Robert Dziekański
Lotnisko nie czuje się winne
Małgorzata P. Bonikowska
Dec 4, 2009 |
> Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem |
|
Lotnisko Vancouver International, na którym zginął imigrant z Polski Robert Dziekański, zaprzecza jakoby ponosiło jakąkolwiek odpowiedzialność za jego śmierć. Takie stanowisko zaprezentowano w odpowiedzi na pozew w procesie cywilnym wytoczonym przez matkę Dziekańskiego Zofię Cisowską.
|
Cisowska podała do sądu policjantów RCMP, lotnisko, a także władze federalne i prowincyjne. Zofia Cisowski twierdzi, że lotnisko i jego personel dopuścili się wielu zaniedbań od kiedy jej syn wylądował w Vancouver do czasu kiedy bezskutecznie starał się znaleźć oczekującą na niego matkę. Dopiero po 10 godzinach na lotnisku Dziekański uzyskał jakąkolwiek interwencję - a było to wezwanie policji.
W swoim pozwie Cisowska podkreśla, że pracownicy lotniska nie zrobili nic, aby pomóc zagubionemu, sfrustrowanemu i wyczerpanemu podróżnemu. Gdyby pomoc przyszła wcześniej, jej syn nie zacząłby rzucać meblami i nie byłoby potrzeby wezwania policji.
Cisowska skarży, że jej syn nie otrzymał dostępu do tłumacza, a po rażeniu go taserem personel lotniska nie wezwał własnych strażaków, co spowodowało dłuższy czas oczekiwania na pomoc przez leżącego na ziemi nieprzytomnego podróżnego.
Sama Cisowska nie dostała żadnej pomocy, kiedy próbowała bez skutku dowiedzieć się, gdzie jest jej syn.
Władze lotniska zaprzeczają wszystkim tym oskarżeniom. Ich zdaniem, personel postąpił zgodnie z wyszkoleniem, rozsądkiem i dostępnymi środkami.
Jak dotąd, tylko władze lotniska złożyły odpowiedź na pozew.
Adwokat lotniska Dwight Stewart podkreślił, że mimo iż jego klient jest zdania, że procedury dostępne w tamtym czasie były wystarczające, dokonano od tamtego czasu dokładnej ich analizy.
Po śmierci Dziekańskiego dokonano wielu zmian na lotnisku, np. zapewniono łatwiejszy dostęp do tłumaczy, więcej znaków w różnych językach i liczne patrole mające identyfikować zagubionych pasażerów.
Wewnętrzny raport sporządzony w ciągu kilku miesięcy po śmierci Dziekańskiego stwierdził, że personel nie dopuścił się uchybień i działał zgodnie z instrukcjami, lecz sformułował ponad 20 zaleceń, które zostały już wprowadzone w życie.
Takie samo stanowisko zajęły władze lotniska w czasie prac komisji Braidwooda.
Sprawa wytoczona przez Zofię Cisowską jest jedną z wielu spraw powiązanych ze śmiercią Roberta Dziekańskiego w październiku 2007 roku.
Trzej policjanci pojawią się w tym tygodniu w Sądzie Apelacyjnym Kolumbii Brytyjskiej, aby zakwestionować prawo komisji Braidwooda do orzekania o tym, czy dopuścili się oni nieprawidłowości w pełnieniu obowiązków służbowych.
Firma Taser International podała do sądu sędziego Braidwooda za stwierdzenie w raporcie z pierwszej części śledztwa, iż tasery mogą zabić.
I wreszcie policjant, który użył paralizatora - konstabl Kwesi Millington podał do sądu CBC za zniesławienie.
Tymczasem policjant RCMP, dowódca czteroosobowej grupy, która doprowadziła do śmierci Roberta Dziekańskiego, został oskarżony o utrudnianie śledztwa w związku z innym przekroczeniem.
Benjamin Monty Robinson nie był na służbie, kiedy w październiku 2008 roku w miejscowości delta w Kolumbii Brytyjskiej jego samochód zderzył się z motocyklem. Wskutek wypadku śmierć poniósł 21-letni Orion Hutchinson.
Lokalna policja zarekomendowała oskarżenie sprawcy o prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwym, niebezpieczną jazdę i spowodowanie w takim stanie śmiertelnego wypadku. Prokuratura uznała jednak, że konieczne jest w takim przypadku, by udowodnić to poza wszelką wątpliwością, a tego nie dało się zrobić.
RCMP podała, że Robinson jest zawieszony w wykonywaniu obowiązków, lecz otrzymuje wynagrodzenie.
Policjant ma stanąć przed sądem 8 grudnia.
© Copyright 2003 - 2011 by www.gazetagazeta.com
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.
Powrót na początek strony
|