Dziennik Polonii w Kanadzie
   
Strona główna | Ogłoszenia | Księgarnie | Redakcja | O nas | About us
Uaktualnione: 24 pazdziernika, 2008
 
 
GAZETA - dziennik poloni kanadyjskiej
   

 

Front Page 
ARCHIWUM SPRAW NAJCIEKAWSZYCH
LISTY OD CZYTELNIKÓW
Robert Dziekański
Komentarze, opinie
Polska
Europa
Świat
Kanada
Ontario
Toronto
USA
Polonia
Pomóżmy innym
Historia mało znana
Biznes
Finanse
Kultura
Film
List oceaniczny - dodatek kulturalny
Dobre rady
Prawo
W krzywym zwierciadle
Polonia Przyszłości
Zdrowe ciało, zdrowy duch
Różności
Nauka i technika
Kółka (4 albo 2)
Sport
Kabaret pod Bańką

Komentarze i pytania

merytoryczne
do redaktora:

Małgorzata Bonikowska
webedytor@gazetagazeta.com

techniczne
do webmastera:

Tomek Kniat
webmaster@gazetagazeta.com

W 2006 roku odwiedziło nasze strony 226,426 czytelników!

196,877 w 2005

122,542 w 2004.




Zdrowe ciało, zdrowy duch

Takie jest życie....?
Wanda Kasprzycka
Oct 24, 2008
  > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem


Z cyklu: Nic nie cieszy tak jak życie


Z dużą przyjemnością wsłuchiwałam się w miłe słowa, jakimi Pani Maria podsumowywała mój ostatni felieton, bo jako człek z krwi i kości lubię jak mnie chwalą. A że na dodatek Matka Natura spłatała nam przyjemnego, leniwego figla wspaniałą pogodą w ten miniony weekend, to było naprawdę bardzo dziękczynnie i słonecznie. Spytałam moją rozmówczynię jak jej minął ten weekend i tu już słoneczny nastrój przykryły chmury. Spędziłam go bardzo spokojnie i trochę samotnie, przyznała się Pani Maria, bo syn z rodziną pojechał do swoich teściów, a ja chciałam być trochę sama. To "trochę sama" wzbudziło niejasny niepokój we mnie, więc drążyłam temat. Pani Maria przyznała, że ostatnio relacje z synem i synową są nie najlepsze, chyba musimy od siebie trochę odpocząć - tak to określiła.

No cóż, takie jest życie - podsumowała Pani Maria i było w tym więcej rezygnacji niż akceptacji. Czy to wydarzenia, czy też dokonane wybory tak Panią nastawiły - zapytałam ciekawa dalszego ciągu. "To długa historia," powiedziała Pani Maria, "ale jeśli pani ma czas to opowiem".

"Przyjechałam tu do syna z Polski w rok po śmierci mego męża, miałam wtedy 55 lat, mój jedyny wnuk miał wtedy 8 lat. Zdecydowałam się zostać tu na stałe, choć to była dla mnie trudna decyzja, bez znajomości języka jest tak trudno. Kultura tu inna, mimo że syn ma jak najbardziej polski dom, bo synowa jest z polskich rodziców, choć urodzona tu, w Kanadzie. Dzieci były i są dla mnie dobre, ale przecież mają swoje życie. Kiedy wnuczek podrósł też nie za wiele czasu chciał spędzać z babcią, więc trochę z nudów zapisałam się na lekcje angielskiego w sąsiedniej szkole. Tam poznałam Tadeusza. On - wdowiec też odczuwał boleśnie co to samotność, więc nasza znajomość zacieśniała się powoli. On był taki wyciszony, ale zawsze znalazł dobre, miłe słowo, poszliśmy parę razy na kawę razem, a w niedzielę w kościele zawsze stał gdzieś w pobliżu. Przyzwyczaiłam się do tej jego obecności, polubiłam wspólne spacery i świadomość tego, że jest ktoś kto czeka by się ze mną zobaczyć. Tadeusz miał swój dom, śliczny ogródek, którego mu bardzo zazdrościłam, obiecał, że nauczy mnie wszystkiego o różach, które z pasją hodował, jak nadejdzie wiosna.

Moje dzieci szybko zaakceptowały go w naszym życiu, wpadał na herbatkę, czasem zabrał wnuka na mecz hokejowy. Nie był bogaty, ale i nie musiał się martwić o każdy rachunek do zapłacenia. Zaprosił mnie na wycieczkę nad Niagarę, przychodził do mnie zawsze z kwiatami, a na urodziny obdarował mnie biletem do Polski, bo mu powiedziałam kiedyś, że bardzo tęsknię za siostrą. Syn się śmiał, że ja to mam szczęście do mężczyzn, mówił: nie każdej 60-latce adorator przynosi kwiaty na każde spotkanie.

Tak było naprawdę, mój mąż był wspaniałym człowiekiem i cudownym mężem, niestety choroba zabrała mi go nagle i ból zdawał się nie mieć końca.

Mój wyjazd do Kanady pomógł, stanęłam na nogi, przydałam się na coś dzieciom, patrzyłam jak wnuk rośnie, cieszyłam się, no a potem znalazł się w moim życiu Tadeusz. Byłam Bogu wdzięczna za to wszystko.

Niestety, okazało się, że córka Tadeusza nie ma zamiaru zaakceptować tego, że jest ktoś inny w życiu jej taty niż ona. Od samego początku dawała mi znać, że mnie nie lubi. Zrozumiałam szybko, że boi się o wszystko to, co Tadeusz nagromadził w życiu i nie chciała się tym z nikim dzielić. Zasugerowałam nawet kiedyś Tadeuszowi, żeby zapisał wszystko córce, może wtedy przestanie patrzeć na mnie jak na "złodzieja", ale on nawet nie chciał o tym słyszeć. Powiedział, że ma prawo żyć tak, jak on uważa i żebym te sprawy zostawiła jemu. Cóż więcej mogłam zrobić? Niestety, sytuacja się pogarszała z każdym tygodniem. Jego córka zaczęła bywać w domu częściej tylko po to, by kontrolować co robi, czy ja tam się przypadkiem już nie wprowadziłam. Była w stosunku do mnie bardzo arogancka i wręcz niegrzeczna. Starałam się jak mogłam "unormalizować" nasze stosunki, ale bezskutecznie. Raz nawet umówiłam się z nią na kawę, poza plecami Tadeusza. Chciałam jej wyjaśnić, że nie zależy mi na majątku, ale nie miałam żadnych szans. Usłyszałam gdzie jest miejsce takich "przybłęd" jak ja, dowiedziałam się, że nie mam prawa wpychać się w ich życie i ich rodzinę.

To było dla mnie strasznie przykre przeżycie. Płakałam całą noc, nie powiedziałam jednak w domu dlaczego. Nie powiedziałam też o tym Tadeuszowi. Poprosiłam go jednak, żeby do mnie więcej nie dzwonił, żeby nie przychodził, bo ten nasz związek nie ma sensu. Był zaskoczony, ale nawet nie zapytał dlaczego. Powiedział, że zrobi tak, jak ja sobie tego życzę. Było mi przykro, ale wtedy wydawało mi się to właściwym rozwiązaniem problemu. Jednak każdej niedzieli w kościele wypatrywałam go w tłumie, czasami zamieniliśmy ze sobą parę słów.

Nigdy jednak nie mówiliśmy o naszym związku. Kiedy raz i drugi nie przyszedł do kościoła, zaczęłam się martwić, ale nie chciałam być wścibska, bo to w końcu ja zerwałam tę znajomość. Minęło tak parę tygodni, w końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego. Zostawiłam mu na maszynie kilka wiadomości, ale nigdy nie oddzwonił. Zupełnie przypadkowo od wspólnego znajomego dowiedziałam się, że Tadeusz jest w szpitalu i praktycznie umiera na raka wątroby. Jeszcze tego samego dnia syn zawiózł mnie do szpitala. Przy łóżku siedziała jego córka, ale zupełnie zignorowałam jej obecność. Tadeusz wyglądał już bardzo źle. Zapadnięte oczy i policzki, skóra w kolorze brudnej ziemi. Widać było, że cierpi, nie potrafiłam opanować łez. Złapałam go za rękę i płakałam patrząc mu w oczy z nadzieją na wybaczenie. Głaskał mnie po dłoni i tłumaczył, że muszę być dzielna. Bardzo chciałam być dzielna, ale nie mogłam. Łzy lały mi się ciurkiem, a jak zobaczyłam na stoliku zdjęcie, które zrobiliśmy sobie w Niagarze, poczułam się strasznie winna.

Tadeusz zmarł dwa tygodnie później, a na pogrzebie jego córka syknęła mi do ucha: żebym nie ważyła się sięgnąć ręką po to co nie moje. Jak bardzo zrobiło mi się jej żal. Że też tylko pieniądze liczą się w życiu takich ludzi. Niech tam ma, ja zostawiłam sobie w spadku wspomnienia o tych wszystkich wspólnie spędzonych chwilach, o tych wszystkich kwiatach, jakie od niego dostałam. Żałuję tylko, że byłam słaba i pozwoliłam się nastraszyć. Straciłam tych kilka wspólnych miesięcy, ale Tadeusz mi wybaczył i to jest moim pocieszeniem.

Słuchałam opowiadania Pani Marii w zupełnej ciszy, powtarzając w myśli: życie takie jest, przeplata nam dobre z trudnym, życie takie właśnie jest.

Wanda Kasprzycka - psychoterapeuta

Tel./faks 705 898-2994. Adres e-mailowy: kasprzycki@sympatico.ca Zapraszam do dyskusji, dzielenia się swoimi przemyśleniami, proszę o sugerowanie tematów.

© Copyright 2003, 2004, 2005, 2006 by www.gazetagazeta.com

Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy kierowac pod adres listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze do ich skracania.

Powrót na początek strony

 



Zdrowe ciało, zdrowy duch
Szlachetne zdrowie
Szczęście jest zaraźliwe
Dziecięce gry, ale wcale nie tylko
Dodatek do życia - szczęście
Światowa pandemia grypy jest nieunikniona
O naszych wyborach - ciąg dalszy
Młodzi chorzy powinni współdecydować
Wybory
Medycyna stworzyła warunki dla długowieczności
O jednej z ważniejszych odpowiedzialności w życiu