Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 31 pazdziernika, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Komentarze, opinie

To już dwadzieścia osiem lat...
Witold Liliental
Oct 31, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Przemyślane pod prysznicem


W kalendarzu internetowym pod datą 24 października znalazłem suchą informację o zarejestrowaniu Związku "Solidarność" przez władze PRL w 1980 roku. O tym, że była to nie ta rejestracja, na którą czekaliśmy, nie było wzmianki. Moje myśli zaczęły wędrować wstecz do tego wyjątkowego lata i w zdarzenia brzemiennej jesieni.

Każda tworząca się organizacja miała obowiązek zarejestrować się w specjalnym sądzie, przedstawiając do zatwierdzenia swój statut. Doszło wówczas do pierwszej wielkiej konfrontacji władz z Solidarnością. Sąd formalnie zarejestrował NSZZ Solidarność, ale urzędujący sędzia na własną rękę, bez upoważnienia, dopisał do statutu formułkę polityczną o uznawaniu PZPR jako "przewodniej siły Narodu". W Kraju zawrzało. Zarejestrowany związek, a więc mający już zdolność do działań prawnych, wniósł formalne odwołanie od tej części orzeczenia sądowego. Nową rozprawę wyznaczono na 12 listopada.

Dziennik telewizyjny, jako pierwszy przeszedł na ostry ton, kierując ostrzeżenia przeciwko Solidarności i Wałęsie osobiście. Solidarność odpowiedziała akcją ulotkową. Wiadomo było, gdzie znajduje się sympatia przytłaczającej większości społeczeństwa, ale oczywiste było też, kto ma władzę. Tyle że nie zawsze posiadający władzę, ma również i siłę. Wojna nerwów trwała i nie wiadomo było, kto kogo przetrzyma. Powszechnie uważano, że rząd w żadnym wypadku nie pozwoli sobie na zbrojną konfrontację ze społeczeństwem, ale zrobi też wszystko, co tylko możliwe, aby zapobiec utworzeniu się, już całkowicie w majestacie prawa, organizacji, która nawet na papierze nie chciała być czołobitna wobec partii.

Żeby argumenty poprzeć siłą, Solidarność postanowiła przeprowadzić dwugodzinny strajk ostrzegawczy w całym kraju, bezpośrednio przed procesem odwoławczym. W przypadku zapadnięcia wyroku niekorzystnego dla związku, wszystkie komórki związkowe w całej Polce rozpoczęłyby natychmiast strajk okupacyjny, trwający tak długo, jak to będzie konieczne, żeby wymusić ustępstwo władz. Przygotowania rozpoczęły się w dzień po Zaduszkach. Na zebraniach instruowano nas, jak mamy zachować się podczas strajku okupacyjnego. Wierzyliśmy, jednak, że do tego drugiego nie dojdzie. Specjalne służby porządkowe wyznaczone zostały do zabezpieczenia mienia Instytutu i zapobiegnięcia jakiejkolwiek prowokacji. Na wypadek strajku okupacyjnego, zostało zawarte porozumienie z bratnią Solidarnością przy spółdzielni Społem w sprawie zaopatrzenia w żywność. Na razie, pracownicy mieli na dwie godziny przerwać pracę, założyć czerwono-białe opaski i siedzieć w swoich pomieszczeniach. Po syrenie oznaczającej początek strajku nie wolno było chodzić między budynkami, z wyjątkiem specjalnie upoważnionych służb. Ostatnie zebranie przed strajkiem ostrzegawczym zakończono odśpiewaniem Hymnu Narodowego.

Przez te dwie godziny strajku panował wzorowy spokój. Patrole Solidarności pełniły służbę wraz z całkowicie im podporządkowaną strażą przemysłową. Dyrekcja była pilnowana przez grupę naszych związkowców, ale sprowadzało się to do tego, że dyrektorzy posiedzieli grzecznie w jednym gabinecie i czas strajku spędzili na spokojnej dyskusji z naszymi. Nie było żadnych incydentów, nikt nie próbował się opierać.

Cicho było, jak makiem zasiał. Ponieważ nikt nikogo siłą do strajku nie zmuszał, kilku partyjnych usiłowało co nieco popracować na hali, ale czuli się oni wyraźnie nieswojo. Maszyn nie włączali, jedynie po cichu przeglądali jakieś rysunki techniczne, mając przy tym pociesznie głupie miny.

U nas w Pracowni mieliśmy kasetę z nagranym programem Jana Pietrzaka z Kabaretu "Pod Egidą". Wszyscy skupili się wokół małego magnetofonu. Po raz pierwszy słyszałem na własne uszy teksty niemożliwe do wypowiadania publicznie jeszcze tak niedawno. Później, na UKF-ie nadawany był cudowny program pt. "Sześćdziesiąt minut na godzinę", w którym satyra i całkiem poważna publicystyka oraz przepiękne piosenki zapisały nową, pamiętną kartę tej swoistej polskiej antologii. Dzień strajku kojarzyć mi się jednak będzie na zawsze z Pietrzakiem. Że ten człowiek, mimo wszystko, nie boi się! Że też to wszystko pozwalają mówić przed publicznością! Pozwolili pewnie tylko dlatego, że miało to ograniczony zasięg. W skeczach, monologach całkiem na serio i w piosenkach, Pietrzak nazywał rzeczy po imieniu, wykładając kawę na ławę, bez żadnych niedomówień. W pewnym momencie wyraźnie powiedział, że skoro "coś" bez przerwy staje na przeszkodzie, to "coś" nie musi być wiecznie nazywane "trudnościami przejściowymi". To "coś", to po prostu cały system. Kto dziś jeszcze pamięta, ile radości sprawiała nam wówczas piosenka: "I od nowa, Polska Ludowa...", ukazująca w satyrycznym zwierciadle kolejne etapy naszej powojennej historii? W końcowej zwrotce usłyszeliśmy: "...zapytują wszyscy święci, że też jednak to się kręci?" Cienki falsecik odpowiada słowami Galileusza: "A jednak się kręci!". Powoli, ociężale, jak tuwimowska lokomotywa, machina polska rozkręca się ponownie i już znowu słychać refren: "Hop! siup! I od nowa, Polska Ludowa, Polska Ludowa!". A kto pamięta słynną "Grę w szachy", w której każda figura odpowiadała komuś z partii, albo komuś z "nas". Taśma z kabaretem Pietrzaka kosztowała słono na pchlim targu, o ile w ogóle była osiągalna. Dla nas była źródłem nie tylko serdecznego śmiechu. W ten dzień strajkowy, była ona dla nas symbolem nadziei.

W kilka dni po strajku ostrzegawczym, dokładnie 12 listopada, odbyła się formalna rozprawa odwoławcza w sądzie warszawskim. Mówiono, że sędzia "siedział przy telefonie", czekając na polecenie z KC, jakie ma zapaść orzeczenie, a KC, z kolei, wyczekiwał, odbierając meldunki o tłumach zbierających się przy gmachu sądu od ul. Ogrodowej. Około południa ktoś u nas odebrał telefon ze Śródmieścia, że Statut Solidarności został zatwierdzony BEZ bezprawnie wstawionej klauzuli o partii. Punktualnie o dwunastej, w wiadomościach, radio oficjalnie tę wiadomość potwierdziło. I znów wielkie zwycięstwo, radość, poczucie siły, duma i optymizm na przyszłość.

Dziś, po tylu latach, z pewnym rozrzewnieniem przypominam sobie te dni, kiedy słowo Solidarność nie było puste, a wśród społeczeństwa panowała prawdziwa jedność. I powracam do teraźniejszości, gdy mamy wolność, ale byli, szanowani przez naród przywódcy są skłóceni, a ówczesny największy bohater przedstawiany jest przez niektórych swoich byłych towarzyszy jako największy wróg.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Komentarze, opinie
Opłatek na Titanicu
Nie uszczęśliwiać na siłę
Książka warta przeczytania
Sprawcy śmierci, a niewinni
Zwodniczy punkt
Najlepiej wymazać
Świat jest do wymiany
A co mi tam jakiś będzie mówił…
Dziewięćdziesiąt lat nam stuknęło
Po korepetycje za Ocean