Komentarze, opinie
Tak już chyba jest z nami, że wszyscy jesteśmy dziećmi powstania. W różny sposób, ale jednak.
Moi rodzice byli pokoleniem, które w czasie powstania było w kwiecie wieku - pobrali się jako bardzo młodzi ludzie w 1941 roku. Ich najbliżsi - rodzina, przyjaciele, w tamtych latach mieli dzieci lub przeżywali najważniejsze fragmenty swego życia. Tak się akurat złożyło, że wypadły one na czas niespokojny, tragiczny.
Ja z kolei, urodzona już sporo po wojnie, wychowałam się na powstaniu - na niekończących się opowieściach o walkach na Starówce, na Mokotowie, na piosenkach powstańczych. Wzrastałam w Warszawie, czyli tam, gdzie to wszystko miało miejsce, a na początku lat 60., czyli w czasie mojego dzieciństwa, miasto było pełne powstańczych ran - kamienic z przestrzelonymi murami, podwórek, gdzie zdarzało się zobaczyć jeszcze krzyż. Ojciec, prowadzając mnie na spacery po naszej ukochanej Warszawie, zawsze opowiadał - tu zostałem ranny, tu była barykada, tam wychodzili z kanałów ludzie, tu było dowództwo przyczółka.
Chodziliśmy 1 sierpnia na Powązki, by wraz z innymi na grobach pod brzozowymi krzyżami zapalić znicze. Moją młodziutką wyobraźnię kształtowały opowieści o dzieciach-powstańcach w za dużych hełmach, opadających im na oczy, o ślicznych sanitariuszkach, opatrujących rany młodym nieustraszonym chłopakom, o bohaterskich łączniczkach, pędzących pod obstrzałem z dzielnicy do dzielnicy z rozkazami. O walkach o każdą uliczkę, o każde skrzyżowanie, do ostatniej kuli i kropli krwi.
Dopiero potem pojawiły się te straszne obrazy wyniszczonych głodem i chorobami ludzi, zatłoczonych piwnic i tego najstraszniejszego - kanałów. W tym nie było już nic romantycznego i wzniosłego, ale za to był najprawdziwszy obraz nieludzkiej ofiary ludności miasta.
Mój syn i jego rówieśnicy także naznaczeni byli historią tamtych wydarzeń. Dzieci telewizji i kina, obejrzeli dziesiątki programów i filmów, do których komentarzami były opowieści dziadków. Poznawali oficjalną wersję, a w domach prawdziwą - o sowieckiej armii obserwującej wykrwawianie się Warszawy z drugiego brzegu Wisły, o Polakach, którzy nie słuchając zakazów dowódców, płynęli przez rzekę na pomoc swojej stolicy. Mali chłopcy bawili się na podwórkach śródmieścia w tamtych młodych powstańców, budowali barykady, wydawali rozkazy, opatrywali rannych.
Żegnając mojego Ojca na zawsze w dzień po wspaniale obchodzonej w Warszawie 60. rocznicy Powstania, na Powązkach rozświetlonych tysiącami świec, widziałam zaróżowione z przejęcia twarzyczki młodych harcerzy, dziesiątki młodych chłopców i dziewcząt wszędzie tam, gdzie czczono poległych i ich bezprzykładne bohaterstwo. Z powagą, z namaszczeniem uczestniczyli w uroczystościach, których bohaterami byli ich dziadkowie.
Powstanie jest dla nas wszystkich - i dla tych, którzy je sami przeżyli, i dla ich dzieci, wnuków i prawnuków - punktem spotkania i wspólnoty, niezależnie od wieku, doświadczeń i poglądów. Kiedy słychać syreny 1 sierpnia, zatrzymuje się ruch wszędzie - na baczność staje cała Polska. To taka nisza w naszej polskości, gdzie możemy spotkać się wszyscy, poczuć dumę i wzruszenie. I tak powinno pozostać.
Kolejne rocznice Powstania celebruje cała Polska. Takich wydarzeń już dziś nie ma. I na tym właśnie polega ich wyjątkowość i waga ich spuścizny. Za to powinniśmy być dozgonnie wdzięczni tamtym pełnym entuzjazmu chłopcom i dziewczętom, a także całej ludności Warszawy - że dzisiaj, po 66 latach, ich wielki zapał, ich bezprzykładne oddanie jest dla nas schronieniem przed miałkością i małością otaczającego nas, jakże często bezideowego, coraz bardziej bylejakiego świata.
O godzinie W, 1 sierpnia 2006 roku, w Warszawie, staną samochody i ludzie zamrą w bezruchu. Zatrzyma się pęd codziennej gonitwy i okazaże się, że 66 lat - trzy pokolenia później, coś może mieć tak wielkie znaczenie. I ma.
Coraz mniej jest dzisiaj tych, którzy wtedy przechodzili przez kanały, opatrywali rany i wynosili zabitych, biegali z dzielnicy do dzielnicy z rozkazami i meldunkami, bronili każdej bramy i muru. Coraz mniej z każdym rokiem będzie tych, którzy walczyli na barykadach Warszawy z biało-czerwonymi powstańczymi opaskami na ręku. Następne pokolenia będą już miały tylko filmy i książki. Kiedyś przyjdzie dzień taki jak niedawno miał miejsce w Kanadzie, gdy zmarł przedostatni żyjący jeszcze żołnierz kanadyjskiej armii walczącej w I wojnie światowej. My tego chyba nie dożyjemy, chociaż może... Warto jednak o tym myśleć już teraz, pielęgnując każde wspomnienie, każdą fotografię czy opowieść. Ci, którzy pozostali, nareszcie mogą poczuć radość, że ich wielki czyn jest pamiętany, doceniany, że wiedza o nim staje się coraz powszechniejsza i dociera do kolejnych pokoleń. Po latach goryczy przemilczania, zakłamywania historii - nareszcie Polska dnia dzisiejszego całą sobą czci tych, którzy polegli i tych, którzy przeżyli, mogąc opowiedzieć jak było naprawdę w oblężonej, wykrwawiającej się Warszawie.
W Muzeum Powstania, tym niezwykłym sanktuarium historii, w dniu rocznicy są co roku tłumy młodzieży. Chcą się dowiedzieć, pytają, są ciekawi. To chyba kawałek polskości, z którym są się w stanie identyfikować - tamci powstańcy byli często tak samo młodzi jak oni, a coś ich gnało na barykady, bez wątpliwości szli pod kule, mimo iż wiedzieli, że mają jedno życie, a śmierć jest też tylko jedna. A jednak... Nikt nie musiał ich zagrzewać do walki.
I to, że Powstanie trafia do młodych Polaków żyjących od pierwszego dnia swego życia w wolnej Polsce, traktujących Polskę będącą częścią Unii Europejskiej i NATO jako coś zupełnie normalnego, to, że ta historia z połowy ubiegłego wieku jest dla nich czymś fascynującym, to wielka zasługa ludzi, którzy potrafili nadać obchodom ostatnich rocznic właśnie taki charakter - nie sztucznej akademii, lecz multimedialnej rekonstrukcji tamtych klimatów, w której nieocenioną rolę odegrało Muzeum. Chwała za to jego pomysłodawcom i realizatorom.
Młodzi i ci na finiszu, z siwymi skroniami, jakoś tak potrafią się, wbrew pozorom, porozumieć i wyczuć, lepiej niż ci sami młodzi i pokolenie ich rodziców. Może więc tutaj jest wielka szansa na to, by Powstanie, ten niezwykły fragment naszej historii, zagościł w sercach pokolenia, które ma szansę podzielić się nim z innymi. To pokolenie otwarte na Europę i świat, władające językami, nie skażone polskim kompleksem, potrafiące rozmawiać jak równy z równym z innymi młodymi, którzy także może będą ciekawi czegoś, czego ich rodzice i dziadkowie nie umieli wysłuchać i przyjąć.
Jeśli do tego jeszcze zanurzy się to polskie Powstanie w szerszym humanitarnym kontekście, pokaże paralele z innymi zrywami na świecie - wtedy nasze biało-czerwone Powstanie będzie miało szansę na zawsze stać się rozdziałem historii Europy i świata, tak, jak na to zawsze zasługiwało i nadal, jak widać wyraźnie, zasługuje.
Nadzieja w młodych. Może nie umieliby tak walczyć jak ich rówieśnicy sprzed 66 lat, ale tym młodym powstańcom z 1944 roku mogą uczynić wielką przysługę, której nie potrafili uczynić ich ojcowie i dziadkowie - opowiedzieć o tym światu tak, by chciał słuchać i by zrozumiał.
© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.
Powrót na początek strony
|