Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Wyszukiwarka | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 4 lutego, 2010
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

W naszej GAZECIE:
Current news
about Poland

ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
IMPREZY
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

 



Komentarze, opinie

O podziałach i obojętności
Witold Liliental
Jun 12, 2009
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem


Słyszy się często, jak to Polacy kłócą się, ale w chwili zagrożenia potrafią się jednoczyć. Z pewnością było tak w czasie oblężenia Warszawy w 1920 roku, kiedy Wojsko Polskie ocaliło Europę przed nawałą bolszewicką. Choć gdy tylko zagrożenie minęło, dawne podziały wróciły natychmiast. Endecja szybko zaczęła przypisywać wielkie zwycięstwo cudowi, byleby tylko zdjąć aureolę chwały z głowy prawdziwego autora zbawiennego manewru, znienawidzonego Marszałka Piłsudskiego. O głębokich podziałach późniejszych nie muszę się rozpisywać. Ich wyrazistym symbolem było zamordowanie pierwszego Prezydenta RP. Wydawałoby się, że gdy w niecałe dwadzieścia lat później noc okupacji ponownie pogrążyła kraj, naród będzie ponownie zjednoczony w obliczu grożącego wszystkim niebezpieczeństwa. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że bynajmniej tak pięknie nie było.

Po wrzawie wznieconej po artykule w "Der Spiegel", chcąc jeszcze raz dotrzeć do źródeł dotyczących czasów niemieckiej okupacji, sięgnąłem po książkę Jerzego Korczaka: "Misja ostatniej nadziei". Jest to zapis rozmów, jakie przeprowadził słynny kurier polskiego Podziemia Jan Karski przed wyjazdem z Polski oraz po dotarciu do Anglii i jeszcze później do Stanów Zjednoczonych. Książka stanowi ciekawe studium postaw ludzkich w obliczu śmiertelnego zagrożenia ze strony wroga. Jedno, co można stwierdzić z całą pewnością, to to, że wszyscy działacze Podziemia byli bohaterscy. Natomiast pod względem politycznym byli beznadziejnie podzieleni. Niby wszyscy uznawali zwierzchnictwo rządu emigracyjnego w Londynie, ale przedstawiciel każdego ugrupowania politycznego działającego w podziemiu chciał czegoś innego, często sprzecznego z życzeniami innej partii i nawet na niekorzyść tej drugiej. Istniały głębokie podziały wewnątrzpartyjne między działaczami w okupowanym kraju a ich kolegami w wolnym Londynie. Jedynie struktury wojskowe Armii Krajowej wydawały się być wolne od politycznych podziałów. Karski, którego zadaniem było dostarczenie na Zachód dowodów zbrodni hitlerowskich wobec Żydów i przekonanie do podjęcia akcji zapobiegającej dalszemu ludobójstwu, przed wyjazdem z Warszawy odwiedził Dowódcę AK, gen. Grota, delegata Rządu na Kraj, Cyryla Ratajskiego oraz przywódców różnych ugrupowań politycznych. Jedni mówili mu na drugich, prosili o doniesienie Wodzowi Naczelnemu i premierowi Sikorskiemu, że "tamci" mają zbyt wielkie wpływy w rządzie. Jeden z przywódców endecji, Jerzy Iłłakowicz, skarżył się Karskiemu, że gen. Sikorski nie docenia… "zagrożenia dla Polski ze strony masonów i Żydów". W tym samym czasie, Zofia Kossak-Szczucka, też związana ze Stronnictwem Narodowym, kierowana nauką chrześcijańską, ratowała Żydów.

Kiedy po pełnej niebezpieczeństw podroży znalazł się w Londynie, Jan Karski bardzo szybko zorientował się, że sam rząd na uchodźstwie jest nie mniej podzielony i jedni wysocy urzędnicy mówią na innych za ich plecami. Wrogość wielu wyższych oficerów w wojsku do Naczelnego Wodza kipiała. I to w chwili, kiedy w obliczu wydarzeń wojennych i politycznych jedność i wspólne działanie stawały się koniecznością.

Podziały wewnątrzpolonijne nie były jedynym, co zaskoczyło Jana Karskiego. Znacznie bardziej przygnębił go mur obojętności Aliantów na to, co dzieje się w okupowanej Polsce, a co wiele lat później nazwano holokaustem. Gdy tylko rozmowa Karskiego z którymkolwiek politykiem brytyjskim schodziła na sprawę systematycznego mordowania Żydów i prośbę, żeby świat się dowiedział i podjął kroki zapobiegawcze, rozmówca z dżentelmeńskim wdziękiem zmieniał temat, a w najlepszym razie ograniczał się do kilku tanich deklaracji o współczuciu. Gdy Jan Karski w kilka miesięcy później wysłany był z Londynu do Ameryki, łudził się nadzieją, że tam wreszcie znajdzie posłuch. Przed wyjazdem z Warszawy przysięgał przywódcom ginących Żydów, że przekaże prawdę o ich losie, a oni wierzyli, że Zachód nie pozostawi ich samych w obliczu najstraszniejszej zbrodni w historii ludzkości, jaka na polskiej ziemi, z woli niemieckiego okupanta właśnie się dokonywała. Spotkanie z amerykańskimi biskupami nie przyniosło żadnego efektu. Karski chciał poruszyć sumienia wszystkich swoich rozmówców. Biskupów interesował tylko stan katolicyzmu w okupowanej Polsce i co sądzi społeczeństwo o prymasie Hlondzie. Los ginących Żydów był im całkowicie obojętny. Amerykańscy politycy interesowali się tylko jednym: aby Polska "przestała się dąsać", nawiązała współpracę z partyzantką komunistyczną w Polsce i pogodziła się ze Stalinem, który wysuwał "w końcu naprawdę niewygórowane żądania".

Żydowski sędzia Sądu Najwyższego, Feliks Frankfurter, wysłuchawszy informacji od Karskiego odpowiedział, że "nie jest w stanie uwierzyć". Rabin Stephen Wise, który sam, dzięki raportom otrzymanym z polskiej ambasady wiedział dużo i wcześniej organizował protesty i wiece, nic nie mógł zrobić. Sumner Welles, jeden z najbardziej wpływowych ludzi Ameryki tamtych czasów, zażądał kategorycznie, by Wise zachował milczenie. Żydzi stanowili dla Aliantów, a w szczególności dla Ameryki, kłopotliwy problem … logistyczny. Wysiłek wojenny dyktował im priorytety ważniejsze. Ponadto, w ustawodawstwie USA był żelazny przepis ograniczający kwotę imigrantów i bestialskie mordowanie całego narodu nie było wystarczającym powodem, by przepis zawiesić. Gdy wreszcie Karski trafił przed oblicze prez. Roosevelta, cieszył się, że najpotężniejszy człowiek wolnego świata wysłuchał go uważnie. Ale gdy przed pożegnaniem się polski emisariusz pozwolił sobie na pytanie, co ma powiedzieć ludziom w Polsce, którzy go wysłali z misją błagania o pomoc, prezydent zaciągnął się dymem z papierosa w długiej fifce i odpowiedział, że ma przekazać, iż "w tym Białym Domu Polska ma przyjaciela". Jakiego, Polska miała się przekonać w rok później.

Polskiemu rządowi emigracyjnemu, ze wszystkimi podziałami w obliczu narastającego nacisku Aliantów na podporządkowanie się woli Stalina, nie można zarzucić żadnej winy za ten mur obojętności. Od dawna otrzymywał informacje z okupowanego kraju i rozsyłał wszędzie, gdzie się dało, apelował o pomoc dla Żydów, ale bezskutecznie.

I tu trudna refleksja. Bezsprzecznie autorzy artykułu w "Spieglu" mieli rację twierdząc, że chętni współpracownicy Niemców w różnych krajach okupowanych są współodpowiedzialni za zbrodnię holokaustu. Ale czy doskonale poinformowani politycy i prominenci, obojętni na błagania o pomoc dla ginącego narodu nie byli winni grzechu zaniechania? Czy o ich współodpowiedzialności powinna trwać zmowa milczenia?

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 


Komentarze, opinie
Histeria na temat przemocy
Witold Liliental
Olimpijskie lekcje
Równi, równiejsi i deklaracje
Stalin wiecznie żywy
Gdzie się kończy tolerancja?
To już historia
Prywatna publiczna sprawa
Ora et labora
Krugom lieto i lieto