Dziennik Polonii w Kanadzie    
Strona główna | POLONIUM | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 1 stycznia, 2013
 
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 

LISTY OD CZYTELNIKÓW

Ludzie listy piszą (4)

Jan 11, 2010
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem



Poszukuję informacji o starych polonijnych zakładach fotograficznych w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. Kilka tygodni temu udało mi się uruchomić portal www.starafotografia.pl, gdzie wpisanych jest już przeszło 1200 starych zakładów fotograficznych. Osobnym rozdziałem byłyby stare polonijne zakłady fotograficzne w różnych częściach świata.

Serdecznie pozdrawiam i czekam na odpowiedź

Waldemar Bronicz
bronicz@bronicz.pl

To bardzo ciekawa strona internetowa i ciekawa inicjatywa. Jeżeli ktoś z naszych Czytelników wie o takich zakładach - może także poza Kanadą, prosimy o kontakt z p. Broniczem. Niezwykle ważne jest utrwalanie przeszłości i pielęgnowanie jej - o tym traktuje też następny list...

•••

PÓKI JESZCZE ŻYJĄ ŚWIADKOWIE…

Nasi Czytelnicy zdziwią się zapewne, że poruszam poważny temat, który, jak wszystkim wiadomo, nie jest moim forte. Wszak moim genre są lekkie felietony. Więc dlaczego nagle wspominam II wojnę światową? Po co, skoro najpotężniejsze pióra, na przestrzeni ostatnich 60 lat napisały o niej setki tysięcy dzieł? Co można jeszcze dodać? Zdałoby się, że wszystkie aspekty zostały poruszone, opisane i wyjaśnione.

Otóż właśnie, że nie wszystkie. Kiedy prawie cały świat się walił, żadne annały nie wspominały o pobycie Polaków w egzotycznych Indiach. Prawdziwej oazie spokoju, jak na tamte czasy.

Zakładam, że każdy dorosły Polak ma jakieś, choćby mgliste, pojęcie o tej strasznej wojnie. Jakieś wiadomości, głównie pochodzące z ust rodziców czy dziadków. Ale nasi krajowi rodacy nie mogą znać wszystkich faktów, gdyż nauka historii wyniesiona ze szkół PRL-u rzadko kiedy pokrywała się z prawdą.

Dzisiaj, oczywiście, wiedzą dużo więcej. Wiedzą o Katyniu. Wiedzą o niemieckich obozach koncentracyjnych. Ale ciągle za mało wiedzą o grupie Polaków, o której historia przedziwnie milczy. Czyżby się wstydziła? Chodzi o prawie milion polskich dzieci, deportowanych wraz z rodzicami w głąb ZSRS. O setkach tysięcy sierot, którym skradziono dzieciństwo. Których dziecinne oczy nigdy nie zapomną widoku, kiedy zmarłą w transporcie babcię, mamę czy siostrę, wyrzucano z bydlęcego wagonu prosto w pole. Na pożarcie wilkom. Nie zapomną rodziców, którzy pozostali na zawsze w nieoznakowanej, choćby krzyżem z dwóch patyków, nieludzkiej ziemi.

Po amnestii, w roku 1941, kiedy na południu Rosji formował się II Korpus gen. Andersa, masowo przybywali tam ocaleni Polacy. Wojsko wnet odesłano do Iraku, zaś wynędzniałe kobiety i dzieci podzielono na kilka grup i rozesłano do obozów w różnych krajach, ażeby przeczekały okres wojenny. Uratowani najpierw znaleźli się w Persji, koło Teheranu. Część wysłano do Afryki Wschodniej, głównie Ugandy i Tanganiki (Tangeru). Siedemset sierot wysłano do Nowej Zelandii.

Do Indii w pierwszym rzucie trafiło 500 sierot na zaproszenie Maharadży księstwa Navanager, który zorganizował "Polish Children’s Fund" przy pomocy innych Maharadżów. Ojciec jego przed wojną przyjaźnił się z Ignacym Paderewskim w Szwajcarii, gdzie spotykali się w Genewie w Lidze Narodów, i darzył Polaków przyjaźnią. Następnie rząd Indii, pod wpływem Brytyjczyków, zgodził się na przyjęcie do kilku tysięcy matek z dziećmi. To tam właśnie, w sanatorium w Panchgani, chwalebnie sprawdziła się jako opiekunka tych biednych, tułaczych dzieci, znana pieśniarka Hanka Ordonówna.

W Indiach dla cudem uratowanych rodzin (5000 matek z dziećmi) powstało osiedle Valivade, w księstwie Kolhapur. Osiedle finansował Rząd Polski w Londynie. Stworzono tam namiastkę polskiego miasteczka, z własną administracją, szkolnictwem, duszpasterstwem, harcerstwem. Pięć lat spędzonych w Indiach związało mieszkańców różnych osiedli nierozerwalną nicią przyjaźni, która trwa do dnia dzisiejszego. W 1990 roku zaczęli spotykać się co kilka lat w krajach swojego zamieszkania: Anglii, Polsce, Kanadzie, Australii, USA, etc., a od czasu odzyskania niepodległości, co dwa lata w Kraju.

Aby zapobiec kompletnemu zapomnieniu, w 2000 roku "Koło Polaków z Indii" wydało pracę zbiorową w języku polskim, pt: "POLACY W INDIACH 1942 - 1948 w świetle dokumentów i wspomnień". Książka oparta jest na dokumentach archiwalnych, na kronikach osiedlowych, wspomnieniach i dziennikach jej wielu autorów.

Była to żmudna, zbiorowa praca, do której przystąpiono dopiero, kiedy większość uczestników, czyli ówczesnych dzieci, przeszła na emeryturę i znalazła czas na odszukanie, przestudiowanie i skompletowanie materiałów, znalezionych w British Library, w Instytucie Sikorskiego w Londynie oraz w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Podjęli się tej pracy w nadziei, że uzupełnią kronikę tułactwa Polaków tamtych czasów.

Obecnie ukazało się angielskie wydanie tej książki, z dodatkowymi zdjęciami, końcowymi rozdziałami, pt. "The Second World War Story of POLES In INDIA 1942-1948 - based on documents and reminisces". W listopadzie br. w Londynie odbyła się promocja angielskiego wydania. Oprócz licznych prominentów, na sali było ponad 100 osób, w tym także angielskich i hinduskich przyjaciół Koła "Indian".

Kilkuminutowe urywki filmów dokumentalnych przypomniały (czy też uświadomiły) obecnym wybuch wojny, wkroczenie wojsk sowieckich do wschodniej Polski, deportacje w bydlęcych wagonach w głąb Związku Sowieckiego. Opis głodu. Mrozu. Chorób. Dopiero po ataku Niemiec na Rosję w 1941 roku, kiedy powstał II Korpus gen.Andersa, pod jego egidą udało się późniejszym autorom książki, wydostać z nieludzkiej ziemi. Poprzez Persję, Achwaz, dotarli do Indii. Filmowe urywki wyjaśniły, skąd się tam znaleźli.

Resztę wieczoru wypełniło czytanie interesujących wyjątków z książki. Udział brały także dzieci, czy nawet wnukowie oryginalnych "Indian" (jak oni siebie nazywają). Podkreślono ich stosunek do Hindusów - jakże odmienny od innych Europejczyków. Hindusi byli przyzwyczajeni do Anglików, którzy traktowali ich z góry. Polacy zaś, także biali i także Europejczycy - wprost przeciwnie. Wspominano o zaskoczeniu Hindusów, że Polacy popierali ruch o niezależność Indii. Zabawnie opisana jest wycieczka harcerska w marcu 1946, kiedy w wioskach odbywały się wiece Gandhistów. Hindusi niechętnie spoglądali na ich "blade" twarze, aż wreszcie ktoś odważniejszy krzyknął "English - go home". Reszta zebranych dołączyła. Polacy, sami cierpiący na brak wolności swej Ojczyzny, natychmiast gromko dołączyli do chóru, skandując slogan wraz z nimi. Po chwili konsternacji, nastąpiły próby tłumaczeń, w trzech językach naraz, co się właściwie dzieje.

W promocyjnej prelekcji wspomniano też wybitną Polkę Wandę Dynowską, przyjaciółkę Gandhiego; o spotkaniach z Mahatmą. O tym, że pomimo iż nie mieli wspólnego języka – jakoś potrafili się porozumiewać.

Hindusi bardzo szybko nauczyli się mówić po polsku i wykorzystywali tę umiejętność w reklamach ulicznych, zachwalając: "dzimną lemoniadę, dudźio gazu, dudźio soku, warszacki lody, krakoski lody". Nawet po wyjeździe "Indian", Hindusi, którzy pracowali w osiedlu Valivade, porozumiewali się między sobą po polsku. Szczególnie jeśli ich rodzime narzecza różniły się od siebie. W innym osiedlu dla sierot, Balachadi, gdzie później powstała szkoła wojskowa na miejscu poprzednich polskich baraków, wykładowca Anglik nie mógł zrozumieć, dlaczego lokalni Hindusi widząc Europejczyka, mówili do niego po polsku.

W czasie promocji pokazano szereg fotografii z czasów ich pobytu w Indiach, oraz późniejszych wycieczek do Indii w latach 1990. i postawienie pomnika, z napisem w trzech językach, wyrażającym Indiom wdzięczność za udostępnienie im spokojnej przystani w czasie oczekiwania na koniec wojny.

Dlatego dopóki żyją jeszcze świadkowie, "Indianie" postanowili utrwalić tę ich "indyjską przygodę", aby naświetlić tę mało znaną historię emigracji pozaeuropejskiej z czasów II wojny światowej. Głównie dla dzieci i wnuków, dla których język angielski jest bardziej zrozumiały (polski - czasem zupełnie nieznany), dla przyjaciół anglojęzycznych i dla Hindusów - przetłumaczyli książkę na język angielski. Skrócili tekst; dodali więcej fotografii.

Po promocji, wszystkie 90 egzemplarzy, które organizatorzy przywieźli ze sobą na spotkanie, rozeszły się jak te przysłowiowe "gorące bułeczki". Co świadczy niezbicie, że jest popyt na tego rodzaju ciekawe osobiste opowiadania z domieszką prawdziwej historii. Że warto podarować tę książkę rodzinie, Kanadyjczykom, przyjaciołom pochodzącym z innych kultur, no i naszym hinduskim sąsiadom…

Książka, w twardej oprawie, jest do nabycia na Internecie, w: Amazon.ca. Cenę ustalono na $35,29.

Życzę miłej, ciekawej i jakże innej lektury.

Nina Geysztor-Zawirska

•••

Szanowna Redakcjo,

Chciałabym powiedzieć, że po przeczytaniu noworocznych relacji z dokonań naszych polonijnych artystów i ich planów na rok 2010, pomyślałem sobie, że dobrze, że publikujecie takie materiały i informacje, ponieważ ludzie sami nie wiedzą jakie skarby mają dookoła. Bardzo mnie irytuje, że byle wykonawca z Polski cieszy się większym wzięciem niż ci, którzy tak ciężko i tak efektywnie tutaj pracują. Bo to nie tylko wysiłek, który w imigracyjnych warunkach jest znacznie większy, ale także wielkie talenty. Ciekawe, ilu tych przyjeżdżających (nie raz i nie dwa na zwykłe chałtury) sprawdziłoby się w warunkach pracy, jakie mają działający tutaj artyści! Sądzę, że bardzo niewielu. Pracują zawodowo w innych pracach, sami muszą zająć się organizacją swoich imprez, rozprowadzaniem biletów. Wszystko na ich głowie.

Powinniśmy być dumni, że w naszej ontaryjskiej grupie polonijnej mamy tylu zdolnych i twórczych ludzi. Ja staram się bywać na większości tutejszych rodzimych spektakli i koncertów. Nie zawsze się udaje, tym bardziej że jakoś nikt nie dba o koordynację terminów. Wychowywałem się w domu, gdzie na kulturę nie oszczędzało się i podobną zasadę stosują w swoim życiu. Mam niezłą emeryturę, a także więcej czasu na czytanie i na uczestniczenie w życiu kulturalnym.

Tam, gdzie się da - na muzyczne koncerty i wystawy - zapraszam moich przyjaciół Kanadyjczyków. Oni są pełni podziwu dla bogactwa naszej oferty kulturalnej. Mało zwykle wiedzą o Polsce z tej perspektywy. Kiedy słyszę słowa uznania - to aż mi serce rośnie!

Na koniec chciałbym pogratulować pomysłu, aby co roku przedstawiać nam dokonania i plany znanych artystów - gromadzę te podsumowania od kilku lat i nierzadko wysyłam moim przyjaciołom w Warszawie, żeby zobaczyli, kogo my tu mamy. Doceniajmy swoich ludzi kultury, bo nie wiem, czy w innych skupiskach polonii podobnej wielkości znalazłoby się aż tylu zdolnych i aktywnych ludzi.

Dziękuję za ciekawe artykuły na tematy kulturalne i recenzje z imprez - tam, gdzie nie mogę być, dzięki Wam czuję się jakbym był.

Pozdrawiam i życzę zarówno "Gazecie", jak i wszystkim przez Was opisanym Artystom wspaniałego roku 2010.

Jerzy Nowicki

To prawda, ma Pan rację - powinniśmy być bardzo dumni z osiągnięć i potencjału naszych polonijnych twórców. Docenia to zawsze ich publiczność, ale biorąc pod uwagę liczby, powinno jej być dużo więcej. Doceniają także przyjezdni goście z Polski, kiedy oglądają ich działalność i nie mogą się nadziwić.Pamiętajmy, że bez nas, widzów, nie mogą istnieć, więc chodźmy na ich koncerty, wystawy i spektakle, jak pan Nowicki.

Co do terminów - jeden taki przypadek opisuję w felietonie z cyklu "Zapiski na gorąco" pt. "Dlaczego znowu nie razem?".

•••

Droga Redakcjo,

Przeczytałem artykuł o rzeźni i o traktowaniu zwierząt. Muszę powiedzieć, że wstrząsnęły mną opisy autora. Jestem przekonana, że zwierzęta myślą i czują. Jestem psiarą od wielu lat i mam też kolejnego kota. Patrzę na ich relacje i na ich różne zachowania i nie mam najmniejszych wątpliwości, że te zwierzęta mają coś znacznie większego niż tylko instynkt. One myślą, a także na pewno mają rozbudowany system odczuć i emocji. Potrafią wyczuć i dzielić smutek i radość swego pana i jego bliskich, ba, są nawet zdolne do pocieszania strapionych.

Oczywiście psy i koty to nie to samo co świnie czy krowy, ale świnie są bardzo inteligentnymi zwierzętami. Poza tym wszystkie zwierzęta wyczuwają zagrożenie, wiedzą, kiedy się bać, kiedy nie jest bezpiecznie gdzieś wejść Jako młoda dziewczyna jeździłam na wieś do rodziny szwagra mojej mamy. Tam były wszystkie zwierzęta, jakie żyją na wsi. Fakt, że właściciele traktowali je bardzo dobrze i zaprzyjaźniali się z nimi, ale obok było drugie gospodarstwo, gdzie zwierzaki miały bardzo różne od tych warunki. Gospodarze bili je, krzyczeli na nie. I na co dzień widać było jak zupełnie inaczej one się zachowują. Konie potrafiły być agresywne, barany bodły - tak jakby te zwierzęta były znerwicowane i agresją sobie to odreagowywały. Widziałam też bicie świni i pakowanie krowy na wóz, kiedy miała jechać do rzeźni. Nie mam żadnych wątpliwości, że zwierzęta te czuły, co je czeka. Miały przerażone oczy, zachowywały się płochliwie, nie chciały iść tam, gdzie je pędzono. Czyli musiały przeczuwać jakie je czeka los. To naprawdę straszne.

Ludzie znęcający się nad zwierzętami, a jest ich przecież bardzo dużo, powinni dostawać bardzo surowe wyroki, bardzo wysokie grzywny, ale także jeszcze na przykład powinno się publicznie ich piętnować, podając ich nazwiska i adresy.

Artykuł był bardzo ciekawy i ważny dla nas wszystkich.

Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich, szczególnie dla miłośników zwierząt!!! Wasze Fotki Dnia na website "Gazety" www.gazetagazeta.com są wspaniałe!

Iwona Gadomska

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adreslisty@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

LISTY OD CZYTELNIKÓW
Z redakcyjnej skrzynki (150)
Z redakcyjnej skrzynki (141)
 Z redakcyjnej skrzynki (141)
Z redakcyjnej skrzynki (138)
Z redakcyjnej skrzynki (135)
Z redakcyjnej skrzynki (132)
Z redakcyjnej skrzynki (126)
Z redakcyjnej skrzynki (123)
Z redakcyjnej skrzynki (120)
 Z redakcyjnej skrzynki (117)