Dziennik Polonii w Kanadzie      
  GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej      

W naszej GAZECIE:
Polonium
POLONIUM
News about Poland

Ale piękny jest ten świat
Antykwariat
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
CHUDNIESZ - WYGRYWASZ ZDROWIE
Dobre rady
Europa
Film
Finanse
Fotka dnia
Historia mało znana
IMPREZY
Kabaret pod Bańką
Kanada
Komentarze, opinie
Kultura
List oceaniczny - dodatek kulturalny
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Nauka i technika
Ontario
Polonia
Polonia Przyszłości
Polska
Pomóżmy innym
Powódź 2010
Prawo
Robert Dziekański
Różności
Smoleńsk 2010
Toronto
USA
W krzywym zwierciadle
Wybory federalne 2011
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Świat

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 

 



W krzywym zwierciadle

Pan Rysio do Chin jedzie
Józef
Jan 6, 2010
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Rysio nie czytywał gazet, bo mówił, że od tego oczy się męczą i boli głowa. Jednak któregoś dnia, z nudów, wziął do ręki gazetę znalezioną w pociągu metra i przeczytał notatkę, która go zelektryzowała.


Oto prasa doniosła, że w zoo w Szanghaju od pewnego czasu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Nagle, bez żadnego widocznego powodu, przestały jeść i zrobiły się markotne wszystkie słonie, ulubieńce odwiedzających i oczko w głowie całej metropolii. Następnie, jakimś dziwnym trafem, wielkiemu aligatorowi stalowe ciężkie drzwi przycięły ogon. Gada ledwo odratowano, choć byli tacy, co chcieli go dobić, żeby się nie męczył. Potem wybuchł skandal, gdy lokalny dziennikarz opublikował w prasie zdjęcia szympansów, które zabawiały się ostrymi jak brzytwa hinduskimi maczetami. Skąd wzięły się te maczety na wybiegu szympansów, nie wiadomo. W nocy ktoś próbował się wedrzeć do klatki i chciał ukraść bengalskiego tygrysa. Miarka się przebrała, gdy jakiś śmiałek na grzbiecie najpiękniejszej i najcenniejszej pandy namalował farbą olejną dziwne znaki. Dyrekcja zoo wezwała policję i strażnicy zaczęli dzień i noc pilnowanie całego terenu.

Co tak Rysia w gazecie zainteresowało? Wcale się nie przejął losem słoni, aligatora czy pokaleczonych szympansów. W ekstazę wprawiła go za to informacja o niedźwiedziach panda. Bo Rysio, trzeba wiedzieć, od dłuższego czasu poszukiwał pandy i oczywiście w całej Kanadzie nie mógł jej nigdzie znaleźć. Jeśli o pandach w Szanghaju piszą, to one tam przecież muszą być!

Myśli o pandach nie dawały mu spokoju również w nocy. Kiedyś śniła mu się kraina, wśród mórz szmaragdowych i rzek ogromnych położona. Skośnookie dzieweczki siadają tam w letnie wieczory. Pieśni tęskne śpiewają w jakimś dziwnym tonalnym języku, przy dźwiękach bambusowych piszczałek. Na drogach wozy z obfitością plonów z pół, kosze pełne ryżu białego, żeńszenia, długich warkoczy czosnku i jabłek jak tęcza kolorowych. W innych wozach jechały bele jedwabiu i wory herbaty najprzedniejszej. Drogami zmierzają tam stada nieprzeliczone wołów, krów mlecznych, owiec, jagniąt i kaczek tłustych. W chlewikach i w zagrodach spały tłuste świnie, do nadmuchanych balonów podobne. Nieustannie rozbrzmiewa tam tupot racic, porykiwanie, kwakanie, muczenie, beczenie, chrząkanie, kwilenie i gęganie. Nad zielonymi wzgórzami bambusowymi unosiła się lekka mgiełka, w dolinach na mikroskopijnych podmokłych poletkach krzątali się niewysocy ludzie, w stożkowatych kapeluszach z ryżowej słomy. W łagodnym powiewie ciepłego wiatru kołysały się bujne bambusowe krzewy, a wśród nich uwijały się czarno-białe niedźwiadki panda... Zdają się wołać do Rysia - przyjeżdżaj tu, a przekonasz się jakie jesteśmy piękne.

Gdy tylko pandy Rysio we śnie zobaczył, momentalnie się obudził i z łóżka zerwał, jak z procy wystrzelony. Już wiedział, co zrobić należy. Rysio do Chin po pandę pojechać musi!

Chiny, kraj daleki i wielki, więc i przygotowania Rysio podjął na odpowiednio dużą skalę. Przede wszystkim Rysio się języka chińskiego postanowił nauczyć, bo wiadomo w obcym kraju najlepiej się z mieszkańcami po ichniemu porozumieć. Pozwoli to uniknąć ewentualnych kłopotów i w ogóle życie łatwiejsze będzie.

Najpierw Rysio postanowił nauczycielkę chińskiego znaleźć. Nauczycielka to koniecznie musiała być, bo kiedyś usłyszał, że kobiety są urodzonymi pedagogami. Wymowę i akcent mają lepszy. Nie chciał się na żadne kursy zapisywać, bo do szkół nie lubił od dzieciństwa chadzać. Zaczepił na ulicy jakąś skośnooką, ale okazało się, że może po chińsku to ona i mówi, ale po angielsku ani w ząb. Udał się na dalsze poszukiwania do chińskiej restauracji przy ulicy Spadina, i tam na zapleczu, przy zmywaku, wypatrzył jakąś małą śniadą, co z wyglądu mu pasowała. Podszedł do niej po zakończeniu pracy, ale okazało się, że ona z Filipin jest i po chińsku nie potrafi. Ale miała ona koleżankę, w Chinach urodzoną, która w salonie chińskiego masażu pracowała, i na pewno język ten zna.

Z koleżanką swoją zaraz Rysia umówiła, i ona od razu po chińsku zaczęła coś Rysiowi mówić. Rysio, chcąc się popisać światowym obyciem, zapytał, czy ona po mandaryńsku, czy po kantońsku tak nawija. Okazało się, że ona biegła jest tylko w mandaryńskim, a na południu Chin, tam gdzie pandy żyją, ludność po kantońsku oraz w kilkunastu innych narzeczach mówi. Często, żeby się dogadać ze swoim rodakiem, Chińczyk tłumacza potrzebuje! Chciał już Rysio z tej znajomości zrezygnować, bo nie czuł w sobie tylu sił, aby przez chińskie zawiłości lingwistyczne się przedrzeć. Ale ponieważ dziewczyna mu się spodobała, bo piękne czarne oczy miała, więc stwierdził, że ponieważ znaki graficzne wszy-stkich odmian chińskiego są takie same, to masażystka za nauczycielkę może robić.

Pierwsze lekcje nie były łatwe, bo Rysio w skośne oczy był cały czas zapatrzony i bardziej interesowała go technika i szczegóły masażu. Nie mógł się skupić i słuchać nauczycielki. A nauczycielka rozpoczęła ambitnie od wyjaśniania subtelności nagłosów, wygłosów i tonacji języka chińskiego. A gdy mu powiedziała, że w chińskim jest ponad 90 tysięcy znaków, tych wszystkich piktogramów i ideogramów, to zwątpienie Rysia ogarnęło. Po kilku lekcjach efekt był taki, że Rysiowi nauczycielka się coraz bardziej podobała, a w języku Państwa Środka potrafił powiedzieć tylko "dzień dobry". Poza tym nauczycielka okazała się mieć mocną osobowość, bo przestrzegała zasad filozofii Konfucjusza. Na przykład wierzyła, że wszystko w życiu musi być sobie podporządkowane - władca rządzi poddanymi, mąż rządzi żoną, nauczyciel rządzi uczniem. To ostatnie Rysiowi już zupełnie nie odpowiadało. Gdy nauczycielka kazała mu pędzelkiem z końskiego włosia hieroglify malować, zamiast nich na kartce papieru, narysował jak umiał, pandę wielka czarno-białą wśród bambusów, tak jak we śnie ją widział. O dziwo, nauczycielka w mig wszystko zrozumiała, bo uśmie-chnęła się szeroko i po lekcji do małej restauracyjki przy salonie masażu go zaprowadziła.
Tam kelner na stół potrawę położył, świeżym sadłem obficie skropioną, co podobno pasztetem z łap niedźwiedzich była. Rysio nie mógł się przemóc, by ten specjał spróbować. A poza tym, to Rysio się nie da nabrać, bo pasztet z niedźwiedzia brunatnego co najwyżej mógł to być i do tego jeszcze z niedźwiedzia kłusowniczo upolowanego.

Nic z pandą nie miało to wspólnego. A nawet jakby pasztet był z pandy, to Rysiowi nie o taką kulinarną pandę przecież chodziło.

Po tym zdarzeniu Rysio postanowił zakończyć naukę języka chińskiego i od razu w podróż do Chin wyruszyć. Nauczycielka, która się do Rysia już bardzo przywiązała, w przygotowaniach mu obiecała pomóc.

© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 

W krzywym zwierciadle
Rok w pigułce
Jeszcze po tej stronie
Strach
Jak ja to lubię
Kto bogatemu
Co wolno
Trzymać kciuki
Senator Drozda?
Pa Obama
Uwaga, dziecko!