia:

I byś już nigdy z mej winy
po nocach nie płakała
Bo teraz zrozumiałem
ile tyś się nacierpiała

Żebyś mnie na porządnego
syna wychowała.
Dziękuję za miłość,
którą mnie tak
bezgranicznie otaczałaś
I za noce nieprzespane,
po których z mego
powodu płakałaś

Teraz wiem dopiero,
ileś Ty się nacierpiała
Dlatego, żeś mnie
tak mocno kochała.

A więc proszę cię mocno
Abyś mi to wybaczyła
I o wszystkim zapomniała
I na nowo pokochała

Pamiętający i zawsze
kochający syn Robert

Zofia mówi, że wieczorami czyta te wiersze, i zna je już na pamięć. Ale kiedy skończy, zaczyna je czytać od nowa. I potem jeszcze raz. I jeszcze. Z tęsknoty za Robertem.

•••

Nadal trwa akcja pomocy Zofii Cisowski.
Wpłaty przyjmuje Fundacja Charytatywna Kongresu Polonii Kanadyjskiej.
Czeki można wysyłać na adres:
Fundacja Charytatywna KPK
288 Roncesvalles Ave.,
Toronto, ON M6R 2M4
Wpłaty można odliczyć od podatku.
  




© Copyright 2003 by GAZETA Inc.
Opublikowane w Internecie za wiedzą i pozwoleniem wydawcy "Gazety"

www.gazetagazeta.com