Komentarze, opinie
Olimpiady... czas, kiedy ustawały konflikty, wojny, składano broń i wspólnie oddawano się najczystszemu współzawodnictwu, które nie siłą, nie przemocą decydowało, kto jest najlepszy, ale siłą woli, ludzkiego ciała i umysłu (bo sporty to daleko więcej niż tylko triumf mięśni). Niestety, na czas współczesnych olimpijskich zmagań dzisiejsi zwaśnieni nie opuszczają karabinów. Za nami 21. w historii igrzyska zimowe. Czas na parę refleksji.
Olimpiada to czas, kiedy odczuwamy naszą narodową tożsamość w sposób wyjątkowo silny. Bo cóż może się równać ze wzruszeniami, jakich doznawaliśmy, kiedy na najwyższym stopniu podium stanęła Justyna Kowalczyk, a miliardy ludzi zgromadzonych przed telewizorami na całym świecie usłyszały Mazurek Dąbrowskiego. Nie wiem, czy wiele było suchych polskich oczu w tej wspaniałej i wzniosłej chwili...
Jesteśmy Polakami, ale jesteśmy też Kanadyjczykami. Jak bardzo nimi jesteśmy odczuwaliśmy najszczególniej w ową ostatnią olimpijską niedzielę, kiedy na lodzie spotkali się wielcy sąsiedzi, przeciwnicy godni siebie - nasza Kanada i Stany. Był to mecz prawie symboliczny - za nadzieją zwycięstwa stała cała nasza kanadyjska duma, że jesteśmy lepsi od Wielkiego Brata, który bardziej znany jest od naszej klonowej Kanady na świecie, to fakt, ale w wielu dziedzinach powinien nam zazdrościć. I tu także trudno było nie odczuwać wzruszenia, kiedy po dramatycznych chwilach, jakimi była druga amerykańska bramka strzelona w ostatniej minucie i po dogrywce... udało się, wygraliśmy!!! No właśnie - MY, Kanada. W tym meczu chyba każdy z nas czuł się dumnym Kanadyjczykiem i czułby się pokonanym Kanadyjczykiem, gdyby w tej dogrywce gola strzelili Amerykanie.
Dobrze, że nie doszło do meczu Polska-Kanada o złoto... Co byłoby wtedy? Trudno przewidzieć... Byłby to pewnie największy sprawdzian tożsamości.
Olimpiada to jednak nie tylko wygrywanie, zdobywanie, pokonywanie. To także okazja do wielkich momentów zwycięstwa człowieka nad własną słabością. I dlatego dla mnie najbardziej niezwykłym momentem był występ - i brązowy medal! - kanadyjskiej łyżwiarki Joannie Rochette, która przeżywając największą tragedię straty matki, nie zrezygnowała z olimpijskiego występu, dedykując go zmarłej tuż przed jej wielkim dniem w Vancouver na zawał serca ukochanej mamie. Ileż determinacji, ileż siły i godnej najwyższego szacunku dzielności trzeba mieć, aby w chwili takiej rozpaczy potrafić zdobył się na taki czyn.
Druga bohaterka olimpiady w Vancouver to słoweńska narciarka Petra Majdić, która mimo potwornego bólu złamanych żeber i przedziurawionego płuca nie tylko nie przerwała jazdy, nie tylko dokończyła trasę, ale... także zdobyła trzecie miejsce i brązowy medal. To wielkie, wielkie zwycięstwo olimpijskiego, sportowego ducha nad własną fizyczną słabością, bólem i cierpieniem.
Obie odebrały nie tylko medale, ale wspólnie zostały wybrane jako laureatki po raz pierwszy przyznanej nagrody im. Terry'ego Foxa, symbolu niepokonanej siły woli i inspiracji dla milionów ludzi. Takąż inspiracją są obie tegoroczne olimpijki.
I może właśnie te triumfy siły życia w jakiś sposób odrobinę choć ukoiły ból po śmierci młodziutkiego saneczkarza gruzińskiego, która położyła cień nie tylko na inauguracji Olimpiady, ale na całych igrzyskach. Sport to niebezpieczny, balansujący na krawędzi śmierci, ale tym bardziej powinno się dołożyć wszelkich starać, aby tory, którymi z zawrotną prędkością 140-150 km/godz. pędzą bez możliwości realnej kontroli saneczkarze i bobsleiści były tak zabezpieczone, aby w razie podobnego, a przecież możliwego, wypadku nie musiało dojść do śmierci zawodnika.
Wiele można by jeszcze o olimpiadzie - o utyskiwaczach-negatywistach, którym wszystko się nie podobało i którzy na wszystko narzekali, o gorących sercach polskich kibiców, którzy ponoć najwspanialej kibicowali swoim - Justynie Kowalczyk, Adamowi Małyszowi, o pięknej inauguracji, kiedy bycie Kanadyjczykiem (nie tylko Polakiem) napawało mnie prawdziwą dumą, o jakże mieszanych uczuciach na widok eksponowania w uroczystościach zamknięcia olimpiady policji RCMP, symbolu Kanady zbrukanego śmiercią Roberta Dziekańskiego, który został zabity tuż obok...
Za chwilę kolejne, zawsze jednak pozostające w cieniu, igrzyska paraolimpijskie. Tu walki ze słabością, sportowego ducha zwyciężającego przeszkody, jest tyle ilu samych zawodników. Ta olimpiada to triumf ducha nad ciałem. Warto śledzić paraolimijczyków, ich sportowe zmagania w Vancouver, ale i historie ich życia, bo są prawdziwą inspiracją dla nas wszystkich - czy potrafilibyśmy tak jak oni pokonać niemoc, słabość, za wszelką cenę, mimo wszystko? Tu, tak samo jak w tej pierwszej olimpiadzie, gdzie nie wszyscy o tym pamiętają, nie chodzi o zwycięstwo, ale o to by realizować swoje marzenia, bez żadnych ograniczeń, barier, dla chwili uniesienia i triumfu. I takie są igrzyska olimpijskie - te pierwsze i te drugie. I za to chwała olimpijczykom i paraolimpijczykom!
© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.
Powrót na początek strony
|