To było wiele lat temu, kiedy byłam na studiach. Młodzi czytelnicy pewnie nie są sobie w stanie wyobrazić takich czasów, ale tak było naprawdę - w kioskach wypełnionych szaroburą "Trybuną ludu" czy "Życiem Warszawy", nie można było dostać kolorowych magazynów i czasopism zagranicznych. My jednak, jako studenci anglistyki, mieliśmy dostęp do prasy angielskojęzycznej, ze względów "językowych". A więc, szczęśliwcy, pochłanialiśmy w czytelni naszej instytutowej biblioteki "Newsweek" i "Time", mając poczucie niezwykłego, prawie grzesznego obcowania ze światem spoza żelaznej kurtyny. I w taki właśnie sposób, w tejże czytelni, po raz pierwszy zetknęłam się ze sprawą zupełnie przedtem mi nieznaną. Ten moment zapamiętałam na całe życie jako chwilę utraty naiwnej niewinności, poznania innej, mrocznej strony świata.
Było to specjalne wydanie czasopisma "Newsweek", poświęcone tematyce molestowania i wykorzystywania seksualnego dzieci. Były tam porażające wyznania ofiar, wypowiedzi psychologów i seksuologów, a także dane statystyczne. Nigdy nie zapomnę własnej reakcji całkowitego szoku, kiedy czytałam po raz pierwszy w życiu o gwałconych dzieciach, o tym, że duży procent takich gwałtów dokonywanych jest przez ojców lub innych członków najbliższej rodziny...
Nagle przed dorosłą już przecież kobietą, jaką wtedy byłam, otworzyła się zupełnie nieznana sfera życia. Zasłyszane czy przeczytane gdzieś w literaturze, bardziej zasugerowane niż opisane, historie o grzesznych związkach kazirodczych, tutaj nagle ukazały się we wszystkich swoich przerażających odmianach. Opisano i liczbowo ukazano świat, którego istnienia nawet nie podejrzewałam...
Jestem teraz ponad dwa razy starsza niż wtedy. Kiedy pomyślę, ile takich nieznanych, i całkowicie nieoczekiwanych, światów przyszło mi odkryć przez te lata, aż trudno uwierzyć.
Te ostatnie lata to czas wymiatania spod różnych dywanów skrywanych przez wieki mrocznych tajemnic. Czas dawania w ręce ofiarom oręża, pozwalającego im na ujawnienie prawdy, na obronę, na domaganie się zadośćuczynienia i pomocy.
Wyszła na jaw przerażająca prawda o tzw. residential schools - szkołach z internatami dla dzieci Indian, gdzie prowadzono wobec nich bezwzględną i brutalną politykę wynaradawiania, odzierania z poczucia ludzkiej godności, odbierania im języka, kultury, wiary, przez znęcanie się nad nimi - fizyczne, psychiczne, seksualne. Czy dziwne jest, że ludzie ci często kończyli na ulicy, zagłuszając wspomnienia z dzieciństwa i młodości alkoholem i narkotykami, nie potrafiąc sprawować roli wychowawców kolejnych pokoleń, zgodnie z powszechnie znaną psychologiczną prawidłowością, że katowani stają się często katami?
Wyszła i wychodzi na jaw prawda o dzieciach i młodych ludziach, wykorzystywanych seksualnie przez swoich pasterzy - duchownych. Tu nie pamiętam pierwszego razu, kiedy usłyszałam o podobnym przypadku, ale do dzisiaj każda taka ujawniana ludzka tragedia wzbudza szczególny bunt. To chyba najstraszniejsza z owych prawd, które przyszło nam poznać w ostatnich latach.
Właśnie po 9 latach prac rządowa Komisji ds. Przemocy wobec Dzieci w Irlandii wydała liczący 2600 stron raport, który stwierdza, że 14,5 tysiąca dzieci było bitych i gwałconych w placówkach prowadzonych w Irlandii przez Kościół katolicki od lat 30. XX w. do lat 90. Według raportu molestowanie seksualne i gwałty były powszechne w instytucjach dla chłopców, a przedstawiciele Kościoła zachęcali do karania poprzez bicie i wielokrotnie chronili pedofilów przed aresztowaniem.
Niewiele jest relacji międzyludzkich takich jak związek między księdzem a wiernymi. Ci ostatni widzą w swoim pasterzu model do naśladowania, źródło wskazówek i rad, kogoś kto przez swoją szczególną rolę jest autorytetem, kompasem, drogowskazem. To ten, któremu powierzają swoje najbardziej intymne i wstydliwe tajemnice w czasie spowiedzi, to ten, który ma być ich przewodnikiem duchowym. Tak przynajmniej powinno być.
Dla ludzi wierzących, jest to relacja zależności silniejsza niż jakakolwiek inna. Dla młodych ludzi, ta zależność jest wielokrotnie mocniejsza.
Duchowny to nie byle zawód. Kiedyś pewien poznany prywatnie ksiądz, starając się usprawiedliwić swoje "słabości" (do kieliszka i pięknych pań), tłumaczył mi, że to taka sama praca jak każda inna. Otóż nie, nie sądzę. Skoro tak to widział, jasne było, że nie jest kapłanem z powołania. I nie był - bo już nim nie jest. Ksiądz to nie zawód, to powołanie, potrzeba duchowa, misja. To ktoś kto wyrasta ponad zwykłych ludzi, dostąpiwszy łaski owego pośredniczenia między zwykłym, grzesznym człowiekiem a Bogiem. Tak chyba powinno być.
Nie jest to droga łatwa, ale wstępując na nią, każdy przyszły pasterz wie, co go czeka. Bywa, że trudności przerastają oczekiwania. Ale wtedy można odejść.
Nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia dla ujawnianych obecnie przerażających historii molestowania i wykorzystywania przez osoby duchowne dzieci czy młodych ludzi, skazywania ich na życie pełne bólu i ran, które są trudne, a może nawet niemożliwe do wyleczenia. Jak po takich doświadczeniach ofiary mają iść przez życie, jak wchodzić w związki, jak budować rodziny? Jak ufać drugiemu człowiekowi i wierzyć, że są jakiekolwiek świętości?
Równie przerażające jak same przypadki takich niegodziwych czynów są reakcje na nie ze strony samej instytucji Kościoła - próby ukrycia, zatuszowania. Przenoszenie winnych z miejsca na miejsce, niereagowanie na skargi i rozpaczliwe prośby ofiar o pomoc. A przecież zło dokonane w każdym z takich przypadków jest jednoznaczne. Po czyjej stronie powinno się stanąć - kata czy ofiary?
Kilka lat temu, po ujawnieniu skandalu w ontaryjskim London - przeszłości księdza, który zmarł w więzieniu, tamtejsze władze kościelne zorganizowały spotkanie z ofiarami jego przemocy. Na tym spotkaniu obecność wszystkich księży była obowiązkowa. Być może po raz pierwszy usłyszeli wtedy od dorosłych dzisiaj kobiet, jak ich życie zostało zniszczone przez owe duchy przeszłości. To znakomita lekcja i wspaniały pomysł, wart powielenia w innych miejscach.
Nie wolno ukrywać prawdy, bo jest to kolejnym gwałtem zadanym ofiarom. Po tym, co je spotkało, nie wolno poddawać ich kolejnym upokorzeniom. O tych bolesnych sprawach trzeba mówić. Kościół powinien oczyścić swoje szeregi z ludzi, którzy nie zasłużyli, by mienić się duchownymi. A jego reakcja na takie sytuacje to - trudny, to prawda - egzamin. Jak każdy egzamin - albo się go zda, albo nie. Domaganie się stanięcia murem po stronie poszkodowanych, z otwartą przyłbicą, nie jest atakiem, ale dopominaniem się o odbudowanie tego, co zostało poważnie uszkodzone.
Ci, którzy wiedzieli i ukrywali, są winni nie tylko wobec samych ofiar, ale także wobec wiernych, którzy im ufali. Są winni temu, że zawiedli zaufanie do siebie, do Kościoła. Nie stanęli po stronie słabego i pokrzywdzonego, co jest obowiązkiem każdego chrześcijanina, a już szczególnie duchownego. Są za to odpowiedzialni nie tylko wobec swoich zwierzchników, ale wobec wszystkich wiernych. A zatem nie jest to sprawa wewnętrzna, jak niektórzy chcą ją przedstawiać - jest to sprawa jak najbardziej publiczna i jako taka powinna być potraktowana i odpowiednio rozwiązana.
To dobrze, że takie i inne podobne sprawy są dzisiaj, szczególnie przez wszechobecność Internetu, znane nie tylko osobom dorosłym, ale i młodym, dorastającym ludziom, a nawet dzieciom. To dobrze, bo nie są one już bezbronne i wiedzą, że nikt nie ma prawa deptać ich godności. Wiedzą, że gdyby się tak jednak stało, mogą przyjść po pomoc, a nie cierpieć w poczuciu winy i wstydu.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.