Kiedy mieszkałem jeszcze w Polsce, dość często wracałem z krajowych delegacji samolotem. Z Katowic do Warszawy lot trwał pięćdziesiąt minut, natomiast dojazd autobusem z centrum Katowic na lotnisko Pyrzowice tyle samo. Do tego należało dodać około dwudziestu minut na odprawę i czekanie na samym lotnisku. Z sali odpraw szło się piechotą do samolotu, nawet nie czuło się jakiejś rygorystycznej kontroli. W sumie byłem w domu może o godzinę wcześniej, niż ekspresem, co pozwalało mi zdążyć na "Kobrę" czy Teatr TV. Dojazd z centrum Szczecina do lotniska w Goleniowie trwał chyba ponad godzinę. Raz za powrót samolotem nawet stałem na dywaniku. Przed wyjazdem z Warszawy usłyszałem wyraźną instrukcję od zastępcy Głównego Technologa, żebym wszystko załatwił do piątku i w sobotę stawił się w pracy (w tych czasach jeszcze pracowało się w soboty, tyle że sześć, a nie osiem godzin). Przyleciałem sobie w piątek na wieczór, wyspałem się i w sobotę o siódmej rano byłem przy swoim biurku. Rozliczyłem się z delegacji, wpisując samolot, który był tańszy o 1 zł od pospiesznego I klasy, do którego miałem prawo. Trzy dni później zostałem wezwany przed oblicze dyrektora technicznego. Machnął mi przed oczyma delegacją. "Co to ma znaczyć? Na co wy tutaj sobie pozwalacie?" "Panie dyrektorze, samolot kosztował tyle samo, co pociąg", odparłem. Ale pan, a właściwie towarzysz dyrektor, zapewne świadom równości społecznej, jaką osiągnęliśmy w Polsce Ludowej, zaczął perorować, że samoloty są dla ministrów i ważnych ludzi, a nie jakichś młodych inżynierów. "Wpiszcie na delegacji pociąg!". Kto żył w tamtych czasach w PRL, pamięta, że na druczkach delegacji trzeba było wpisywać godziny początku i końca podróży. Spokojnie odpowiedziałem dyrektorowi, że jest problem, ponieważ pospieszny ze Szczecina przybywa do Warszawy o 7:23, a ja odbiłem kartę o 6:55. Spojrzał na mnie ze złością i powiedział: "Dobrze. Żeby mi to było ostatni raz!". Tydzień później wróciłem z Krakowa samolotem, ale rozliczyłem się z pociągu.
Miałem jak na tamte czasy szczęście kilkakrotnie latać służbowo na Zachód. Kontrole paszportu na Okęciu były bardzo szczegółowe, a i bagaże wertowali celnicy, natomiast kontrola bezpieczeństwa była nijaka lub żadna. O porywaniu samolotów czytało się tylko w gazetach i to zdarzało się tylko na Bliskim Wschodzie. Dopiero po kilku próbach porwania polskich samolotów rejsowych do Berlina Zachodniego wprowadzono zaostrzenie tej kontroli. Głównym jej celem było jednak niedopuszczenie do ucieczki kogokolwiek na Zachód. Natomiast było dla wszystkich oczywiste, że pasażer z paszportem ważnym na chociażby "wszystkie kraje Europy" nie ma najmniejszych powodów, by porywać samolot, który i tak leci do portu w Europie zachodniej. Skupiano się więc na szczegółowej kontroli paszportów, przy oficjalnym przejściu granicznym i ponownie przy wyjściu z hali odlotowej do autobusu. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem służbowo Stany Zjednoczone, nie mogłem się nadziwić, że ludzie mogli swoich bliskich odprowadzać do samego wejścia do samolotu. Później, kiedy już sam w USA mieszkałem, przywykłem do tego, że każdy, zarówno odprowadzający, jak i oczekujący, mógł przejść, bez obowiązku pokazania biletu, przez kontrolę bezpieczeństwa, czyli "Security check". W listopadzie 1990 roku, kiedy przyleciała do nas z Warszawy kuzynka żony, na lotnisku Sky Harbor w Phoenix mogliśmy podejść aż pod samo wyjście z samolotu przy tzw. "gate" i tam ją powitać. Kiedy jednak odlatywała do Polski w styczniu 1991 roku, skończyła się bezpowrotnie era swobodnego poruszania się po lotnisku. Do strefy poza wykrywacz metalu mogli przechodzić wyłącznie pasażerowie z biletami i dokumentami uprawniającymi do podroży. Właśnie rozpoczęła się operacja Desert Storm i wzmożone działania w celu zabezpieczenia bezpieczeństwa lotów stały się elementem trwałym.
Od lat przywykliśmy do tego, że należy zjawić się na lotnisku do odprawy na półtorej godziny przed odlotem, a w niektórych przypadkach i dłużej. Pogodziliśmy się z tym, że trzeba przechodzić przez wykrywacze metalu i bagaż podręczny wraz z zawartością kieszeni przepuszczać przez skanery prześwietlające. Czasem nawet losowo każe się pasażerowi dać bagaż nadawany do prześwietlenia. Bo niektórzy terroryści nie mają nic przeciwko temu, by wysadzić się w powietrze wraz ładunkiem wybuchowym umieszczonym w walizce nadanej na bagaż. Ponoć, po takiej "rozrywce" oczekują innej rozrywki, już w raju, w postaci siedemdziesięciu dwóch hurys.
Tu mała dygresja. Czasem słyszę głosy rasistów, zarówno tutejszych, czyli kanadyjskich, jak i rodzimych, czyli polonijnych, że po co kontrolować porządnych ludzi, kiedy trzeba sprawdzać tylko tych o wyglądzie arabskim. Prawdą jest, że większość aktów terroru dokonali ludzie związani z Al Kajdą i że są to fanatycy islamscy. Ale są też rzesze spokojnych i niewinnych ludzi tegoż pochodzenia, którzy potrzebują podróżować i też chcą być bezpieczni. A i trafiają się terroryści pochodzenia i wyglądu europejskiego.
Po 11 września 2001 roku kontrole na lotniskach zaostrzyły się jeszcze bardziej i obecnie Stany Zjednoczone, gdzie do połowy stycznia 1991 r. można było prawie swobodnie poruszać się po wewnętrznych korytarzach i salach lotnisk, żądają od innych państw zwiększenia rygorów kontroli. A więc zdejmujemy obuwie i marynarki, czy kurtki, stoimy w wydłużających się kolejkach do kontroli. Państwa wydają swoim obywatelom paszporty biometryczne, albo z zakodowanym czipem. Ostatnio zaczęto wprowadzać urządzenie prześwietlające podróżnego, ukazujące go ponoć "jak Bozia stworzyła", co pozwala wykryć ukryte pod ubraniem niemetalowe przedmioty potencjalnie zagrażające bezpieczeństwu. Wywołało to liczne protesty. Do wydłużających się i niezbyt przyjemnych procedur na lotnisku dochodzi jeszcze taka krępująca kontrola. Ale przecież ten Nigeryjczyk, który omal nie spowodował eksplozji w samolocie przed samym Bożym Narodzeniem, przemycał środek wybuchowy właśnie pod nogawką. Przy okazji, czy ktoś wytłumaczy mi, dlaczego, ile razy mówiono, czy pisano o tym incydencie, wymieniano linię Northwest, co by się zgadzało z portem w Detroit, ale pokazywano samolot Delty? Wracając do nowych metod kontroli, ja się zgadzam na wszystko i chętnie wszystkiemu poddam za poczucie spokoju, kiedy mnie przychodzi latać. A że podróż się wydłuża? Że kontrole powodują opóźnienia? Wolę to, niż perspektywy "alternatywy".
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.