W 1944 roku pogoda w sierpniu i we wrześniu była wyjątkowa. Upalne, piękne lato, wymarzone na wakacje i leniwy wypoczynek na plaży. Nie takie jednak myśli mieli ci, którzy ruszyli z zapałem do walki, nie zastanawiając się jakby nad tym, że mogą nie doczekać kolejnego, być może równie pięknego lata. Ich entuzjazm trudny jest do zrozumienia dla nas, którzy żyjemy w pokoju, myśląc z przerażeniem o chwili odejścia, opłakując każdego zmarłego na raka czy po prostu z upływu lat członka rodziny czy znajomego. A jednak - rwali się na barykady, robili co mogli, żeby dostać karabin albo choćby granat. Chcieli bić Niemca, za wszelką cenę. Nawet jeśli mieliby polec. Taka determinacja jest z perspektywy dziesięcioleci czymś nie do pojęcia.
Pierwsze zwycięskie dni dodały im skrzydeł, wzmocniły chęć walki. Mieli nadzieję na pomoc, którą, wydawałoby się, gwarantowały porozumienia międzynarodowe. Podejmując takie ryzyko, stając do tak nierównej walki, nie mogli przewidzieć, że zostaną zdradzeni - pozostawieni samym sobie, na wykrwawienie się, na straszną klęskę.
Powstanie Warszawskie to wydarzenie, na którym się wychowaliśmy. Trudno, żeby było inaczej, kiedy co druga stara kamienica w Warszawie nosiła rany od kul, a w czasach mojego dzieciństwa co chwila znajdowano niewypały i różne pamiątki w piwnicach warszawskich domów. Mój Ojciec prowadzał mnie na Starówkę i pokazywał miejsca, gdzie toczyły się walki, opowiadał o kanałach, pokazywał na mapach jak upływały kolejne z owych 63 dni. Miał pożółkłe zdjęcia w albumie - potwornie okaleczonego miasta pełnego ruin. W każdej rodzinie ci, którym udało się przeżyć, nosili w pamięci i sercach tych, którzy zginęli. Oglądaliśmy dziury od kul w murach domów, bawiliśmy się w powstańców, budowaliśmy barykady, bo nasze dzieciństwo upływało tam, gdzie ćwierć wieku wcześniej naprawdę umierano - na Nowym Świecie, na Powiślu, na Starówce.
Ile lat jednak musiało minąć, żeby o Powstaniu można było głośno powiedzieć CAŁĄ prawdę - nie tylko o Anglii i Francji, które nie ruszyły na pomoc, ale przede wszystkim o zdradzie sowieckiej, straszniejszej dlatego, że dokonana została z wyrachowaniem - zimną krwią i fałszem na ustach. Zamiast tej okrutnej prawdy, karmiono nas w szkole kłamstwami o wyzwoleńczej Armii Czerwonej, o poświęceniu naszego wielkiego radzieckiego brata...
Kiedy w ostatnią niedzielę oglądaliśmy w Mississauga Central Library znakomity film dokumentalny Wandy Kości z Anglii pt. "The Battle for Warsaw'44", te wszystkie myśli przychodziły mi do głowy - o latach kłamstw, jakże bolesnych dla każdego uczestnika Powstania - dla tych, którzy z bronią w ręku przelewali krew na barykadach, i dla cywili, od których Powstanie wymagało największych poświęceń, o znaczeniu słów bohaterstwo, patriotyzm, poświęcenie, o granicach ludzkiego cierpienia...
Na sali byli powstańcy - co oni musieli czuć, myślałam, oglądając ten film, który pokazywał tak bardzo bolesne chwile?
To było piękne lato. Jeden z uczestników powstania, 10-letni wówczas Janek, który nie walczył, ale był wtedy w stolicy, dzisiaj ponad 70-letni pan z Mississaugi, wspomina urodzaj na pomidory. Opowiada, jak próbował zdobyć te pomidory dla rodziny i przedzierał się po nie po ulicach zasłanych trupami. A potem, na rękach jego i jego starszego brata, umarła ich 15-letnia siostrzyczka, zabita na barykadzie.
O tych pomidorach słyszała reżyser filmu, Wanda Kościa - mówi, że opowiadali jej o nich inni Warszawiacy, z którymi rozmawiała w trakcie realizacji filmu.
W samym filmie takich opowieści jest wiele - każda z nich to wielka niezabliźniona rana. Nawet po 60 latach te obrazy wywołują u opowiadających silne emocje, czasem łzy.
Oglądając film, słuchając dyskusji i pełnych emocji komentarzy po projekcji, przypomniałam sobie liczne dyskusje toczone współcześnie o tym, czy Powstanie było potrzebne.
Można rozważać, czy Powstanie miało szanse, ale wydaje mi się czymś wręcz okrutnym dywagowanie nad tym, czy miało sens. Jak można mówić ludziom, którzy tracili ukochanych najbliższych, którzy przedzierali się cuchnącymi kanałami, wyskakiwali z płonących budynków, że ich ofiary, największe z możliwych ofiar, były niepotrzebne, BEZ SENSU?!
My, obdarzeni nie tylko darem życia w pokoju, ale szczęściem przeżywania sporej części naszego życia w czasach wolności Polski, w czasach prawdy, możemy tylko pochylić czoła nad tą niewyobrażalną ofiarą. Możemy zapytać samych siebie, czy my potrafilibyśmy tak samo jak oni, czy znieślibyśmy tyle i w czasie Powstania i po nim, i po zakończeniu wojny, kiedy kłamstwa narzucane siłą kneblowały usta tym, którzy przeżyli.
Takie filmy, nie epatujące okrucieństwem, ale pokazujące z wielu perspektyw najcięższą walkę, jaką przyszło stoczyć Himmlerowi, bezprecedensowe bohaterstwo walki Dawida z Goliatem, jedną z najkrwawszych bitew tamtej wojny, to wielki dar dla nas - kolejnych pokoleń. I nie tylko Polaków, gdyż, jak powiedział pewien Kanadyjczyk po projekcji filmu, ta historia stała się właśnie częścią historii Kanady, która tworzona jest także przez Polaków, synów i córki narodu, który wydał bohaterów tamtego Wielkiego Powstania.
(O niedzielnym pokazie filmu i o samym filmie pisać będzie Witold Liliental).
Uwagi i komentarze na temat tego tekstu prosimy
kierowac pod adres
listy@gazetagazeta.com
Zastrzegamy sobie prawo do publikacji nadeslanych listów, a takze
do ich skracania.