Autor listu publikowanego w Gazecie przed wyborami zauważył, że nie został on opublikowany w Gazecie internetowej. Faktycznie, nastąpiło przeoczenie. Tekst odnosi się do kampanii wyborczej, a więc nie jest aktualny, ale na prośbę autora zamieszczamy go.
Gruszki na wierzbie…
Przed nami wybory parlamentarne, stąd obserwujemy różne inicjatywy podejmowane przez osoby indywidualne oraz przeróżne - wspierające kandydatów na posłów - komitety, organizacje itp. grupy lobbujące na rzecz swoich partii.
Oczywiście wszyscy zaangażowani w walkę wyborczą są święcie przekonani, że kandydat - po otrzymaniu mandatu posła - będzie realizował ich cele; że ich człowiek jest naj.
Tyle tylko, że trzymać polityka za słowo, czy później próbować wyegzekwować od niego realizację przedwyborczych obietnic, to trzymanie przysłowiowego piskorza za ogon…
Dopóki prowadzi się agitację wyborczą na neutralnym terenie i nie wmawia ludziom bajek do wierzenia - wszystko jest w porządku, ale kiedy wchodzi się np. na teren przykościelny przynajmniej wypada się zastanowić, czy akurat jest to miejsce właściwe do tego typu działalności.
Jakież było moje zdumienie, kiedy po niedzielnej sumie (Windsor, kościół Świętej Trójcy, 5 października) znalazłem pod wycieraczką mojego auta ulotkę zachęcającą do głosowania na kandydata Partii Liberalnej, p. Mastroianniego; do tekstu angielskiego dołączony był apel po polsku podpisany przez "Windsor Polonia for 2008 Election Committee" w osobach: Ryszard Kuśmierczyk, Hon.Ret. Judge Paul Staniszewski, Irek Kuśmierczyk, Curling Ellsworth.
W apelu do Polaków czytamy m.in., że przed nami "raczej niespodziewane i przedwczesne wybory parlamentarne". Dla obserwatorów sceny politycznej nie było to nic nowego, każda partia nie mająca większości w parlamencie, a więc nie mogąca utworzyć rządu większościowego, robi wszystko, aby zmienić ten stan rzeczy. I to, co zrobił premier, p. Harper, jest logiczne: pojawiła się szansa na stworzenie silnego rządu - jednopartyjnego. Decyzja ta nie podoba się pozostałym partiom, zwłaszcza Partii Liberalnej, która pod przywództwem p. Diona przeżywa wyraźny kryzys i która nie może pozbierać się po latach rządów pp. Chretiena i Martina. Obecny lider partii nie jest osobą obdarzoną charyzmą, a jego pomysły, np. carbon tax, to przysłowiowe gwoździe do trumny…
Strzeżmy się ludzi, którzy chcą podwyższać podatki, którzy w dodatku wmawiają nam, że to dla naszego dobra… którzy obiecują fantazyjne dopłaty w zamian za obarczenie wszystkich nowym podatkiem. Za komuny drożała żywność, ale taniały - ponoć - inne towary, np. lokomotywy… Czyżby p. Dion miał za doradców jakichś czerwonych pogrobowszczyków znad Wisły?
Powrócę jednak do apelu samozwańczego komitetu, który podkreśla osiągnięcia organizacji polonijnych w Windsor, dorobek osiedla mieszkaniowego Polonia Park, aby zwrócić uwagę, że "nie byłoby tych sukcesów ekonomicznych i organizacyjnych, gdyby nie sprzyjający klimat prawny i polityczny, jaki towarzyszył urzeczywistnianiu tych planów naszych działaczy. Ten klimat polityczny i prawny tworzyła partia liberalna (tak w oryginale - przyp.W.L.W.), tak za czasów premiera Trudeau, gdy powstawały wspomniane organizacje, jak też za czasów premiera Chretiena, gdy tysiące rodzin Polskich osiedliło się w Windsor i okolicach".
I jeszcze jeden cytat: "Nasza Polonia windsorska, zawsze głosowała na liberałów".
A teraz po kolei, czyli od końca, czyli od nazwy: "Windsor Polonia for 2008 Election Committee". Ciśnie się na usta pytanie: kto upoważnił wspomnianą grupę do posługiwania się taką nazwą? Tak, wiem, wolny kraj, ale poeta Julian Tuwim powtarzał, że kiedy ktoś przy nim zbyt często powołuje się na Pana Boga - pyta o listy uwierzytelniające. W apelu czytamy, że jest nas w Windsor przeszło 10 tys., śmiem przypuszczać, że wśród tych 10 tys. rodaków są również zwolennicy konserwatystów, socjalistów, zielonych, a może nawet marksistów. Dlaczego zatem p. Kuśmierczyk (jego nazwisko znajduje się na pierwszym miejscu, można zatem przypuszczać, że to on właśnie gra pierwsze skrzypce w owym komitecie) sugeruje, że to jest NASZ komitet, ogólnopolonijny i że my wszyscy popieramy p. Mastroianniego?
Osobiście nie mam nic do tego pana, może mieć najlepsze chęci i zamiary, ale prawda jest taka, że jeżeli zostanie wybrany - będzie w Ottawie groźnie kiwał palcem w bucie i realizował polecenia starszych kolegów partyjnych.
Nie dziwię się, że p. Mastroianni powiedział w czasie spotkania z członkami komitetu, iż Sprawy Polonii windsorskiej są moimi sprawami. A czy tego samego nie mówił - w czasie spotkań przedwyborczych - Włochom, Arabom, Niemcom? To jest część gry, którą należy rozumieć i nie wmawiać sobie oraz innym, że akurat nasza grupa ma szczególne znaczenie. Ot, przysłowiowe gruszki na wierzbie.
Ponieważ ulotki włożono mi (i wielu innym parafianom) na przykościelnym parkingu, chcę zwrócić uwagę na niewłaściwość tego kroku, tym bardziej, że ks. Sławomir w swoim kazaniu mądrze mówił o wyborach, przed którymi stoi każdy z nas. Celnie i delikatnie zwrócił uwagę, abyśmy - jako ludzie wierzący - zwrócili uwagę na to, co politycy sobą reprezentują, jaki jest ich stosunek do rodziny, do zabijania dzieci poczętych, czy też do tzw. małżeństw jednopłciowych. I to nam powinno wystarczyć, każdy odpowiada za swoje czyny, za swoje wybory.
A po mszy znaleźliśmy czerwone materiały propagujące członka Partii Liberalnej.
Ponieważ komitet wymienił nazwiska dwóch premierów, jako szczególnie zasłużonych m.in. dla Polonii, chcę zwrócić uwagę, że nie tylko jako katolicy, ale w ogóle mieszkańcy tego kraju, musimy pamiętać i o innych "osiągnięciach" pp. Trudeau i Chretiena. Od siebie dodam, że ostatni premier z Partii Liberalnej, p. Martin, też ma szczególną zasługę, ale o tym nieco później.
Mówiąc o szczególnych "zasługach" premierów mam na myśli aborcję i tzw. małżeństwa homoseksualne.
Ruch aborcyjny w Kanadzie przybrał na sile w latach 60., ukoronowaniem tego była inicjatywa ministra sprawiedliwości, p. Trudeau w roku 1967, która wprowadzała poprawkę do Canadian Criminal Code (tzw. Criminal Law Amendment Act, 1968-69). Poprawka weszła w życie w 1969 r. Dodam, że p. Trudeau był już wtedy premierem Kanady (1968-1979, 1980-1984). Do tego roku aborcja była nielegalna i groziły za nią bardzo surowe kary. Ale nie tylko aborcję uwolnił p. Trudeau, także stosunki homoseksualne między dorosłymi. Powiadał, że tego, co się dzieje w mieszkaniach między dorosłymi, nie powinno obchodzić nikogo.
Aborcja od roku 1988 jest w Kanadzie jawna, legalna i zagwarantowana jako jedno z podstawowych praw kobiet. Przyczynił się do tego głównie dr Morgentaler, w którego klinikach i za nasze pieniądze dokonuje się tysięcy aborcji rocznie. Właściwie dlaczego ja, jako katolik, jako przeciwnik aborcji, mam dopłacać do tego zbrodniczego procederu? Dlaczego nie wzięto pod uwagę głosów takich ludzi, jak ja? Może referendum z pytaniem, czy zgadzasz się, aby prywatne kliniki aborcyjne były opłacane z twoich pieniędzy?
Na marginesie uwag o aborcji trzeba wspomnieć także tych, którzy byli przeciwko, jak Kościół, co zrozumiałe, czy jak Joe Borowski z Manitoby, który całe życie prowadził działalność na rzecz uznania prawa do życia dzieci poczętych. W 1981 r. przez 80 dni prowadził protest głodowy, a trzy lata wcześniej jego adwokat podjął próbę zaskarżenia ustawy o aborcji twierdząc, że aborcja w świetle Bill of Rights jest nielegalna. Na próżno.
W roku 2003 dokonano na świecie 42 mln aborcji, co i tak było poprawą w stosunku do roku 1995 kiedy zabito na świecie 46 mln dzieci poczętych. W Kanadzie nie ma prawnych przeciwwskazań aborcji, każda dziewczyna od 12 roku wzwyż może dokonać "zabiegu" bez pytania rodziców o zgodę! Rocznie dokonuje się w Kanadzie 110 tys. aborcji, co oznacza eksterminacje 30 ciąż na 100 urodzin.
Ale to nie koniec "szczególnych" osiągnięć liberałów, otóż drugi z podziwianych przez komitet premierów, p. Chretien, jest "ojcem chrzestnym" ustawy o tzw. małżeństwach homoseksualnych. I chociaż prawo to weszło w życie dopiero w lipcu 2005 r., kiedy premierem był p. Martin, to trzeba pamiętać, że musiało upłynąć dużo wody w Ottawa River, aby ta nienaturalna idea została zatwierdzona. To, co zostało posiane w latach rządów p. Chretiena (1993-2003), wydało gorzki owoc właśnie w roku 2005. Pamiętajmy, że w roku 1999 pary homoseksualne otrzymały pierwsze prawa do świadczeń socjalnych itd.
Pierwszą prowincją, która uznała same-sex marriage było Ontario, a stało się to już w czerwcu 2003. I czy aby nie za rządów… liberałów?
Zwróćmy uwagę, że te wszystkie sprzeczne z naturą ustawy (aborcja, związki homoseksualne jako małżeństwa) wprowadzono w okresie sprawowania rządów przez Partię Liberalną. Takie są fakty.
Głosując zatem na liberałów automatycznie podpisujemy się pod aborcją itd.
I jeszcze jedna sprawa: czy rzeczywiście Polonia w Windsor zawsze głosowała na liberałów? Czy p. Kuśmierczyk da głowę (no, może nie głowę, wystarczy najmniejszy paluszek), że tak było? Niżej podpisany i jego rodzina, i wielu znajomych bliższych i dalszych, nigdy nie głosował na Partię Liberalną. Skąd zatem to wyssane z palca przekonanie? A może nie tyle przekonanie, co mała próba manipulacji, ot, takie zagranie taktyczne, skoro Polonia zawsze głosuje na liberałów, to i tym razem zrobi to samo i poprze p. Mastroianniego.
Ale musimy pamiętać - o czym już wspomniałem - że p. Mastroianni to tylko mała rybka w ławicy liberałów. Tym niemniej popieranie go, to utożsamianie się z programem i "osiągnięciami" Partii Liberalnej.
Dodajmy, że pp. Trudeau, Chretien, Martin, a więc ludzie, którzy odpowiadają za wprowadzenie tych sprzecznych z naturą praw, podają się za… rzymskich katolików…!
Podobnie jak p. Comartin z NDP, swego czasu aktywny w swojej parafii, bodaj prowadził porady przedmałżeńskie. Kiedy zalegalizowano same-sex marriage p. Comartin chciał to samo robić z parami jednopłciowymi; musiało się to spotkać z ostrą reakcją biskupa. Wywołało to małą burzę w szklance wody, biskupowi "oberwało" się za zacofanie, a poseł partii socjalistycznej? Zapewne do dzisiaj nie może się pogodzić z krytyką. A to, że nauka Kościoła mówi jasno, co sądzić na ten temat? On sam sobie sterem i okrętem.
Prowadzenie działalności politycznej na terenie świątyni, i wokół niej, nie powinno mieć miejsca. No i każdy z nas jest w stanie dokonać wyboru zgodnie z własnym sumieniem. Wmawianie nam, że tylko liberałowie, i zawsze liberałowie - przypomina nachalną propaganda związkowców z CAW. Nowy lider, p. Lawenza, wyraźnie zatraca granicę między działalnością związkową a czysto polityczną. Jego apele do członków CAW, aby głosowali na każdego, kto jest w stanie utrącić kandydata Partii Konserwatywnej, brzmi jak jawne wypowiedzenie wojny. I ten sam Lawenza, i jego ludzie, będzie miał czelność jutro apelować do zwycięskiego premiera Harpera o fundusze? O pomoc dla upadającego sektora samochodowego? Nawet to, że Ford w Windsor otrzyma duuuuużo pieniążków wywołało wściekłe komentarze aktywistów związkowych: za późno, bo… przed wyborami itd., itp. Cisną się na usta ostre słowa, ale nie po raz pierwszy przekonujemy się, że aktyw związkowy żyje jakby w innym świecie; zapewne przebudzi się już wkrótce z ręką w nocnym naczyniu…
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na zwycięstwo konserwatystów - może zatem lepiej wspierać kandydatów PC? Zwycięzca bierze wszystko - przegranym pozostaje gorycz porażki.
Wiesław Leszek Wyrzykowski
Tzw. "układy" w Państwa społeczności, czyli w Windsor, pozostawiamy bez komentarza, bo nie uważamy, aby to była nasza sprawa. Ma Pan prawo krytycznie odnosić się do Partii Liberalnej, a z ogromnym respektem do Partii Konserwatywnej, tak samo jak inni mają prawo widzieć polityczne spektrum dokładnie odwrotnie. Tamte osoby mają także prawo być aktywne, ba, to dobrze, że są aktywne, ponieważ aktywności politycznej w naszej polonijnej społeczności jest zdecydowanie za mało. Nakłaniają ludzi do głosowania, a na kogo? Rzecz jasna na tych, których oni popierają i uważają za opcję lepszą dla Kanady.
Pana argument, że po wybraniu przyszły poseł liberalny zapomni o deklaracjach składanych Polonii działa w obie strony. Ten drugi, torys, uczyni tak samo, bo to, co słyszymy w kampanii, z tym, co się później dzieje ma dosyć niewiele wspólnego, szczególnie jeżeli obietnice te składają tzw. przyszli backbenchers. Może nieco inaczej jest kiedy są to obietnice lidera i wyższych rangą działaczy partyjnych, którzy mają szanse na stanowiska ministerialne w ewentualnym rządzie. A zatem, jakakolwiek partia, mechanizm jest taki sam.
Uznając więc prawo do prowadzenia politycznej agitacji w czasie kampanii (na tym ona właśnie polega), zgadzam się z krytyką miejsca, gdzie jest ona prowadzona. Dotyczy to zresztą wszelkiej maści politycznej agitacji. Gdyby ulotki były z Partii Konserwatywnej, też uważałabym to za niewłaściwe na terenie należącym do kościoła, jakiegokolwiek zresztą. To nie sprawa aborcji czy małżeństw homoseksualnych, tylko rozdzielenia państwa od Kościoła i dlatego jest to niestosowne miejsce. Ale tu już proboszcz winien zareagować.
Nie wiem jak jest w Windsor, ale znamy doskonale z Toronto rażące przypadki prowadzenia bezpośredniej agitacji natury politycznej, głośnego namawiania do głosowania na konkretne grupy kandydatów do kluczowych wówczas wyborów w Credit Union. Chyba nie do tego powołane są świątynie i duszpasterze - i tu widzę spory problem, wywołujący duży niesmak i ból wiernych.
Każdy ma prawo wybierać jak chce. Polityczne wybory to kwestia wieloaspektowa i sprawa sumienia i przekonań każdego z nas. Każdy z wyborów należy uszanować, bo żyjemy wszak w demokratycznym państwie.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.