Często zadaję sobie pytanie: dlaczego Polacy, ludzie na ogół światowi, kulturalni i myślący - tak bardzo obawiają się słowa "testament"? Dlaczego, gdy pytam czy już mają, bledną, zmieniają temat, lub w popłochu kończą rozmowę i zmykają. Tak jakby się obawiali, że dzisiaj spisany testament już jutro zamieni się w nekrolog. Owszem, są ludzie, którzy cierpią na tanatofobię (paniczny lęk przed śmiercią) do tego stopnia, że żyć normalnie nie potrafią. Aliści jest to choroba i ludzie ci stanowią wyjątek. Reszta nas żyje sobie spokojniutko, wesolutko i nie histeryzuje. I tak wszyscy umrzemy. Śmierć jest wkalkulowana w życie. Ucieczki od niej nie ma. Moi przyjaciele do panikarzy nie należą. A jednak oni też, zapytani czy spisali już testament, pytają czy ja się aby z choinki nie urwałam. I, jak jeden mąż, twierdzą zgodnym chórkiem: na co nam testament? I tak żona/mąż/dzieci/rodzice (niewłaściwe – skreślić) wszystko odziedziczą. Zresztą, my prawie nic nie mamy.
Naprawdę? - pytam z udanym zdziwieniem. I rozpoczynam "wyliczankę". Dzisiaj blisko 70% rodaków w Kanadzie mieszka już we własnym domu. Niespłaconym. To prawda. Ale ile wpłacili zaliczki (downpayment) przy zakupie i ile rat hipotecznych od tego czasu uiścili? Toż to poważny kapitał! A ten samochód (lub dwa) to co? Hulajnoga? Nawet, jeśli też niekompletnie spłacony, to ile tysięcy dolarów w formie spłat już weń zainwestowano? A ten telewizor, DVD, camcorder, kolumny, dziesiątki (jeśli nie setki) płyt kompaktowych, telefon komórkowy, komputer, drukarka, skaner, narzędzia pracy, meble, wyposażenie całego domu (lub mieszkania), nawet kuchenny sprzęt i inne szpeje - to co? Betka? Darmo dawali? A ten medalik, ta obrączka, ten zegarek, ten kożuch, te książki? Ziarnko do ziarnka - i nagle okazuje się, że zebrała się pokaźna miarka!
A czy ktoś z tych "opornych" pomyślał o swoich dzieciach? Kto się nimi zaopiekuje, gdyby rodzice zginęli w wypadku? Kogo wyznaczają na opiekuna/nów? Kto będzie je wychowywał? Kto ma na nie łożyć? I z czego? Czy kochający rodzice pomyśleli o polisach na życie, czy też chcą ażeby ich dzieci tułały się po sierocińcach? Bowiem dzieci tutaj urodzone są Kanadyjczykami, a przekazanie kanadyjskiego obywatela choćby rodzinie, ale w obcym kraju (np. do Polski), może nie być ani łatwe ani natychmiastowe. Co z nimi będzie? A tymczasem polisa, testament i wybór wykonawcy ostatniej woli (executor), załatwiłyby sprawę od ręki.
Często słyszę sakramentalne: "przecież młody jestem. Po co sobie teraz tym głowę zaprzątać. Może kiedyś…" Czy choroby młodych się nie imają? Wypadki nie chodzą po ludziach? Szczególnie wypadki drogowe? Czy wypadki i choroby wiedzą o tym, że do tych drzwi pukać nie mają? Że tutaj jest to zabronione, prohibited, verboten, vietato, defendre, zabranite, nie lzia? Co to jest? Arogancja czy ignorancja? O ubezpieczenie na życie (poza przymusowym, jak u "truckerów") to aż się boję pytać. A przecież najtaniej i najkorzystniej jest kupować je właśnie we względnie młodym wieku. Nie tylko stawka jest niższa, ale o tyle więcej pieniędzy wróci do sakiewki ubezpieczonego, kiedy polisa "dojrzeje". I znowu nie rozumiem, dlaczego bracia-Polacy mają taką przemożną awersję do inwestowania w siebie samych. I co za tym idzie, do zabezpieczenia swoich najbliższych lub najdroższych (bo to nie zawsze jest to samo).
W Kanadzie, wielce pouczająca jest znana powszechnie (od sześćdziesięciu lat) historia farmera Cecila Harrisa z Saskatchewan, który przygwożdżony tylnym kołem traktora, umierał samotnie w polu. W chwilach odzyskiwanej przytomności, mozolnie wyskrobywał kamykiem na zderzaku: "Jeśli tu skonam - wszystkie moje dobra doczesne zostawiam mojej żonie Helen. Cecil George Harris. Maj, 1948". (Farmer Harris miał się na pieńku z braćmi i wiedział, że czyhają na jego farmę). Dwa dni później zmarł z upływu krwi. Zderzak wymontowano i przedstawiono w sądzie. Sędzia orzekł, iż jest to jak najbardziej ważny testament i dzięki temu (wbrew dzikim wrzaskom jego braci), żona Harrisa nie tylko odziedziczyła cały majątek, ale jeszcze zaoszczędziła krocie na podatkach (głównie, od wzbogacenia się). Tylko dlatego, że kochający mąż, nawet na progu śmierci myślał o niej. Że był przewidujący. No i ewidentnie znał prawo.
Mój znajomy Adam miał polisę na życie, ale przypuszczalnie nigdy by testamentu nie spisał (pomimo śmiertelnego raka jąder - jednego z najszybciej postępujących), gdyby nie sprawa jego przyjaciela Marka. Marek był jednym z tych szczęśliwców, którym udało się znaleźć pracę we własnej profesji. Był inżynierem, specjalistą od jakichś tam mega-centryfug. Pracował w amerykańskim, miliardowym koncernie i zbijał kokosy. Żona nie pracowała. Nie miała potrzeby. Dwoje dzieci uczyło się w prywatnych szkołach. Przy wysokości jego zarobków uzyskanie hipoteki na zakup domu, Mercedesa dla niego i BMW dla niej - nie przedstawiało problemu. Małe piwo! Na wystrój domu, najdroższą aparaturę elektroniczną i stylowe meble, wydatkował dziesiątki tysięcy dolarów. Nikt wtedy nie myślał o tym, że WSZYSTKIE zakupy poczynione zostały wyłącznie na nazwisko Marka. Marka - pracującej głowy rodziny. Faceta z bajkowym dochodem. Ale Marek nagle zmarł. Przy biurku. Jego sekretarka nawet nie potrafiła określić kiedy. Miał 47 lat. Nigdy nie chorował. Testamentu nie zostawił. Ani ubezpieczenia na życie. Po co? Przecież miał żyć długo i szczęśliwie!
Na wieść o jego śmierci, natychmiast przyleciała z Polski pierwsza żona Marka i zażądała podziału majątku. Przywiozła dokumenty, które potwierdzały fakt, że ona pracowała, ażeby on mógł studiować. Występowała także w imieniu nieletniego syna, na którego utrzymanie Marek nieprzerwanie łożył. Jej wniosek został uznany. Władze natychmiast zablokowały konto bankowe i dopiero przy pomocy adwokatów, Grażyna (obecna żona) miała za co dzieci nakarmić. Gdyby dom był spłacony, Grażyna automatycznie dostałaby pierwsze $200.000. Resztę zaś podzielono by na nią, na dzieci i wszystkich innych, którzy zgłosiliby jakieś pretensje. Ale gdyby istniał testament – nie musiałaby się z nikim dzielić. Kropka.
Lecz dom nie był spłacony. Przecież oni dopiero zaczynali. Tylko trzy lata cieszyli się tym luksusem. Grażyna już nie mieszka w tym pięknym domu, tylko w wynajętym mieszkaniu. Bardzo tam u niej ładnie, bo ma dziewczyna świetny gust. No i pozostały przecież eleganckie meble. Ale to nie to samo! Mercedesa i BMW też już dawno nie ma. Odebrali. Na pogrzeb musiała zapożyczyć się po uszy. Adwokaci nie pracują za darmo. Koszt był niebagatelny. Grażyna zapisała się na kurs, pilnie uczy się nowego, miejmy nadzieję, że intratnego, zawodu. Ale na razie, w tym ładnym mieszkaniu bieda aż piszczy.
Adam zmarł pięć miesięcy później. Ale nauczony smutnym doświadczeniem Grażyny, sporządził testament, oraz podpisał oba bardzo ważne pełnomocnictwa zwane "Power of Attorney". Jedno medyczne, drugie finansowe. Po to, ażeby jego żona Urszula podczas jego choroby miała wolną rękę, mogła sama podejmować decyzje i rozwiązywać masę piętrzących się problemów. Przez to, że spisał testament, rozporządził swoim mieniem i zapiął swoje sprawy na ostatni guzik, Urszula wprawdzie ciągle szlocha i rozpacza, ale łatwiej jest to znosić w luksusie. Ona domu nie straci. Nawet hipoteki spłacać nie musi. Jakaś tam klauzula w polisie na życie spowodowała, że dom sam się spłacił w dniu jego śmierci.
W tym roku zaliczyłam trzy pogrzeby bliskich znajomych. Jeden zginął w wypadku samochodowym. Drugi zmarł nagle na atak serca, trzeci na raka. Wszyscy pomiędzy 40 a 60 lat. Wszyscy pozostawili wdowy i dzieci. Tylko ten pierwszy był ubezpieczony. Na pozostałe dwa pogrzeby, złożyliśmy się na ściepę, bo rodziny nie miały pieniędzy. W tym kraju nawet najtańsze spopielenie (o kupnie grobu na cmentarzu nawet nikt nie marzy) jest bardzo kosztowną imprezą.
Każdy powinien mieć wyżej wspomniany "Power of Attorney." Pani Helena nie miała. Na nic nigdy nie chorowała, a jednak wylewu doznała. Kochający syn opiekował się nią jak długo mógł, ale w końcu trzeba było umieścić mamę w Domu Specjalnej Opieki. Pani Helena nie jest biedna. Rozmaite świadczenia wpływają co miesiąc na jej konto, do dnia dzisiejszego. Ale syn nie ma do niego dostępu. Na jej finanse natychmiast położyło łapę biuro Attorney General (rządowy nadzorca prawny) i teraz ilekroć syn chce mamę zawieźć do fryzjera lub kupić jej nowy płaszcz czy majtki, musi wnosić podanie do wspomnianego biura o wypłacenie z konta matki pożądanej kwoty. Po tygodniu syn otrzymuje żądane fundusze, ale drugie tyle zatrzymuje dla siebie pazerne biuro. Za fatygę. Którą szumnie nazywa "koszty administracyjne". A że to biuro i tak pobiera stałą opłatę za zarządzanie finansami pani Heleny - konto kurczy się w zastraszającym tempie.
Pani Helena ma ważny testament. Jej syn jest jedynym spadkobiercą i wykonawcą jej ostatniej woli. Ale co z tego? Testament nabierze ważności prawnej dopiero PO jej śmierci. A do tego czasu rząd będzie doił konto, ile tylko się da. Natomiast, gdyby syn miał także jej obydwa "Power of Attorney" (sporządzone zanim zachorowała), żadna instytucja nie miałaby nic do gadania; nie miała prawa do niczego się wtrącać.
Brak testamentu stwarza straszliwe problemy spadkobiercom. (A co najmniej podwójne, jeśli mieszkają w Polsce, lub innym kraju.) Przy braku testamentu - dziedziczy każdy: dziewczyna, z którą się mieszkało, poprzednia żona, wszystkie dzieci (z prawego i lewego łoża), rodzice, rodzeństwo, kuzyni. Nawet kumpel, który będzie twierdził, że pożyczył drogiemu nieboszczykowi $2.000. I będzie podsuwał wyświechtany papierek z podrobionym podpisem. Rzadko kiedy po opłaceniu podatków, kosztów sądowych (probate court) i plejady prawników, zostaje coś dla tych, których naprawdę chciało się zabezpieczyć.
Konta ludzi samotnych, którzy umierają bez testamentu (intestate), radośnie "zabezpiecza" rząd, ażeby po upływie siedmiu lat przelać je całkowicie do kasy państwowej. Czy po to, jak durni, tyrali przez całe życie pan Jasio, Kazio, Henio i Zyzio? A nie lepiej było zapisać spadek nawet dalszej rodzinie? Biednym dzieciom w Polsce? Albo pieskom i kotkom w "Humane Society" za rogiem?
Ostatnia wola (testament) rozwiązuje wszystkie problemy. W Ontario, wszędzie, nawet w knajpie na serwetce, można samemu spisać testament. Holograficzny. To znaczy napisany ODRĘCZNIE. W żadnym wypadku nie może być pisany na maszynie ani komputerze. Jak długo testament jest podpisany i datowany przez testatora, jest ważnym dokumentem i nie wymaga obecności świadków. Od biedy, można także spisać swą ostatnią wolę nawet po polsku. Lepszy rydz niż nic! W sklepie z papeterią można za parę groszy kupić gotowy blankiet do wypełnienia. Możliwości jest wiele. Jednakże, jeśli ktoś dorobił się już większej fortuny i chce indywidualnie przekazać swój majątek różnym członkom rodziny lub chce pozostawić legaty osobom spoza jej kręgu - namawiam gorąco ażeby skorzystać z usług prawnika.
Usilnie nakłaniam WSZYSTKICH do spisania testamentu. Ażeby później jakiś Józio nie spadł z chmurki z wściekłości, patrząc jak jego majątek chachmęci ta zołza, jego żona (która przed laty prysnęła od niego z jego najlepszym przyjacielem), a nie ta ukochana, cudowna kobieta, w której ramionach opuścił ten ziemski padół.
Na przestrzeni lat, przez moje biurko przewinęły się setki listów, głównie od kobiet, opisujące dantejskie sceny z ich życia, spowodowane brakiem testamentu. I gorzkie żale pod własnym adresem, że nie dopilnowały tego, kiedy jeszcze mogły.
Ostatnio pewna pani, która mieszkała na kocią łapę ze swoim panem, napisała mi łzawą historię o tym jak to przez 11 lat pracowali, zarabiali i wspólnie łożyli na ich gniazdko, na ich pierwszą wspólną chatę. Ta pani była przekonana, że jako konkubina (common-law wife) ma takie same prawa i przywileje, jak ślubna małżonka. Otóż nie ma! O czym, w niemałym szoku, szybko się przekonała. Ale gdyby oboje spisali testamenty, w których wzajemnie obdarowują się połową ich majątku – ona by teraz nie miała problemów i niepotrzebnie nie traciłaby pieniędzy na adwokatów.
Jeśli dzięki mojemu dzisiejszemu felietonowi, chociaż jeden czytelnik wykupi polisę na życie, a dwóch, którzy od dawna nosili się z tym zamiarem, złapie za pióro lub poleci do adwokata spisać testament – odetchnę z ulgą i pogratuluję sobie, że dzisiaj ułatwiłam życie WIELU ludziom. Szczególnie tym, którzy ich przeżyją.
Ażeby zakończyć tę epistołę na nieco lżejszej nucie, zapewniam wszystkich zainteresowanych, że od spisania testamentu jeszcze nikt nie umarł. Dowód? Ja sama. Ja zmieniam testamenty jak rękawiczki. Jak mi się tylko ktoś narazi, podskoczy nie w takt - natychmiast zmieniam testament. Moje dwie sąsiadki, telefonicznie wzywane "tylko na chwilę", nawet nie pytają po co. One wiedzą. Czasem pytają, kto mi tym razem zrobił na poprzek. Jako że ja nie robię z tego tajemnicy, że odkąd przybyłam do Kanady ponad 20 lat temu, jestem aktualnie na 22. testamencie. Mnie zmiana testamentu nie zajmuje więcej niż pięć minut. Mam go w komputerze i pod wpływem chwili, zmieniam tylko ten jeden paragraf, o który mi chodzi. Ale przez to właśnie, że będzie to wydruk komputerowy, ja muszę mieć dwóch świadków potwierdzających mój podpis. Oczywiście bardzo pomaga mi fakt, że jestem zorientowana w temacie i znam język prawny.
Kiedyś podsłuchałam jak moja córka syczy do młodszego wnuka: "to nie było grzeczne odezwanie. Szybko. Leć za nią. Przeproś. Bo wiesz, co ona zrobi, jak wróci do domu". No cóż? Nie jest to idealny sposób na trzymanie rodziny w ryzach, ale co tam! Cel uświęca środki!
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.