W krzywym zwierciadle
Jest luty czyli sam środek zimy. Zima to cudowny czas: przepiękne śnieżne krajobrazy, ażurowy szron na drzewach, wysokie, roziskrzone niebo, świąteczne dzwoneczki, kolorowe szale na dziewczęcych szyjach...
Jedyną wadą tej wspaniałej pory roku jest to, że nie skończy się aż do wiosny.
Czyli przed nami jeszcze dobre parę tygodni noszenia na sobie 10 kilogramów odzieży zimowej, chuchania na palce odmrożone przy wpychaniu monet do taksometru, masowania ramion, umęczonych ciągłym wywijaniem szuflą do śniegu. Przygnębieni tą perspektywą zaczynamy analizować swoje dotychczasowe życie, usiłując pojąć, za jakie grzechy los pokarał nas sześciomiesięczną zimą. A może czas właśnie nadszedł na zryw jakiś, czyn impulsywny, spontaniczną decyzję, która pchnie nasze życie na nowe tory i nową nada mu jakość? Może powinniśmy na przykład porzucić rodzinę i pracę zarobkową, aby pognać przed siebie na południe i gnać tak daleko, na ile pozwolą nam nasze karty kredytowe...? A potem, osiągnąwszy spokój ducha zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, zostać gwiazdą tańca brzucha w Meksyku, połykaczem ognia na Florydzie albo transseksualnym barmanem na Jukatanie...
Żeby pokonać ten środkowozimowy kryzys, który przechodzi aktualnie 1,9 mln Monrealczyków, i dotrwać jakoś do końca tej upiornej zimy, rozważcie, drodzy Państwo, trzy proste strategie ratunku, każda oparta na sprawdzonym już w Quebeku modelu.
Nr 1: na misia, czyli cieszymy się zimą bez względu na wszystko. Zaciskamy zęby i z bolesnym uśmiechem uprawiamy narciarstwo, łyżwiarstwo, wskakujemy na snowboard lub tobogan albo urządzamy radosny piknik pod krzyżem na Górze Montrealskiej. W porywach panakmicicowym wzorem lejemy na siebie kubły lodowatej, studziennej wody oraz nacieramy śniegiem, co bardzo ponoć poprawia krążenie i ogólne samopoczucie, a nawet w ślad za członkami bałtyckiego klubu Morsów zażywamy kąpieli w odkrytych zbiornikach wodnych.
Doskonałą zaprawą może być zimowe barbecue na naszym balkonie. W tym celu należy tylko oskrobać z grubsza sam balkon oraz rożen ze śniegu i lodu, odmrozić sprzęt z pomocą suszarki do włosów, przywrócić grill do stanu letniej świetności oraz po zmianie rękawic na rękawiczki wzniecić płomień. Jeżeli nawet nie uda nam się doprowadzić do powstania hamburgera, zawsze możemy spożyć befsztyk tatarski.
Nr 2: na kreta, czyli zima swoje, a my swoje. Możemy od listopada do kwietnia nie wciągnąć do płuc nawet jednego haustu zimowego, ożywczego powietrza, jeśli wsiądziemy do samochodu w naszym zacisznym garażu i przemieścimy się do innego podziemnego garażu, skąd ruchome schody przetransportują nas do licznych sklepów, magazynów i galerii, księgarni i kin.
W międzyczasie tych peregrynacji wzmacniamy nadwątlony organizm w dowolnie wybranej restauracji, fast-foodzie czy bistrze, bez wyściubiania nosa na zewnątrz zaliczamy również koncert w Places des Arts jako pokarm dla duszy i ubawieni po pachy opuszczamy podziemny garaż aby, wesoło podśpiewując pod nosem, wkrótce znaleźć się znowu we własnym garażu, połączonym z przedpokojem, skąd tanecznym krokiem udajemy się do sypialni na zasłużony odpoczynek.
Nr 3: na sójkę, czyli całą zimę snujemy plany ucieczki przed nią. Ślęczymy nad przewodnikami turystycznymi, wielokrotnie dzwonimy do Dodka Piltza w House of Travel, wertujemy Expedie, by znaleźć wycieczkę za 300 dolarów gdziekolwiek. Wreszcie, zniechęceni, jednym desperackim ruchem przesuwamy termostat z 18 na 35 stopni Celsjusza, wskakujemy w sandały, kostium plażowy, szorty lub hawajską koszulę i słuchając lambady zajadamy gazpaczo, popijając mrożonym daiquiri i narzekając nieustannie na upał.
Zresztą każdy sposób jest dobry, jeśli tylko poprawi nam samopoczucie, ulży duszy i doda ufności naszym drżącym, zziębniętym sercom. Pamiętam, że w ubiegłym roku promykiem nadziei objawiło mi się zdjęcie, w "The Gazette" z dnia 14 lutego, na którym rosły czarny chłopak przedziera się rowerem wśród śnieżnej zawieruchy, wyraźnie starając się ochronić trzymane w lewym ręku, owinięte w celofan róże... No tak, Walentynki! Właśnie w środku zimy nagle zewsząd otaczają nas czerwone serduszka, łagodząc surowość lutego chociaż na jeden dzień!
W dzień Walentynek, święta zakochanych, miliony kart z deklaracjami gorących uczuć obiegły świat, co czyni ten dzień najbardziej dochodowym dla producentów kart, zaraz po Bożym Narodzeniu. Zresztą nie tylko kart: miłość jest podstawowym pokarmem dla filmowców, pisarzy, paparazzich i copywriterów, jest ulubionym zerem popularnych mediów, zajmują się nią zastępy specjalistów - od psychoanalityków i ginekologów po producentów afrodyzjaków i przepowiadaczy przyszłości, miłość trafia do papieskich encyklik, serwisów informacyjnych, na posiedzenia parlamentów, do sal wykładowych i lekcyjnych. Miłość stała się niezwykle atrakcyjnym towarem w świecie, w którym wszystko już chyba zostało odarte z tajemnicy, przyciąga więc widzów i pieniądze.
W wyniku tych wielostronnych oddziaływań nawet mężczyźni zaczęli już się orientować, jak powinna wyglądać romantyczna miłość, a więc: uczucie rodzące się od pierwszego wejrzenia, szaleństwo kochanków, ignorowanie świata zewnętrznego, idealizowanie obiektu namiętności, randki, komplementy, kolacje przy świecach, a wszystko to w dekoracjach zbudowanych z księżycowych nocy, treli słowików i bukietów róż, oczywiście pąsowych... My, kobiety to wszystko wiemy instynktownie, bo przecież jesteśmy romantyczne z natury. Dlatego zawsze oglądamy filmy pornograficzne w całości, oczekując, że na końcu może jednak będzie ślub...
A mężczyznom trzeba czasami podpowiadać: pewna dziewczyna spotykała się ze swoim chłopakiem pięć lat, a ten niemota wciąż się nie oświadczał. Kiedyś zamawiali chińszczyznę na kolacje i on pyta: jaki ryż wolisz, gotowany czy prażony? A panna sprytnie: rzucany!
I tak, wzmocnieni psychicznie i emocjonalnie świętem zakochanych, w feerii czerwonych serduszek, stawiamy czoła ostatnim zimowym miesiącom: popatrzmy na drugą część zimy jak na nową kochankę, z którą już się sypia, ale wypłaty jeszcze nie daje.
© Copyright 2003 - 2010 by www.gazetagazeta.com
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.
Powrót na początek strony
|