Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 4 lutego, 2010
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

W naszej GAZECIE:
Current news
about Poland

ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
IMPREZY
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 



Komentarze, opinie

Pierwsza komunia - widziana z ukosa
Nina Geysztor-Zawirska
Jun 12, 2009
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: GadaNina


Kilka lat temu dostałam nietypowy list. List, który ku mojemu zdziwieniu, do dzisiaj nic nie stracił na aktualności. A że poruszony w nim temat właśnie znowu "nabrał kolorów", gdyż nasi milusińscy przez ostatnich kilka tygodni masowo przystępowali do I Komunii Świętej - pomyślałam sobie, że warto by się tym listem podzielić z Czytelnikami GAZETY. Zatem przytaczam list p. Krystyny Ł., wówczas przebywającej chwilowo w Mississauga, oraz moją odpowiedź. Nie sądzę, ażebym p. Krystynie w czymkolwiek pomogła, ale może coś zdołałam jednak wyjaśnić: 
 
Synowi zawdzięczam, że Panią odkryłam. Bardzo mi się podoba Pani styl. Taki niewymuszony. U nas tak nie piszą. Pani Nino! Korzystam z tego, że powiedziano mi, że do Pani każdy może napisać, więc piszę i ja. Ażeby się komuś wyżalić. Sądząc po Pani artykułach, po sposobie pisania, myślę, że to właśnie Pani, matka i babcia, najlepiej zrozumie, o co mi chodzi.

     Przyleciałam do Kanady ażeby być obecną na Pierwszej Komunii mojej wnuczki. Oprócz walizki pełnej prezentów, przywiozłam też ze sobą coś dużo bardziej ważnego. Welon i sukienkę, w której do Pierwszej Komunii szły moja mama, ja, i dwie moje córki. Serce Jezusowe na sukni wyhaftowała własnoręcznie moja babcia, która zginęła bohaterską śmiercią w Powstaniu Warszawskim.

Myślałam, że w ten sposób zapoczątkuję i przekażę do obcego kraju tradycję rodzinną. Że sprawię rodzinie radość, że doceni. Że będzie miała powód do dumy. Że kiedyś, w przyszłości, Sandra przekaże ją swoim córkom czy wnuczkom. Tu muszę dodać, że sukienka jest śliczna. Długa, styl "empire", z surowego jedwabiu i wykończona prawdziwą walansjenką. Przez kilkadziesiąt lat była przechowywana pieczołowicie w bibułkach i staniolowym opakowaniu. Wszystko się spaliło, a sukienka ocalała. Palec Boży?

     Tymczasem synowa spojrzała na nią jednym okiem i od razu orzekła, że jest niemodna, że się nie nadaje. Co może być "niemodnego" w białej, symbolicznej przecież, szacie? I kupiła dziecku wyfiokowaną szmatę za ponad czterysta dolarów. Czy Pani potrafi sobie wyobrazić jak ja się czułam? Jak przeżywałam ten policzek? Wydaje mi się, że w ogóle zostałam tutaj zaproszona tylko po to, aby przygotować wystawne przyjęcie na 26 osób i tyle. No i opiekować się dziećmi przez okres wakacji. A tak, po za tym, to mogłoby mnie tu wcale nie być. Nikt by nie zauważył.

     Do tego wszystkiego, ja moich wnuków w ogóle nie poznaję. Jestem przerażona alarmującą zmianą w ich zachowaniu. Jeszcze tak niedawno, w Warszawie, to ja zajmowałam się dziećmi. To ja chłopców wychowywałam. Nauczyłam pacierzy. Ja kształciłam ich charaktery. Ja zajmowałam się ich manierami przy stole, ułożeniem, kulturalnym sposobem zachowania. Uczyłam skromności i grzeczności. Dużo im czytałam, dbałam i troszczyłam się o nich. Tutaj, w ciągu kilku lat, zrobili się samolubni, pyskaci, krnąbrni, niegrzeczni. Banda młodych ordynusów. O nic nie proszą, wszystkiego żądają. Słowo "proszę" - słowo nieznane! Nie figuruje w ich wokabularzu. Ani po polsku, ani po angielsku. Synowa nie reaguje, syn toleruje.

Czy Pani może mnie uświadomić czy wszędzie w Ameryce jest przyjęty taki zwyczaj "wychowywania" (tylko cudzysłów się tutaj nadaje), gdyż zdążyłam już zauważyć w innych domach, że dzieci zachowują się podobnie. Zamartwiam się przyszłością moich wnuków. Co z nich wyrośnie?
Samej św. Komunii nie będę Pani opisywać, bo pewnie wszędzie jest tutaj tak samo. Tłoczno i krzykliwie. Komunia trwa trzy godziny. Dzieci umęczone. Dorośli opryskliwi, ordynarnie kłócący się o miejsca. Flesze aparatów oślepiają. W Polsce jest to ceremonia podniosła. A tutaj? Porównania nie ma..."

     Droga Pani! Przyczyna, dla której u nas jest tak tłoczno i głośno leży w tym, że, podczas kiedy w Polsce niemalże na każdym rogu stoi kościół, w Mississauga jest tylko jeden. Jeden, jedyny polski kościół, który służy blisko 70-ciotysięcznej Polonii. I musi przyjąć na swe łono około pół tysiąca dzieci w jednym miesiącu. Odnoszę wrażenie, że Pani frustracja spowodowana jest raczej osobistymi przeżyciami, aniżeli komunią. Chociaż, przyznaję, że uczestnicząc w wielu, były chwile, kiedy też zastanawiałam się nad tym, ile jest w tym obrządku, a ile chęci "pokazania się".

A już szczególnie, kiedy wiedziałam z wszelką pewnością, że do komunii przystępuje dziecko z niewierzącej i niepraktykującej rodziny. Którego rodzice do kościoła nie chodzą, ergo - dziecka też nie prowadzą. Niemniej do św. Komunii posyłają. Po co? Co takie dziecko wie o religii, wierze i kościele? Toż to hipokryzja! Następnym paradoksem jest to, że to samo dziecko, tyle tylko, że już wyrośnięte, po kilkunastu latach przypomni sobie znowu (ale też tylko na chwilę), o istnieniu kościoła. Kiedy będzie szło do ślubu. Wtedy znowu nastąpi jednodniowa, paradna przebieranka. Mnie się w wydaje, że istnieje jakaś tajemna korelacja pomiędzy mamoną a "występem" w kościele. Albowiem w obu przypadkach, posypią się prezenty, które sowicie opłacą tych kilka godzin zmęczenia. Nie mam siebie za "babską" mantykę, jednak przyznaję, że nieraz biorąc udział w tej uroczystości, bywały chwile, kiedy twardo musiałam sobie przypominać gdzie i po co tu jestem.

Bowiem jeszcze kilka lat temu, przed kościołem konkurowały ze sobą trzy "salony": samochodowy, elektroniczny i mody. Panowie z podniesionymi maskami wisieli na swoich samochodach, wymieniali fachowe uwagi na temat silników, przechwalali się ile czyj wóz pali na 100, prześcigali w opisach jakiegoś gadżetu. Inna grupa panów zachwalała zalety swoich "camcorderów" i aparatów fotograficznych (teraz już wyłącznie cyfrowych). Ważone na dłoni, przechodziły z ręki do ręki, przykładano je do oka, porównywano, omawiano parametry.

Zaś mamusie, wystrojone na tę okazję jak modelki, dzielnie rywalizowały strojami z własnymi pociechami. Pamiętam ten rok, kiedy jedna pani zaprezentowała suknię haute couture ze znanego domu mody. Gołe ramiona, pół biustu na wierzchu i takie mini-mini, że aż strach! A kokarda, wielkości poduszki, nie pozwalała oderwać wzroku od wcale zresztą zgrabnej pupy. Przypadkowo wiedziałam skąd ten model pochodzi i że nie jest podróbką. Ta suknia kosztowała ponad $2.000. Nie chcę brzmieć jak ta ciocia-Klocia, co to siedzi i "ma za złe", lecz muszę przyznać, że pomyślałam sobie wtedy, że ktoś tej pani powinien był podszepnąć, że tego rodzaju kreacja nadaje się na wystrzałową imprezę, ale nie do kościoła. Synek tych państwa miał na sobie jedwabny, biały fraczek z długimi połami. Biedny stary-maleńki!

W ogóle odniosłam wrażenie, że te dzieci, zbite w grupkę, jakby się nie liczyły. Że odgrywają rolę rekwizytu w widowisku pt. "Wielki Szpan". Nie mniej świadome tego, że są bezustannie obfotografowywane i filmowane, krygowały się i mizdrzyły niemiłosiernie. W owym roku, dziecko moich niepraktykujących (sic!) znajomych, oprócz prezentów, zaportkowało jeszcze $1.200 "zielonych". Nieźle, jak na jeden dzień "roboty", co?

A kiedy jeszcze usłyszałam jak jedna pani chwali się drugiej, że z powodu nadmiaru pracy, wynajęła sobie katetera (?!) zajęło mi dłuższą chwilę, zanim do mnie doszło, że jej chodzi o "caterer’a" (jest to angielskie słowo określające kogoś, kto zawodowo para się sztuką kulinarną i organizuje przyjęcia w domu klienta).

     Dzisiaj niewiele się zmieniło. Niestety, nasze uszy ciągle narażone są na głośne (wbrew zakazowi księży) okrzyki w kościele: "Shirley! Odwróć głowę. Waldemar! Spojrzyj na lewo. Bernardetko! Złóż rączki. Patryku! Podnieś głowę. Wyżej. Jeszcze wyżej. Robert! Uśmiechnij się!", a nasze oczy na bezceremonialne włażenie na stopnie ołtarza, po lepsze ujęcie dzieciaka!

Czy ta denerwująca rewia mody, ten szpan, to fotografowanie (względnie nagrywanie na video) mają coś wspólnego z religią? Nie! Nie mają i nigdy nie miały. Ale zawsze tak było. I będzie. Bowiem od momentu urodzenia, poprzez chrzest, komunię, aż do dnia ślubu, te fotografie będą pamiątką kolejnych etapów życiowych dziecka. A dlaczego nie? Czy Pani nie ma fotografii ze swojej pierwszej komunii? Prawie każdy je ma. Tyle, że wtedy czasy były inne. Wartości były inne. No i komercjalizm nie zadomowił się jeszcze w kościele, tak jak dzisiaj.

Chociaż? We włoskim kościele, dwie zakonnice przy wejściu narzucają wszystkim dzieciom coś w rodzaju dużego, białego habitu i przepasują zwykłym sznurem. Dopiero wtedy wpuszczają do zakrystii. Kiedy raz zagadnęłam jedną z nich o ten zwyczaj, odparła, że w oczach Pana Boga wszystkie dzieci są równe. Jednakowo się urodziły, jednakowo zostaną przyjęte na łono Kościoła. Chodzi o to, ażeby nie było różnicy pomiędzy dziećmi biednych rodziców, których nie stać na szałowy ubiór dla dziecka, a dziećmi bogaczy, których stać na wszystko. Łącznie z białą, długą limuzyną. (Taką właśnie "limuzynową scenkę" zaliczyłam na własne oczy, ale przed naszym, polskim kościołem). W kościele wszyscy mają być równi. Po wyjściu z kościoła, jak będą świętować ten dzień - to już sprawa poszczególnej rodziny. Wnoszenie aparatów fotograficznych i kamer do kościoła, jest surowo wzbronione. Byłam zbudowana faktem, że nikt nawet nie próbował!

     To przykre, że spotkał Panią afront ze strony synowej. Ażeby docenić tradycję, trzeba się w niej wychować. Widocznie w jej rodzinie nikt o to nie zadbał. Ale proszę sobie nie psuć urlopu. Doprawdy nie opłaca się skórka za wyprawkę. Proszę zabrać sukienkę z powrotem do Warszawy. Dla pierwszej prawnuczki - będzie jak znalazł. Tam rodzina doceni tradycję. Tam będzie Pani za to wdzięczna.

     Natomiast, jeśli chodzi o Pani wnuki, zapewniam Panią, że nieprawdą jest jakoby we wszystkich domach dzieci były pępkiem świata. Że mają ostatnie słowo. Natomiast prawdą jest, że pracujący rodzice często (i niepedagogicznie) uważają, że nadmierna pobłażliwość zrekompensuje dzieciom ich wielogodzinną nieobecność w domu. Obawiają się, że stosując dyscyplinę, staną się niepopularni. Także, często-gęsto, po całodziennym dniu pracy, są po prostu zbyt zmęczeni, aby użerać się ze szczeniakami. Toteż idą po linii najmniejszego oporu. A dziecko - wiadomo: daj mu mały palec, łapie całą rękę.

Na szczęście są jeszcze wśród nas młodzi rodzice, którzy są w pełni tego świadomi, że dobre wychowanie i poprawne maniery są swoistą lokatą kapitału życiowego. Lokatą, która za kilka czy kilkanaście lat stokrotne wypłaci dywidendy. Rodzice, którzy się dzieciom nie poddają, nie myślą nawet o ich przekupywaniu.

     Lecz, opierając się na opisie (w dalszych stronach Pani listu) kilku sytuacji domowych, jest ewidentne, że Pani syn, niestety, do nich nie należy. Proszę, niech Pani nawet nie próbuje rozmawiać z nim na ten temat. Jest to temat nad wyraz drażliwy. Natychmiast stworzy kwasy, zepsuje atmosferę i zniszczy do cna resztę Pani pobytu. Jest to jego życie, jego dzieci i jego modus vivendi. Bez względu na to, co Pani o tym sądzi. Dlatego Pani MUSI, choć z oporami, ten stan rzeczy zaakceptować. Życzę Pani przyjemnego, mimo wszystko, pobytu w kraju "Klonowego Liścia". Pięknego, zdrowego lata i szczęśliwego powrotu do Warszawy.

Nina Geysztor-Zawirska

PS Tak odpisałam wtedy. Gdybym dzisiaj identyczny list dostała - nie zmieniłabym w nim ani jednego słowa.

•••

Redakcja przeprasza Autorkę i Czytelników za błąd w poprzednim felietonie pani Niny-Geysztor, gdzie nazwisko "Wieniawa-Długoszowski" (jak słusznie napisała Autorka) zostało mylnie zmienione na "Wieniawa-Długoszewski".


© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 


Komentarze, opinie
Olimpijskie lekcje
Równi, równiejsi i deklaracje
Stalin wiecznie żywy
Gdzie się kończy tolerancja?
To już historia
Prywatna publiczna sprawa
Ora et labora
Krugom lieto i lieto
Inferno
O piękno polskiej mowy