|
Pamiętam rozmowę telefoniczną z red. Witoldem Lilientalem, kiedy powiedział mi z wielką radością, że leci do Katynia na uroczystości 70-lecia kaźni polskich oficerów. Wiedziałam jak ważne jest to dla niego - sieroty po jednym z zamordowanych tam brutalnie tysięcy Polaków. Cieszył się bardzo, spodziewając się jednocześnie silnych przeżyć. Potem opowiadał o tym, że wybrał uroczystość wcześniejszą, z premierem, nie z prezydentem. Kiedy poleciał, myślałam nieraz o tym, jak ważne w jego życiu jest to, co miał właśnie przeżyć. Drukowaliśmy pierwsze jego relacje, z nadesłanymi z Polski zdjęciami. W sobotę o świcie obudził mnie jego głos w słuchawce telefonu - mówił coś o katastrofie, samolocie, zabitych. Trudno było to pojąć... Od niego dowiedziałam się o tym tragicznym, przerażającym finale katyńskiej gehenny. Nie można było odgonić myśli tym co byłoby gdyby zdecydował się na sobotnie uroczystości... Potem wulkan, który uniemożliwił wzięcie udziału w pogrzebie na Wawelu wielu ważnym dostojnikom (w tym naszemu premierowi Harperowi, w którego samolocie miałam także polecieć), zatrzymał go na dodatkowe dni w Warszawie. Wzruszająca podróż, którą miał odbyć, okazała się ogromnym, podwójnie tragicznym przeżyciem, którego nigdy, przenigdy nie zapomni. Tydzień temu publikowaliśmy jego relację z uroczystości katyńskich. Dzisiaj to, co było potem.
|