Jak to w ostatnim felietonie roku, wypadałoby podsumować mijający rok. Nie będę powtarzała jednak tego, czego pełna jest dzisiejsza "Gazeta", czyli nie będę wymieniała ważnych wydarzeń, które miały miejsce w ciągu ostatnich 365 dni. Moje podsumowanie będzie miało nieco bardziej refleksyjny charakter.
Tyle myśli przychodzi mi do głowy, kiedy wraz z redakcyjnymi kolegami pracuję nad tym ostatnim w roku wydaniem "Gazety". Przygotowując od lat ukazujący się materiał, w którym znane postaci naszego życia kulturalnego dzielą się z nami swoimi sukcesami z roku 2009 i planami na rok 2010, nie przestaję odczuwać zadziwienia, jak ogromny i nieskończony jest potencjał i talenty ludzi, którzy nas otaczają. Ileż mają oryginalnych pomysłów, które potem ciężką pracą, wytrwałym wysiłkiem przekuwają w rzeczywiste działania twórcze, docierając do nas, odbiorców. To bogactwo jest ogromnym darem dla nas wszystkich, wzbogaca nasze życie i daje nadzieję na przyszłość.
Są też chwile smutne. To już kolejny rok, kiedy odszedł od nas ktoś ważny i wyjątkowy, kto tworzył i żył wśród nas. Śmierć wybitnego artysty i wyjątkowego człowieka Jerzego Kołacza ciężko jest zaakceptować z pokorą - dlaczego tak wcześnie, dlaczego właśnie on? Trudno nie zadawać sobie tych pytań. Każde odejście jest dla pozostawianych smutne, ale są takie, które pozostawiają szczególnie bolesną i niemożliwą do wypełnienia pustkę. Tak jest wtedy, kiedy odchodzi ktoś, kto dawał z siebie bardzo dużo innym, kto potrafił poruszyć serca wielu ludzi, żyjąc nie tylko dla siebie i grona najbliższych, ale w otwarciu na świat i innych ludzi. Jakże bolesna jest myśl o tym, ile mógł jeszcze dobrego zrobić, ile stworzyć, ile dać z siebie innym.
A jak ocenić należałoby nasz świat w tym mijającym roku? Czy zdał egzamin?
Z głodu dzieci nadal umierają, mimo kryzysu miliarderów nie jest mniej niż przedtem, a ubóstwo nie zmniejszyło swego zasięgu. Przechodzimy w kolejny rok XXI wieku nie mając bynajmniej załatwionych podstawowych problemów naszej planety - głodu, chorób, braku wody do picia, zagrożeń kataklizmami, ekologicznego kryzysu. Niby tacy mądrzy, tacy zaawansowani technicznie, a nadal nie umiemy poradzić sobie z tym, co świadczy o naszej kompletnej codziennej niemocy. Kłopot w tym, że za deklaracjami przywódców państw bogatszych, że los innych, mniej szczęśliwych, bardzo ich martwi i obchodzi, nie stoi nic, a na pewno nie gotowość do autentycznego działania. Świat przyzwyczaił się do głodującej Afryki. Nie jest ona żadnym zagrożeniem dla potęg tego świata. Afrykański głód, umierające na choroby i niedożywienie dzieci, czy nawet AIDS na tamtym kontynencie, nie spędzają snu z powiek możnym tego świata, ponieważ nie zapukają do ich eleganckich penthousów i rezydencji, nie zestrzelą ich samolotów, nie wysadzą w powietrze ich limuzyn. Nie ma tam ropy, więc nie opłaca się wykonywać żadnych konkretnych ruchów.
Żeby nasz świat zdał egzamin z człowieczeństwa, trzeba by poświęcić czas i środki na zmianę optyki. Trzeba by spowodować, aby ci, którzy mają moc podejmowania decyzji, potrafili spojrzeć z góry, jak astronauci patrzący z odległości statku kosmicznego na małą zawieszoną w przestrzeni kulkę, która jest domem dla kilku miliardów ludzkich istot. Istoty te należą do tego samego gatunku, mają takie same cechy biologiczne - potrzebują tlenu do oddychania, wody do picia i żywności do jedzenia, rozmnażają się tak samo, mają identyczne potrzeby emocjonalne, kierują się w sumie podobnymi zasadami społecznej organizacji - to ten sam gatunek. A to, że różnią się kolorem skóry, ubiorem, wyznawaną religią - to drobiazgi w porównaniu z tym, co mają wspólnego ze sobą.
Takie spojrzenie jest jedynym, które daje szansę na autentyczną troskę o towarzyszy tej naszej ziemskiej podróży. Niestety, nie sprzyjają mu tendencje nacjonalistyczne, szowinistyczne, religijny fanatyzm, obsesja na punkcie osiągania sukcesu mierzonego w skali bogactwa finansowego. Jeśli naszą grupę - kraj, klasę społeczną, wspólnotę religijną - uważamy za lepszą i bardziej wartościową od innych, jesteśmy o lata świetlne od postawy, która dawałaby szansę na dążenie do jednego, wspólnego świata - świata, za który wszyscy ponosimy odpowiedzialność i wobec którego mamy obowiązki.
To tak jak dobra rodzina, gdzie wszyscy troszczą się o wszystkich. Ci zdrowi i odnoszący sukcesy czują się zobowiązani do pomagania słabszym, rozumiejąc, że taki podział ról to przypadek - mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Są też rodziny dysfunkcyjne, chore - i my jako ludzkość taką właśnie niestety jesteśmy.
Spotkanie liderów dziesiątków państw w Kopenhadze dla omówienia zagrożeń wynikających z globalnego ocieplenia, było nadzieją na to, że może ludzie opamiętali się i nabrali gotowości, by wspólnie zatroszczyć się o tę naszą planetkę, której harmonię tak skutecznie zakłócili i nadal rujnują. Niestety, świat nie zdał egzaminu z myślenia nie kategoriami "tu i teraz", lecz z troską o przyszłość.
A więc nie jesteśmy jeszcze gotowi.
Takiej dojrzałej gotowości życzę naszemu światu i jego mieszkańcom w nadchodzącym roku. Będą okazje wielkich szczytów międzynarodowych, będzie olimpiada - może ona wzbudzi tego rodzaju myślenie, bo tylko w nim nadzieja. Nam, zwykłym ludziom życzę pokory i szerszego spojrzenia na to, co nas otacza, abyśmy dostrzegali nie tylko własne interesy. I abyśmy potrafili poczuć wspólnotę z innymi ludźmi - wtedy jest szansa dla tej naszej małej Ziemi, na której przyszło nam odbyć podróż zwaną życiem.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.