Po blisko trzech przepełnionych dobrymi emocjami tygodniach, powróciłem z Polski. Ciekawe, że właśnie tam, gdzie, jak donosi nam codzienna prasa i telewizja, wydarzenia polityczne przypominają cyrk lub kabaret, zupełnie nie odczuwałem tej "zwariowanej’ atmosfery. Ludzie na co dzień zajęci byli swoją pracą, panie za ladą sklepową mile się uśmiechały, kultura kelnerów w restauracjach w niczym nie ustępowała kulturze w analogicznych lokalach kanadyjskich. Nawet konduktorka w wagonie Intercity była uśmiechnięta.
A ja odwiedzałem różne miasta i ośrodki, poznając i podziwiając, ile wspaniałych inicjatyw potrafią podejmować ludzie, gdy są wobec siebie tolerancyjni i na siebie otwarci. Dopiero po powrocie do Kanady byłem zmuszony sobie przypomnieć, że nadal u niektórych publicystów pokutuje proceder, w moim odczuciu odrażający - mieszania swoich politycznych adwersarzy z błotem, bynajmniej nie w oparciu o ich własne czyny, lecz na podstawie rodowodów i grzechów przodków, z obowiązkowym podaniem w nawiasie "prawdziwego" nazwiska, żeby nie pozostawić jakiejkolwiek wątpliwości. Jakież to przykre sprowadzenie na ziemię po tym morzu dobrej woli, które było mi dane oglądać z bliska w Kraju.
Wśród miast, które odwiedziłem, był piękny i przyjazny Wrocław. Przypomnę, że to właśnie w tym mieście znajduje się słynna już na cały świat Dzielnica Czterech Świątyń, zwana też Dzielnicą Wzajemnego Szacunku, gdzie w promieniu kilkuset metrów od siebie działają (i współdziałają!) parafia katolicka, zbór ewangelicki, synagoga oraz cerkiew prawosławna. Nie tylko współdziałają, ale wspierają się wzajemnie, wymieniają doświadczenia, odwiedzają się i prowadzą wspólne programy.
Rozmawiałem z rabinem Rappoportem, człowiekiem młodym i pełnym energii, synem wygnańców z 1968 roku. Przyjechał tu ze Szwecji przed kilku laty i zdobył sobie szacunek i przyjaźń zarówno księży parafialnych, jak i najwyższych hierarchów Kościoła katolickiego. O Polsce nie mówi inaczej, jak z największą serdecznością, oczywiście w naszym języku, choć z lekkim akcentem. W sobotę, kiedy lokalna społeczność żydowska świętowała szabat, odwiedziłem parafię ewangelicko-augsburską pod wezwaniem Opatrzności Bożej. Młody i pełen entuzjazmu pastor Marcin Orawski opowiedział mi o różnych formach współpracy pomiędzy zaprzyjaźnionymi parafiami. Wśród nich jest wspólny program: "Dzieciaki". Dzieci wyznawców wszystkich czterech wyznań uczestniczą we wspólnych zajęciach.
Przykładowo, pastor opowiedział o zajęciach, na których dzieci wspólnie piekły chleb pod fachowym okiem piekarza. Później, dzieci z poszczególnych grup wyznaniowych mówiły innym, co ten chleb oznacza w ich religii, jaką w sobie niesie symbolikę. Pastor tłumaczył nam, że nikomu nie zależy na przeciąganiu kogokolwiek z jednej wiary na inną, że założeniem programu jest, aby motywować dzieci do świadomości swojej odrębności religijnej, a jednocześnie do integrowania ich we wszystkich innych sferach życia. Żeby dzieci wiedziały, że chociaż chodzą do różnych świątyń i mają tam inną liturgię, pod każdym innym względem są to dzieci "z jednej piaskownicy".
Kolejną świątynią na trasie był zabytkowy, przepiękny barokowy kościół katolicki pod wezwaniem św. Antoniego, od 1998 roku w rękach oo. Paulinów. To właśnie tam ksiądz opowiedział mi, jak cała współpraca zaczęła się od… chuligańskich kamieni. W 1995 roku ówczesny wiceprzewodniczący Gminy Żydowskiej p. Jerzy Kichler był przypadkowym świadkiem rzucenia kamienia w witraż kościoła. W kilka dni później nieznana ręka ponownie rzuciła kamień, tym razem w okno cerkwi prawosławnej. Pan Kichler odwiedził parafie katolicką i ewangelicką, zapraszając do wspólnej narady w celu zapobieżenia aktom wandalizmu na przyszłość. Tak zrodziła się współpraca, która dziś zadziwia wielu. Ale, jak mówi pastor Orawski, naszym celem nie jest to, by z całego świata zjeżdżano nas podziwiać. My chcemy promieniować na Polskę, dawać przykład i "zarażać".
Ostatnim przystankiem sobotniego spaceru była cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, gdzie ks. Aleksander Konachowicz opowiedział to samo o serdecznej współpracy czterech wyznań. W cerkwi tej mieści się piękny, barwny ikonostas, w sposób oczywisty osadzony nie na swoim zwykłym miejscu. Okazało się, że został on przeniesiony z cerkwi sosnowieckiej, zburzonej w 1938 roku. Ku mojemu zdziwieniu, dowiedziałem się, że cerkiew ta została zburzona z polecenia władz sanacyjnych, w ramach akcji "polonizacyjnej". Przypadkowo, w kilka dni później przeczytałem w prasie o tym, jak to siedemdziesiąt lat temu, w pełnym majestacie prawa II Rzeczypospolitej, policja, wojsko i straż pożarna zburzyły ponad 120 cerkwi, w ramach "oczyszczania pozostałości po zaborze rosyjskim". Jest to jedna z ciemnych plam naszej historii, nie do pogodzenia z dzisiejszą demokracją, barbarzyńska, wręcz niewiarygodna, niemniej, niestety, prawdziwa.
Wbrew protestom, nawet ze strony niektórych hierarchów katolickich, bezczeszczono ikony, poniżano lokalnych prawosławnych parafian, a próbujących się przeciwstawić represjonowano.
Tajny dokument z tamtego okresu brzmiał: "Pan Premier i Minister Spraw Wewnętrznych (Felicjan Sławoj-Składkowski - W.L.) uznał sprawę likwidacji pewnych obiektów prawosławnych na terenie wschodnich powiatów w województwie lubelskim za dotyczące najbardziej istotnych potrzeb państwa i religii. Z tych też względów Pan Premier nie może uznać za dopuszczalną jakąkolwiek krytykę działań rządu na tym odcinku".
Akcja ta zakrojona była na większą skalę i miała być kontynuowana. Na przeszkodzie stanął wybuch wojny. Dobrze, że dziś pisze się o tej wstydliwej karcie naszej historii otwarcie. Przypomniał o niej poseł na Sejm RP Eugeniusz Czykwin, który postulował, by w tej sprawie przyjąć uchwałę, w której znajdzie się słowo: "Przepraszamy". Wydawałoby się, że dzisiejsza Polska, jako spadkobierczyni II Rzeczypospolitej, nie powinna mieć żadnych problemów z tym prostym moralnym zadośćuczynieniem za krzywdy wyrządzone siedemdziesiąt lat temu. Jednakże, jak można było się spodziewać, szybko znalazła się silna opozycja, zdeterminowana, by wniosek ten nie ujrzał światła dziennego. Posłanka Elżbieta Kruk (PiS) stwierdziła, że nie widzi żadnej potrzeby przepraszania, skoro nie było w tej akcji ofiar śmiertelnych. Poseł Zbigniew Girzyński (też PiS) uważa, że sprawa jest w ogóle "małej wagi", wobec późniejszej masakry ludności polskiej, przez UPA. Można i tak. Oni jeszcze nie zarazili się atmosferą dobrej woli z Wrocławia.
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.