Jak co roku, zawsze w tym samym terminie, setki tysięcy, a może nawet miliony ludzi w Polsce i na świecie będą myślały tylko o jednym - jak zebrać pieniądze, aby pomóc kolejnym potrzebującym pomocy i opieki grupom pacjentów w Polsce uzyskać dostęp do najnowocześniejszej i jalże kosztownej aparatury medycznej. Dostęp do niej to dla wielu chorych odwrócenie lub chociaż opóźnienie wyroku śmierci. Czyli sprawa życia lub śmierci. Czy może być coś bardziej istotnego niż pomoc w takim dziele?
Od 18 lat Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy prowadzi bezprecedensową w skali światowej akcję - jest ona bezprecedensowa, ponieważ maa zasięg i stosuje metody nieznane żadnej innej akcji charytatywnej na świecie. W Orkiestrze "grają" ludzie od Bieguna do Bieguna, na wsi i w mieście, młodzi i starzy. Charyzmatycznemu Jurkowi Owsiakowi udało się poruszyć serca wszystkich, porwać do działania nawet tych najmniej palących się do pracy społecznej.
Wyniki akcji są imponujące - zbierane są ogromne kwoty, liczony każdy grosik, bo z grosików robią się całkiem spore sumy. Za nie kupowany jest ów bezcenny dla szpitali i ośrodków służby zdrowia sprzęt, na który jednostek tych nie byłoby stać.
Ale nie tylko sam wynik finansowy, imponujący zaiste od lat, jest tu tak bardzo istotny. Finał odbywający się w setkach, a może tysiącach społeczności polskich i polonijnych, przygotowują ochotnicy, mobilizując lokalnie ludzi dobrej woli. To jego druga wielka i zupełnie wyjątkowa cecha - ten ruch spełnia w stu procentach wymogi tego, co można by nazwać udaną inicjatywą charytatywną. Wyzwala energię i aktywizuje ludzi w różnych miejscach - to oni decydują, jak zagra ich Orkiestra, to oni muszą wszystko wymyślić, opracować, zorganizować i dopiąć na ostatni guzik. Oczywiście, przy pomocy z centrali, ale sztaby lokalne mają autonomię jeżeli chodzi o pomysły i realizację. A zatem nic narzuconego, nic z góry, a wszystko w rękach tych, którzy chcą się zaangażować.
Płaczemy nad tym, że młode pokolenie spędza godziny na ulicach, w mallach, że młodzi nie mają ideałów, że tylko gry komputerowe, imprezy, nierzadko narkotyki (ja nota bene nie zgadzam się wcale z taką diagnozą młodzieży dnia dzisiejszego - taka też bywa, ale nie uogólniałabym...). No to voila! Oto jest sposób na odciągnięcie jej od ekranów, mallów, drugów i wszystkiego innego, od czego chcemy ją odciągnąć. Jeżeli podnieca młodych ludzi pomaganie innym - cóż może być lepszego i bardziej pożądanego? A do tego wszystkiego, co roku poprzez cały proces przygotowań, młodzi dowiadują się o kolejnych grupach potrzebujących, muszą pomyśleć o tym, że są inni, którzy wymagają pomocy. Opcja udzielania tejże pomocy, pracy dla innych staje się dla nich nagle możliwością, która na pewno bez istnienia Orkiestry nie przychodziłaby im nawet do głowy.
To młodzi, ale przecież takie uwrażliwienie na potrzeby innych przydaje się nie tylko młodzieży. Iluż dorosłych żyje w swoim małym światku - rodzina, telewizor, zakupy i spać. Ich także dobrze otworzyć na innych. I tego także dokonuje Orkiestra.
Ta akcja powinna być główną akcją jednoczącą Polaków nie tylko w Polsce, ale także poza jej granicami. Od kiedy sztab Orkiestry stworzyła w Kanadzie Ania Bocheńska, coroczna impreza odbywa się w GTA (i nie tylko). Był czas, kiedy jej organizatorzy mogli korzystać z miejsca, gdzie w sposób naturalny powinna się koncentrować wszelka polonijna działalność, a szczególnie tak szlachetna w swoich celach - z Centrum Kultury im. Jana Pawła II. To polskie centrum, przez Polaków wybudowane i utrzymywane. Od paru lat jednak Orkiestra tuła się po różnych miejscach, nie mogąc otrzymać zgody na organizację swego finału w Centrum. Tym razem zamiast w polskim centrum, polska akcja o zasięgu światowym, mająca pomóc polskim dzieciom chorym na raka, odbędzie się w... obiekcie litewskim. Dziwne, prawda?
To jeszcze nie koniec. DOKŁADNIE tego samego dnia odbywa się inna polonijna impreza charytatywna, mająca za zadanie zbierać fundusze na... torontoński Sick Children's Hospital. Kiedy dostałam informację o tym koncercie, wydawało mi się, że to chyba pomyłka. Wspaniale, że polonia przyczyni się do zasilenia kasy tego jakże ważnego szpitala dziecięcego, jednej z czołowych placówek tego typu na świecie. Ale dlaczego właśnie wtedy kiedy wszyscy powinniśmy mobilizować siebie nawzajem i naszych kanadyjskich przyjaciół do wspomożenia Orkiestry i niedofinansowanych szpitali w Polsce, odbywa się tego rodzaju konkurencyjna przecież impreza. Konkurencyjna - oczywiście, bo jeśli ktoś da tu, to już nie da tam, i odwrotnie. Ludzie nie są kopalniami pieniędzy. A do tego o ile termin Orkiestry jest zawsze ten sam i nie można go zmienić, bo jest to akcja zsynchronizowana na całym świecie - o tyle każdą inną akcję charytatywną można zorganizować w jakimkolwiek dowolnym terminie. Patrząc na wykonawców pokiwałam głową - skąd kochany i dobry Wasyl Popadiuk, artysta ukraiński, może wiedzieć o Orkiestrze i jej finale? Ale Karolina Ingleton? Trudno mi było uwierzyć znając jej wrażliwość i zaangażowanie w różne akcje pomocy (choćby zeszłoroczny finał Orkiestry!), że zgodziła się wiedząc o tym zbiegu terminów. I fakt, jak poinformowała mnie dzisiaj, nic o tym nie wiedziała. Jest w ciąży (gratulujemy!), nieco na uboczu z tegoż powodu i nie miała pojęcia. Kiedy się dowiedziała, było za późno żeby się wycofać. Uważa to za bardzo niefortunny przypadek.
Jakież to polskie - zamiast razem, wspólnie, zawsze trzeba podzielić, namieszać, skłócić. Na Sick Children's Hospital dają pieniądze ludzie o grubych portfelach, płyną nań strumienie dolarów. Tego nie można powiedzieć o oddziałach onkologii borykających się z problemami finansowymi polskich szpitali. Jak można nie czuć tej różnicy?!
Dodatkowo przykro, że ów charytatywny koncert na rzecz szpitala w Toronto odbywa się nie tylko w tym samym dniu co finał Orkiestry, ale także w miejscu, w którym Orkiestra powinna grać, a nie gra - w Centrum Kultury im. Jana Pawła II...
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.