Komentarze, opinie
Trudno sobie uzmysłowić, że to już nowe pokolenie urodziło się i dorosło. Pokolenie, dla którego rok nadziei "Solidarności" i stan wojenny są historią. Kiedy myślę o lutym 1982 roku, przypominają mi się te pełne rozterek duchowych i przygnębienia pierwsze miesiące po pamiętnym 13 grudnia. Nie byłem w Polsce i nie cierpiałem tak, jak miliony w Kraju. Ale tamte dni, kiedy wydarzenia oglądałem na ekranie telewizyjnym w Phoenix, wyryły się wyraziście w mojej pamięci. Po dwudziestu ośmiu latach chcialbym podzielić się garstką wspomnień.
Lokalne agencje teatralne doniosły, że pomimo stanu wojennego w Polsce, do Ameryki przyjechać miał zespół "Mazowsze". Na trasie występów leżało miasto Tempe. W amerykańskiej prasie polonijnej rozgorzało. Nawoływano do zbojkotowania "agentów Jaruzelskiego", jak określali artystów, a tych, którzy wybierali się na występ nazywano, "zdrajcami sprawy narodowej". Ja zasiliłem szeregi zdrajców, kupując cztery bilety i oznajmiłem w domu, że idziemy. Reakcja córki była natychmiastowa: - Widzicie? - "Mazowsze" przyjeżdża, to znaczy, że w Polsce wszystko już jest normalne. Ja nienawidzę Ameryki! Wracajmy już! - I znowu był cały wieczór płaczu.
Nazajutrz, kiedy wróciłem z pracy, zastałem zatkniętą przed wejściem do apartamentu polską flagę, spiętą szpilkami z czerwonej i białej bibułki. Na wszystkich drzwiach wewnątrz poprzyklejane były kartki z hasłami: "Protestujemy przeciwko rodzicom, którzy o własnym Narodzie nie pamiętają, myśląc tylko o amerykańskim dobrobycie", "Żądamy natychmiastowego powrotu do naszej Ojczyzny"; "Pamiętajcie, że jesteście Polakami!" i tym podobnymi.
Na występie "Mazowsza" sala jednak wypełniona była po brzegi. Przybyli licznie nie tylko zdrajcy świętej sprawy narodowej, jak ja, ale i Amerykanie. Tyle razy widziałem ten sam zespół w Warszawie, jednakże nigdy, żadnego występu nie przeżywałem tak emocjonalnie, jak wtedy. Była to cząstka tego, do czego tęskniłem. Zespół był, w moim odczuciu, cząstką Polski. Każda piosenka, każdy taniec przywoływał nostalgiczne wspomnienia, których ładunek emocjonalny w obecnej sytuacji rósł do niebosiężnych wyżyn. W drugiej połowie występu solistka zapowiedziała po angielsku kilka starych pieśni patriotycznych. Gdy chór zaintonował "Polak nie sługa, nie zna, co to pany, nie da się pojąć przemocą w kajdany", nie wytrzymałem i w trakcie piosenki zacząłem głośno klaskać. Sala podchwyciła huraganową owacją. Artyści doskonale zdawali sobie sprawę z aktualności hymnu i oczywistych skojarzeń.
Jak liczni inni tutejsi Polacy (jasne, że tacy samy zdrajcy, jak ja), poszedłem po występie za kulisy i zaprosiłem trzy osoby z zespołu. Przystały na to bardzo chętnie. Dwaj panowie i pani siedzieli do późnej nocy, opowiadając nam o wszystkim. O tej niedzieli grudniowej, jak to ludzie na ulicy dowiadywali się, co się dzieje, bo telefony były głuche; o tygodniach przygnębienia, o tym, jak starszy człowiek umarł na atak serca, bo nie było sposobu wezwania pogotowia; o tym, jak wszędzie roi się od ulotek prawdziwych i prowokatorskich i jak ludzie ponownie boją się usta otworzyć publicznie. Przygnębiające były to wieści.
Ale usłyszeliśmy też kilka aktualnych kawałów politycznych i haseł, takich jak "nie pokona orła wrona". Artyści byli takimi samymi Polakami, jak my wszyscy. Wyjechali, pozostawiając najbliższe rodziny w Kraju i też się denerwowali. Pani, śpiewaczka o ciepłym i bezpośrednim usposobieniu, tłumaczyła starszej córce, że życie w Polsce nie jest obecnie wcale takie różowe, jak to ona sobie wyobrażała i idealizowała. Że wręcz przeciwnie, czeka ją w Polsce wielkie rozczarowanie i szok po powrocie. Odwoziłem rodaków w środku nocy do hotelu, w serdecznej atmosferze wspomnień z Polski. Wracałem sam, w nijakiej, a nawet przygnębiającej atmosferze amerykańskiej teraźniejszości.
Zastanawiałem się, czy ja rzeczywiście swój Naród zdradzałem przez to, że natychmiast nie pakowałem się do powrotu? Co miałbym właściwie przez to osiągnąć? Stanąć w szeregu wraz ze zbuntowanymi i walczącymi? Romantyczne to, ale głupie. Leżałem w nocy bezsennie, usiłując sam się ze sobą porachować. Czy ja w ogóle słusznie zrobiłem wyjeżdżając z Polski? A może działałem po prostu wyłącznie z myślą o własnej wygodzie? Zapachniał mi Zachód, wspaniałe zarobki, życie dostatnie i eleganckie? Może już sprzeniewierzyłem się sam tym ideałom, które niewątpliwie miałem i które starałem się swoim dzieciom wszczepić?
Ale przecież ja jeszcze wcale nie zdecydowałem ostatecznie, że zostaję tu na stałe. Po prostu, realistycznie oceniam sytuację i czekam, co będzie dalej. Ale to, z kolei, znaczy, że jestem zwykłym asekurantem. I tak źle i tak niedobrze. Nie potrafiłem w duszy pogodzić realizmu z honorem i etyką. Pokutowały u mnie całe lata indoktrynacji przez propagandę partyjno-państwową, że miejsce Polaka jest tylko w Polsce, a kto siedzi zagranicą, jest zdrajcą. Co pomyślą o mnie koledzy?
Przypomniało mi się, jak niegdyś swojego szefa zapewniałem, że nie mam żadnego zamiaru "wybierać wolności" i że z całą pewnością wrócę, chyba żeby stał się jakiś kataklizm. Szef wiedział, że mam ewentualnie przedłużyć pobyt do roku i obiecywał, że ze swej strony oporów stawiać nie będzie. - Panie doktorze - zaczął (nigdy nie byliśmy na ty); rozumiem tylko, że jeżeli wybuchłaby wojna, to jasne, że pan nie wróci, - odpowiedział. A teraz, co jest, jak nie wojna? Moje córki Dorotka i Joasia są dziecinne. Widzą Polskę, jakiej pragną; w ich oczach wszystko tam jest cudowne, wyidealizowane. Nawet obecna sytuacja nie jest w stanie mitu tego zniszczyć. A ja? Ja przecież też kocham Polskę, w żadnym innym kraju na świecie nigdy nie będę czuć się tak, jak we własnym, ale teraz tam jest rzeczywiście wojna. A może ja używam tego określenia dla usprawiedliwienia własnego sumienia? Przewracałem się z boku na bok, oskarżając i tłumacząc, na przemian.
Dziś, po tylu latach, zastanawiam się, ile osób, które tak jak ja znalazły się wówczas na Zachodzie, przechodziło podobne wewnętrzne rozterki. Zapewne wielu pozostanie zagranicą przyszło łatwo, bez zastanawiania się, bez skrupułów.
Ja, niestety, miałem je i nie wpływały one korzystnie na moje i tak zszarpane nerwy. Nowe pokolenia będą się o tym czasie uczyć w szkole. Ale czy tak naprawdę zrozumieją?
© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.
Powrót na początek strony
|